Europa · kraj po kraju
Polska — co tu zostało żywe i co się tu wymieszało
Reszta Europy opowiada o swojej magii w czasie przeszłym. Polska jest jednym z niewielu miejsc, gdzie trzeba użyć czasu teraźniejszego: na Podlasiu wciąż pracują szeptuchy, a ludzie wciąż do nich jeżdżą. Ten dział jest o dwóch rzeczach naraz — o tym, co tu zostało żywe, i o tym, że w kole o promieniu sześćdziesięciu kilometrów stoją obok siebie drewniany meczet, prawosławny monaster, barokowa bóżnica i wieś, w której się zamawia.
Polska na przestrzeni wieków
Miejsca, wydarzenia i wierzenia
Wybierz etap historii i poznaj związane z nim miejsca oraz przemiany życia religijnego.
Chrzest Mieszka I
Historia Polski i jej sąsiedztwa
Bogowie w polskich przekazach
Imiona bogów w dawnych polskich przekazach
Poznaj postacie zapisane przez średniowiecznych kronikarzy: przypisywane im dziedziny, znaczenie imion i późniejsze dzieje tych wyobrażeń.
Pomorze i Połabie
Świątynie i bogowie nad Bałtykiem
Rugia, Szczecin, Wołogoszcz i ziemie Redarów. Posągi, święte przedmioty i wróżby w nazwanych ośrodkach kultu.
Porównania z Rusią
Perun, Weles i Mokosz
Ruskie świadectwa pozwalają porównywać wierzenia sąsiadów: przysięgi, opiekę nad gospodarstwem i pamięć dawnych bogów.
Duchy i demony
Duchy i demony polskich opowieści
Istoty z miejscowych podań, lęki i sposoby ochrony.
Mity i podania
Polskie mity, legendy i baśnie
Długie opowieści, regionalne odmiany i dzieje ich przekazywania.
Rok obrzędowy
Święta i obrzędy w ciągu roku
Zwyczaje domowe, wiejskie i miejskie oraz ich przemiany.
Życie i śmierć
Narodziny, wesele i pożegnanie
Obrzędy rodzinne, przodkowie i pamięć o zmarłych.
Pożegnanie i pamięć
Śmierć, pogrzeb i pamięć o zmarłych
Jak żegnano zmarłego, chroniono drogę między domem a cmentarzem i zachowywano pamięć o bliskich w dorocznym obrzędzie.
Przedmioty i wróżby
Świece, zioła, kamienie i znaki
Przedmioty ochronne, wróżby i znaczenia nadawane codziennym rzeczom.
Miejsca kultu
Gaje, góry i świątynie
Miejsca praktyk religijnych, odkrycia archeologiczne i późniejsze podania.
Wspólnoty i religie
Wiele języków, wiele miejsc modlitwy
Tatarskie meczety, żydowskie synagogi, cerkwie i kościoły protestanckie w konkretnych miejscach ziem polskich.
Przemiany wierzeń
Od chrystianizacji po współczesność
Jak zmieniały się wierzenia na ziemiach polskich: drogi przekazu z Czech i Moraw, chrześcijaństwo, procesy o czary, zabory oraz nowoczesne nurty religijne i antyreligijne.
Podpis działu
Wszystko w jednym kole: sześćdziesiąt kilometrów
Wielokulturowość łatwo wyliczyć i trudno zobaczyć. Dlatego zamiast listy jest tu odległość: jedno koło, środek w Białymstoku, i wszystko, co się w nim mieści. Kliknij punkt, żeby przeczytać, co tam stoi i od kiedy.
Czas teraźniejszy
Szeptuchy: praktyka, nie zabytek
Szeptucha nie jest zabytkiem ani rekonstrukcją. Jest kobietą, która przyjmuje w swoim domu, zwykle w określone dni, i odmawia nad przychodzącym modlitwy. To jest praktyka bieżąca, opisana przez etnografów w trybie obserwacji, nie rekonstrukcji.
Kim jest szeptucha
Prawosławną kobietą, która leczy modlitwą — wewnątrz Kościoła, nie obok niego.
Czytaj dalejSkąd wiemyObserwacje etnograficzne prowadzone we wsiach podlaskich od drugiej połowy dwudziestego wieku.
Szeptucha to najczęściej starsza kobieta wyznania prawosławnego, przyjmująca u siebie w domu. Nazwa bierze się stąd, że słowa wypowiada się półgłosem albo bezgłośnie, tak że przychodzący ich nie słyszy i nie może ich zapamiętać.
Najważniejsze i najczęściej mylone jest to, gdzie ona stoi wobec Kościoła. Nie na zewnątrz i nie przeciw: modlitwy, których używa, są chrześcijańskie, zwraca się do świętych, a przed zabiegiem i po nim się żegna. W porządku kanonicznym jej praktyka nie ma miejsca, ale w porządku wsi jest częścią pobożności, nie jej przeciwieństwem.
Dlatego opisywanie szeptuchy jako ocalałej pogańskiej kapłanki jest chybione dwa razy. Po pierwsze nie zgadza się z tym, co ona sama robi i mówi. Po drugie odbiera tej praktyce to, co w niej najciekawsze: że przetrwała nie wbrew chrześcijaństwu, tylko wewnątrz niego.
Czym się zajmuje
Wąski i stały zestaw dolegliwości, w większości takich, które dziś nazwalibyśmy inaczej.
Czytaj dalejSkąd wiemyZapisy wywiadów etnograficznych; zestawienia dolegliwości powtarzają się w różnych wsiach niezależnie od siebie.
Zakres jest wąski i od pokoleń ten sam. Przestrach, czyli następstwa nagłego lęku, zwłaszcza u dzieci. Róża, czyli zapalna zmiana skórna. Urok, rozumiany jako skutek cudzego spojrzenia albo pochwały. Bezsenność, płaczliwość niemowlęcia, bóle głowy bez uchwytnej przyczyny. Na Podlasiu, gdzie praktyka trwa najdłużej, modlitwy idą po cerkiewnosłowiańsku, bo zamawiaczki wywodzą się ze wsi prawosławnych po wschodniej stronie Narwi.
Uderza to, czego na tej liście nie ma: złamań, ran, wysokiej gorączki, porodu. Te szły do lekarza albo do akuszerki i nikt tego nie mieszał. Podział kompetencji był wyraźniejszy, niż sugeruje wyobrażenie o wsi leczącej się wyłącznie zamawianiem.
Współcześnie przychodzą też z rzeczami, których dawna wieś by tak nie nazwała: z wypaleniem, z lękiem, z natrętnymi myślami. Praktyka przyjęła je bez zmiany procedury, podciągając pod stare kategorie.
Jak się to przekazuje
Reguła powtarzana w tych wsiach: przekazać wolno wyłącznie komuś młodszemu od siebie.
Czytaj dalejSkąd wiemyReguła notowana zgodnie w wywiadach z różnych wsi; zapisy od drugiej połowy dwudziestego wieku.
Zasada, którą słyszy się w tych wsiach najczęściej, brzmi: przekazać można tylko osobie młodszej. Przekazanie starszemu miałoby odebrać moc przekazującej. Bywa dodawany warunek pokrewieństwa albo określonego dnia, ale reguła wieku wraca niemal wszędzie.
Ma to skutek praktyczny i dotkliwy. Liczba praktykujących maleje, bo młodsze pokolenie rzadko przejmuje, a przekazać w drugą stronę nie wolno. To jest tradycja żywa, ale kurcząca się — i mówimy o tym wprost, bo inaczej rozdział brzmiałby jak zachęta.
Uczciwie trzeba dodać, że pojawia się też zjawisko odwrotne: osoby, które uczą się tego z książek i z nagrań, po czym ogłaszają jako usługę. Z przekazem wiejskim łączy je nazwa, niewiele więcej.
Kwestia zapłaty
Ceny się nie podaje. Zostawia się ofiarę, zwykle przed ikoną, i to nie jest uprzejmość.
Czytaj dalejSkąd wiemyReguła zgodnie notowana w wywiadach, także tam, gdzie inne szczegóły praktyki się różnią.
Reguła jest prosta i pilnowana: ceny się nie ustala i o zapłatę się nie prosi. Przychodzący zostawia, ile uzna, zwykle kładąc pieniądze przed ikoną albo na stole, nie wręczając do ręki.
To nie jest skromność ani obyczaj towarzyski, tylko warunek działania. W tym porządku umówiona cena zamieniłaby zabieg w transakcję, a moc, która ma być darem, w towar. Ten sam zakaz wraca w opisach uzdrowicieli ludowych na całym obszarze od Bałtyku po Morze Czarne.
Jak wygląda wizyta
Przychodzi się bez zapowiedzi, czeka swojej kolei i wychodzi, nie wiedząc, co zostało powiedziane.
Czytaj dalejSkąd wiemyZgodne opisy przebiegu wizyty w wywiadach etnograficznych z różnych wsi; powtarzalność trzykrotnego zabiegu.
Nie umawia się terminu, bo nie ma czego umawiać: przyjmuje się w dni, o których we wsi wiadomo, i czeka swojej kolei razem z innymi, zwykle w izbie albo w kuchni. Przychodzący mówi krótko, z czym przyszedł, i na tym jego udział się kończy.
Zabieg odbywa się przy ikonie, często przy zapalonej świecy. Szeptucha staje nad chorym albo za nim i mówi półgłosem, tak że słów nie da się rozróżnić — stąd nazwa. Całość trwa krótko, kilka minut, i powtarza się zwykle trzy razy: albo trzykrotnie przy jednym spotkaniu, albo przez trzy kolejne przyjścia.
Uderzające jest to, czego w tej procedurze nie ma. Nie ma rozmowy o życiu przychodzącego, nie ma pytań o jego sprawy i nie ma wyjaśnień po zakończeniu. Przychodzący nie dowiaduje się, co zostało powiedziane nad nim, i według reguły obowiązującej w tych wsiach nie powinien o to pytać.
Czego nie robi
Nie wróży, nie działa przeciw komuś i odsyła do lekarza. Lista odmów jest równie stała jak lista dolegliwości.
Czytaj dalejSkąd wiemyOdmowy notowane zgodnie w wywiadach; powtarzają się w wsiach, które różnią się innymi szczegółami praktyki.
Odmowy są w tych opisach równie powtarzalne jak sam zakres: szeptucha nie wróży, nie przepowiada przyszłości i nie zajmuje się sprawami majątkowymi ani sercowymi. Nie podejmuje się też działania skierowanego przeciw komukolwiek, i to rozgranicza ją od tego, co w aktach dawnych procesów nazywano szkodzeniem.
Druga odmowa jest praktyczna: rzeczy poważne odsyła się do lekarza, a złamania, rany i poród nigdy do tego zakresu nie należały. Zdarza się też odmowa wobec kogoś, kto przychodzi sprawdzić, czy to działa — ciekawość jest w tym porządku złym powodem.
Dla całego działu jest to rozgraniczenie ważniejsze niż sama lista zabiegów. Praktyka, która sama sobie wyznacza granice i pilnuje ich od pokoleń, zachowuje się jak zawód z regułami, a nie jak resztka wierzeń, która przetrwała przez nieuwagę.
Skąd ludzie wiedzą, do kogo iść
Nie ma szyldu, ogłoszenia ani umawiania. Adres podaje się w rodzinie i u sąsiadów.
Czytaj dalejSkąd wiemyZgodne opisy obiegu informacji w wywiadach; napływ przyjezdnych notowany od przełomu wieków.
Nikt się nie ogłasza i nikt nie ma szyldu. Adres zna się z rodziny, od sąsiadki albo od kogoś, komu przeszło, i tak samo przekazuje dalej. W okolicy wiadomo, kto przyjmuje i w które dni, a poza okolicą trzeba kogoś, kto powie.
Ostatnie dziesięciolecia ten obieg zmieniły, choć nie zniosły. Przyjeżdżają ludzie z daleka, z miast, których w tej okolicy nikt nie zna, i trafiają przez znajomych albo przez opisy w prasie i telewizji. Same zamawiające przyjmują to różnie: część godzi się z tym, część zamyka drzwi przed ciekawskimi.
Brak ogłoszenia nie jest skromnością, tylko wynika z tej samej zasady, co zakaz umawiania ceny. Praktyka, która zaczęłaby się reklamować, stałaby się usługą, a w tym porządku usługa nie działa.
Rozłożone na części
Trzy zabiegi, siedem składników każdy
Trzy zabiegi rozłożone na siedem części: czas, miejsce, kto prowadzi, słowo, gest, przedmiot i dar. Dopiero taki rozkład pokazuje, że to jest procedura, a nie nastrój.
Odczynianie uroku
Najczęstszy zabieg i jedyny z wbudowanym sprawdzianem: wosk albo węgle mówią, czy urok w ogóle był.
Czytaj dalejSkąd wiemyPrzebieg notowany zgodnie w wywiadach z Podlasia; wariant węglowy i woskowy występują obok siebie w tych samych wsiach.
Zabieg ma dwie części i to jest w nim najciekawsze. Najpierw rozpoznanie, potem dopiero leczenie. Węgle wrzuca się do wody i patrzy, czy toną; tonące mają oznaczać, że urok jest. Wosk leje się do zimnej wody i czyta kształt. Dopiero po takim rozpoznaniu odmawia się formuły.
Wbudowany sprawdzian jest tu rzeczą niebłahą, bo pozwala zabiegowi zakończyć się wynikiem przeczącym: bywa, że zamawiająca mówi, iż uroku nie ma, i odsyła. Praktyka, która potrafi powiedzieć nie, zachowuje się inaczej niż zwykłe uspokajanie.
Wodę po zabiegu wylewa się poza obejście, najczęściej na miejsce, po którym się nie chodzi — pod płot, w krzaki, na rozstaje. Ta sama zasada wraca w całym zestawie: to, co zdjęte, musi opuścić przestrzeń mieszkalną.
Zamawianie róży
Zabieg na zmianę skórną, w którym liczy się materiał: len, ogień i coś czerwonego.
Czytaj dalejSkąd wiemyTeksty zamawiań notowane od dziewiętnastego wieku; opisy przebiegu z badań dwudziestowiecznych.
Ten zabieg trzyma się liczb: trzy albo dziewięć powtórzeń, w kolejnych dniach, o stałej godzinie. Przerwanie serii oznacza rozpoczęcie jej od nowa. Powtarzalność jest tu częścią procedury, nie ozdobą.
Materiał niesie tyle samo, co słowo. Len jest włóknem, z którego szyto tu bieliznę i całuny, więc dotyka skóry na obu krańcach życia. Czerwień odsyła do samej choroby: leczy się podobne podobnym, przykładając barwę zmiany do zmiany.
W formule choroba jest wyliczana po odmianach i każda dostaje osobne odesłanie. To ta sama zasada, co w zamawianiach wschodniosłowiańskich: nazwać wszystkie postacie, żeby żadna nie została pominięta i nie wróciła.
Wylewanie przestrachu
Zabieg dla dzieci: roztopiony wosk wylany do wody ma pokazać, co dziecko wystraszyło.
Czytaj dalejSkąd wiemyPrzebieg notowany w wywiadach; wariant z woskiem ze świecy cerkiewnej wskazywany jako właściwy w większości relacji.
Rozpoznanie polega na odczytaniu kształtu, jaki wosk przyjmie w wodzie. Szuka się w nim postaci tego, co dziecko wystraszyło: psa, ptaka, konia, człowieka. Nazwanie przyczyny jest tu połową zabiegu, bo lęk bez nazwy uchodzi za nieusuwalny.
Zabieg jest adresowany w równym stopniu do dziecka i do matki. To ona dostaje odpowiedź na pytanie, co się stało, i to jej milczenie przez cały czas trwania należy do procedury. W opisach etnograficznych wraca zdanie, że po wylaniu uspokaja się najpierw dorosły.
Wosk wyrzuca się poza obejście albo pali. Nie zostaje w domu i nie przechowuje się go na pamiątkę — obowiązuje ta sama reguła, co przy wodzie po odczynianiu uroku.
Zamawianie krwi
Jedyny zabieg bez czekania i bez progu — robi się go natychmiast, a formułę znają także mężczyźni.
Czytaj dalejSkąd wiemyFormuła notowana w zapisach z całego obszaru, w wariantach różniących się obrazem, lecz zgodnych co do zatrzymania zamiast odesłania.
Nie ma tu wyznaczonego dnia, nie ma czekania na swoją kolej, nie ma izby ani ikony w kącie, nie ma ofiary przed obrazem. Jest rana, która krwawi, i ktoś, kto akurat jest obok i zna słowa.
Odwrócona jest też sama treść formuły. W zamawianiu uroku, róży czy przestrachu chorobę się odsyła — za morze, za las, w pustkowie. Tutaj nic się nigdzie nie wysyła, tylko zatrzymuje: obraz rzeki, która staje, albo wody, która przestaje płynąć, wraca w zapisach z całego obszaru i jest sednem tekstu. Zabieg ma zamykać, nie wypędzać.
Tę formułę notowano szerzej niż wszystkie pozostałe razem wzięte, daleko poza Podlasiem i poza jednym wyznaniem. Jest to zarazem jedyna procedura z tego zestawu, przy której nagłość wyklucza jakikolwiek wybór specjalisty — liczy się to, kto stoi najbliżej.
Zamawianie nocnic
Zabieg dla niemowlęcia, które płacze po nocach. Płacz traktuje się jak sprawkę istot, które przychodzą po zmierzchu.
Czytaj dalejSkąd wiemyZapisy wywiadów wiejskich; zgodność co do trzech wieczorów, jednego kierunku gestu i użycia koszulki.
Nocnice, zwane też płaczkami, opisuje się w zapisach jako istoty mnogie i bezimienne, przychodzące po zmierzchu do dzieci, które jeszcze nie mówią. Nie są złośliwością konkretnej osoby, tak jak urok, i nie są następstwem strachu, tak jak przestrach — są czymś, co przychodzi z nocy i o czym da się mówić w liczbie mnogiej.
Kierunek gestu jest tu regułą, a nie ozdobą. Dłoń idzie od głowy ku stopom i nie wraca, bo powrót cofnąłby to, co zostało zsunięte. Ta sama zasada jednego kierunku wraca w innych zabiegach nad dziećmi i jest w zapisach pilnowana ściślej niż dobór słów.
Koszulkę wynosi się nie bez powodu: rzecz noszona przy ciele zastępuje w tym porządku samo dziecko, więc wystawienie jej na noc jest wystawieniem dziecka bez narażania go — zabieg na przedmiocie zamiast na osobie.
Zamawianie bólu zęba
Jedyna formuła zbudowana jako rozmowa: pytanie i odpowiedź, a nie opowieść.
Czytaj dalejSkąd wiemyFormuła dialogowa notowana w zapisach polskich i w tekstach z innych obszarów Europy o tej samej budowie.
Budowa tej formuły odróżnia ją od wszystkich pozostałych w tym dziale. Zamawianie uroku czy róży opowiada — mówiący idzie, spotyka świętego, odsyła chorobę za granice. Tutaj tekst jest dialogiem: ktoś siedzi i cierpi, ktoś nadchodzi i zadaje pytanie, pada odpowiedź i dopiero po niej nakaz. Cała skuteczność opiera się na tym, że sytuacja z formuły powtarza sytuację chorego.
Ten typ tekstu ma zasięg znacznie szerszy niż Podlasie i notowano go w całej Europie, od wysp po Bałkany, w językach niespokrewnionych ze sobą. Jest to jeden z niewielu przypadków, w których polski zapis daje się zestawić ze znacznie starszymi tekstami o tej samej budowie.
Praktyczne tło jest przy tym mniej podniosłe. Ząb był jedyną z tych dolegliwości, przy której istniało rozwiązanie doraźne i powszechnie dostępne, bo wyrywał je kowal albo cyrulik. Zamawianie stało tu więc obok zabiegu siłowego, a nie zamiast niego, i bywało po prostu tańsze.
Zamawianie liszaja
Zabieg, w którym wszystko zmierza do kurczenia się: malejący księżyc, krąg zataczany do środka, wyliczenie odmian.
Czytaj dalejSkąd wiemyZapisy wiejskie; zgodność co do kierunku kręgu i co do wiązania zabiegu z ubywającym księżycem.
Ten zabieg jest najczystszym przykładem zasady podobieństwa, na której opiera się spora część tej medycyny. Księżyc ubywa, więc i zmiana ma ubywać. Krąg idzie od zewnątrz do środka, więc i ognisko ma się zwężać. Nic tu nie zostaje odesłane za morze, tak jak w innych formułach — rzecz ma się skurczyć w miejscu i zniknąć.
Wyliczenie odmian działa tak samo jak przy róży i z tego samego powodu: to, co nienazwane, wymyka się ustaleniu. Zapisy notują formuły mówiące o kilkudziesięciu rodzajach, przy czym liczba ma znaczyć „wszystkie bez wyjątku", a nie tyle sztuk.
Zmiana skórna jest widoczna, więc skuteczność zabiegu widać gołym okiem. To odróżnia liszaja od uroku czy przestrachu, gdzie sprawdzian trzeba było dopiero wbudować w procedurę.
Budowa formuły
Zamawianie ma pięć członów, zawsze w tej samej kolejności
Zamawianie ma budowę, i ta budowa jest wszędzie podobna — od Podlasia po Ural. Pięć członów, zawsze w tej samej kolejności.
Zwrot na wschód
Formuła zaczyna się od ustawienia mówiącego w przestrzeni: wstaje, żegna się, zwraca ku wschodowi.
Czytaj dalejPoczątek zamawiania niemal nigdy nie jest prośbą. Jest opisem czynności: ktoś wstaje, myje się, żegna, wychodzi i zwraca się w stronę wschodu. Dopiero tak ustawiony mówiący zaczyna mówić o sprawie.
Ten człon robi to samo, co nagłówek pisma urzędowego: ustala, kto mówi, skąd i z jakiego miejsca w porządku świata. Wschód nie jest tu wybrany dowolnie — to ta sama strona, ku której zwrócone są ołtarze i ku której staje się do modlitwy w cerkwi, więc mówiący ustawia się dokładnie tak, jak ustawia się człowiek zwracający się do Boga. Bez tego członu reszta formuły nie ma punktu zaczepienia.
Droga i spotkanie
Mówiący idzie i kogoś spotyka — najczęściej świętego albo Matkę Bożą.
Czytaj dalejDrugi człon prowadzi mówiącego drogą przez pole, przez most albo nad morze, gdzie następuje spotkanie. Spotkany bywa świętym, bywa Matką Bożą, rzadziej postacią bez imienia. Rozmowa jest krótka: mówiący mówi, co go boli, spotkany odpowiada, co robić.
Ta część jest najbardziej rozbudowana i najczęściej to właśnie ona bywa brana za całość zamawiania. Tymczasem jest środkiem, nie sednem: dostarcza umocowania dla członu następnego.
Wyliczenie granic
Choroba zostaje odesłana poza wyliczone granice: za morze, za las, w pustkowie.
Czytaj dalejTrzeci człon wylicza, dokąd choroba ma odejść, i robi to z uporem geodety: za morze, za góry, za rzekę, w bór, w pustkowie, tam gdzie kur nie pieje i pies nie szczeka. Formuła nie prosi o uzdrowienie, tylko wyznacza kierunek wyjścia.
Wyliczenie granic najmocniej łączy zamawiania całej Europy Wschodniej. Zmieniają się nazwy miejsc, nie zmienia się zasada: choroba to coś, co ma adres i trzeba go wskazać.
Wyliczenie odmian
Chorobę nazywa się po wszystkich postaciach, żeby żadna nie została pominięta.
Czytaj dalejCzwarty człon wymienia odmiany dolegliwości: różę białą, czerwoną, wietrzną, wodną, i dalej. Zasada jest ta sama, co w formułach przysięgi i w pismach sądowych — wyliczyć wszystko, bo to, co nienazwane, wymyka się ustaleniu.
Wyliczenie bywa przy tym dłuższe, niż podpowiadałby rozsądek: zapisy notują formuły mówiące o siedemdziesięciu siedmiu rodzajach róży, bo liczba ma tu znaczyć „wszystkie bez wyjątku”, a nie tyle sztuk. To jest człon, który najbardziej przypomina procedurę prawną, i podobieństwo nie jest przypadkowe. Zamawianie ma budowę aktu, nie wiersza.
Formuła zamykająca
Na końcu stoi zdanie zamykające sprawę na zawsze, i dopiero po nim trzykrotne amen.
Czytaj dalejZamknięcie ma stałą postać: nie ja pomagam, lecz ten, do kogo się zwracam; słowa moje niech będą mocne i trwałe. Potem pada trzykrotne amen, często z przeżegnaniem.
Człon ten robi dwie rzeczy naraz. Odbiera mówiącemu sprawstwo, przenosząc je na świętego, i jednocześnie zamyka wypowiedź tak, żeby nie dało się jej cofnąć ani uzupełnić. Formuła bez zamknięcia uchodzi za niedokończoną i nieskuteczną.
W jakim języku
Modlitwa idzie po cerkiewnosłowiańsku, a formuła po miejscowemu. Granica biegnie w środku jednego tekstu.
Czytaj dalejTekst zamawiania bywa dwujęzyczny i granica przebiega wewnątrz niego. Część modlitewna, czyli Ojcze nasz, Zdrowaś i wezwania świętych, idzie w języku cerkiewnym, którego zamawiająca nie używa w rozmowie. Część właściwa, czyli odesłanie choroby i wyliczenie odmian, idzie miejscową mową, białoruską albo ukraińską z polskimi wtrętami.
Skutek jest taki, że w jednym krótkim tekście stoją obok siebie dwa rejestry: język kościelny, uroczysty i nie w pełni rozumiany, oraz język domowy, w którym mówi się o krowie i o dzieciach. Nie jest to niedbałość, tylko podział ról — modlitwa poświadcza, formuła działa.
W zapisach wracają też słowa, których same zamawiające nie potrafią wyjaśnić i o których mówią, że tak się mówiło. Bywa, że są to zniekształcone wyrazy cerkiewne, a bywa, że nie da się ich przypisać do żadnego języka.
Dlaczego zawsze trzy
Trzy powtórzenia, trzy wieczory, trzy amen. Gdzie nie ma trzech, jest dziewięć.
Czytaj dalejTrójka wraca tu tak uporczywie, że łatwiej wyliczyć miejsca, w których jej nie ma. Formułę mówi się trzy razy, zabieg powtarza przez trzy dni albo trzy wieczory, krąg zatacza trzykrotnie, na końcu pada trzykrotne amen. Tam, gdzie trzy nie wystarcza, pojawia się dziewięć — czyli trzy razy trzy — i widać to najlepiej przy węglach wrzucanych do wody.
Powtórzenie nie jest tu wzmocnieniem w rodzaju „im więcej, tym lepiej". Zapisy są zgodne, że liczba jest wiążąca w obie strony: powiedzenie formuły dwa razy zostawia rzecz niedokończoną, a powiedzenie jej cztery razy bywa opisywane jako zepsucie zabiegu.
Ta sama rachuba rządzi odstępami między wizytami i bywa jedynym elementem, którego zamawiająca pilnuje ściślej niż dokładności słów. Wolno zmienić szyk zdania, nie wolno pomylić się w liczbie.
Multikulturowość
Pięć wspólnot na jednej ziemi
Pięć wspólnot, które mieszkały tu obok siebie, i po których zostały budynki, cmentarze i słowa. Nie chodzi o to, że były — chodzi o to, jak blisko.
Tatarzy Rzeczypospolitej
Sześć wieków obecności, a od trzech modlitwa po arabsku i mowa domowa po słowiańsku.
Czytaj dalejSkąd wiemyNadania z 1679 roku, zachowane budynki meczetów i mizarów, nagrobki z inskrypcjami dwupismowymi.
Tatarzy osiedlali się w Wielkim Księstwie Litewskim od schyłku czternastego wieku, początkowo jako oddziały wojskowe. W 1679 roku część z nich dostała ziemię na Podlasiu zamiast zaległego żołdu i tak powstały wsie, które stoją do dziś.
Język ojczysty stracili wcześnie, przechodząc na polski i białoruski, ale religii nie. Powstała z tego sytuacja rzadka w skali Europy: wspólnota muzułmańska mówiąca po słowiańsku, służąca w wojsku Rzeczypospolitej i chowana na cmentarzach z inskrypcjami w dwóch pismach.
Nie ma tu żadnej egzotyki i to jest sedno. Meczet postawił miejscowy cieśla z miejscowego drewna, według miejscowej ciesiołki, tylko ustawiony w inną stronę świata.
Słowiańska mowa pismem arabskim
Księgi pisane po polsku i białorusku, ale literami arabskimi — najczystszy dowód mieszania, jaki tu mamy.
Czytaj dalejSkąd wiemyZachowane rękopisy tatarskie z osiemnastego i dziewiętnastego wieku, opisane w opracowaniach językoznawczych.
Księgę otwiera się od tej strony, z której my zamykamy, i kartki idą w lewo. Pismo jest arabskie, wiązane, z kropkami nad literami i pod nimi. Dopiero gdy ktoś przeczyta je na głos, okazuje się, że mówi po białorusku albo po polsku — bo słowa są słowiańskie, a arabskie są wyłącznie litery.
Pisarz miał z tym kłopot, którego nie dało się obejść. Arabski alfabet nie ma znaku na „cz", nie ma na „ż", nie ma na „ł" ani na nosówki. Trzeba je było dorobić: dosypać kropek, pożyczyć liter perskich i tureckich, a gdzie i to nie starczało — wymyślić własne. Powstał alfabet, którym nie pisze nikt poza tymi księgami.
W środku są modlitwy, objaśnienia obrzędów, opowieści o prorokach i teksty ochronne przepisywane na osobne karteczki do noszenia przy sobie. Jest też tefsir, w którym między wierszami arabskiego Koranu biegnie przekład na mowę domową — jedna z najwcześniejszych prób przełożenia tej księgi na język słowiański, zrobiona przez ludzi modlących się w języku, którym już nie rozmawiali.
Karaimi
Wspólnota mówiąca językiem tureckim, wyznająca judaizm odrzucający Talmud.
Czytaj dalejSkąd wiemyOsadnictwo poświadczone od przełomu czternastego i piętnastego wieku; zachowane kenesy i piśmiennictwo karaimskie.
Karaimi przybyli na ziemie Wielkiego Księstwa z Krymu u schyłku czternastego wieku. Ich język należy do rodziny tureckiej, ich religia jest odłamem judaizmu, który uznaje wyłącznie Pismo i odrzuca autorytet Talmudu, a ich świątynia nazywa się kenesą.
Łączą w sobie tyle pozornie wykluczających się cech, że bywają w opisach upraszczani do jednej z nich. Tymczasem właśnie to połączenie jest ich tożsamością, a nie kolizją cech.
Wspólnota jest dziś bardzo nieliczna, a jej język należy do najbardziej zagrożonych w Europie. Wymieniamy ją, bo bez niej obraz dawnej Rzeczypospolitej zostaje fałszywie uproszczony do trzech czy czterech wyznań.
Prawosławni i unici
Jedna wieś potrafiła w ciągu dwóch stuleci zmienić przynależność trzy razy, nie zmieniając obrzędu.
Czytaj dalejSkąd wiemyDzieje unii brzeskiej i jej odwrócenia w dziewiętnastym wieku; zachowana sieć świątyń obu obrządków.
Wschodnia część dawnej Rzeczypospolitej była prawosławna, potem w znacznej części unicka po unii brzeskiej, potem w dziewiętnastym wieku przymusowo wrócona do prawosławia. Dla mieszkańców wsi zmiany te oznaczały głównie zmianę zwierzchności, bo obrzęd pozostawał wschodni.
To jest ważne dla całego działu, bo pokazuje, że przynależność wyznaniową ustalano bywało ponad głowami, a ciągłość praktyki biegła pod spodem. Szeptucha, o której mówi ten dział, jest właśnie taką ciągłością.
Skutek widać do dziś w krajobrazie: cerkwie i kościoły stoją w tych samych wsiach, czasem naprzeciw siebie, a święta liczy się według dwóch kalendarzy naraz.
Żydzi w miasteczku
Nie mniejszość mieszkająca obok miasteczka, tylko często większość jego mieszkańców.
Czytaj dalejSkąd wiemySpisy ludności miasteczek sprzed drugiej wojny; zachowane bóżnice, cmentarze i układy urbanistyczne.
W wielu miasteczkach tej części kraju ludność żydowska stanowiła większość mieszkańców, a nie mniejszość mieszkającą obok. Rynek, handel, rzemiosło i rytm tygodnia układały się wokół dwóch dni świątecznych, nie jednego.
Zostały po tym budynki i układy ulic, a w polszczyźnie słowa, których pochodzenia rzadko jesteśmy dziś świadomi. To jest ślad trwalszy od murów i mniej rzucający się w oczy.
Mówimy o tym w czasie przeszłym z powodu, który nie wymaga dopowiedzenia. Rysunek tego działu zostawia dla tej wspólnoty punkt, żeby jej nieobecność była widoczna, a nie pominięta.
Staroobrzędowcy
Wspólnota, która odeszła od Cerkwi w siedemnastym wieku i do dziś modli się bez księdza, w molennie zamiast w cerkwi.
Czytaj dalejSkąd wiemyRozłam w Cerkwi rosyjskiej w siedemnastym wieku; zachowane molenny i cmentarze; układ wsi z łaźniami.
W połowie siedemnastego wieku reforma ksiąg i obrzędu w Cerkwi rosyjskiej rozłamała ją na dwie części, a ci, którzy reformy nie przyjęli, byli przez następne pokolenia wypychani na obrzeża państwa i poza nie. Część dotarła w osiemnastym i dziewiętnastym wieku na Suwalszczyznę i Mazury, gdzie zakładała wsie na gruntach dotąd nieuprawianych.
Odłam, który osiadł tutaj, nie ma duchownych. Nabożeństwo prowadzi wybrany przez wspólnotę nastawnik, a dom modlitwy nazywa się molenną, nie cerkwią. Znak krzyża czyni się dwoma palcami, a nie trzema, i to właśnie ten szczegół — pozornie drobiazg — był jednym z punktów rozłamu.
Do tego działu należą z tego samego powodu co Tatarzy i Karaimi: to jest wspólnota, która przyszła z zewnątrz, została i zachowała obrzęd starszy niż ten, który stał się większościowy tam, skąd przyszła. Drewniane molenny stoją do dziś, a we wsiach zachowały się łaźnie stawiane osobno od domów.
Chodzenie do cudzego specjalisty
Po pomoc szło się do tego, kto umiał — niezależnie od tego, do jakiej świątyni chodził w niedzielę.
Czytaj dalejSkąd wiemyZgodne zapisy wywiadów o korzystaniu z pomocy poza własnym wyznaniem; napomnienia duchownych jako świadectwo skali.
Najmocniej widać tę bliskość nie w budynkach i nie w słownictwie, tylko w tym, do kogo szło się z chorobą. Zapisy zgodnie notują, że katolicy chodzili do prawosławnych szeptuch, że do tatarskich i żydowskich specjalistów przychodzili sąsiedzi wszystkich wyznań, i że nikogo to szczególnie nie dziwiło.
Rzecz ma prostą logikę. Modlitwa była sprawą własnej wspólnoty, a skuteczność sprawą osobną i sprawdzalną: jeżeli u kogoś przechodziło, to się do niego szło. Wyznanie leczącego bywało nawet argumentem za, bo obcość dodawała procedurze mocy.
Duchowni wszystkich stron patrzyli na to niechętnie i mówili o tym wprost, co samo w sobie jest poświadczeniem skali zjawiska: zakazuje się tego, co się dzieje. Praktyka przetrwała te zakazy o kilka pokoleń i miejscami trwa nadal.
Jarmark jako miejsce styku
Tydzień miał tu dwa dni świąteczne, a czasem trzy — i to układało handel, nie odwrotnie.
Czytaj dalejSkąd wiemyUkład dni targowych w miasteczkach; zapożyczenia w mowie okolicy; spisy ludności sprzed wojny.
W miasteczku, w którym mieszkali obok siebie prawosławni, katolicy i Żydzi, tydzień nie miał jednego dnia wolnego, tylko dwa, a tam, gdzie byli jeszcze Tatarzy, bywał i trzeci. Dzień targowy wyznaczano tak, żeby nie wypadł na żaden z nich, więc kalendarz handlu układał się wokół kalendarzy religijnych sąsiadów.
Na samym targu granice były najcieńsze. Kupowało się u kogo popadło, mówiło mieszaniną, w której polskie, białoruskie i jidyszowe słowa stały obok siebie, i znało się nawzajem po imieniu. Polszczyzna tej okolicy nosi po tym ślady, których dziś zwykle nie rozpoznajemy jako obcych.
Bliskość działała więc nie w teologii i nie w obrzędzie, których nikt nie mieszał, tylko w tygodniu, w rynku i w mowie — czyli tam, gdzie ludzie musieli się ze sobą dogadać, żeby żyć.
Przypadek graniczny
Frankiści: przejście zbiorowe w jednym akcie
Najdziwniejszy epizod religijny dawnej Rzeczypospolitej: ruch, który w ciągu kilku lat przeszedł z judaizmu do katolicyzmu masowo, publicznie i z magnatami w roli chrzestnych.
Kim byli frankiści
Ruch wyrosły z tradycji mesjańskiej, który uznał swojego przywódcę za postać przełomową.
Czytaj dalejSkąd wiemyAkta dysput i korespondencja kościelna z lat pięćdziesiątych osiemnastego wieku.
Ruch pojawił się na Podolu w połowie osiemnastego wieku i wyrósł z wcześniejszej tradycji mesjańskiej, która przeszła przez judaizm Europy Wschodniej stulecie wcześniej. Jego przywódca ogłosił się kontynuatorem tamtej drogi i zgromadził wokół siebie kilka tysięcy zwolenników.
Rabini odpowiedzieli klątwą, a spór stał się publiczny i sądowy. Wtedy właśnie ruch zwrócił się o opiekę do biskupów, i od tego zaczyna się epizod, dla którego ten dział go opisuje.
Dwie dysputy
Publiczne debaty z rabinami, rozstrzygane przez sąd biskupi — czyli przez stronę z góry nieobojętną.
Czytaj dalejSkąd wiemyZachowane akta obu dysput i relacje z ich przebiegu.
Pierwsza dysputa odbyła się w Kamieńcu Podolskim, druga we Lwowie. Obie miały postać publicznego sporu z rabinami, a rozstrzygał je sąd kościelny.
Druga poszła dalej niż pierwsza, bo padły w niej oskarżenia najcięższego rodzaju, powtarzające dawny zarzut mordu rytualnego. To jest ta część epizodu, której nie wolno przemilczeć, bo skutki poniosła wspólnota, która nie była stroną sporu.
Masowy chrzest
Po dyspucie lwowskiej chrzci się kilka tysięcy osób, a chrzestnymi bywają magnaci.
Czytaj dalejSkąd wiemyKsięgi metrykalne parafii lwowskich i warszawskich z 1759 roku i lat następnych.
Po dyspucie lwowskiej rozpoczęły się chrzty, najpierw we Lwowie, potem w Warszawie. Liczbę ochrzczonych w ciągu kilku lat szacuje się na kilka tysięcy. Rzecz odbywała się uroczyście, a rolę rodziców chrzestnych przyjmowali przedstawiciele szlachty i magnaterii, co dawało ochrzczonym wejście w polską sieć rodową.
Skutek był podwójny i trwały. Część rodzin weszła w szlachtę i rozpłynęła się w niej bez śladu w ciągu dwóch pokoleń. Część zachowała wewnętrzną odrębność jeszcze długo, zawierając małżeństwa w obrębie dawnej grupy.
Dla tego działu jest to przypadek graniczny mieszania: nie powolne przenikanie przez sąsiedztwo, tylko przejście zbiorowe, w jednym akcie, udokumentowane w księgach metrykalnych.
Co z tego zostało
Uwięzienie przywódcy, rozproszenie ruchu i długi cień w sporach o to, kto jest Polakiem.
Czytaj dalejSkąd wiemyDokumentacja uwięzienia i rozproszenia ruchu; późniejsza recepcja opisana w dziejach literatury.
Przywódca ruchu został wkrótce po chrzcie uwięziony w Częstochowie i spędził tam kilkanaście lat. Ruch nie rozwiązał się od razu, ale stracił ośrodek i stopniowo się rozproszył.
W dziewiętnastym wieku epizod wrócił jako temat sporu o to, kto jest Polakiem, i bywał używany przez obie strony tego sporu. Przypominamy o tym, bo pokazuje, jak wydarzenie religijne po stu latach staje się argumentem w zupełnie innej sprawie.
Licznik
Pięć liczb
Pięć liczb, po których widać, że to nie jest opowieść o zamierzchłości.
1679
Rok, w którym Tatarzy dostali ziemię zamiast żołdu
Skarb nie miał czym zapłacić i rozliczył się wsiami na Podlasiu. Meczety w dwóch z nich są czynne do dziś.
1776
Rok zniesienia tortur i kary śmierci za czary
Sejm Rzeczypospolitej zniósł jedno i drugie — wcześniej niż niejedno państwo sąsiednie.
1759
Rok dysputy lwowskiej i początku masowych chrztów
Kilka tysięcy osób przechodzi w ciągu kilku lat, z magnatami w roli chrzestnych.
3
Alfabety, którymi zapisywano mowę na tych ziemiach
Łaciński, cyrylica i arabski — tym ostatnim pisano po polsku i białorusku w księgach tatarskich.
60
Kilometry promienia, w którym mieści się cały ten dział
Dwa czynne drewniane meczety, monaster, wielka synagoga i wsie, w których się zamawia.
1596
Rok unii brzeskiej
Część Kościoła wschodniego uznaje zwierzchność Rzymu, zachowując własny obrzęd. Na tej granicy wieś potrafiła zmieniać przynależność trzy razy w dwa stulecia.
1667
Rok potępienia dawnego obrzędu w Moskwie
Sobór zatwierdza reformę i klątwę na tych, którzy jej nie przyjmą. Ich potomkowie zakładają wsie na Suwalszczyźnie.
Sprawdzamy
Czego nie było
Sześć zdań, które powtarza się o polskiej magii, a które przy sprawdzeniu nie wytrzymują.
„Szeptucha to ocalała pogańska kapłanka”
Nieprawda. Nie. Modli się do świętych chrześcijańskich i działa wewnątrz prawosławnej pobożności.
Czytaj dalejA było takPraktyka chrześcijańska pod względem słowa i przedmiotu, ludowa pod względem procedury, utrzymywana wewnątrz wspólnoty prawosławnej, a nie obok niej.
Wyobrażenie jest atrakcyjne i fałszywe. Słowa, których szeptucha używa, to modlitwy chrześcijańskie; zwraca się do Matki Bożej i do świętych, żegna się przed zabiegiem i po nim, a wosku używa ze świecy cerkiewnej.
Prawdą jest, że w porządku kanonicznym jej praktyka nie ma miejsca i bywała potępiana. Ale różnica między byciem potępianym wewnątrz a byciem na zewnątrz jest zasadnicza i to ona tu ginie.
„Ostatni stos w Europie zapłonął w Polsce w 1775 roku”
Nieprawda. Sprawa jest sporna, a opowieść o niej pochodzi z relacji spisanej kilkadziesiąt lat później.
Czytaj dalejA było takSprawa niepewna co do przebiegu i liczby ofiar; pewna jest data zniesienia karalności czarów w 1776 roku.
Zdanie to powtarza się w podręcznikach i w publicystyce od dwustu lat. Tymczasem podstawą jest relacja spisana znacznie później od wydarzeń, a badania nad tą sprawą wykazały poważne rozbieżności w podstawowych szczegółach.
Osobno warto zauważyć, że samo zdanie jest wewnętrznie podejrzane: za ostatnią straconą w Europie uchodzi kobieta skazana w Szwajcarii w 1782 roku, a więc siedem lat później. Oba zdania nie mogą być prawdziwe naraz.
To, co pewne, jest krótsze i mocniejsze: w 1776 roku sejm zniósł tortury i karę śmierci za czary.
„W polskich zamawianiach przetrwały imiona dawnych bogów”
Nieprawda. W zapisanych tekstach ich nie ma. Są święci, Matka Boża i nazwy chorób.
Czytaj dalejA było takPrzetrwała struktura formuły, nie imiona; treść jest chrześcijańska, forma starsza.
Teksty zamawiań notowano od dziewiętnastego wieku w dużej liczbie. Występują w nich święci chrześcijańscy, Matka Boża, rzadziej postacie bezimienne, oraz rozbudowane nazewnictwo samych chorób. Imion bóstw przedchrześcijańskich w nich nie ma.
To nie znaczy, że nic dawnego nie przetrwało. Przetrwała budowa formuły, logika odsyłania i wyliczanie granic, czyli rzeczy głębsze niż imiona. Ale twierdzenie o ocalałych imionach jest po prostu sprzeczne z zapisem.
„Tatarzy byli w Rzeczypospolitej gośćmi”
Nieprawda. Sześć wieków osadnictwa, służba wojskowa i nadania ziemskie to nie gościna.
Czytaj dalejA było takLudność osiadła od sześciu stuleci, słowiańskojęzyczna od trzech, z własnymi wsiami nadanymi za służbę.
Osadnictwo zaczyna się u schyłku czternastego wieku i trwa nieprzerwanie. Tatarzy służyli w wojsku Rzeczypospolitej, otrzymywali nadania ziemskie, a w osiemnastym wieku nie mówili już po tatarsku, tylko po polsku i białorusku.
Określenie gościa sugeruje tymczasowość, której tu nie było. Trwalszy jest inny opis: ludność miejscowa pod każdym względem prócz wyznania, a i wyznanie praktykowane w budynkach postawionych rękami miejscowych cieśli.
„Wieś leczyła się wyłącznie zamawianiem”
Nieprawda. Nie. Podział kompetencji był wyraźny: złamania i porody szły gdzie indziej.
Czytaj dalejA było takWąski i stały zakres dolegliwości, obok ziołowej medycyny ludowej i obok akuszerki.
Zestawy dolegliwości, którymi zajmowały się zamawiaczki, są w zapisach wąskie i powtarzalne: przestrach, róża, urok, bezsenność. Złamania, rany, wysoka gorączka i poród do tego zestawu nie należały.
Wyobrażenie o wsi bezradnej i zabobonnej jest więc nie tylko krzywdzące, ale i niezgodne z materiałem. Obok zamawiaczki działała akuszerka, zielarka i kowal nastawiający kości, a od drugiej połowy dziewiętnastego wieku także felczer i lekarz powiatowy. Istniał podział kompetencji i był przestrzegany.
„Ludzie wyznawali dwie wiary naraz”
Nieprawda. Słowo dwuwiara powstało jako zarzut duchownych, a dopiero potem wzięto je za opis.
Czytaj dalejA było takJedna wiara z warstwą praktyk bez umocowania kanonicznego; nazwa powstała jako zarzut, nie jako opis.
Określenie pojawia się najpierw w piśmiennictwie kościelnym jako oskarżenie: że lud nie jest dostatecznie chrześcijański. Później uczeni przejęli je jako termin opisowy, a razem z nim przejęli założenie, że mamy do czynienia z dwiema wiarami obok siebie.
Tymczasem ci sami ludzie nie mieli poczucia wyznawania dwóch religii. Mieli jedną, chrześcijańską, z praktykami, które w niej nie miały umocowania kanonicznego, ale były przeżywane jako jej część.
Rozróżnienie ma znaczenie dla całego działu. Jeśli przyjmiemy dwuwiarę, szeptucha jest reliktem. Jeśli ją odrzucimy, jest tym, kim się sama uważa: prawosławną, która się modli.
„Zamawianie jest zabobonem sprzecznym z Kościołem”
Nieprawda. Formuły stoją na modlitwach kanonicznych, a zabieg odbywa się przy ikonie. Stosunek duchownych bywał różny, ale to nie to samo.
Czytaj dalejA było takPraktyka wewnątrz pobożności prawosławnej, oparta na modlitwie kanonicznej, wobec której duchowni zajmowali stanowiska od milczącej zgody po potępienie.
Teksty zamawiania w większości zaczynają się i kończą modlitwą, której nikt nie kwestionuje, a w środku przywołują świętych z kalendarza. Zabieg odbywa się przy ikonie, często przy świecy, a zamawiająca bywa osobą regularnie chodzącą do cerkwi.
Stanowisko duchownych było przy tym niejednolite i zmieniało się w czasie: od przymykania oka, przez napomnienia z ambony, po wyraźne potępienia. Różnica między „Kościół tego zabraniał" a „to jest sprzeczne z Kościołem" bywa zacierana, a jest istotna — zakazywano praktyki, która posługiwała się własnym językiem Kościoła.
„Zamawiają wyłącznie kobiety”
Nieprawda. W większości tak, ale formułę na krew zapisy równie często notują u mężczyzn.
Czytaj dalejA było takPrzewaga kobiet wyraźna i niekwestionowana, z jednym stałym wyjątkiem: formuła zatrzymująca krwotok.
Przewaga kobiet w tej praktyce jest w zapisach bezsporna i widać ją w regule przekazywania, w słownictwie i w samej nazwie. Wyjątkiem, który wraca zbyt regularnie, żeby go pominąć, jest zamawianie krwi.
Powód wydaje się praktyczny, a nie obrzędowy. Skaleczenia zdarzały się przy pracy w polu i w lesie, czyli tam, gdzie akurat byli mężczyźni, a zabieg trzeba było wykonać natychmiast. Umiejętność rozchodziła się tam, gdzie była potrzebna.
„Praktyka trwa niezmieniona od wieków”
Nieprawda. Zmienił się zestaw spraw, z którymi się przychodzi — dawna wieś nie nazwałaby ich tak jak dzisiejsi przyjezdni.
Czytaj dalejA było takProcedura stała, zakres dolegliwości przesuwający się wraz z tym, z czym ludzie przychodzą.
Sama procedura rzeczywiście jest stała i to w niej widać ciągłość: te same modlitwy, ten sam gest, ta sama rachuba trzech. Zmienia się co innego, czyli lista spraw, z którymi ludzie przychodzą.
Do przestrachu, róży i uroku doszły w ostatnich dziesięcioleciach wypalenie, lęk i natrętne myśli, a także pytania o sprawy, które dawna wieś załatwiałaby zupełnie gdzie indziej. Przyjeżdżają też ludzie z miast, spoza tej okolicy i spoza tego wyznania.
Praktyka przyjęła te nowe sprawy bez zmiany procedury, podciągając je pod stare nazwy. To jest zachowanie żywej praktyki, a nie zabytku — i zarazem powód, dla którego mówienie o niej w czasie przeszłym jest po prostu niezgodne ze stanem rzeczy.