Atlas · Afryka
Afryka PołudniowaPrzodkowie, taniec, wyrocznia — i sto lat zaprzeczania temu, co widać
Na południu kontynentu religia jest żywa i dobrze opisana, a mimo to przez sto lat pisano o niej rzeczy, o których wiedziano, że są nieprawdą. Wielkie Zimbabwe uznawano urzędowo za dzieło Fenicjan jeszcze wtedy, gdy trzy niezależne wykopaliska mówiły co innego. Dlatego ten dział prowadzi dwie opowieści naraz: o tym, w co ludzie wierzą, i o tym, co z tą wiedzą robiono.
Kreskowanie ochrą na kamieniu, z jaskini na tym wybrzeżu.
Od ogłoszenia wersji fenickiej do nazwania państwa Zimbabwe.
Ditaola i hakata. Ta sama liczba, co figur geomancji.
Język wymarł. Zapis został — i bez niego nie dałoby się odczytać malowideł.
Rolnicy bantu byli tu od co najmniej XII stuleci wcześniej.
Podpis działu
Sto lat zaprzeczania
Dwa tory przez sto lat: co pokazywały wykopaliska i co w tym samym roku mówiono oficjalnie. Kliknij rok, żeby zobaczyć obie wersje obok siebie — i moment, w którym rozstęp między nimi przestał być pomyłką, a stał się polityką.
Rozstęp między torami zamknął się w 1980 roku — i zamknęła go zmiana władzy, a nie nowy argument. Dowód leżał na stole od 1905 roku.
Kto tu mieszka
Ludy Afryki Południowej
Zulu, Xhosa, Sotho i Tswana, Shona, Venda — rolnicy i hodowcy mówiący językami bantu. Obok nich San i Khoekhoe, którzy byli tu pierwsi i mówią językami z zupełnie innej rodziny, z dźwiękami mlaskowymi.
Zulu
Bóg odległy, przodkowie bliscy. Dwa zawody, których nie wolno mylić.
Czytaj dalejZulu są największym ludem Afryki Południowej i mówią językiem bantu z dźwiękami mlaskowymi, przejętymi od sąsiadów mówiących językami khoisan — sam ten fakt jest dowodem na długie współżycie obu grup.
Ich religia opiera się na przodkach. uNkulunkulu, byt najwyższy, jest odległy i nie prowadzi się z nim spraw bieżących; te załatwia się z amadlozi, przodkami rodu, którzy widzą, pamiętają i reagują.
Państwo zuluskie zbudowane przez Szakę w początkach dziewiętnastego wieku zmieniło całą okolicę — okres wielkich przemieszczeń ludności, znany jako mfecane, wypchnął grupy ludzi aż po dzisiejszą Tanzanię i Zambię. Skutki tej fali widać w rozmieszczeniu ludów do dziś.
Xhosa
Powołanie przychodzi jako choroba, której nie da się inaczej wyleczyć.
Czytaj dalejXhosa mieszkają na południowym wschodzie i jako pierwsi z ludów bantu zetknęli się z kolonizacją holenderską i brytyjską — stąd dziewięć wojen granicznych ciągnących się przez sto lat.
Ich byt najwyższy nosi imię uThixo albo uQamata, a codzienna religia dotyczy amathongo, czyli przodków. Pośredniczy igqirha, do którego dochodzi się przez ukuthwasa: przez chorobę, która jest powołaniem.
W latach 1856–1857 doszło tu do wydarzenia, które opisujemy osobno, bo jest jednym z najtragiczniejszych w dziejach tego obszaru i do dziś bywa opisywane błędnie: proroctwo młodej dziewczyny doprowadziło do wybicia bydła i głodu, w którym zginęły dziesiątki tysięcy ludzi.
Sotho i Tswana
Badimo — przodkowie. I cztery kostki rzucane naraz.
Czytaj dalejSotho i Tswana to blisko spokrewnione ludy wyżyny i sawanny, budujące duże osady — w dziewiętnastym wieku niektóre z nich liczyły dziesiątki tysięcy mieszkańców i były większe niż ówczesny Kapsztad.
Ich przodkowie noszą nazwę badimo, a byt najwyższy Modimo. Podobnie jak u Zulu, sprawy bieżące idą przez przodków, a nie przez byt najwyższy.
Najbardziej charakterystyczną praktyką jest ditaola — wróżenie czterema kostkami rzucanymi naraz. Kostki mają imiona i role, a odczytuje się UKŁAD, w jaki upadły, a nie sumę punktów. Opisujemy to osobno, bo jest to system bliższy geomancji niż losowaniu.
Shona
Mwari, mhondoro i wyrocznia w jaskini, do której szli posłowie.
Czytaj dalejShona zbudowali Wielkie Zimbabwe i cały łańcuch mniejszych kamiennych budowli, a ich państwa kontrolowały wywóz złota na wybrzeże — to złoto trafiało potem do Kilwy, o czym piszemy w dziale o Afryce Wschodniej.
Mwari jest u nich bytem najwyższym i — w odróżnieniu od większości sąsiadów — bytem, z którym prowadzi się sprawy: miał wyrocznię w jaskiniach Matobo, do której przychodzili posłowie z kilku państw, także obcych.
Obok tego działają mhondoro, duchy dawnych władców, przemawiające przez medium zwane svikiro. Ich rola była polityczna: medium mogło potwierdzić albo odrzucić prawo do tronu, a w 1896 roku poprowadziło powstanie przeciw Brytyjczykom.
Venda
Domba — taniec węża. I jezioro, do którego chodzą przodkowie.
Czytaj dalejVenda mieszkają na północy dzisiejszej RPA, przy granicy z Zimbabwe, i ich kultura łączy elementy shonańskie z południowymi — co widać zarówno w budownictwie kamiennym, jak i w religii.
Najbardziej znanym ich obrzędem jest domba, taniec inicjacyjny dziewcząt, w którym uczestniczki tworzą długi łańcuch poruszający się jak wąż. Obrzęd trwa miesiącami i kończy dziecięcy okres życia.
Jezioro Fundudzi uchodzi u nich za miejsce święte i zamieszkane przez przodków; wstęp jest ograniczony, a woda nieużywana. Jest to jeden z niewielu zbiorników w tej części Afryki, wokół którego zakazy obrzędowe utrzymały się do dziś.
San
Byli tu pierwsi. Taniec transowy, eland i malowidła jako zapis wizji.
Czytaj dalejSan — nazywani też Buszmenami, czego tu nie używamy poza tym zdaniem, bo nazwa pochodzi z holenderskiego i była pogardliwa — są najstarszą poświadczoną ludnością tego obszaru. Genetyka wskazuje na ich linie jako jedne z najstarszych rozdzielonych w rodzie ludzkim.
Mówią językami z rodziny khoisan, o największej na świecie liczbie dźwięków mlaskowych. Ich religia opiera się na tańcu transowym, w którym n/om — siła opisywana jako ciepło — podnosi się wzdłuż kręgosłupa, i na wizjach, które wtedy przychodzą.
Nie stanowią jednej grupy: pod tą nazwą mieści się kilkanaście ludów o różnych językach, z których część jest wzajemnie niezrozumiała. Piszemy „San", bo tak przyjęło się w piśmiennictwie, ale to jest zbiorcze określenie, nie nazwa narodu.
Khoekhoe
Pasterze, którzy byli tu przed wszystkimi rolnikami.
Czytaj dalejKhoekhoe byli pasterzami owiec i bydła i zamieszkiwali obszar Przylądka na długo przed przybyciem ludów bantu i przed Holendrami. Są blisko spokrewnieni z San, ale gospodarka pasterska czyni z nich osobną grupę.
Ich religia obejmowała Tsui-//Goab, postać wiązaną z deszczem i ze zwycięstwem, oraz Gaunab, z którym ten pierwszy walczył. Zachowały się także kopce kamieni usypywane przy grobach i przy szlakach, do których dokładało się kamień przechodząc.
Ludność Khoekhoe została w siedemnastym i osiemnastym wieku zdziesiątkowana przez ospę i wywłaszczona z pastwisk, a jej język na Przylądku wymarł. Dzisiejsze odrodzenie tożsamości Khoekhoe jest zjawiskiem współczesnym i politycznym, i tak je opisujemy.
Zulu
Bóg odległy, przodkowie bliscy
Zulu mają boga odległego i przodków bardzo bliskich, i cały ciężar codziennej religii spoczywa na tych drugich. Do tego dwa zawody, których mylić nie wolno: jeden jest powołaniem przez chorobę, drugi wyuczoną profesją.
uNkulunkulu
Jest, stworzył — i nie prowadzi się z nim spraw bieżących.
Czytaj dalejuNkulunkulu, nazywany też uMvelinqangi, czyli Ten, Który Był Pierwszy, jest u Zulu bytem najwyższym i twórcą. Nie ma świątyni, nie ma kapłana i nie składa się mu ofiar w codziennym trybie.
To nie jest bóg zapomniany ani zdegradowany, i tak nie należy tego opisywać. Jest bytem właściwym dla spraw ostatecznych, a nie dla spraw bieżących — te idą przez przodków, którzy są bliżej i znają szczegóły.
Podział na byt najwyższy i przodków wraca w tym atlasie wielokrotnie: u Kikuju, u Czagga, u Sotho, nad Kongiem. Wszędzie działa tak samo i wszędzie dziewiętnastowieczni misjonarze odczytywali go jako „zapomnienie o prawdziwym Bogu", czyli jako brak, a nie jako ustrój.
Amadlozi
Nie duchy zmarłych: strona w bieżących sprawach rodu.
Czytaj dalejAmadlozi to przodkowie rodu i oni prowadzą sprawy codzienne: zdrowie, płodność, powodzenie, spory. Są zainteresowani, pamiętają i reagują — a brak kontaktu z nimi jest rozumiany jako zaniedbanie, którego skutki się odczuje.
Rozmawia się z nimi przy ognisku, w zagrodzie dla bydła, paląc imphepho — suszone ziele o mocnym zapachu. Nie potrzeba do tego pośrednika, dopóki nie ma sprawy trudnej; wtedy idzie się do sangomy.
Osobnym obrzędem jest ukubuyisa — sprowadzenie zmarłego do domu, odprawiane po upływie odpowiedniego czasu od pogrzebu. Dopiero wtedy zmarły staje się w pełni przodkiem; przed tym obrzędem jest jeszcze w drodze.
Sangoma
Nie wybiera zawodu — zostaje wezwana i choruje, dopóki nie pójdzie.
Czytaj dalejIsangoma jest osobą powołaną przez przodków i to powołanie przychodzi jako choroba albo jako uporczywe sny. Nie zdobywa się tej roli decyzją; zdobywa się ją przez przyjęcie czegoś, co przyszło samo.
Jej zadaniem jest wróżenie i rozpoznawanie: kto zawinił, co zostało naruszone, którego przodka zaniedbano. Pracuje przez sny, przez rzut kośćmi i przez trans, przy bębnie i przy śpiewie zgromadzonych.
Większość sangomów to kobiety i był to jeden z niewielu zawodów o wysokiej pozycji dostępnych kobietom w tym społeczeństwie. Ta obserwacja wraca w tym atlasie regularnie — przy zarze w Etiopii, przy pepo na wybrzeżu i tutaj.
Inyanga
Uczy się zawodu jak rzemiosła. Zna rośliny, nie duchy.
Czytaj dalejInyanga jest znawcą leczenia: zna rośliny, przygotowuje leki, składa złamania. Zawodu uczy się u mistrza, przez lata, i jest to droga wybrana, a nie powołanie.
To rozróżnienie między sangomą a inyangą jest w opisach popularnych kasowane przez jedno słowo: „znachor". Znika przez to rzecz najważniejsza — że jedna z tych osób swojej roli nie wybrała.
W praktyce role bywają łączone i jedna osoba miewa obie umiejętności. Ale sami Zulu trzymają nazwy osobno i pytani, kim ktoś jest, odpowiadają jednym albo drugim słowem, nie obydwoma naraz.
Umthakathi
Kategoria trzecia i osobna. Sangoma jest po to, żeby go wskazać.
Czytaj dalejUmthakathi to osoba działająca na szkodę: sprowadzająca chorobę, niepowodzenie albo śmierć. Jest kategorią oddzielną od sangomy i od inyangi, i z założenia działa w ukryciu.
Zadaniem sangomy jest między innymi rozpoznanie, że w sprawie działa umthakathi, i wskazanie go. Czyli system dzieli działania na dozwolone i zakazane, a jego specjaliści stoją po stronie dozwolonych.
Nazwanie sangomy czarownikiem odwraca ten układ dokładnie o sto osiemdziesiąt stopni. Ten sam błąd opisaliśmy nad Kongiem przy nganga i u Kikuju przy mundu mugo, i wszędzie polega on na tym samym: na zlaniu w jedno tego, co system rozdziela.
Izibongo
Recytowana z pamięci lista czynów — i zarazem tytuł do pozycji.
Czytaj dalejIzibongo to pieśń pochwalna wygłaszana szybko, głośno i z pamięci, wyliczająca czyny człowieka albo władcy przez zestaw przydomków. Recytuje ją imbongi, osoba do tego wyćwiczona.
Nie jest to wyłącznie pochwała. Imbongi miał prawo powiedzieć władcy rzeczy, których nie powiedziałby nikt inny, i ta swoboda była uznana — pieśń pochwalna bywała więc także krytyką wygłoszoną publicznie.
Izibongo pełniły rolę dokumentu: wyliczały pochodzenie, zwycięstwa i zobowiązania, a więc przechowywały to, co gdzie indziej zapisano by w kronice. Ta sama funkcja co tablica lukasa u Luba i co rodowody Luo.
Xhosa
Powołanie przez chorobę
U Xhosa powołanie przychodzi jako choroba, której nie da się wyleczyć inaczej niż przyjmując je. Ten sam wzorzec opisaliśmy u szamanów Syberii — i to nie jest podobieństwo powierzchowne, tylko ta sama mechanika.
Ukuthwasa
Choroba, która nie ustępuje, dopóki nie przyjmie się tego, co przyszło.
Czytaj dalejUkuthwasa zaczyna się jako dolegliwość: bezsenność, bóle, uporczywe sny, zachowanie odbiegające od zwykłego. Leczenie zwykłymi środkami nie pomaga i to właśnie jest częścią rozpoznania.
Rozpoznanie brzmi: to nie jest choroba, to jest wezwanie. Jedynym wyjściem jest je przyjąć i przejść naukę u doświadczonego igqirhy — wtedy dolegliwości ustępują, a człowiek wchodzi w nową rolę.
Odmowa jest możliwa i bywa podejmowana, ale uchodzi za niebezpieczną: dolegliwości mają wracać. Wybór jest więc pozorny i to jest cecha tej instytucji, nie jej wada.
Ten sam wzorzec u szamanów
Choroba inicjacyjna Syberii i ukuthwasa to ta sama mechanika.
Czytaj dalejU ludów syberyjskich powołanie na szamana przychodzi tak samo: jako choroba, sny i zachowanie, którego otoczenie nie rozumie, ustępujące dopiero po przyjęciu roli i po nauce u starszego. Opisujemy to osobno w dziale o trzech tradycjach.
Podobieństwo nie polega na zapożyczeniu — nie ma żadnej drogi przekazu między Syberią a Przylądkiem Wschodnim i nie należy jej wymyślać. Polega na tym, że obie społeczności rozwiązały ten sam problem tak samo.
Problem brzmi: jak sprawić, żeby rola wymagająca ogromnego zaufania nie była obsadzana przez chętnych. Odpowiedź jest w obu miejscach identyczna — niech nie wybiera jej kandydat. Kto sam się zgłasza, jest podejrzany; kto próbuje uciec, jest wiarygodny.
Igqirha i intlombe
Bęben, klaskanie, śpiew całej izby — i jeden człowiek, który słucha.
Czytaj dalejIgqirha jest odpowiednikiem sangomy: rozpoznaje przyczynę, wskazuje, czego zaniedbano, i prowadzi obrzęd. Do jego pracy potrzebne jest zgromadzenie, bo obrzęd nie odbywa się na osobności.
Intlombe to właśnie to zgromadzenie: ludzie siedzą, klaszczą w złożonym rytmie i śpiewają, a igqirha tańczy pośrodku. Rytm klaskania jest tu instrumentem i bez zgromadzenia obrzęd nie ma jak się odbyć.
Ta zależność od obecności innych jest ważna dla zrozumienia całości: powołanie jest indywidualne, ale praca jest zbiorowa. Xhosa mówią o tym wprost — igqirha bez ludzi nie może pracować.
Amathongo
Sen jest zwykłym kanałem, nie wyjątkiem.
Czytaj dalejAmathongo, nazywani też izinyanya, to przodkowie rodu. Kontakt z nimi odbywa się najczęściej przez sen i sen jest tu traktowany jako kanał zwyczajny, nie jako wydarzenie nadzwyczajne.
Dlatego opowiadanie snów rano jest czynnością praktyczną: rodzina sprawdza, czy ktoś czegoś nie przekazał. Sen, który wraca kilka razy, wymaga działania.
Ten sposób traktowania snu — jako poczty, a nie jako zagadki do rozwiązania — różni się od europejskiej tradycji sennika, gdzie sen jest szyfrem do odczytania. Opisujemy oba ujęcia osobno w dziale o sennikach.
Wybicie bydła
Proroctwo, posłuch i głód, w którym zginęły dziesiątki tysięcy ludzi.
Czytaj dalejW 1856 roku młoda dziewczyna z rodu Xhosa przekazała proroctwo: jeśli ludzie wybiją całe bydło i zniszczą zapasy zboża, przodkowie powrócą, stada odrodzą się nieprzeliczone, a obcy zostaną zmieceni.
Znaczna część ludności posłuchała. W ciągu kilkunastu miesięcy wybito setki tysięcy sztuk bydła i zniszczono zbiory. Powrót nie nastąpił; nastąpił głód, w którym zginęły dziesiątki tysięcy ludzi, a jeszcze więcej opuściło ziemię, szukając pracy na kolonialnych farmach.
Opisywanie tego jako przykładu łatwowierności jest opisem fałszywym i trzeba to powiedzieć wprost. Dwa lata wcześniej zaraza płucna wybiła większość stad — czyli bydło i tak umierało, a proroctwo nadawało tej śmierci sens i cel. Za tym stało pół wieku przegranych wojen granicznych i utrata ziemi.
Ruchy millenarystyczne pojawiają się na całym świecie w takich właśnie warunkach: gdy dotychczasowe sposoby zawiodły, a nowe nie są dostępne. Opisujemy to zjawisko w dziale przekrojowym, bo ma odpowiedniki w Ameryce Północnej, w Melanezji i w Europie.
Shona
Mwari, mhondoro i wyrocznia
Shona mieli wyrocznię w jaskini, do której przychodzili posłowie z kilku państw, i medium, przez które przemawiali dawni władcy. W 1896 roku to właśnie medium poprowadziło powstanie — i dlatego w tym dziale religia i historia nie dają się rozdzielić.
Mwari
Wyjątek: tutaj byt najwyższy NIE jest odległy. Ma wyrocznię.
Czytaj dalejMwari, nazywany też Musikavanhu — Twórca Ludzi — jest u Shona bytem najwyższym i stanowi wyjątek od reguły opisanej przy Zulu i Kikuju. Z Mwari prowadzi się sprawy: ma miejsce, ma posłów i udziela odpowiedzi.
Odpowiada przede wszystkim za deszcz, urodzaj i pomyślność ziemi jako całości, a nie pojedynczych rodzin. Sprawy rodzinne nadal idą przez przodków — podział istnieje, tylko granica biegnie gdzie indziej niż u sąsiadów.
Do wyroczni przychodzili posłowie nie tylko od Shona, lecz także od ludów sąsiednich, w tym od Venda i Ndebele — czyli instytucja była ponadplemienna i uznawana przez tych, którzy z Shona wojowali.
Matonjeni
Wyrocznia w jaskini, czynna do dziś, z posłami i procedurą.
Czytaj dalejW granitowych wzgórzach Matobo mieści się kilka miejsc, w których przemawia Mwari — najbardziej znane nosi nazwę Njelele. Głos dochodzi ze skały, a odpowiedzi przekazują wyznaczeni pośrednicy.
Dostępu pilnuje procedura: nie przychodzi się z ulicy, poseł musi być wysłany przez wspólnotę, obowiązują okresy, stroje i dary. To jest instytucja z regulaminem, nie miejsce pielgrzymek.
Wyrocznia działa do dziś i bywa odwiedzana także w sprawach państwowych, w okresach suszy. Jest to jedna z nielicznych afrykańskich wyroczni o nieprzerwanej ciągłości poświadczonej od kilkuset lat.
Mhondoro i svikiro
Mhondoro to duch. Svikiro to medium. Mylenie ich kasuje instytucję.
Czytaj dalejMhondoro to duch dawnego władcy, opiekujący się określonym terytorium. Svikiro to żyjący człowiek, przez którego ten duch przemawia. Są to dwie różne rzeczy i mylenie ich zamienia instytucję polityczną w opętanie.
Rola svikiro była ustrojowa: medium potwierdzało prawo do tronu, rozstrzygało spory o ziemię i wypowiadało się w sprawach wojny. Władca bez potwierdzenia od mhondoro miał pozycję słabą, choćby dysponował siłą.
Wyboru svikiro nie dokonuje się dowolnie: kandydata sprawdza się pytaniami, na które odpowiedzieć może tylko ktoś znający szczegóły z życia zmarłego władcy. Procedura jest więc podobna do tej, którą stosuje się przy rozpoznawaniu wcieleń w Tybecie — i opisujemy ją tam osobno.
Chimurenga 1896
Religia i historia, których w tym dziale nie da się rozdzielić.
Czytaj dalejW 1896 roku Shona i Ndebele podnieśli powstanie przeciw Brytyjskiej Kompanii Południowoafrykańskiej. Powstanie poprowadziły media — kobieta będąca svikiro ducha Nehandy oraz mężczyzna będący medium Kaguvi.
To nie jest szczegół barwny, tylko wyjaśnienie, dlaczego powstanie w ogóle było możliwe: media miały uznanie ponad podziałami rodowymi i mogły nakłonić do wspólnego działania grupy, które nie miały wspólnego władcy.
Oboje zostali schwytani i straceni w 1898 roku. Słowa przypisywane medium Nehandy przed egzekucją — że jej kości powstaną — stały się w dwudziestym wieku hasłem walki o niepodległość, a wojnę lat siedemdziesiątych nazwano drugą chimurengą.
Bira i mbira
Nocny obrzęd, przy którym gra się na instrumencie z metalowych języczków.
Czytaj dalejBira jest nocnym obrzędem wezwania przodków: rodzina zbiera się, gra mbira, śpiewa się i tańczy do świtu, aż przodek wejdzie w medium i zacznie mówić.
Mbira to instrument z metalowych języczków przymocowanych do deski, szarpanych kciukami, zwykle umieszczany w rezonującej tykwie. Dźwięk jest powtarzalny i splatający się — melodie mają po kilkanaście minut i zmieniają się stopniowo.
Repertuar bira to utwory o ustalonych nazwach, uznawane za stare i za należące do przodków. Gra się je, bo przodkowie je rozpoznają; wybór utworu jest więc częścią wezwania, a nie kwestią gustu.
San
Taniec, eland i zapis wizji
San tańczą, aż ciepło podniesie się wzdłuż kręgosłupa, i wtedy widzą. To, co widzą, bywa malowane na skale — więc malowidło nie jest obrazkiem zwierzęcia, tylko zapisem tego, co się stało w tańcu.
Taniec leczący
Nie widowisko i nie ekstaza dla niej samej: obrzęd leczniczy.
Czytaj dalejTaniec odbywa się nocą, przy ognisku. Kobiety siedzą w kręgu, klaszczą i śpiewają; mężczyźni tańczą wokół nich, godzinami, w rytmie utrzymywanym przez klaskanie i przez grzechotki na nogach.
W pewnym momencie n/om — siła opisywana jako ciepło — podnosi się wzdłuż kręgosłupa i osiąga głowę. Stan, który wtedy przychodzi, bywa opisywany jako bolesny; tancerz drży, pochyla się, bywa podtrzymywany przez innych.
Celem jest leczenie. Tancerz w tym stanie kładzie ręce na chorych, wyciąga z nich to, co szkodzi, i odrzuca w ciemność z krzykiem. Wizja przychodzi przy okazji, a nie zamiast — i dlatego opisywanie tego jako obrzędu wizyjnego przestawia akcenty.
Eland
Nie totem i nie bóstwo: zwierzę, w którym n/om jest najgęstsze.
Czytaj dalejEland, największa afrykańska antylopa, zajmuje w wyobrażeniach San miejsce szczególne: uchodzi za zwierzę, w którym n/om jest najgęstsze. Pojawia się w obrzędach dojrzewania dziewcząt, w obrzędach małżeńskich i w tańcu.
Nie jest to totem ani bóstwo, i obu tych słów tu nie używamy. Jest to zwierzę o najwyższym stężeniu siły, z którą pracuje tancerz — kategoria bliższa surowcowi niż osobie.
Eland jest też najczęściej malowanym zwierzęciem na skałach południa Afryki, a jego przedstawienia bywają połączone z postaciami ludzkimi w jedną figurę. To prowadzi wprost do następnego hasła.
Malowidła jako zapis
Postacie z kopytami i antylopy z ludzkimi nogami — to zapis tego, co widziano.
Czytaj dalejMalowidła naskalne południa Afryki były przez dziesięciolecia opisywane jako sceny rodzajowe: polowanie, taniec, wojna. Odczytanie, które dziś uchodzi za najlepiej uzasadnione, jest inne: to zapis doświadczenia z tańca transowego.
Świadczą o tym szczegóły, które jako scena rodzajowa nie mają sensu: postacie ludzkie z kopytami i rogami, antylopy z ludzkimi nogami, ludzie pochyleni pod kątem niemożliwym do utrzymania, krew z nosa, linie wychodzące z głowy.
Wszystkie te szczegóły odpowiadają temu, co tancerze sami opisują: przemianie w zwierzę, krwotokowi z nosa przy szczycie transu, wrażeniu wydłużenia. Malowidło nie przedstawia więc antylopy — przedstawia to, co stało się z człowiekiem.
To odczytanie oparto w dużej mierze na zapisach z lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku, spisanych ze słów samych San, o czym piszemy w sekcji o pamięci. Bez tych zapisów byłoby nie do udowodnienia.
Kaggen
Robi świat i psuje go, bywa mądry i bywa ośmieszony.
Czytaj dalejKaggen występuje w opowieściach /Xam jako postać pierwszoplanowa: wiąże się z modliszką, ale nią nie jest — bywa też antylopą, wężem i człowiekiem. Stwarza rzeczy, sprowadza kłopoty, bywa oszukany i ośmieszony.
Nie jest bogiem w znaczeniu, do którego przywykł czytelnik europejski, i nazywanie go tak zniekształca. Jest bliższy figlarzom znanym skądinąd: Ananse z Afryki Zachodniej, Eszu u Joruba, Kojotowi Ameryki Północnej.
To, że stwórca bywa zarazem głupcem, jest w tych opowieściach normą, a nie sprzecznością. Piszemy o tym osobno w dziale o mitach, bo ta figura powtarza się na wszystkich kontynentach i jest jednym z najlepszych dowodów na to, że pewne pomysły przychodzą ludziom niezależnie.
Zwierzę deszczu
Wyprowadzić na wzgórze, zabić, a woda spadnie tam, gdzie stanął.
Czytaj dalejW opowieściach /Xam deszcz bywa istotą — zwierzęciem, które da się schwytać, poprowadzić na sznurze i zabić w wybranym miejscu, żeby woda spadła właśnie tam. Prowadzą je ci, którzy pracują z n/om.
Rozróżnia się deszcz łagodny, „żeński", padający długo i cicho, oraz deszcz gwałtowny, „męski", z grzmotem i błyskawicą. Pierwszy jest pożądany, drugi niszczy.
Sceny prowadzenia zwierzęcia deszczu należą do najczęściej rozpoznawanych na malowidłach naskalnych i są kolejnym argumentem za odczytaniem ich jako zapisu, a nie ilustracji: nikt nigdy nie widział, jak ktoś prowadzi deszcz na sznurze.
Wróżenie
Cztery kostki, szesnaście układów
Cztery kostki rzucone naraz dają szesnaście układów, a każdy ma nazwę i wiersz. To nie jest liczenie ani losowanie punktów — to jest odczytywanie figury, tak jak w geomancji, tylko bez pisma.
Ditaola
Nie suma punktów: UKŁAD, w jaki upadły. Szesnaście możliwości.
Czytaj dalejDitaola to zestaw czterech kostek — płytek z kości, drewna albo rogu — rzucanych jednym ruchem. Każda ma dwie strony i każda ma własne imię oraz rolę: jest kostka starego mężczyzny, starej kobiety, młodego mężczyzny i młodej kobiety.
Odczytuje się UKŁAD: która strona każdej kostki jest na wierzchu. Cztery elementy dwustanowe dają szesnaście możliwych układów, a każdy ma nazwę i przypisany wiersz, który wróżbita recytuje z pamięci.
Nie liczy się punktów i nie sumuje wyników. To jest odczytywanie figury, a nie losowanie liczby — różnica taka sama jak między kostką do gry a kartą w rozkładzie.
Hakata
Ten sam pomysł kilkaset kilometrów dalej, z własnymi imionami.
Czytaj dalejHakata to czteroelementowy zestaw Shona: płaskie tabliczki, każda oznaczona z jednej strony wzorem, rzucane naraz. Mają własne imiona i własny porządek starszeństwa.
Podobnie jak ditaola dają szesnaście układów, a odczytanie polega na rozpoznaniu figury i przywołaniu przypisanej jej wykładni. Wróżbita pracuje z pamięci; zapisu nie ma.
Hakata bywają też rzucane na potrzeby spraw publicznych — przy sporach o ziemię i przy chorobie bydła — i w takich sprawach obecni bywają świadkowie, tak jak przy rozstrzyganiu prawnym.
Szesnaście figur
Ditaola, hakata i geomancja arabska dają ten sam zbiór układów.
Czytaj dalejCztery elementy dwustanowe dają szesnaście kombinacji i to jest twarda matematyka, niezależna od kultury. Ditaola Sotho-Tswana, hakata Shona i geomancja arabska pracują dokładnie na tym zbiorze.
Kuszące jest wyprowadzenie jednego z drugiego i bywa to robione. My tego nie robimy, bo dowodu nie ma: geomancja przyszła do Afryki drogą pism arabskich przez Saharę i przez wybrzeże, a systemy południa są poświadczone bez tej drogi.
Zauważamy natomiast rzecz mocniejszą: przy niewielkiej liczbie prostych elementów ludzie dochodzą do tego samego układu niezależnie. Szesnaście figur geomancji, szesnaście układów ditaoli i dwieście pięćdziesiąt sześć znaków Ifá — to jest ta sama rodzina rozwiązań i opisujemy ją porównawczo w dziale o geomancji.
Rzut kośćmi u Zulu
Kość, muszla, moneta, kawałek szkła — i znaczenie w położeniu.
Czytaj dalejSangoma rzuca zestaw przedmiotów zwany amathambo: kostki zwierząt, muszle, nasiona, monety, czasem przedmioty znalezione. Zestaw jest osobisty, zbierany przez lata i każdy przedmiot ma przypisane znaczenie.
Odczytuje się nie pojedynczy przedmiot, lecz jego POŁOŻENIE wobec pozostałych i wobec stron: co blisko czego, co odwrócone, co poza kręgiem. To czyni odczyt bardziej złożonym niż przy czterech kostkach i mniej podatnym na zapisanie w tabeli.
Dlatego zestawu nie da się przejąć po kimś i używać bez nauki: znaczenia są częściowo wspólne, a częściowo ustalone przez samą sangomę w trakcie jej nauki. Przy śmierci zestaw bywa chowany razem z właścicielką.
Czego uczy się wróżbita
Kilkaset wykładni zapamiętanych jako teksty — to jest ta nauka.
Czytaj dalejNauka wróżenia polega w dużej mierze na zapamiętaniu wykładni w postaci wierszy albo przysłów, po kilka do każdego układu. Wróżbita nie odczytuje z tabeli; recytuje i dopiero potem stosuje do sprawy.
To jest ta sama konstrukcja, co przy Ifá u Joruba, gdzie każdemu znakowi odpowiada zbiór wierszy, i przy I Ching, gdzie odpowiada tekst. Wróżba polega na przyłożeniu gotowego tekstu do konkretnej sytuacji, a nie na odczytaniu wskazania.
Konsekwencja jest ważna dla oceny całości: wróżbita, który zna tylko układy, a nie zna wierszy, jest w oczach tych społeczności niewyuczony. Sprawność polega na pamięci i na trafnym doborze, nie na samej procedurze rzutu.
Jak to przetrwało
Kamień, skała i dyktando
Najstarsze datowane malowidło Afryki ma około dwudziestu siedmiu tysięcy lat, a język, w którym zapisano największy zbiór opowieści San, wymarł sto lat temu — na szczęście po tym, jak dwoje ludzi spisało go słowo w słowo.
Najstarszy rysunek
Kreskowanie na kamieniu sprzed około siedemdziesięciu trzech tysięcy lat.
Czytaj dalejW jaskini na południowym wybrzeżu Afryki znaleziono kamień z naniesionym ochrą wzorem kreskowym, datowany na około siedemdziesiąt trzy tysiące lat. Jest to najstarszy znany rysunek wykonany ręką człowieka.
W tej samej jaskini znaleziono bryłki ochry z rytymi wzorami siatkowymi, starsze o kilka tysięcy lat, oraz muszelki z otworami, uznawane za paciorki. Razem tworzą najstarszy poświadczony zestaw przedmiotów wykonanych po to, żeby coś znaczyły.
Nie wiemy, co ten wzór znaczył, i nie udajemy, że wiemy. Wiemy natomiast, że ktoś siedemdziesiąt trzy tysiące lat temu zrobił znak, którego nie dało się zjeść ani nim upolować — i że zrobił to tutaj.
Malowane kamienie
Najstarsze datowane malowidło przenośne Afryki.
Czytaj dalejW jaskini w południowej Namibii znaleziono płytki kamienne z namalowanymi zwierzętami, datowane metodą warstwową na około dwadzieścia siedem tysięcy lat. To najstarsze pewnie datowane malowidła tego kontynentu.
Jedna z płytek przedstawia zwierzę o cechach zarazem kociej i ludzkiej. Postacie łączące człowieka ze zwierzęciem wracają w sztuce naskalnej tego obszaru przez następne dwadzieścia kilka tysięcy lat — i są tym samym motywem, który opisaliśmy przy tańcu San.
Ciągłość jest tu uderzająca i warto ją podkreślić: ten sam typ przedstawienia utrzymuje się na tym obszarze dłużej niż istnieje jakiekolwiek pismo świata.
Zapis języka, który wymarł
Kilkanaście tysięcy stron podyktowanych przez ludzi mówiących /Xam.
Czytaj dalejW latach siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku dwoje ludzi w Kapsztadzie spisało kilkanaście tysięcy stron opowieści, pieśni i wyjaśnień w języku /Xam. Dyktowali je mówiący tym językiem, przywiezieni do miasta jako więźniowie i zwolnieni pod opiekę spisujących.
Zapis jest dwujęzyczny, wers po wersie: oryginał i przekład, z notatkami o tym, czego sami spisujący nie rozumieli. Ta uczciwość okazała się kluczowa — bez zapisanych wątpliwości nie dałoby się dziś odróżnić przekazu od domysłu.
Język /Xam wymarł w pierwszej połowie dwudziestego wieku. Bez tego zbioru nie znalibyśmy Kaggena, zwierzęcia deszczu ani tego, co sami tancerze mówili o n/om — a to znaczy, że nie dałoby się odczytać malowideł.
Zdanie z tego zbioru widnieje dziś w godle Republiki Południowej Afryki, zapisane w języku, którym nikt już nie mówi. Znaczy: „różni ludzie łączą się".
Sąd i pieśń
Rozstrzyganie na głos, przy świadkach, z pamięci.
Czytaj dalejU Shona dare jest zgromadzeniem sądowym pod drzewem: strony mówią, starszyzna pyta, obecni słuchają. Rozstrzygnięcie zapada głośno i przy świadkach, bo pamięć zgromadzenia jest jedynym rejestrem.
U Zulu i Xhosa tę samą rolę przechowywania pełnią pieśni pochwalne — izibongo — wyliczające pochodzenie, czyny i zobowiązania. Recytuje je wyćwiczony człowiek, a jego pozycja pozwala mu także krytykować.
Oba rozwiązania robią to, co gdzie indziej robi kronika, i oba mają tę samą słabość: przy zerwaniu ciągłości nie zostaje nic. Stąd znaczenie zapisów z dziewiętnastego wieku, mimo że powstawały w okolicznościach, których nie da się nazwać uczciwymi.
Co stąd wyszło
Ubuntu, Syjon i mbira
Ubuntu wyszło stąd do polityki światowej, mbira do muzyki, a kościoły syjonistyczne są dziś największym ruchem religijnym tej części Afryki i prawie nikt poza nią o nich nie słyszał.
Ubuntu
Pojęcie miejscowe, które weszło do polityki światowej — i do nazw programów.
Czytaj dalejUbuntu to pojęcie z języków nguni, streszczane zdaniem „człowiek jest człowiekiem przez innych ludzi". Mówi, że osoba nie jest bytem samodzielnym, tylko zbiorem relacji — i z tego wynikają obowiązki wobec innych.
W latach dziewięćdziesiątych zostało podniesione do rangi zasady politycznej: powoływano się na nie przy pracach komisji rozliczającej zbrodnie apartheidu, w której nacisk położono na wyznanie prawdy przed karą.
Potem poszło dalej, do poradników zarządzania i do nazw programów komputerowych, i tam zwykle straciło treść. Odnotowujemy oba etapy, bo droga od pojęcia do hasła marketingowego jest sama w sobie zjawiskiem, które w tym atlasie widzimy nie pierwszy raz.
Kościoły syjonistyczne
Miliony wiernych, doroczna pielgrzymka — i prawie zero w europejskich opisach.
Czytaj dalejKościoły zwane syjonistycznymi i apostolskimi powstały w Afryce Południowej na początku dwudziestego wieku i są dziś największym ruchem religijnym tego obszaru. Największy z nich gromadzi na dorocznej pielgrzymce ponad milion ludzi.
Łączą chrześcijaństwo z praktykami miejscowymi: uzdrawianie przez modlitwę i wodę, prorokowanie, taniec, zakazy pokarmowe, biały strój. Przodkowie nie zostają odrzuceni; zostają wpisani w nowy porządek.
Nie jest to ani „chrześcijaństwo niepełne", ani „pogaństwo w przebraniu", i obu tych opisów nie używamy. Jest to religia miejscowa, powstała tutaj, z własnymi założycielami i własną historią — tak samo jak bwiti w Gabonie, o którym pisaliśmy przy Afryce Środkowej.
Mbira w świecie
Ten sam instrument wzywa przodków i gra na festiwalu w Europie.
Czytaj dalejMbira wyszła z obrzędu bira na estradę w drugiej połowie dwudziestego wieku i jest dziś rozpoznawalna na całym świecie, często pod nazwą „kalimba" — w wersji uproszczonej, bez tykwy i bez repertuaru.
W Zimbabwe jej rola obrzędowa nie ustała. Ci sami muzycy grywają na koncertach i na nocnych obrzędach wezwania przodków, i nie traktują tego jako dwóch różnych zawodów.
W latach siedemdziesiątych pieśni grane na mbira niosły treści polityczne w sposób na tyle zawoalowany, że przechodziły przez cenzurę. Instrument obrzędowy stał się wtedy narzędziem przekazu — co jest dokładnie tą samą mechaniką, co aluzyjny tekst taarabu na wybrzeżu.
Gdy opis stał się narzędziem
Ustalono granice plemion, a potem wysiedlano ludzi zgodnie z nimi.
Czytaj dalejPolityka „osobnego rozwoju" wymagała, żeby każdy człowiek miał przypisane plemię, a każde plemię — terytorium. Granice, których w rzeczywistości nie było albo były płynne, zostały ustalone urzędowo i wpisane do dokumentów.
Do tej pracy wykorzystano etnografię: opisy grup, ich zwyczajów i rzekomych granic posłużyły jako podstawa wysiedleń do wydzielonych obszarów. Miliony ludzi przesiedlono na podstawie kategorii wziętych z prac naukowych.
Piszemy o tym w dziale o wierzeniach, bo dotyczy naszej własnej roboty. Opis kultury nie jest czynnością niewinną i ten obszar jest najlepiej udokumentowanym przypadkiem, jaki znamy — razem z hipotezą hamicką, o której piszemy przy Afryce Wschodniej.
Sprawdzamy
Czego nie było
Dziesięć zdań, z których kilka było przez dekady stanowiskiem urzędowym państwa, a nie potoczną pomyłką. To robi różnicę w tym, jak je prostujemy.
„Że Wielkie Zimbabwe zbudowali obcy”
Nieprawda. Fenicjanie, Arabowie, Saba — wszystkie te wersje obalono przed stu laty.
Czytaj dalejWersje o fenickich, arabskich albo sabejskich budowniczych Wielkiego Zimbabwe zostały obalone przez trzy niezależne badania — w 1905, w 1929 i przez datowanie radiowęglowe w latach sześćdziesiątych. Budowla jest miejscowa i średniowieczna.
Utrzymywanie wersji przeciwnej po 1905 roku nie było już niewiedzą, a po 1965 roku było cenzurą państwową: archeolodzy pracujący przy stanowisku mieli urzędowy zakaz podawania afrykańskiego pochodzenia.
Piszemy o tym osobno w podpisie działu, bo sama historia zaprzeczania jest tu ważniejsza niż samo sprostowanie. Sprostowanie zajmuje jedno zdanie; wyjaśnienie, dlaczego trwało sto lat, zajmuje cały rysunek.
„Że ziemia była pusta”
Nieprawda. Wersja ze szkolnych podręczników: Bantu i Holendrzy przyszli równocześnie.
Czytaj dalejPrzez dziesięciolecia w podręcznikach obowiązywała teza, że ludy mówiące językami bantu dotarły na ten obszar mniej więcej wtedy, co Holendrzy w siedemnastym wieku, więc żadna ze stron nie była tu pierwsza.
Archeologia mówi co innego i mówi jednoznacznie: rolnicy mówiący językami bantu są na tym obszarze poświadczeni co najmniej od czwartego i piątego stulecia naszej ery, czyli ponad tysiąc lat wcześniej. A przed nimi byli tu San i Khoekhoe, od czasów nieporównanie dawniejszych.
Teza nie była pomyłką badawczą. Była potrzebna, bo od niej zależało uzasadnienie prawa do ziemi, i zniknęła z podręczników dopiero razem z ustrojem, który jej potrzebował.
„Że San są „z epoki kamienia"”
Nieprawda. Byli tu najdłużej, co nie znaczy, że stali w miejscu.
Czytaj dalejSan bywają przedstawiani jako żywy relikt, lud zatrzymany w czasie. To opis fałszywy: San zmieniali gospodarkę, handlowali z sąsiadami, bywali pasterzami, robotnikami i żołnierzami, a dziś żyją współcześnie.
Ich sytuacja jest przede wszystkim sprawą ziemi. Wysiedlenia z rezerwatu w Kalahari w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych były przedmiotem procesów sądowych, które San wygrali, i to jest ich obecna historia — nie „dawny sposób życia".
Określenie „z epoki kamienia" robi z żywych ludzi eksponat i osłabia ich pozycję w tych właśnie procesach. Ten sam mechanizm opisaliśmy przy Hadza w Afryce Wschodniej.
„Że sangoma to czarownik”
Nieprawda. Trzecia kategoria istnieje i nazywa się umthakathi.
Czytaj dalejSangoma bywa w tłumaczeniach nazywana czarownicą albo znachorką. Pierwsze jest odwróceniem sensu: w tym systemie osobą działającą na szkodę jest umthakathi, a zadaniem sangomy jest między innymi go rozpoznać.
Drugie kasuje rozróżnienie: sangoma jest powołana i wróży, inyanga uczy się zawodu i leczy ziołami. Jedno słowo „znachor" zlepia dwie role, z których jedna nie była wybrana.
To jest ta sama klasa błędu, którą prostujemy nad Kongiem przy nganga i u Kikuju przy mundu mugo. Wraca tak regularnie, że w tym atlasie jest właściwie regułą: tam, gdzie system dzieli działania na dozwolone i zakazane, europejski opis zwykle ten podział kasuje.
„Że wybicie bydła to dowód łatwowierności”
Nieprawda. Dwa lata wcześniej zaraza i tak wybijała stada, a wojny trwały pół wieku.
Czytaj dalejWybicie bydła u Xhosa w latach 1856–1857 bywa podawane jako przykład tego, do czego prowadzi wiara w proroctwa. Taki opis pomija wszystko, co tłumaczy zachowanie ludzi.
Dwa lata wcześniej zaraza płucna wybiła większość stad — bydło umierało niezależnie od proroctwa, a proroctwo nadawało tej śmierci sens i obiecywało odwrócenie. Za tym stało pół wieku przegranych wojen granicznych i postępująca utrata ziemi.
Ruchy millenarystyczne pojawiają się wszędzie w takich warunkach i mają odpowiedniki w Ameryce Północnej, w Melanezji i w Europie. Opisanie tego jako miejscowej łatwowierności jest tym samym rodzajem opisu, który w tym dziale prostujemy przy Wielkim Zimbabwe.
„Że to są odwieczne plemiona”
Nieprawda. Wiele z tych podziałów ma udokumentowaną datę powstania.
Czytaj dalejNazwy i granice grup na tym obszarze bywają przedstawiane jako odwieczne. Znaczna ich część została ustalona w dziewiętnastym i dwudziestym wieku przez administrację, która potrzebowała przypisać każdego człowieka do jednej kategorii.
Przed tym przynależność bywała płynna: zmieniała się z miejscem zamieszkania, z małżeństwem, ze zmianą zwierzchnictwa. Człowiek mógł przejść do innej grupy i jego dzieci były już tamtejsze.
Sztywne przypisanie stało się podstawą polityki „osobnego rozwoju" i wysiedleń. Dlatego pisząc o ludach tego obszaru, mówimy o grupach językowych i o wspólnotach, a nie o plemionach — i nie jest to poprawianie słownictwa, tylko wierność temu, jak to działało.
„Że Szaka wywołał mfecane sam”
Nieprawda. Wygodna wersja: Afrykanie sami się wyludnili, więc ziemia była wolna.
Czytaj dalejOkres wielkich przemieszczeń ludności w początkach dziewiętnastego wieku, zwany mfecane, bywa przedstawiany jako skutek wyłącznie ekspansji państwa Szaki. Państwo zuluskie było w tym okresie potęgą i prowadziło wojny — to jest pewne.
Ale badacze wskazują też na inne przyczyny działające równocześnie: napady po niewolników od strony wybrzeża, wyprawy po bydło z południa, suszę i walkę o pastwiska. Waga tych czynników jest przedmiotem sporu, który nie jest rozstrzygnięty.
Wersja przypisująca wszystko Szace była wygodna, bo prowadziła wprost do tezy o pustej ziemi: skoro Afrykanie sami się wyludnili, przybysze zastali obszar wolny. Podajemy więc obie strony sporu i mówimy wprost, że jest nierozstrzygnięty.
„Że malowidła to sceny z polowania”
Nieprawda. Postacie z kopytami i krew z nosa nie są scenką rodzajową.
Czytaj dalejMalowidła naskalne południa Afryki opisywano długo jako sceny rodzajowe: polowanie, taniec, bitwa. Odczytanie dziś najlepiej uzasadnione mówi, że są zapisem doświadczenia z tańca transowego.
Świadczą o tym szczegóły bez sensu w scenie rodzajowej: ludzie z kopytami i rogami, antylopy z ludzkimi nogami, krew z nosa, linie wychodzące z głowy, ciała pochylone pod kątem niemożliwym do utrzymania.
Wszystkie te szczegóły odpowiadają temu, co sami tancerze opisywali w zapisach z dziewiętnastego wieku. To jest dobry przykład na to, że do odczytania obrazu potrzebny bywa tekst — i że bez zapisanych słów San ta sztuka pozostałaby ładna i niezrozumiała.
„Że San to jeden lud”
Nieprawda. Nazwa zbiorcza, nie nazwa narodu — a część języków wzajemnie niezrozumiała.
Czytaj dalejPod nazwą San mieści się kilkanaście grup o odrębnych językach, z których część jest wzajemnie niezrozumiała, oraz o różnych obyczajach i historii. Nie jest to jeden lud i nie ma jednej nazwy własnej.
Używamy słowa „San", bo przyjęło się w piśmiennictwie, ale jest to określenie zbiorcze nadane z zewnątrz. Nazwa „Buszmeni" pochodzi z holenderskiego i była pogardliwa; część społeczności przyjęła ją dziś z powrotem jako własną, a część odrzuca — i obu stanowisk nie rozstrzygamy.
Podobna ostrożność należy się Khoekhoe, których dawniej określano nazwą mającą naśladować brzmienie ich mowy. Nie używamy jej w ogóle.
„Że byt najwyższy został zapomniany”
Nieprawda. Misjonarze odczytali podział ról jako brak pamięci o Bogu.
Czytaj dalejDziewiętnastowieczne opisy powtarzały, że ludy tego obszaru pamiętają o najwyższym bogu tylko szczątkowo, bo modlą się do przodków. Wyciągano stąd wniosek o zdegenerowanej resztce dawnego monoteizmu.
To jest odczytanie ustroju jako braku. Byt najwyższy odpowiada za sprawy ostateczne, przodkowie za bieżące — podział jest wyraźny, konsekwentny i wraca u Zulu, Sotho, Kikuju i Czagga. U Shona granica biegnie inaczej i Mwari ma wyrocznię, co pokazuje, że to jest wybór, a nie zanik.
Ten sam schemat myślenia stoi za hipotezą hamicką i za wersją o obcych budowniczych: zakłada, że to, co u Afrykanów złożone, musi być pozostałością po czymś, co przyszło z zewnątrz. Prostujemy wszystkie trzy w jednym dziale, bo mają jeden korzeń.