Atlas wierzeń węgierskich
MadziarowieWierzenia Węgrów, Seklerów i Czangów
Po Węgrach sprzed chrztu nie został ani jeden spis bóstw — w żadnym języku i w żadnym archiwum. Przez pierwsze dwieście lat pisali o nich wyłącznie obcy: Grecy, Arabowie, Frankowie i Słowianie, i pisali o sile zbrojnej, nie o wierze. Potem jednak życie religijne tej ziemi zostawiło ślad obfity jak mało gdzie: protokoły sądu Bożego, półtora wieku meczetów, cztery religie przyjęte jedną uchwałą, akta procesów o czary i wsie, które święciły sobotę.
335 na 562 haseł stoi na zapisie powstałym wtedy, kiedy rzecz jeszcze trwała. Resztę znamy z akt procesów, ze zbiorów XIX wieku albo z rekonstrukcji — i przy każdym haśle widać, które to z tych trzech.
Skąd to wiadomo
Od naocznego świadka do domysłu
Cztery nacięcia przy każdym haśle mówią, jak blisko źródła stoi ta wiedza. Wybierz stopień, a strona przyciemni wszystko, co poświadczone słabiej — i zobaczysz, jak niewiele zostaje, gdy odjąć to, co dopisano.
Wybierz poziom poświadczenia, aby wyróżnić pasujące hasła. Kliknij ponownie, aby wyłączyć filtr.
Kotlina miała już gospodarzy
Awarowie, Węgrzy znad Wołgi i spór o krew
Zanim Węgrzy zobaczyli Kotlinę Karpacką, rządził nią przez dwieście pięćdziesiąt lat inny lud stepowy, po którym zostały dziesiątki tysięcy grobów, trzy tytuły zapisane cudzą ręką i ani jedno zdanie własnej mowy. W tym samym czasie daleko na wschodzie siedzieli Węgrzy, którzy nigdy na zachód nie poszli: odnalazł ich nad Wołgą zakonnik w 1236 roku, na rok przed tym, nim zmiotło ich wojsko mongolskie. Ta sekcja zbiera jedno i drugie, a na końcu bierze się za spór dzisiejszy, w którym wyniki badań nad dziedziczeniem podaje się jako odpowiedź na pytanie o tożsamość i o wiarę.
Rok 568: Kotlina dostaje gospodarza na ćwierć tysiąclecia
Zapis z tamtych czasówAwarowie weszli do Kotliny Karpackiej w 568 roku i rządzili nią dwieście pięćdziesiąt lat, zanim pojawił się tam ktokolwiek mówiący po węgiersku.
Czytaj dalejPierwsze awarskie poselstwo stanęło przed cesarzem w Konstantynopolu w 558 roku, a dziewięć lat później kagan Bajan zawarł przymierze z Longobardami i rozbił królestwo Gepidów, którego władca poległ w bitwie. Wiosną 568 roku Longobardowie wyruszyli z Panonii do Italii i cała Kotlina Karpacka została w jednym ręku; od tej daty liczy się awarskie panowanie nad Dunajem, Cisą i Drawą.
Państwo kaganów sięgało od alpejskich dolin po siedmiogrodzkie góry, brało od cesarzy roczny trybut w złocie i w 582 roku zdobyło Sirmium, największą twierdzę nad dolną Sawą. Kiedy pod koniec IX wieku nadciągnęli Węgrzy, od frankijskiego uderzenia na kaganat mijało równe stulecie, a mimo to za Awarami leżało dwieście pięćdziesiąt lat rządzenia tą samą krainą, sieć cmentarzysk w każdej dolinie i własny, dobrze rozpoznawalny obrzęd pogrzebowy.
- Rok 568 to data odejścia Longobardów, a nie data jednego podboju: zajmowanie Kotliny rozłożyło się na kilka sezonów wojennych.
- Wielkość trybutu podawana przez greckich dziejopisów rośnie z każdym poselstwem i bywa liczona w różnych jednostkach.
Skąd to wiadomoGreckie dzieje poselstw i wojen spisane w drugiej połowie VI wieku; zdobycie Sirmium pod rokiem 582
Oblężenie Konstantynopola, 29 czerwca – 7 sierpnia 626
Zapis z tamtych czasówW 626 roku kagan awarski oblegał Konstantynopol przez pięć tygodni, mając wojsko perskie po drugiej stronie cieśniny. Odszedł z niczym.
Czytaj dalejOd dwudziestego dziewiątego czerwca do siódmego sierpnia 626 roku kagan awarski stał pod murami Konstantynopola z wojskiem złożonym z własnych jeźdźców, słowiańskiej piechoty i machin oblężniczych, a po azjatyckiej stronie cieśniny czekało wojsko perskie, któremu cesarska flota nie pozwoliła się przeprawić. Przebieg oblężenia opisała kronika spisana w tym samym pokoleniu.
Po tej klęsce kaganat stracił władzę nad Bałkanami, lecz nad środkowym Dunajem siedział dalej, i to po nim wzięli Kotlinę najpierw Frankowie, a po nich Węgrzy. Awarów opisano w Konstantynopolu tak dokładnie, że kiedy blisko trzysta lat później przyszło w tej samej stolicy pisać o węgierskim sposobie wojowania, całe zdania przeniesiono z gotowego opisu awarskiego, spisanego jeszcze przed tym oblężeniem.
- Liczebność wojska pod murami podają źródła greckie w dziesiątkach tysięcy; są to szacunki obrońców, nie rachunki kwatermistrza.
- Dwudziesty dziewiąty czerwca to przyjście awarskiej straży przedniej; kagan z głównym wojskiem stanął pod murami dopiero pod koniec lipca, a same szturmy przypadły na ostatni tydzień oblężenia.
Skąd to wiadomoKronika grecka spisana około 630 roku oraz mowa wygłoszona w stolicy wkrótce po oblężeniu; lato 626
Pierścień wzięty w 796 roku i złoto rozesłane po Europie
Zapis z tamtych czasówFrankowie zdobyli awarską siedzibę zwaną Pierścieniem w 795 i 796 roku, a zebrane tam złoto rozesłano stamtąd aż do Rzymu i do króla za morzem.
Czytaj dalejW 795 roku ludzie margrabiego Friulu wdarli się do głównej siedziby kaganów, zwanej w rocznikach Pierścieniem, a rok później zdobył ją syn Karola Wielkiego i odesłał zebrane tam złoto ojcu. Łup rozdzielono między kościoły i dwory: część pojechała do Rzymu, część za morze do króla Mercji wraz z pasem i mieczem, a reszta zasiliła skarbiec w Akwizgranie.
Trzydzieści lat później dworski życiorys Karola podsumował tę wojnę zdaniem, że żadna inna nie przyniosła Frankom tyle bogactwa, a Panonia została bez mieszkańców. Zdanie o pustej prowincji zrobiło ogromną karierę i wraca w piśmiennictwie po dziś dzień, choć jest podsumowaniem zwycięzcy, nie spisem ludności, i nie zgadza się z tym, co leży w ziemi.
- Czym był Pierścień — obwarowanym obozem, wałem czy zespołem siedzib — nie rozstrzyga żaden opis z epoki; roczniki podają samą nazwę.
- Liczba wozów ze skarbem pojawia się dopiero w zapisach o kilkadziesiąt lat późniejszych i bywa różna.
Skąd to wiadomoRoczniki frankijskie pod latami 795 i 796; list Karola do króla Mercji z 796 roku; dworski życiorys spisany po 828
Zjazd biskupów nad Dunajem, jesień 796
Zapis z tamtych czasówZanim ochrzczono Awarów, biskupi zebrani w obozie nad Dunajem w 796 roku uchwalili, że najpierw ma iść nauka wiary, a woda dopiero po niej.
Czytaj dalejJesienią 796 roku, zaraz po zdobyciu Pierścienia, w obozie nad Dunajem zebrali się biskupi, żeby ustalić, jak chrzcić pokonanych. Uchwalili, że najpierw idzie nauka wiary, a woda dopiero po niej, że chrztu udziela się w porach na to przeznaczonych, i że kapłan ma wpierw sprawdzić, czy przychodzący nie był już raz ochrzczony przez kogoś innego.
W tym samym roku uczony Alkuin pisał do biskupa Salzburga i do samego króla, że od świeżo nawróconych nie wolno ściągać dziesięciny, bo się ich w ten sposób traci. Misję wśród Awarów podzielono wtedy między Salzburg i Akwileję wzdłuż Drawy, a podział potwierdzono w 803 roku; jest to najstarszy zachowany plan chrystianizacji ludu stepowego w tej Kotlinie.
- Ile z tych postanowień wykonano, nie wiadomo: akta mówią o zamiarze, a nie o liczbie ochrzczonych.
- Granica misji na Drawie długo nie była przesądzona: spór obu stolic biskupich o zwierzchnictwo nad Panonią rozstrzygnęła decyzja cesarska dopiero w drugim dziesięcioleciu IX wieku.
Skąd to wiadomoAkta zjazdu biskupów nad brzegiem Dunaju z 796 roku i listy z tegoż roku; podział misji potwierdzony w 803
Kagan Abraham, posłowie z 822 roku i panońska pustka
Zapis z tamtych czasówW 805 roku kagan ochrzcił się jako Abraham i dostał ziemię, w 822 awarscy posłowie stanęli we Frankfurcie, a potem zapisy się urywają.
Czytaj dalejPóźniej Awarowie znikają z kart, lecz nie z ziemi: cmentarzyska pod Sopronem i nad Zalą idą przez cały wiek dziewiąty, a w grobach leżą awarskie okucia pasa obok przedmiotów karolińskich. Zniknął kaganat i zniknęło zainteresowanie kronikarzy; ludzie zostali tam, gdzie byli, i to oni doczekali w latach dziewięćdziesiątych tego stulecia nowych przybyszów.
Roczniki królestwa Franków notują pod rokiem 805, że zwierzchnik Awarów noszący tytuł kapkana przyszedł do cesarza prosić o ziemię między Sabarią a Carnuntum, bo napór Słowian nie pozwalał mu zostać na dawnych siedzibach, i że prośbę spełniono. Po jego śmierci o dawną godność kagana upomniał się inny i ją otrzymał; w tym samym roku ochrzczono kagana, który przyjął imię Abraham. Pod rokiem 822 stoi ostatni zapis o awarskich posłach na zjeździe we Frankfurcie.
- Zdanie o pustej Panonii jest figurą kronikarską, nie spisem ludności; z braku wzmianek nie wynika brak ludzi.
- Datowanie cmentarzysk przełomu VIII i IX wieku opiera się na typach okuć, a te bywają w obiegu przez pokolenia.
- Roczniki notują prośbę kapkana o ziemię i chrzest kagana w osobnych zapisach i nigdzie nie łączą obu w jedną osobę.
Skąd to wiadomoRoczniki królestwa Franków pod latami 805 i 822; cmentarzyska IX wieku pod Sopronem i nad Zalą
Kilkadziesiąt tysięcy grobów i cały koń w dole
Zapis z tamtych czasówGrobów awarskich wykopano w Kotlinie wielokrotnie więcej niż grobów zdobywców z X wieku, a chowano w nich całe konie, nie skóry z głową i nogami.
Czytaj dalejZ czasów awarskich przebadano w Kotlinie Karpackiej kilkadziesiąt tysięcy grobów — rachunki zaczynają się od sześćdziesięciu tysięcy — rozrzuconych po tysiącach stanowisk, co daje liczbę nieporównanie większą od wszystkiego, co zostało po zdobywcach z X wieku. Największe badane cmentarzysko, pod Zamárdi, przekroczyło dwa tysiące pochówków, a to pod Tiszafüred zbliżyło się do tysiąca trzystu.
Do grobu awarskiego wkłada się konia całego, w uzdzie i pod siodłem, w tej samej jamie albo w sąsiedniej, a nie samą czaszkę z dolnymi odcinkami nóg w zdjętej skórze, jak w pochówkach z czasu zajęcia kraju. Różnica obrzędu nie dowodzi jeszcze różnicy wiary, ale jest policzalna i to ona rozdziela wiek siódmy od dziesiątego na tym samym polu.
- Liczba grobów awarskich bywa podawana od sześćdziesięciu do stu tysięcy, zależnie od tego, czy liczy się groby opublikowane, czy wszystkie odsłonięte.
- Odlewane garnitury pasa z gryfem i wicią datuje się względem siebie; bezwzględnych dat rocznych ta warstwa nie ma.
- Sam stosunek liczb bywa rozciągany: jedna i druga wielkość idzie w dziesiątki tysięcy, a różnica między nimi jest kilkukrotna, nie zaś rzędu wielkości.
Skąd to wiadomoWykopaliska awarskie od XIX wieku po dziś; grób książęcy pod Kunbábony z 1971 roku, cmentarzysko pod Zamárdi badane od lat osiemdziesiątych XX wieku
Druga fala około 670 roku i syn władcy Onogurów
Zapis po fakcieOkoło 670 roku zmienia się wyposażenie grobów awarskich, a kroniki greckie mówią o ludzie ze wschodu, który przyszedł do kagana i poddał mu się.
Czytaj dalejGreckie kroniki spisane w IX wieku opowiadają, że po śmierci władcy Onogurów jego synowie rozeszli się w różne strony i że jeden z nich przeszedł ze swoim ludem do Panonii, poddał się kaganowi i tam pozostał. Rzecz miała się dziać w latach sześćdziesiątych VII wieku, a więc sto pięćdziesiąt lat przed powstaniem samych kronik, które o niej opowiadają.
Mniej więcej w tych samych dziesięcioleciach zmienia się zawartość grobów: przychodzą inne formy naczyń, odlewane seryjnie garnitury pasa i inny układ pochówku. Z samej zmiany przedmiotów nie wynika jeszcze przyjście ludzi, a z kroniki pisanej półtora wieku po fakcie nie wynika naoczność; obie przesłanki trzeba ważyć osobno, a żadna nie mówi, jakim językiem mówili przybysze.
- Czy warstwa środkowoawarska to przybysze, czy zmiana mody i organizacji rzemiosła, nie zostało rozstrzygnięte żadnym zapisem.
- Kroniki greckie z IX wieku podają imiona synów i kierunki wędrówek w wersjach różniących się między sobą.
Skąd to wiadomoKroniki greckie spisane w IX wieku o wydarzeniach lat sześćdziesiątych VII stulecia; warstwa środkowoawarska w cmentarzyskach
Teza o podwójnym zajęciu kraju, ogłoszona w 1970 roku
Ułożone przy biurkuTeza o podwójnym zajęciu kraju mówi, że Węgrzy przyszli dwa razy: około 670 roku jako późni Awarowie i dopiero potem pod Arpadem. Ogłoszono ją w 1970.
Czytaj dalejW 1970 roku ogłoszono tezę, że Węgrzy zajęli Kotlinę dwukrotnie: najpierw około 670 roku, jako owa druga fala awarska, a potem pod Arpadem. Opiera się ona na czterech spostrzeżeniach: cmentarzyska ósmego wieku są gęste, a pochówków z czasu zajęcia kraju jest nieporównanie mniej; kronika z 1358 roku datuje powrót Węgrów na rok 677; część nazw miejscowych bywa starsza od końca IX wieku; a tam, gdzie osadnictwo awarskie było gęste, słowiańskich nazw rzecznych jest niewiele.
Z tych czterech punktów wynika tyle, że Kotlina nie była pusta, gdy przyszedł Arpad, co zresztą stoi wprost w źródłach frankijskich i greckich, wyliczających jej mieszkańców. Nie wynika z nich natomiast to, o co w tej tezie naprawdę chodzi, czyli jakim językiem mówiła ludność, którą zastano nad Dunajem i Cisą.
- Argument z nazw miejscowych działa w obie strony: tę samą nazwę można wyprowadzić z warstwy awarskiej i z warstwy późniejszej.
- Porównanie liczby grobów zakłada, że oba ludy grzebały zmarłych tak samo widocznie dla łopaty; to założenie, nie pomiar.
Skąd to wiadomoTeza ogłoszona w 1970 roku i rozbudowywana przez następne dziesięciolecie; materiał, na którym stoi, to cmentarzyska VIII wieku i kronika z 1358
Czego o mowie Awarów nie wykazano
Ułożone przy biurkuCała znana mowa Awarów to trzy tytuły zapisane cudzą ręką: kagan, tudun, kapkan. Każdy z nich jest turkijski i żaden nie jest węgierski.
Czytaj dalejZ mowy Awarów zachowało się kilka słów, i to wyłącznie tytułów władzy, zapisanych cudzą ręką w łacińskich rocznikach i greckich traktatach: kagan, tudun, kapkan. Wszystkie mają rodowód turkijski i żadnego nie da się wyprowadzić z węgierszczyzny. Napisy runiczne znalezione w Kotlinie, starsze od zabytków seklerskich, pozostają do dziś nieodczytane.
Stan ten pozwala powiedzieć, że języka ludności awarskiej nie znamy; nie pozwala powiedzieć ani tego, że był węgierski, ani tego, że nim nie był. Grecka księga pisana dla cesarskiego syna w latach 948–952 wyprowadza Węgrów ze wschodnich siedzib i nie wspomina ani słowem, żeby ktokolwiek ich mowy siedział nad środkowym Dunajem przed nimi.
- Kilkanaście imion osobowych z epoki awarskiej zapisano w źródłach obcych; wyprowadza się je i z turkijskiego, i z irańskiego, i żadne wyprowadzenie nie zostało wykazane.
- Pierwszy zachodni zapis imienia Węgrów pochodzi z 862 roku i dotyczy najazdu, a nie mieszkańców Kotliny.
Skąd to wiadomoTytuły awarskie w rocznikach frankijskich i traktatach greckich VIII–IX wieku; grecka księga z lat 948–952; napisy runiczne z Kotliny, dotąd nieodczytane
Ludzie znad Etylu: co zobaczył zakonnik w 1236 roku
Zapis z tamtych czasówNad wielką rzeką na wschodzie żyli w 1236 roku poganie mówiący po węgiersku: bez roli, za to z końmi, bronią i pamięcią o krewnych, którzy odeszli.
Czytaj dalejW 1235 roku wyruszyło z Węgier czterech dominikanów, żeby odszukać pobratymców, którzy nie poszli na zachód; dwóch zawróciło, jeden umarł po drodze, a Julian szedł dalej sam. W bułgarskim mieście nad Wołgą spotkał Węgierkę wydaną tam za mąż, pochodzącą właśnie z szukanej krainy, i to ona wskazała mu drogę — dwa dni marszu nad wielką rzekę zwaną Etyl.
Sprawozdanie opisuje tamtejszych ludzi jako pogan, którzy o Bogu nic nie wiedzieli, ale i obrazów nie czcili, roli nie uprawiali, jedli mięso koni i wilków, pili mleko klaczy oraz krew, a byli bogaci w konie i broń i chętni do wojny. Ze słów starszyzny wiedzieli, że część krewnych odeszła kiedyś na zachód, tylko nigdy się nie dowiedzieli dokąd; gdy zakonnik zaczął im o tym opowiadać, chcieli słuchać dalej.
- Opis obyczajów bywa zbudowany z obiegowych wyobrażeń o stepie i w kilku miejscach powtarza formuły znane z dawniejszych łacińskich opisów koczowników.
- Położenia samej krainy sprawozdanie nie podaje inaczej niż przez nazwę rzeki i liczbę dni marszu.
Skąd to wiadomoSprawozdanie z wyprawy, spisane i zredagowane przez zakonnika Ryszarda w 1237 roku; tekst przetrwał w rękopisie watykańskim
Druga podróż, 1237: zastał już tylko wiadomość
Zapis z tamtych czasówW 1237 roku zakonnik ruszył na wschód po raz drugi i doszedł tylko do Suzdala. Przywiózł stamtąd mongolski list z żądaniem poddania się.
Czytaj dalejJulian wrócił do kraju pod koniec 1236 roku, a już w 1237 ruszył tam ponownie, tym razem z towarzyszami. Dalej niż do Suzdala nie dotarł: usłyszał tam od uciekinierów, że kraina nad Etylem została spustoszona, ponieważ Mongołowie rok wcześniej rozbili nadwołżańską Bułgarię i szli teraz na ruskie księstwa.
Przywiózł za to dokument: list wodza mongolskiego do króla Węgier z żądaniem poddania się, przejęty wcześniej przez Rusinów od mongolskich posłów. Cztery lata później, jedenastego kwietnia 1241 roku, wojsko mongolskie rozbiło Węgrów nad Sajó. Ostatnia wieść od kogoś, kto szedł na wschód po to, żeby odszukać tamtych krewnych, jest zarazem pierwszym ostrzeżeniem przed najazdem, którego nikt wtedy nie posłuchał.
- Ile z ludności nad Etylem zginęło, a ile rozproszyło się albo weszło w skład innych wspólnot, nie podaje żaden zapis.
- Zakres podróży z 1237 roku znamy z krótszej relacji niż pierwszą; jej trasa poza Suzdalem jest niejasna.
Skąd to wiadomoRelacja z drugiej wyprawy oraz list wodza mongolskiego do króla Węgier, lata 1237–1238; bitwa nad Sajó 11 kwietnia 1241
Srebro na twarzy i końskie nogi nad Kamą
Zapis z tamtych czasówNad Kamą i pod Uralem leżą zmarli ze srebrnymi blaszkami na twarzy i częścią konia w nogach — dokładnie tak, jak w grobach nad Cisą.
Czytaj dalejNad Kamą, na wschód od Wołgi, bada się od 1974 roku cmentarzysko z VIII–X wieku, w którym zmarli leżą z czaszką i dolnymi odcinkami nóg konia, a na oczach i ustach mają cienkie srebrne blaszki. Od 2009 roku odsłania się podobne pochówki w kurhanach południowego Uralu, z tym samym obrzędem i pokrewną robotą metalową.
To najtwardsze ogniwo między Kotliną Karpacką a krainą nad Wołgą, twardsze od każdego zdania kronikarskiego, bo dotyczy gestu powtórzonego setki razy przez ludzi, którzy o sobie nie napisali ani słowa. Wspólny obrzęd świadczy o wspólnej tradycji warsztatu i pogrzebu, nie zaś o tym, kto wtedy poszedł na zachód, a kto został na miejscu.
- Datowanie obu cmentarzysk opiera się na typach ozdób i na nielicznych monetach; rozpiętość sięga dwóch stuleci.
- Ten sam obrzęd pojawia się u sąsiadów tych ziem, więc sam w sobie nie wyznacza granicy ludu.
Skąd to wiadomoCmentarzysko nad Kamą badane od 1974 roku i kurhany południowego Uralu badane od 2009 roku
Kiedy urywa się ślad po tych, którzy zostali
Zapis z tamtych czasówPo 1236 roku wschodni Węgrzy wracają jeszcze w spisie z lat 1245–1247, w relacji z lat 1253–1255 i w liście papieskim z 1329 roku. Potem nic.
Czytaj dalejPoselstwo papieskie, które objechało państwo mongolskie w latach 1245–1247, wymienia wśród podbitych krain Baskart, czyli Wielką Węgrię. Wysłannik króla Francji, podróżujący w latach 1253–1255, zapisał, że mowa tamtejszego ludu i mowa Węgrów jest jedna, i dodał, że jeszcze przed najazdem chodzili tam bracia zakonni z zachodu.
Ostatni dokument w tej sprawie to list papieski z 1329 roku, skierowany na wschód do Węgrów, Malkaitów i Alanów oraz do ich pana imieniem Jeretanny. Potem nie melduje ich już żaden wysłannik, co znaczy tyle, że zamknęła się droga i ustały relacje, a nie że ludzie przestali istnieć; kraina weszła w skład Ordy, a podróżnych z zachodu tam nie bywało.
- Czy wschodni Węgrzy z listu z 1329 roku to ta sama wspólnota, którą odwiedzono w 1236, nie zostało wykazane: dokument podaje sąsiedztwo Alanów, a nie rzekę.
- Nazwa Baskart oznacza w tych relacjach krainę Baszkirów i bywa używana zamiennie z Wielką Węgrią, co miesza dwa różne ludy.
Skąd to wiadomoSpis krain podbitych w relacji poselstwa z lat 1245–1247; relacja z lat 1253–1255; list papieski z 1329 roku
Grób znaleziony w 1848 roku, otwarty ponownie w 2014
Zapis z tamtych czasówGrobowiec Beli III odnaleziono w Székesfehérvárze w grudniu 1848 roku, a w 2014 szczątki wyjęto ponownie i ustalono z nich linię męską rodu.
Czytaj dalejBela III umarł 23 kwietnia 1196 roku, a jego nienaruszony grobowiec odnaleziono w grudniu 1848 roku w ruinach bazyliki w Székesfehérvárze. Szczątki przewieziono do Budy i pochowano powtórnie 21 października 1898 roku w kościele na Wzgórzu Zamkowym; w 2014 roku wyjęto je stamtąd po raz drugi, tym razem po to, żeby je zbadać.
Ustalono linię męską: gałąź oznaczaną w rachubie chromosomu igrekowego jako Z2123, spotykaną dziś najczęściej daleko na wschodzie, między Wołgą a górami Azji Środkowej. Ta sama linia wyszła w drugim szkielecie z tego samego znaleziska z 1848 roku, co pozwoliło rozpoznać w nim bliskiego krewnego po mieczu. Rozpoznano zatem rodowód męski jednej dynastii, w dwóch osobach.
- Rachunek odległości czasowej między tą linią a jej najbliższymi dziś żyjącymi krewnymi podaje się w tysiącleciach i zależy od przyjętego tempa zmian; to oszacowanie, nie data z dokumentu.
- Dzisiejsze rozmieszczenie gałęzi mówi o tym, gdzie ludzie żyją teraz, a nie o tym, gdzie mieszkali ich przodkowie tysiąc lat temu.
Skąd to wiadomoOdkrycie w Székesfehérvárze, grudzień 1848; pochówek na Wzgórzu Zamkowym 21 października 1898; wyjęcie szczątków do badań w 2014 roku
Co mierzy taka próbka, a czego nie mierzy
Ułożone przy biurkuPróbka z grobu mówi o przodkach pochowanego. Nie mówi, jakim językiem mówił, i ani jednym słowem nie mówi, w co wierzył.
Czytaj dalejNajczystszy przykład dała sprawa awarska: próbki z najbogatszych grobów siódmego wieku wskazały jako najbliższe dopasowanie ludność stepu mongolskiego z pokoleń sprzed 568 roku, czyli drogę rzędu pięciu tysięcy kilometrów przebytą w ciągu kilku pokoleń. Po tej samej ludności nie został jednak ani jeden odczytany napis i ani jedno imię bóstwa, a jej mowę znamy z trzech tytułów.
Odwrotny przykład jest równie dobrze udokumentowany: przybysze mówiący po turkijsku, osadzeni w Królestwie Węgier w XIII wieku, przeszli w ciągu kilku pokoleń na węgierszczyznę, choć przyszli z zupełnie innym rodowodem — o czym mowa w tym dziale osobno. Pochodzenie przodków i pochodzenie mowy odpowiada się z innego materiału, a jedno za drugie nie starczy.
- Groby najbogatsze to kilkanaście osób z kilkudziesięciu tysięcy pochówków; wynik z warstwy panującej nie przenosi się na całą ludność.
- Wyniki dla cmentarzysk X wieku różnią się od grobu do grobu tak bardzo, że każda liczba średnia zaciera właśnie to, co w nich najciekawsze.
- Zmiana mowy i mieszanie się z miejscowymi szły u tych przybyszów równolegle: z przejścia na węgierszczyznę nie wynika, że rodowód został nienaruszony, ani odwrotnie.
Skąd to wiadomoPróby z grobów awarskich VII wieku i z cmentarzysk X wieku, badania ogłoszone w ostatnim dziesięcioleciu
Trzy pytania, które w sporze zlepiają się w jedno
Ułożone przy biurkuSkąd przodkowie, skąd mowa i w co wierzono to trzy osobne pytania. Każde odpowiada się z innego materiału i żadna odpowiedź nie zastępuje pozostałych.
Czytaj dalejSplatają się dziś w jedno trzy pytania, z których każde odpowiada się z zupełnie innego materiału: o przodków rozstrzygają kości i próbki z konkretnych grobów, o mowę — reguły przejścia głosek, które muszą działać w całym słowniku i we wszystkich końcówkach, a nie lista podobnie brzmiących wyrazów, o wiarę zaś teksty, prawa, akta sądowe i przedmioty, na których stoi czyjeś imię.
Na to trzecie pytanie węgierskie średniowiecze zostawiło obrzędy bez imion, o czym w tym dziale mowa osobno i czego nie ma potrzeby powtarzać. Praktyczny wniosek brzmi tak: próbka z królewskiego grobu może być robotą znakomitą i mimo to nie być żadną odpowiedzią na pytanie o wiarę, ponieważ nikt tego pytania temu materiałowi nie zadał i zadać nie mógł.
- Granica między trzema pytaniami bywa zacierana także w drugą stronę, gdy z samego pokrewieństwa językowego wyprowadza się pokrewieństwo ludzi.
- Materiał do pytania o wiarę jest najuboższy z trzech i to on najczęściej bywa uzupełniany domysłem.
Skąd to wiadomoStan źródeł: prawa XI wieku, akta procesowe XVII i XVIII stulecia, cmentarzyska; oraz próbki badane w ostatnim dziesięcioleciu
Zanim zaczęli pisać sami
Droga ze wschodu w cudzych zapisach, 862–955
Przez pierwsze dwieście lat swoich dziejów Węgrzy nie zapisali o sobie ani jednego zdania: wszystko, co wiadomo o czasach przed chrztem, napisali Grecy, Arabowie, Persowie, Frankowie i Słowianie. Opisywali zaś to, co ich obchodziło — siłę zbrojną, kierunki wypraw, ceny brańców — a o wierze mówili jednym słowem albo nie mówili nic. Zebrane tu zapisy idą po kolei, a przy każdym stoi osobno to, co z niego wolno wziąć, i to, co dopisano stuleciami później.
Rok 862: nieprzyjaciel dotąd nieznany
Zapis z tamtych czasówRoczniki z Saint-Bertin notują pod rokiem 862 najazd wrogów dotąd tamtym ludom nieznanych, zwanych Ungri. To najstarszy zapis ich imienia na Zachodzie.
Czytaj dalejRoczniki prowadzone w opactwie Saint-Bertin, dopisywane pod rokiem 862 ręką Hinkmara, arcybiskupa Reims, odnotowują spustoszenie królestwa Ludwika Niemieckiego przez nieprzyjaciół, których tamtejsze ludy dotąd nie znały, a którzy zwą się Ungri. Zapiska jest sucha jak rachunek szkód: ani słowa o wierze, obyczaju czy pochodzeniu przybyszów.
Data waży, bo wyprzedza o trzy dziesięciolecia przekroczenie Karpat. Węgrzy wchodzą w pole widzenia łacińskiego Zachodu jako siła działająca nad środkowym Dunajem wtedy, gdy ich własne siedziby leżą jeszcze daleko na wschodzie. Rocznik salzburski dokłada do tego rok 881 i dwie potyczki: z Ungrami pod Wiedniem oraz z Kowarami pod Kulmite.
Z takiej zapiski wolno wyprowadzić obecność i imię, nic ponadto. Nazwa Ungri nie jest zresztą własna — przyszła do łaciny przez słowiańskie pośrednictwo od tureckiego onogur, a początkowe H dołożono później przez skojarzenie z Hunami. Nawet miano, pod którym Zachód ich zapisał, jest więc cudze, a o wierze ludzi stojących za tym mianem rocznik milczy zupełnie.
- Z samej zapiski nie da się wykazać, że najeźdźcy z 862 roku to ten sam związek plemienny, który w latach dziewięćdziesiątych zajął Kotlinę Karpacką.
- Zapiska z 881 roku rozróżnia Ungrów i Kowarów, co znaczy, że współcześni widzieli nad Dunajem więcej niż jeden lud.
- Wywód nazwy Ungri od onogur jest rachunkiem językowym; żaden tekst z epoki go nie tłumaczy.
- Miejsca obu potyczek z roku 881 znamy tylko z nazw zapisanych w roczniku, a tej drugiej, Kulmite, nie wskazano dotąd na mapie.
Skąd to wiadomoRoczniki z Saint-Bertin, zapiska pod rokiem 862; roczniki salzburskie, zapiska pod rokiem 881
Turcy, Ungri, Madżgarowie: pięć imion jednego ludu
Zapis z tamtych czasówGrecy pisali o nich Turcy, łacinnicy Ungri, Arabowie Madżgarijja, Rusini Ugry. Ich własne imię, Megeri, zapisał po grecku cesarz około 950 roku.
Czytaj dalejKsięgi bizantyjskie X wieku nazywają ich Turkami i trzymają się tego konsekwentnie, choć z ludami tureckimi znad Orchonu nie łączy tych przybyszów wspólny język. Łacina zna ich jako Ungri oraz Hungari, ruski latopis mówi Ugry i rozdziela ich na białych i czarnych, umieszczając jednych w czasach cesarza Herakliusza, drugich zaś przy przemarszu obok Kijowa.
Piśmiennictwo arabskie i perskie pisze al-Madżgarijja, obok tego zaś używa miana Baszghird, którym zwie także Baszkirów znad Wołgi — jedna nazwa na dwa różne ludy, co do dziś miesza rachunki. Własne imię Węgrów wychodzi spod obcego pióra: w spisie siedmiu rodów, zapisanym po grecku około 950 roku, drugi ród nosi miano Megeri.
Rozdzielanie tych warstw nie jest pedanterią, bo każde imię niesie z sobą cudzą szufladkę. Grecka: koczownik ze stepu to Turek albo Scyta. Łacińska: jeździec nad Dunajem to Awar — tak właśnie rocznik z Fuldy zapisał Węgrów pod rokiem 894. Arabska: obcy, który nie jest ani chrześcijaninem, ani muzułmaninem, to madżus. Kto czyta te zapisy jako opis wiary, czyta w istocie katalog cudzych pojęć.
- Utożsamienie Węgrów z Hunami pojawia się w tekstach łacińskich i węgierskich dopiero od XI–XIII wieku i nie ma oparcia w zapisach IX-wiecznych.
- Podział na białych i czarnych Ugrów w latopisie kijowskim bywa odnoszony do dwóch różnych ludów albo do dwóch fal tego samego; tekst nie rozstrzyga.
- Zrównanie Węgrów z dawnymi ludami stepu jest wczesne: rocznik z Fuldy pod rokiem 894 pisze o Awarach, których zwą Ungrami. Rozbudowany wywód o pochodzeniu od Hunów przynoszą dopiero kroniki od XI wieku.
Skąd to wiadomoDe administrando imperio, spis siedmiu rodów, ok. 948–952; Powieść minionych lat, ok. 1113; roczniki i kroniki łacińskie IX–X wieku
Księga cesarza pisana dla syna, 948–952
Zapis z tamtych czasówNajobszerniejszy opis Węgrów z X wieku spisał cesarz dla własnego syna, a wziął go z opowieści węgierskich posłów, którzy przybyli do Konstantynopola w 948 roku.
Czytaj dalejKonstanty VII ułożył dla syna Romana księgę o sąsiadach cesarstwa, powstałą między 948 a 952 rokiem. Rozdziały o Turkach, jak nazywa Węgrów, mają źródło imienne: do stolicy przybyli Termaczu, prawnuk Arpada, oraz Bulcsú noszący godność karchasa, i to od nich wzięto opowieść o siedmiu rodach, o wodzach i o dawnych siedzibach nad stepem.
Zapisano tam pobyt obok Chazarów przez trzy lata, chazarską żonę daną wojewodzie Lewediaszowi za dzielność, rozpad ludu pod uderzeniem Pieczyngów i odejście jednej części na wschód, ku Persji, dokąd cesarz wysyłał posłów jeszcze za swoich dni. Nadto wybór księcia: Lewediasz odmówił, wskazał Almosa albo jego syna, a Węgrzy podnieśli Arpada na tarczy obyczajem chazarskim.
Wiary w tym prawie nie ma. Podniesienie na tarczy jest obrzędem władzy, nie kultu, a cesarz zaznacza wyraźnie, że obyczaj przejęto od Chazarów. O bogach, świątyniach, kapłanach i ofiarach rozdziały o Turkach nie mówią nic, choć powstały z relacji ludzi, którzy sami byli jeszcze poganami i nie mieli powodu tego ukrywać.
- Bulcsú przyjął w Konstantynopolu chrzest i godność patrycjusza, więc jego opowieść mogła być układana pod słuchacza.
- Trzy lata sąsiedztwa z Chazarami to liczba z relacji ustnej i nie da się jej sprawdzić żadnym innym zapisem.
- Spis siedmiu rodów podano po grecku i część tych nazw nie ma pewnego odpowiednika w węgierszczyźnie.
Skąd to wiadomoDe administrando imperio, rozdziały 38–40, spisane w Konstantynopolu ok. 948–952
Lewedia i Etelköz: rzeki bez mapy
Zapis z tamtych czasówDwie wschodnie siedziby Węgrów znamy z jednej greckiej księgi, która podaje nazwy rzek i ani jednej daty. Wszystkie mapy tych krain narysowano później.
Czytaj dalejŻadna z tych nazw nie stoi przy dacie. Tekst nie mówi, ile lat trwał pobyt ani gdzie biegły granice; mówi tylko, że Pieczyngowie wygnali Węgrów najpierw z jednej krainy, potem z drugiej. Wszystko, co rysuje się na mapach jako obszar Lewedii i Etelközu, jest wnioskiem z układu rzek, a nie odczytem z tekstu.
Żadnego z rozkopanych cmentarzysk na stepie między Dnieprem a Dunajem nie powiązano z Węgrami napisem ani datą — tylko podobieństwem rzeczy: strzemion, okuć, grotów. Pochodzenie ze wschodu jest pewne, bo niesie je sam język; przebieg drogi i miejsca postojów pozostają rachunkiem, który zmienia się z każdym nowym wykopem.
Cesarska księga nazywa pierwszą siedzibę Lewedią, od imienia wojewody, i kładzie ją nad rzeką zwaną Chidmas albo Chingilus. Drugą nazywa Etelköz, czyli międzyrzecze, i wylicza pięć rzek: Waruch, Kubu, Trullos, Brutos i Seretos. Trzy ostatnie rozpoznaje się dziś jako Dniestr, Prut i Seret, przy dwóch pierwszych pada Dniepr i Boh, lecz te dwa wskazania bywają podważane; rzek z Lewedii nie rozpoznano wcale.
- Część czytelników greckiego tekstu widzi w Lewedii i Etelközie dwie kolejne siedziby, część jedną krainę nazwaną dwojako.
- Rzeki Chidmas i Chingilus nie zostały dotąd wskazane na mapie w sposób, którego nie dałoby się podważyć.
- Imię Lewediasz może być wtórne wobec nazwy krainy, a nie odwrotnie, jak chce cesarska księga.
Skąd to wiadomoDe administrando imperio, rozdziały 38 i 40, ok. 948–952
Kende i dżula: wschodni opis sprzed przeprawy
Zapis z tamtych czasówWschodni opis Węgrów z przełomu IX i X wieku podaje dwa tytuły wodzów, dwadzieścia tysięcy jeźdźców i handel słowiańskimi brańcami w krymskim porcie.
Czytaj dalejKilka ksiąg arabskich i perskich — najwcześniejsza spisana w pierwszej dekadzie X wieku, późniejsze sięgające XI stulecia — powtarza jeden i ten sam opis Madżgarów, wzięty z zaginionego dzieła ułożonego na dworze samanidzkim. Zgodność szczegółów przy różnych autorach i różnych stuleciach znaczy, że mamy jeden pierwowzór, a nie czterech niezależnych świadków.
Opis mówi: są odłamem Turków, ich wódz wyrusza z dwudziestoma tysiącami jeźdźców, zwierzchnik nosi tytuł kende, rzeczywistą zaś władzę sprawuje dżula. Mieszkają między dwiema rzekami, w kraju obfitym w drzewa i wodę, najeżdżają Słowian, biorą ich w niewolę i prowadzą do bizantyjskiego portu na Krymie, gdzie sprzedają brańców za tkaniny i wełnę.
To najkonkretniejszy obraz Węgrów sprzed zajęcia Kotliny Karpackiej: dwa urzędy obok siebie, wielkość siły zbrojnej, kierunek wypraw i podstawa dochodu. Uderza w nim to, czego nie ma — ani jednego imienia bóstwa, ani jednego obrzędu, ani wzmianki o kapłanach, choć autor opisu nie miał powodu, by rzecz tak ciekawą przemilczeć.
- Tytuły kende i dżula znamy w tej postaci tylko z zapisów wschodnich; źródła węgierskie ich nie potwierdzają.
- Dwadzieścia tysięcy jeźdźców to liczba z jednego przekazu, powtarzana potem bez sprawdzenia.
- Nie wiadomo, kiedy powstał sam pierwowzór opisu; bywa odnoszony jeszcze do drugiej połowy IX wieku.
- Tytuł dżula wraca w greckiej księdze cesarskiej jako gylas, nie jest więc znany wyłącznie ze wschodu; dla kende poza piśmiennictwem wschodnim potwierdzenia brak.
Skąd to wiadomoArabskie i perskie opisy ludów północy, spisywane od początku X do XI wieku, wywodzące się ze wspólnego pierwowzoru
Dwa słowa o ich wierze i nic więcej
Zapis z tamtych czasówCały opis wiary Węgrów w źródłach wschodnich mieści się w trzech słowach: są czcicielami ognia. Tym samym słowem nazywano tam Persów i wikingów.
Czytaj dalejWczesny opis wschodni kwituje religię Madżgarów jednym zdaniem: że są madżus, czyli czcicielami ognia. Zdanie to bywa przytaczane jako świadectwo kultu ognia u Węgrów i rzeczywiście jest jedynym takim świadectwem pochodzącym z czasu, gdy rzecz jeszcze trwała. Cała reszta obiegowych zdań o ich wierze powstała stulecia później.
Wniosek stąd jeden: zdanie o ogniu poświadcza kategorię piszącego, nie obrzęd Węgrów. Gdyby w ich obozach stał ołtarz ognia, ta sama księga, tak skrupulatna w rachunku jeźdźców i w cenach za brańców, miałaby czym go opisać i opisałaby go z upodobaniem. Zamiast opisu jest etykieta i na etykiecie rachunek się urywa.
Kłopot w tym, że madżus było w arabszczyźnie workiem, nie opisem. Oznaczano tym słowem wyznawców religii perskiej, a w kronikach andaluzyjskich — normańskich napastników, którzy w 844 roku złupili Sewillę, a z czcią dla ognia nie mieli wspólnego nic. Słowo znaczy tam: obcy, który nie jest ani chrześcijaninem, ani muzułmaninem.
- Nie można wykluczyć, że pod etykietą madżus krył się rzeczywisty obrzęd z ogniem; żaden tekst go jednak nie opisuje.
- Przekłady tego miejsca różnią się: bywa oddawane jako „są poganami”, bywa jako „czczą ogień”.
- Przekłady tego miejsca różnią się: raz wychodzi z nich samo stwierdzenie pogaństwa, raz wskazanie na kult ognia.
Skąd to wiadomoArabski opis ludów północy z początku X wieku; andaluzyjskie zapiski o najeździe na Sewillę w 844 roku
Dwunastu panów Baszkirów, rok 922
Zapis z tamtych czasówJedyny stepowy spis bóstw z X wieku dotyczy Baszkirów, nie Węgrów. Do węgierskich panteonów trafił dlatego, że obie nazwy brzmią po arabsku tak samo.
Czytaj dalejPoselstwo kalifa bagdadzkiego wyruszyło w 921 roku do władcy Bułgarów nadwołżańskich, a sekretarz wyprawy spisał, co widział po drodze. Wśród ludów napotkanych w 922 roku opisał Baszghirdów: jedni czczą węże, drudzy ryby, trzeci żurawie, ponieważ żurawie spłoszyły kiedyś krzykiem ich nieprzyjaciół, jeszcze inni zaś noszą przy sobie drewniane wizerunki.
Od jednego z nich sekretarz usłyszał rzecz najosobliwszą: że panów jest dwunastu — zimy, lata, deszczu, wiatru, drzew, ludzi, koni, wody, nocy, dnia, śmierci i ziemi — a ten, który mieszka w niebie, największy spośród nich, nie rozstrzyga sam, lecz uzgadnia wszystko z pozostałymi. To najstarszy zapisany spis tego rodzaju z tamtych stron.
Nie jest to jednak spis węgierski. Piśmiennictwo arabskie nazywało Baszghirdami i Baszkirów znad Wołgi, i Węgrów, więc dwunastu panów przewędrowało później do układanych w XIX oraz XX wieku „religii praojców” jako gotowy węgierski panteon. Poselstwo szło tymczasem na północ, nad Wołgę, a Węgrzy stali wtedy już nad Dunajem.
- Nie ma dowodu, że opisani Baszghirdowie mówili językiem spokrewnionym z węgierskim; jest tylko wspólna nazwa w arabskim.
- Zapis o dwunastu panach pochodzi z rozmowy z jednym człowiekiem i tak też został przedstawiony przez piszącego.
- Listy dwunastu panów w różnych odpisach i przekładach nieco się od siebie różnią.
Skąd to wiadomoSprawozdanie z poselstwa kalifa do Bułgarów nadwołżańskich, podróż z lat 921–922
Król węgierski i arcybiskup, około 881
Zapis z tamtych czasówSłowiański żywot Metodego zapisał spotkanie arcybiskupa z królem węgierskim nad Dunajem około 881 roku, czternaście lat przed zajęciem Kotliny.
Czytaj dalejŻywot Metodego, ułożony po słowiańsku wkrótce po jego śmierci w 885 roku, opowiada, że gdy arcybiskup przebywał w stronach naddunajskich, przybył tam król węgierski. Otoczenie wieszczyło duchownemu udrękę, tymczasem przybysz przyjął go z czcią, obdarował i uściskał, prosząc na koniec, aby go wspominał w modlitwach.
Scena jest krótka i o wierze gościa nie mówi ani słowa, mówi natomiast co innego: że w latach osiemdziesiątych IX wieku węgierski wódz stał nad środkowym Dunajem z siłą dość znaczną, by nazwać go królem, i że nie był dla Moraw nowiną. Kotlina Karpacka nie była zatem krainą nieznaną, gdy Węgrzy w niej osiedli.
Tytuł królewski jest rzecz jasna obcy, nadany przez piszącego po słowiańsku duchownego, a wódz nie ma w tekście imienia. Zapis należy czytać dokładnie tak, jak stoi: poświadcza obecność, rangę i uprzejmą rozmowę, nie poświadcza zaś ani ustroju, ani kultu, ani przynależności tego człowieka do któregokolwiek ze znanych rodów.
- Data spotkania, około 881 roku, wynika z układu żywota, a nie z podanego w nim roku.
- Nie wiadomo, czy przybysz był wodzem całego związku plemiennego, czy dowódcą oddziału najemnego.
Skąd to wiadomoŻywot Metodego, rozdział 16, spisany po 885 roku
Najemnicy Arnulfa przeciw Morawom, 892
Zapis z tamtych czasówW lipcu 892 roku król Arnulf sprowadził Węgrów przeciw Świętopełkowi; pustoszyli Morawy przez cztery tygodnie u boku Franków i Bawarów.
Czytaj dalejZ obu zapisek wynika rzecz istotna dla całej sprawy: przed zajęciem Kotliny Węgrzy bywali w niej najpierw gośćmi z najmu, potem najeźdźcami, a władcy zachodni znali drogę do ich obozu i cenę ich usług. Świętopełk, przeciw któremu ich wynajęto, umarł w 894 roku, a jego państwo rozsypało się w ciągu kilkunastu lat.
Roczniki obchodzi szkoda i łup, nie obyczaj. Ani razu nie zapisano w nich, komu Węgrzy składali ofiary, jak grzebali poległych, co czynili przed bitwą i po zwycięstwie. Milczenie to jest systematyczne i trzeba je odnotować, bo właśnie z niego bierze się późniejsza pokusa wypełniania pustego miejsca domysłem.
Roczniki z Fuldy, prowadzone na bieżąco w klasztorze nad Menem, notują pod rokiem 892, że król Arnulf wszedł w lipcu na Morawy z wojskiem, że przyszli tam do niego Węgrzy i że pustoszono kraj przez cztery tygodnie. Dwa lata później te same roczniki zapisują — pisząc o Awarach, których zwą Ungrami — że przeszli Dunaj do Panonii, zabijając mężczyzn i stare kobiety, młode zaś uprowadzając w niewolę.
- Nie wiadomo, czy w 892 roku przyszli jako sprzymierzeniec związany układem, czy jako oddział opłacony na jedną wyprawę.
- Zapiska z 894 roku o zabijaniu starych kobiet powtarza formułę, której roczniki używają także przy innych ludach.
Skąd to wiadomoRoczniki fuldajskie, zapiski pod latami 892 i 894
Przysięga nad rozciętym psem, list z 900 roku
Zapis z tamtych czasówArcybiskup Salzburga doniósł papieżowi w 900 roku, że Morawianie przypieczętowali przymierze z Węgrami pogańską przysięgą nad psem i wilkiem.
Czytaj dalejTo jedyna wzmianka z epoki o obrzędzie przysięgi z udziałem Węgrów, a zarazem oskarżenie w procesie o jurysdykcję: biskupi bawarscy walczyli wtedy o to, by Rzym nie uznał odrębnej hierarchii morawskiej. Zarzut z pogaństwa był w takim sporze bronią prawną, a nie sprawozdaniem z tego, co ktokolwiek widział na własne oczy.
List arcybiskupa Teotmara i biskupów bawarskich do papieża Jana IX, pisany w 900 roku w sporze o zwierzchność kościelną nad Morawami, zarzuca Morawianom, że przyjęli do siebie mnóstwo Węgrów, ostrzygli sobie po pogańsku głowy i wypuścili ich na chrześcijan, a przymierze umocnili przysięgą złożoną nad psem albo wilkiem oraz innymi rzeczami Bogu obmierzłymi.
Przysięgę nad zabitym zwierzęciem poświadczono u wielu ludów stepu i nie tylko, obrzęd sam w sobie nie jest więc niemożliwy. Z listu nie wynika jednak ani kto go odprawiał — Morawianie, Węgrzy czy jedni i drudzy — ani co czyniono przy tym ze zwierzęciem, ani jakiej mocy wzywano. Teotmar zginął siedem lat później pod Pressburgiem, w bitwie z tymi samymi Węgrami.
- List zachował się w odpisie, a jego autentyczność bywała podważana.
- Z tekstu nie wynika, czy obrzęd przypisano Węgrom, czy Morawianom, którzy go z nimi odprawili.
- Ostrzyżenie głów po pogańsku opisano jako czyn Morawian, nie przybyszów.
- List mówi o przysiędze nad psem albo wilkiem; o rozcinaniu zwierzęcia nie ma w nim mowy.
Skąd to wiadomoList Teotmara, arcybiskupa Salzburga, do papieża Jana IX, rok 900
Wojna nad Dunajem i przejście przez Karpaty
Zapis z tamtych czasówCesarz najął Węgrów przeciw Bułgarom, Bułgarzy najęli Pieczyngów przeciw Węgrom. Gdy wojsko stało za Dunajem, Etelköz padł.
Czytaj dalejO wierze nie ma w tym nic. Żadne ze źródeł nie wspomina wróżby przed przeprawą, ofiary za pomyślność ani obrzędu przy braniu ziemi w posiadanie. Wszystkie znane sceny tego rodzaju — krew do naczynia, zabity koń, biały rumak oddany za kraj — pochodzą z ksiąg spisanych około trzystu lat po tych wydarzeniach.
Cesarz Leon VI, wojując z Symeonem bułgarskim, przeprawił Węgrów przez Dunaj na okrętach floty cesarskiej, a dowodził nimi Liuntika, syn Arpada. W 895 roku pobili Bułgarów, według kronik greckich nie raz jeden, i wrócili z łupem oraz brańcami. Symeon odpowiedział przymierzem z Pieczyngami, którzy uderzyli na Etelköz w chwili, gdy siła zbrojna Węgrów była daleko.
Utrata siedzib wymusiła przejście przez przełęcze karpackie i zajęcie kraju za nimi: najpierw ziem nad Cisą, potem, przez lata następne, dalszych stron Kotliny. Rachunek ten składa się z trzech różnych zapisów: greckiej księgi cesarskiej, greckich kronik o wojnie z Symeonem oraz roczników zachodnich, które od tego czasu notują Węgrów w Panonii już jako gospodarzy, a nie jako przejezdnych gości i najemników.
- Kolejność i liczba bitew z Bułgarami różnią się w poszczególnych kronikach greckich.
- Nie wiadomo, jak wielka część ludu przeszła Karpaty ani czy stało się to jednym pochodem, czy kilkoma.
- Imię Liuntika pojawia się w źródłach w kilku postaciach i bywa odnoszone do różnych osób.
Skąd to wiadomoDe administrando imperio, rozdział 40; greckie kroniki o wojnie z Symeonem; roczniki łacińskie z lat 894–900
Cesarski podręcznik wojenny o Turkach
Zapis z tamtych czasówPodręcznik wojenny opisuje Węgrów dokładniej niż ktokolwiek: konie, łuki, pozorowana ucieczka. Sporo zdań przepisano jednak ze starszej księgi o Awarach.
Czytaj dalejPodręcznik wojenny ułożony w Konstantynopolu na początku X wieku poświęca Turkom, czyli Węgrom, osobny wywód. Stoi w nim: liczne konie przy każdym mężu, stada idące za wojskiem, walka z dystansu łukiem, zasadzka, okrążenie i pozorowana ucieczka, obóz rozbijany rodami zamiast otaczany wałem, chciwość łupu i lekceważenie zawartych układów.
Ten sam podręcznik mówi wprost, że cesarz przeprawił Turków przez Dunaj przeciw Symeonowi, co wiąże opis z wydarzeniami 894 i 895 roku i czyni zeń świadectwo z pierwszej ręki — ale tylko w części. Duże partie wywodu powtarzają starszą księgę wojenną sprzed trzystu lat, pisaną o Awarach i ludach zwanych tam scytyjskimi.
Dla dziejów wierzeń płynie stąd wniosek prosty. Tam, gdzie tekst nazywa ich przesądnymi, powtarza formułę odziedziczoną po dawniejszym podręczniku i pisaną pierwotnie o innych ludach stepu, a nie notuje obserwacji z węgierskiego obozu. Konkretu — imienia, przedmiotu, gestu, pory — nie ma w tym miejscu żadnego, choć w sprawach wojennych autor bywa drobiazgowy.
- Rozdzielenie zdań własnych od przepisanych opiera się na porównaniu obu tekstów i w kilku miejscach pozostaje niepewne.
- Nie wiadomo, czy autor kiedykolwiek widział węgierskie wojsko, czy korzystał wyłącznie ze sprawozdań dowódców.
Skąd to wiadomoCesarski podręcznik wojenny, rozdział o Turkach, ok. 904–912; starszy podręcznik wojenny z przełomu VI i VII wieku
Regino z Prüm przepisuje Scytów, 908
Zapis z tamtych czasówNajbarwniejszy zachodni opis obyczajów Węgrów — surowe mięso, krew, wyjęte serca — przepisano niemal słowo w słowo z antycznej księgi o Scytach.
Czytaj dalejOpat Regino z Prüm zamknął swoją kronikę w 908 roku, a pod rokiem 889 wpisał przybycie Węgrów, którzy według niego wyszli ze scytyjskich krain i z bagien nad Donem, wyparci stamtąd przez Pieczyngów. Dalej następuje obszerny obraz ich życia: myślistwo i rybołówstwo zamiast roli, mleko i miód, skóry zamiast tkanin, okrucieństwo wobec pokonanych.
Trzon tego obrazu pochodzi z rzymskiego skrótu dawnej historii powszechnej, w którym opisano Scytów, i został przeniesiony na Węgrów niemal bez zmian; reszta, jak surowe mięso i serca pojmanych, należy do tego samego zapasu wyobrażeń o koczownikach. Kronikarz nie udawał świadka ani się z niczym nie krył; sięgnął po gotowy opis, bo taki miał pod ręką w klasztornej bibliotece, i wstawił weń nowe imię ludu.
Skutek trwa do dziś, bo właśnie z tego miejsca pochodzi większość obiegowych zdań o dzikości zdobywców. Wolno wziąć od Regina fakt przybycia, wskazanie kierunku i rok, pod którym je wpisał; nie wolno brać za opis Węgrów żadnego szczegółu obyczaju, bo każdy z nich stał w piśmiennictwie wcześniej i o kim innym.
- Rok 889 u Regina nie zgadza się z rachunkiem opartym na wojnie bułgarsko-bizantyjskiej.
- Nie da się wykluczyć, że kronikarz wplótł w przepisany opis pojedyncze wiadomości zasłyszane od wracających z wypraw.
- Nie każdy szczegół z tego opisu ma odpowiednik w antycznym pierwowzorze; część należy do wędrownych wyobrażeń o koczownikach i nie została nigdzie zapisana o Węgrach.
Skąd to wiadomoKronika Regina z Prüm, zapiska pod rokiem 889, dzieło zamknięte w 908 roku
Pięćdziesiąt sześć lat wypraw, 899–955
Zapis z tamtych czasówOd Brenty w 899 roku do Lechu w 955 obraz Węgrów na Zachodzie tworzyły roczniki spisywane ręką ich ofiar, w klasztorach, które palono.
Czytaj dalejDaty są gęste i pewne: 24 września 899 klęska Berengara nad Brentą, 4 lipca 907 bitwa pod Pressburgiem, w której zginęli margrabia Luitpold i arcybiskup Teotmar, 12 czerwca 910 przegrana wojsk królewskich pod Augsburgiem, 15 marca 933 porażka Węgrów pod Riade, wreszcie 10 sierpnia 955 rozbicie ich nad Lechem przez wojska Ottona.
Zasięg wypraw był ogromny: w 942 roku oddział węgierski dotarł do muzułmańskiej Hiszpanii pod Leridę, co zapisano po arabsku. Po bitwie nad Lechem wodzowie Bulcsú i Lehel zostali powieszeni w Ratyzbonie, a ten sam Bulcsú siedem lat wcześniej przyjmował chrzest w Konstantynopolu i opowiadał cesarzowi dzieje własnego ludu.
Korpus tych zapisów powstał w klasztorach i katedrach, które palono, opisuje więc strach i szkodę. Wiary dotyka jednym słowem — poganie — i nigdy nie idzie dalej. Dla dziejów wierzeń jest źródłem pierwszorzędnym w jednej tylko sprawie: pokazuje, jak wygląda obraz ludu pisany wyłącznie ręką tych, których ów lud łupił.
- Liczby wojsk i strat podawane w rocznikach są szacunkami piszących, zwykle zaokrąglonymi ku górze.
- Wyprawa z 942 roku znana jest z jednego przekazu arabskiego, opartego na wcześniejszych zapiskach.
- Po 955 roku wyprawy na zachód ustają, lecz na Bizancjum trwają jeszcze kilkanaście lat.
Skąd to wiadomoRoczniki i kroniki łacińskie z lat 899–955; arabski zapis o wyprawie na Półwysep Iberyjski w 942 roku
Prośba o ratunek przed Węgrami, wpisana do modlitwy
Ułożone przy biurkuNajsłynniejsze zdanie o strachu przed Węgrami nie ma średniowiecznego rękopisu. Jest za to prawdziwa pieśń straży z Modeny, prosząca o obronę przed ich pociskami.
Czytaj dalejIstnieje natomiast tekst z epoki i mówi to samo, tylko mniej efektownie: pieśń przeznaczona dla straży czuwającej na murach Modeny, wzywająca obrony przed pociskami Węgrów. Zachowała się w rękopisie, a ułożono ją na początku X wieku, gdy wyprawy szły przez Italię regularnie i miasta odnawiały mury.
Różnica między jednym a drugim jest wzorcowa dla całej tej opowieści. Prawdziwy zabytek okazuje się skromniejszy i mówi o murach, straży i nocy; zdanie ułożone albo skrócone przez późniejszych brzmi lepiej i dlatego wyparło pierwowzór. Gdy więc ktoś powiada „źródła mówią”, warto zapytać: który rękopis i z którego roku.
Obiegowe wezwanie, by Pan wybawił od strzał węgierskich, krąży jako zdanie z zachodnich litanii X wieku i bywa przytaczane jako dowód, jak dalece bano się najeźdźców. Nie wskazano jednak dotąd żadnej średniowiecznej księgi liturgicznej, w której by stało; w obiegu pojawia się dopiero w piśmiennictwie czasów nowożytnych.
- Nie da się wykluczyć, że podobna prośba stała w jakiejś niezachowanej księdze; można tylko stwierdzić, że dotąd jej nie wskazano.
- Datowanie pieśni modeńskiej waha się między początkiem X wieku a latami dwudziestymi tego stulecia.
Skąd to wiadomoPieśń straży murów Modeny, rękopis z X wieku; dla obiegowego wersetu litanijnego rękopisu brak
Krew do naczynia i najtłustszy koń
Zapis po fakcieKrwawą przysięgę siedmiu wodzów i ofiarę z konia opisał notariusz królewski około 1200 roku, trzysta lat po wydarzeniach. Wcześniej nie ma o nich ani słowa.
Czytaj dalejGesta Hungarorum, spisane po łacinie przez notariusza zmarłego króla Beli około 1200 roku i zachowane w jednym jedynym rękopisie, opowiadają, że siedmiu wodzów utoczyło krwi do wspólnego naczynia i przysięgło na nią wierność Almosowi, ustanawiając przy tym pięć punktów układu. Scena ta stała się później obrazem założycielskim narodu.
Autor sam ostrzega we wstępie, że nie godzi się opierać dziejów narodu na zmyśleniach wieśniaków ani na gadatliwych pieśniach grajków, po czym opowiada rzeczy, których nie ma w żadnym starszym zapisie. Rozcięcie zwierzęcia i krew w naczyniu należą przy tym do motywów wędrujących po literaturze od starożytności.
Ten sam tekst notuje po zajęciu grodu nad Ungiem czterodniową ucztę, a w zupełnie innym miejscu, na wzgórzu, z którego trzej wysłańcy oglądali zdobywany kraj, zabicie najtłustszego konia i wielkie „aldamas” obyczajem pogańskim. Jest to najstarszy zapis ofiary z konia u Węgrów, pochodzi zaś od duchownego piszącego trzysta lat po zdarzeniu, na dworze chrześcijańskiego króla i dla jego dworu.
- Nie wiadomo, czy notariusz miał dostęp do jakiejkolwiek dawnej tradycji ustnej, czy ułożył te sceny sam.
- Imiona wodzów i podziały plemienne u tego autora odpowiadają często stosunkom z jego własnych czasów.
- Słowo „aldamas” znaczy zarówno ucztę, jak i błogosławieństwo, więc sam obrzęd pozostaje nieostry.
- Zabicie konia autor umieszcza nie przy zdobytym grodzie, lecz na wzgórzu, z którego oglądano kraj; obie sceny dzieli w jego opowieści kilka rozdziałów.
Skąd to wiadomoGesta Hungarorum nieznanego notariusza, ok. 1200; jeden zachowany rękopis
Groby z koniem: co naprawdę leży w ziemi
Zapis z tamtych czasówW grobach zdobywców leżą czaszki i nogi koni, łuki, szable oraz zdobne blachy sakiewek. Nie leży w nich ani jedno imię bóstwa.
Czytaj dalejCmentarzyska z X wieku w Kotlinie Karpackiej dają obrzęd powtarzalny: przy zmarłym kładziono czaszkę konia i kości dolnych części nóg, czyli skórę z głową i kopytami, do tego rząd koński, strzemiona, kołczan, łuk i szablę. Szczątki konia trafiają się w mniejszości grobów, przeważnie męskich i bogaciej wyposażonych.
Trzy cmentarzyska rozkopane pod Karos w Zemplénie od 1986 roku dały groby z pełnym rynsztunkiem i ze zdobnymi blachami sakiewek. Na jednej z takich blach, wydobytej w 1896 roku pod Bezdéd, dwa fantastyczne zwierzęta stoją po bokach drzewa, a między nimi umieszczono krzyż o równych ramionach.
To ostatnie waży więcej, niż się zdaje. Rzeczy w grobie pokazują, co uczyniono ze zmarłym i skąd brano wzory zdobnicze, nie zaś w co wierzono; z blachy nie odczyta się imienia bóstwa, a krzyż w wyposażeniu poganina mówi o obiegu przedmiotów i o sąsiedztwie chrześcijan, a nie o wyznaniu właściciela sakiewki.
- Udział grobów z koniem podaje się rozmaicie, zależnie od tego, jak liczy się pochówki zniszczone i rozkopane dawniej.
- Motyw drzewa ze zwierzętami po bokach spotyka się od Iranu po Skandynawię i nie da się go przypisać jednej religii.
- Przypisanie konkretnego cmentarzyska zdobywcom, a nie ludności zastanej, opiera się na rzeczach, nie na napisach.
Skąd to wiadomoCmentarzyska X wieku w Kotlinie Karpackiej; wykopaliska pod Karos od 1986 roku; blacha sakiewki z Bezdéd, znaleziona w 1896 roku
Rok 896 wybrany w XIX wieku
Ułożone przy biurkuŻadne źródło z epoki nie podaje roku zajęcia Kotliny Karpackiej. Datę 896 wskazano w końcu XIX wieku, pod obchody tysiąclecia państwa.
Czytaj dalejZapisy z epoki dają przedział, nie rok. Grecka księga cesarska wiąże przesiedlenie z wojną przeciw Symeonowi, roczniki zachodnie notują Węgrów w Panonii od połowy lat dziewięćdziesiątych IX wieku, kronikarz z Prüm wpisał ich przybycie pod rokiem 889, a latopis kijowski przeprowadza ich obok Kijowa pod rokiem 898.
Jednej daty zażądała polityka. Gdy w ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku przygotowywano w Budapeszcie obchody tysiąclecia państwa, poproszono o wskazanie roku i otrzymano w odpowiedzi przedział kilkunastu lat; uroczystości wyznaczono najpierw wcześniej, odbyły się zaś w 1896 roku i ta właśnie data utrwaliła się jako rok zajęcia kraju.
Stąd osobliwość, o której warto pamiętać przy każdej rocznicy: rok 896 jest doskonale udokumentowaną datą pewnej decyzji z XIX wieku, a tylko przybliżeniem wydarzenia z wieku IX. Rachunek wskazujący rok 895, wyprowadzony z układu wojny bułgarsko-bizantyjskiej, jest staranniejszy, pozostaje jednak rachunkiem, nie zapisem.
- Przedział wskazywany przez zapisy z epoki obejmuje co najmniej lata od 894 do 900.
- Zajęcie Kotliny było najpewniej procesem rozłożonym na kilka lat, więc żadna pojedyncza data nie może być trafna.
- Data 896 bywa dziś podawana jako ustalenie źródłowe, choć źródła jej nie podają.
Skąd to wiadomoObchody tysiąclecia w Budapeszcie w 1896 roku; rozbieżne zapiski roczników i latopisów z IX–XII wieku
Opowieść rośnie z wiekiem
Cztery kroniki i to, czego nie ma w starszej
Po pogańskich Węgrach nie został ani jeden zapis własnej ręki: wszystko, co o tamtych wiekach opowiada tradycja krajowa, spisano już po chrzcie i po łacinie, w dziełach oddalonych od zdarzeń o trzysta, czterysta i blisko sześćset lat. Ta sekcja ustawia je w kolejności powstania i pyta o rzecz policzalną: co pojawia się dopiero u pisarza późniejszego, choć dotyczy czasów dawniejszych. Odpowiedź jest regularna, bo im dalej od zdarzenia, tym więcej imion, mów i rodowodów, i tym gorzej wychodzi rachuba lat.
Notariusz króla Beli i jeden jedyny rękopis
Zapis po fakcieNajstarsza węgierska opowieść o zajęciu Panonii powstała około 1200 roku, przetrwała w jednym rękopisie, a od opisywanych zdarzeń dzieli ją trzysta lat.
Czytaj dalejAutor nie podał imienia, lecz samą literę i urząd: notariusz zmarłego już króla Beli. Spośród czterech królów tego imienia wskazuje się najczęściej Belę III, zmarłego w 1196 roku, i z tego odczytu bierze się datowanie dzieła na czas około 1200 roku oraz na pierwsze dziesięciolecia następnego stulecia; sam zapis niczego tu nie rozstrzyga. Zdarzenia, które opisuje, czyli wyjście ze Scytii i zajęcie Panonii, należą do lat dziewięćdziesiątych IX wieku, dystans między piórem a rzeczą wynosi zatem około trzystu lat.
Tekst przetrwał w jednym jedynym egzemplarzu: kodeks liczy dwadzieścia cztery karty, a pismo pochodzi z XIII wieku. Do przełomu lat 1933 i 1934 przechowywano go w Wiedniu, dziś leży w Bibliotece Narodowej w Budapeszcie. Drukiem wyszedł dopiero w 1746 roku, w wiedeńskim zbiorze dawnych pisarzy dziejów węgierskich.
Rzecz warta zapamiętania jest taka, że żadna z późniejszych kronik węgierskich z tego dzieła nie czerpie ani go nie przywołuje. Osamotnione w swoim stuleciu, po pierwodruku z 1746 roku dostarczyło obrazów krążących dziś jako pamięć pogańskich Węgrów: przysięgi krwi, imion siedmiu wodzów i wykupu ziemi za białego konia. Reszta dzisiejszego wyobrażenia, z łanią i z nazwą ptaka, przychodzi natomiast z kroniki młodszej o osiemdziesiąt lat.
- Litera P poprzedzająca nazwę urzędu bywa czytana jako inicjał imienia; z zapisu nie wynika ani imię autora, ani to, który z królów noszących imię Bela jest owym zmarłym.
- Z milczenia późniejszych kronik nie wolno wyprowadzać, że dzieła nikt nie znał; wolno powiedzieć tylko tyle, że nie zostało wykazane, by ktokolwiek z niego czerpał przed XVIII wiekiem.
- Wiek pisma w kodeksie określa się przez porównanie rąk pisarskich, nie przez datę wpisaną w księgę; z samego rękopisu nie wynika, jak długo po napisaniu dzieła go sporządzono.
Skąd to wiadomoGesta Hungarorum notariusza króla Beli, powstałe około 1200 roku; jedyny rękopis z XIII wieku, dwadzieścia cztery karty, Biblioteka Narodowa w Budapeszcie; pierwodruk 1746
Przysięga krwi, której nie zna żadna inna kronika
Zapis po fakciePrzysięgę krwi siedmiu wodzów opisuje wyłącznie kronika z około 1200 roku; dzieła późniejsze, znające o wiele więcej imion, milczą o niej zupełnie.
Czytaj dalejŻadna z późniejszych kronik węgierskich sceny tej nie powtarza. Dzieło z lat osiemdziesiątych XIII wieku oraz kronika z 1358 roku wiedzą o zdobyciu ojczyzny znacznie więcej, znają imiona wodzów, rodów i przeciwników, opisują mowy i pojedynki, a o naczyniu z krwią nie wspominają ani słowem. Jedyny zapis obrzędu jest więc zarazem najstarszy i całkowicie osamotniony.
Dzieło z około 1200 roku opowiada w rozdziale o obiorze Álmosa, że siedmiu przywódców obrało go na wodza, a przymierze przypieczętowali krwią wpuszczoną do jednego naczynia; osobny rozdział wylicza następnie warunki przysięgi. Jest ich pięć i wszystkie dotyczą prawa: dziedziczne przywództwo dla potomstwa Álmosa, udział w zdobyczy dla obierających, miejsce w radzie i urzędy dla ich potomków, przelanie krwi zdrajcy tak, jak przelano ją przy przysiędze, oraz wieczne przekleństwo dla tego, kto przymierze złamie.
Sama forma przysięgi stwierdzanej krwią była na stepie opisywana dużo wcześniej, bo grecki wykład o Scytach pióra Herodota, z V wieku przed naszą erą, mówi o krwi zmieszanej z winem w czaszy, z której piją przysięgający. Dawność formy nie dowodzi jednak, że tak przysięgało siedmiu wodzów, i nie wskazuje drogi przekazu, bo łaciński pisarz około 1200 roku greckiego dzieła o Scytach nie miał w czym przeczytać; zostaje zbieżność obrazu, a nie zapożyczenie.
- Nazwa vérszerződés, czyli przymierze krwi, pod którą scena krąży dzisiaj, jest etykietą późniejszą: kronika spisana jest po łacinie i żadnego węgierskiego określenia nie podaje.
- Pięć punktów czyta się jak zapis prawny z czasów autora, bo mowa w nich o dziedziczności, urzędzie i konfiskacie; z tekstu nie wynika ani to, że obrzęd się odbył, ani to, że go nie było.
- Numeracja rozdziałów bywa w wydaniach różna, więc scenę przysięgi i pięć jej warunków bezpieczniej wskazywać po treści niż po liczbie.
Skąd to wiadomorozdział piąty Gesta Hungarorum, około 1200 roku; brak odpowiednika w kronice z lat 1282 do 1285 i w kronice z 1358 roku
Sen Emesy i ptak, który nie ma jeszcze nazwy
Zapis po fakcieMatka Álmosa widzi we śnie ptaka i strumień królów, lecz ptak nie ma tu żadnej węgierskiej nazwy; słowo turul pojawi się osiemdziesiąt lat później.
Czytaj dalejPtak nazwany jest w tym miejscu łacińskim słowem oznaczającym jastrzębia lub sokoła i nie towarzyszy mu żadne określenie węgierskie. Nie ma tu ani czci, ani ołtarza, ani kapłana, jest natomiast wróżba dynastyczna tego samego rodzaju, jakich łacińskie piśmiennictwo owych stuleci dostarcza dziesiątkami dla rodów panujących w całej Europie.
Dla dzisiejszego czytelnika ważne jest to, czego w tekście nie ma. Odczytanie ptaka jako godła pogańskiej wiary Węgrów wymaga nazwy i kultu, a zapis z około 1200 roku nie daje ani jednego, ani drugiego; daje wróżbę o narodzinach wodza oraz objaśnienie imienia i niczego poza tym nie obiecuje.
Kronika z około 1200 roku opowiada o żonie Ügyeka imieniem Emesu, której przyśnił się ptak przychodzący do niej na podobieństwo jastrzębia, a z jej łona wytrysnął strumień oznaczający królów mających się narodzić, choć nie w rodzinnej ziemi. Imię syna pisarz wiąże wprost z tym snem, a wiązanie trzyma się wyłącznie węgierskiego słowa oznaczającego sen, choć samego słowa łaciński tekst nie przytacza.
- Wywód imienia Álmos ze snu to etymologia kronikarza, a w tym samym tekście pojawia się także wykład imienia jako świętego; obie wykładnie są zabiegiem pisarskim, nie świadectwem o IX wieku.
- Ptak zapładniający matkę przyszłego rodu to obraz znany z wielu dawnych piśmiennictw; z jego obecności nie wynika ani zapożyczenie, ani rodzimość.
Skąd to wiadomoGesta Hungarorum, rozdział o narodzinach Álmosa, około 1200 roku
Kumanowie w scenie, w której ich jeszcze nie było
Zapis po fakcieW scenie z lat dziewięćdziesiątych IX wieku kronika sadza Kumanów, których pierwsze najazdy na Węgry zapisano dopiero w drugiej połowie XI stulecia.
Czytaj dalejPodobnie rzecz ma się z przeciwnikami. Salan wywodzony od Bułgarów, Menumorut, Gelou nazwany wodzem Wołochów siedmiogrodzkich oraz Zobor nie pojawiają się w żadnym zapisie IX ani X wieku, ani w rocznikach frankijskich, ani w księdze cesarskiej z Konstantynopola, ani w inskrypcjach bułgarskich. Ich imiona układają się natomiast wzdłuż nazw miejscowych znanych około 1200 roku.
Wniosek jest dwustronny i trzeba go trzymać w obu rękach. Anachronizm jest datowalny i pokazuje, jak teraźniejszość piszącego wchodzi w opowieść o przeszłości, natomiast z nieobecności Gelou w innych zapisach nie wynika, że żadnego miejscowego władcy nie było; wynika tylko tyle, że jego imię i czyny nie są poświadczone.
Kronika z około 1200 roku każe siedmiu wodzom kumańskim przyłączyć się z ludem do Álmosa jeszcze przed zajęciem Panonii. Nad Karpatami ludy kumańskie pojawiają się dopiero w drugiej połowie XI wieku, a najazd na królestwo z roku 1068 przypisali Kumanom właśnie kronikarze. Lud, o którym zapis milczy jeszcze przez ponad sto siedemdziesiąt lat po opisywanej scenie, stoi więc w samym jej środku jako uczestnik.
- Słowo oznaczające Kumanów bywa odczytywane jako określenie Kabarów; to interpretacja, a nie treść zapisu.
- Zgodność imion przeciwników z nazwami miejscowymi wskazuje na sposób pracy pisarza, ale nie rozstrzyga, czy pod tymi nazwami nie krył się ktoś rzeczywisty.
- Nazwanie najeźdźców z 1068 roku Kumanami pochodzi z kroniki, a nie z zapisu powstałego przy zdarzeniu; pod tą nazwą mogą kryć się Pieczyngowie albo Uzowie, a najazdy poświadczone jako kumańskie przypadają na schyłek XI wieku.
Skąd to wiadomoGesta Hungarorum, około 1200 roku; najazd kumański na Węgry odnotowany pod rokiem 1068
Pieśni, które odrzucił, i to, że jednak były
Zapis po fakcieWstęp z około 1200 roku odrzuca pieśni wieśniaków i gadanie kuglarzy jako źródło, a tym samym zaświadcza, że takie pieśni wtedy śpiewano.
Czytaj dalejCena tego świadectwa jest wysoka, bo ten sam człowiek, który potwierdza istnienie pieśni, odmawia zapisania ich treści. Wiemy o nich dokładnie jedną rzecz: istniały i dotyczyły początków ludu. O tym, co mówiły, o imionach, obrzędach czy bogach, nie wiemy z tego zdania niczego i nic stamtąd wyprowadzić się nie da.
Trzeba dodać ostrzeżenie. Lekceważenie kuglarzy bywało w łacińskich wstępach owej epoki zwrotem obiegowym, powtarzanym niezależnie od tego, co autor naprawdę czytał i słyszał. Zwrot obiegowy i sprawozdanie mogą jednak stać w jednym zdaniu, a niczym nie zostało wykazane, by pieśni wymyślono po to, żeby je we wstępie odrzucić.
We wstępie autor oświadcza, że szlachetnemu narodowi węgierskiemu nie przystoi poznawać swoich początków jakby przez sen, z fałszywych opowieści wieśniaczych i z gadatliwej pieśni wędrownych zabawiaczy, i zapowiada w zamian wykład uporządkowany, oparty na piśmie. Jest to najstarsze węgierskie świadectwo, że ustna opowieść o zdobyciu ojczyzny wtedy krążyła; kroniki późniejsze powołują się na pieśń jeszcze zdawkowiej i dopiero po nim.
- Nie zostało wykazane, czy autor mimo deklaracji korzystał z owych pieśni; podobieństwo jego opowieści do form ustnych bywa tak czytane, ale jest to wniosek z kształtu tekstu, nie zapis.
- Z istnienia pieśni nie wolno wyprowadzać ich pogańskiej treści; zapis mówi o początkach ludu, nie o wierze.
Skąd to wiadomowstęp do Gesta Hungarorum, około 1200 roku
Kronika z lat 1282 do 1285: Hunowie i Węgrzy jako jeden lud
Zapis po fakcieKronika spisana około 1282 roku dla króla Władysława IV scala Hunów i Węgrów w jeden lud i dopiero ona nadaje rodowi Árpáda nazwę Turul.
Czytaj dalejNowe wobec kroniki starszej jest tu prawie wszystko, co dziś uchodzi za rdzeń węgierskiej opowieści o początkach: pełne dzieje hunnijskie, praojcowie Hunor i Magor, łania prowadząca myśliwych, porwanie kobiet nad Meotydą, Seklerzy jako resztka Hunów pozostała na polu zwanym Csigle oraz nazwa rodu Turul. Seklerzy występują przy tym jako lud odrębny, złączony z Węgrami dopiero po powrocie.
Tło polityczne jest datowane co do roku. Matka króla pochodziła z Kumanów, prawa z 1279 roku nakazywały Kumanom porzucić obrzędy pogańskie i osiąść na roli, po kraju jeździł legat papieski, w 1287 roku króla obłożono klątwą, a w 1290 roku zginął z ręki Kumanów. Księga dająca królestwu stepowy rodowód powstała dokładnie w tych latach.
Szymon z Kézy, duchowny na dworze Władysława IV, panującego od 1272 do 1290 roku, nazywa siebie wiernym klerykiem króla i napisał swoje dzieło około 1282 roku; do jakich ksiąg miał dostęp, nie ma dokumentu. Dzieje Hunów i Węgrów układa w jedną całość, z dwoma wejściami do Panonii i z Attylą jako praojcem. Od zdobycia ojczyzny dzieli go blisko czterysta lat, a od śmierci Attyli osiemset trzydzieści.
- Związek treści dzieła z polityką dworu jest wnioskiem, nie zapisem; poświadczona jest zbieżność dat, nie zamiar autora.
- Seklerzy są w tym samym tekście ludem osobnym od Węgrów, choć w jednym z nimi państwie; zrównywanie obu nie ma oparcia w tym źródle.
- Dzieło wyszło drukiem dopiero w 1782 roku w Budzie, a więc później niż kronika starsza od niego o osiemdziesiąt lat.
- Rok i miejsce pierwszego druku tego dzieła podaje się rozmaicie: obok wydania budańskiego wskazuje się wiedeńskie o rok wcześniejsze.
Skąd to wiadomoGesta Hunnorum et Hungarorum Szymona z Kézy, około 1282 do 1285 roku, dla króla Władysława IV; pierwodruk 1782 w Budzie
Turul: nazwa, która przychodzi osiemdziesiąt lat po śnie
Zapis po fakcieOkoło 1200 roku ptak ze snu nie ma węgierskiej nazwy, a słowo turul pojawia się w latach 1282 do 1285 jako nazwa rodu i znak na tarczy Attyli.
Czytaj dalejW kronice z około 1200 roku ptak nawiedzający matkę Álmosa nazwany jest wyłącznie łacińskim słowem oznaczającym ptaka drapieżnego, bez jakiegokolwiek odpowiednika węgierskiego. Pisarz mówi o wróżbie i o imieniu dziecka, nie o godle, nie o rodzie i nie o czci oddawanej ptakowi przez kogokolwiek.
Obraz znany dzisiaj, czyli turul ze snu Emesy jako godło pogańskiej wiary Węgrów, wymaga czytania obu ksiąg naraz i nie stoi w żadnej z nich. Daty układają się w prosty ciąg: sen około 1200 roku, nazwa w latach 1282 do 1285, połączenie jednego z drugim jeszcze później, już poza średniowieczem.
Węgierskie słowo turul pada dopiero w dziele z lat 1282 do 1285, i to w dwóch miejscach: raz jako nazwa rodu, z którego wywodzi się Árpád, drugi raz jako ptak ze znaku bojowego, który Attyla miał nosić na własnej tarczy. W żadnym z tych miejsc nie ma mowy o śnie matki Álmosa, tak jak w opowieści o śnie nie ma mowy o nazwie.
- Z zapisu nazwy rodu nie wynika, że ród sam siebie tak nazywał w IX wieku; wynika, że tak nazywano go pod koniec XIII wieku.
- Ptak na tarczy Attyli jest opisem herbowym z czasów, gdy herby istniały; przenoszenie go w wiek V nie ma podstawy w zapisie.
Skąd to wiadomoGesta Hungarorum około 1200 roku oraz Gesta Hunnorum et Hungarorum z lat 1282 do 1285
Księga cesarska z lat 948 do 952 i jej cztery milczenia
Zapis z tamtych czasówNajlepiej poinformowany opis Węgrów powstał w Konstantynopolu, gdy rzecz jeszcze trwała, i nie ma w nim ani jednego boga, kapłana czy święta.
Czytaj dalejGrecki traktat o zarządzaniu państwem, spisany dla następcy tronu w latach 948 do 952, wylicza siedzibę zwaną Lewedią i krainę nad rzekami, siedem rodów węgierskich oraz trzy rody kabarskie, które do nich przystały, a także osoby: wojewodę Lewediego, Álmosa, Árpáda oraz jego synów i wnuków z imienia. Wiadomości brali w stolicy od węgierskich dostojników goszczących tam w 948 roku, w tym od prawnuka Árpáda.
Czego w tym opisie nie ma, mówi więcej niż to, co jest. Nie pada ani jedno imię boga, nie ma kapłana, świątyni, święta ani opisu pogrzebu. Dwór, który zbierał wiedzę o żywym jeszcze i niechrzczonym ludzie, spisał drobiazgowo jego ustrój, siedziby i pokrewieństwa, a o wierze nie zanotował niczego.
Stąd bierze się miara dla całej sekcji. Zapis najbliższy zdarzeniom milczy o religii, a kroniki węgierskie, młodsze od niego o dwieście pięćdziesiąt, o trzysta trzydzieści i o przeszło czterysta lat, dopisują imiona, mowy i rodowody. Gdy ktoś dziś powołuje się na węgierski panteon, pierwsze pytanie brzmi nie o treść, lecz o rok zapisu.
- Milczenie o wierze nie jest dowodem jej braku; dowodzi tylko, że dla zbierających wiadomości liczył się sojusz i ustrój, a nie obrzęd.
- Grecki zapis imion i nazw plemiennych bywa odczytywany rozmaicie; z samego brzmienia nie wolno wyprowadzać znaczeń tych nazw.
- Rok 948 jako czas pobytu węgierskich dostojników w stolicy wylicza się z układu księgi i z zapisów postronnych; sam tekst daty nie podaje.
Skąd to wiadomogrecki traktat o zarządzaniu państwem, Konstantynopol, lata 948 do 952; informatorzy węgierscy w stolicy w 948 roku
Dwie listy siedmiu wodzów, jedno wspólne imię
Zapis po fakcieDwie kronikarskie listy siedmiu wodzów mają wspólne jedno imię, a w starszej z nich nie ma w ogóle Árpáda, wodza wszystkich opowieści późniejszych.
Czytaj dalejKronika z około 1200 roku wymienia siedmiu: Álmosa, Előda, Onda, Konda, Tasa, Hubę i Töhötöma. Árpáda w tym gronie nie ma, ponieważ miejsce rodu zajmuje jego ojciec, a wodzem syn staje się dopiero w dalszym ciągu opowieści. Jest to lista zamknięta, opatrzona rodowodami i przypisaniem ziem, których żaden inny zapis nie potwierdza.
Trzeci rachunek jest najciekawszy, bo pochodzi sprzed obu. Księga spisana w Konstantynopolu w latach 948 do 952 nie zna żadnej listy siedmiu wodzów, zna natomiast siedem rodów i trzy rody kabarskie. Liczba siedem należy więc w X wieku do plemion, a do imion wodzów przywiązano ją w dziełach młodszych o dwieście pięćdziesiąt i trzysta trzydzieści lat, w dodatku niezgodnych ze sobą.
Kronika z lat 1282 do 1285 wymienia również siedmiu, ale są to Árpád, Szabolcs, Gyula, Örs, Künd, Lél i Bulcsú. Zestawienie obu wykazów daje wynik, który warto podać liczbą: siedem wobec siedmiu, jedno imię czytane jako wspólne, a Árpád w gronie siedmiu wyłącznie w wykazie młodszym o osiemdziesiąt lat, choć jego samego zna i kronika starsza, i księga cesarska sprzed obu.
- Niezgodność wykazów nie dowodzi, że żadnych wodzów nie było; dowodzi, że imion nie przekazano w jednej, sprawdzalnej postaci.
- Przypisania ziem poszczególnym wodzom pokrywają się z podziałami własnościowymi z czasów pisania kronik, co każe ostrożnie czytać każdy taki nadział.
- Owo jedno wspólne imię to Kond w wykazie starszym i Künd w młodszym; zrównanie ich jest odczytem brzmienia, a nie zapisem mówiącym o tej samej osobie.
Skąd to wiadomowykaz siedmiu wodzów w Gesta Hungarorum około 1200 roku i w Gesta Hunnorum et Hungarorum z lat 1282 do 1285; siedem rodów w traktacie z lat 948 do 952
Biały koń kupuje ziemię dwa razy, u dwóch różnych władców
Zapis po fakcieTen sam wykup ziemi za białego konia kronika starsza wiąże z władcą znad Cisy, a młodsza ze Świętopełkiem morawskim, zmarłym w 894 roku.
Czytaj dalejŚwiętopełk zmarł w 894 roku, a roczniki frankijskie zapisały, że w 892 roku król wschodniofrankijski walczył z Morawami przy pomocy oddziałów węgierskich. Zapis współczesny mówi więc o wojnie i sojuszu, natomiast kronika węgierska młodsza o blisko pięć wieków zamienia tę wojnę w sprzedaż ziemi za ozdobnego konia.
Sama forma jest wędrowna i dobrze udokumentowana. O ziemi i wodzie jako znaku poddania mówi grecki wykład dziejów z V wieku przed naszą erą, a o ludzie kupującym pas ziemi za złotą ozdobę opowiadają dzieje saskie spisane w latach sześćdziesiątych X wieku. Węgierski wykup wpisuje się w tę rodzinę opowieści i nie jest osobliwością jednego ludu.
W kronice z około 1200 roku posłowie jadą do Salana z białym koniem, złoconym siodłem i złoconą uzdą, a w zamian żądają ziemi, trawy i wody. W tradycji kronikarskiej XIV wieku konia odbiera Świętopełk morawski, posłem jest Kusid, syn Künda, a tym, co za konia wzięto, są dzban wody z Dunaju, garść ziemi i wiązka trawy. Rzecz jest ta sama, adresat inny.
- Z wędrowności formy nie wynika, że żadnego symbolicznego wykupu nigdy nie odprawiono; wynika, że sama obecność opowieści niczego nie poświadcza.
- Przeniesienie kupującego z jednego władcy na drugiego pokazuje, że w opowieści stała rola, a nie osoba; imię wstawiano takie, jakie w danym stuleciu było potrzebne.
Skąd to wiadomoGesta Hungarorum około 1200 roku oraz tradycja kronikarska XIV wieku; roczniki frankijskie pod rokiem 892; śmierć Świętopełka 894
Kronika ilustrowana z 1358 roku i jej sto czterdzieści siedem obrazów
Zapis po fakcieKronikę ilustrowaną zaczęto pisać we wtorek w oktawie Wniebowstąpienia 1358 roku, a jej sto czterdzieści siedem miniatur ubiera wiek IX w zbroje wieku XIV.
Czytaj dalejObrazy warto oglądać jak dokument ich własnego czasu. Zdobywcy noszą kolczugi, hełmy i tarcze herbowe czternastowieczne, dwór wygląda jak dwór andegaweński, a pogańska przeszłość jest ubrana w strój roku, w którym ją malowano. To nie omyłka malarza, lecz miara tego, ile wiek XIV mógł wiedzieć o wieku IX.
Księgę rozpoczęto we wtorek w oktawie Wniebowstąpienia 1358 roku, co rachuba świąt sytuuje w połowie maja, a powstała na dworze Ludwika Wielkiego, panującego od 1342 do 1382 roku. Liczy sto czterdzieści siedem miniatur rozłożonych na stu czterdziestu sześciu stronach, a jej opowieść urywa się w połowie zdania na roku 1330, więc dnia ukończenia nie da się wskazać. Od zdobycia ojczyzny dzieli ją czterysta sześćdziesiąt trzy lata.
Przed zwrotem kodeks przechowywano w Wiedniu, w zbiorze cesarskim, a do Budapesztu wrócił w 1934 roku na mocy porozumienia zawartego w Wenecji; leży dziś w Bibliotece Narodowej. Jego drogi między dworem Ludwika Wielkiego a Wiedniem nie da się odtworzyć z dokumentów, natomiast to właśnie obrazy z tej księgi wracają dziś najczęściej jako ilustracja czasów przed chrztem.
- Dzień rozpoczęcia podany jest przez święto, nie przez datę dzienną; przeliczenie na konkretny dzień maja jest rachunkiem, nie zapisem.
- Przypisanie całości jednemu układaczowi opiera się na wzmiance w księdze o kustoszu kościoła w Székesfehérvár, a nie na podpisie pod tekstem.
Skąd to wiadomokronika ilustrowana rozpoczęta w 1358 roku, sto czterdzieści siedem miniatur, Biblioteka Narodowa w Budapeszcie, zwrócona do Węgier w 1934 roku
Rok 677 i sto cztery lata po Attyli
Zapis po fakcieKronika z 1358 roku datuje powrót Węgrów na rok 677, sto cztery lata po śmierci Attyli; obie liczby rozmijają się z zapisami ludzi, którzy wtedy żyli.
Czytaj dalejKronika ilustrowana podaje własne liczby i warto je wypisać. Wejście Hunów do Panonii kładzie na rok 373, a powrót Węgrów na rok 677, licząc go jako sto czwarty rok po śmierci Attyli. Z tego rachunku wynika, że śmierć Attyli umieszcza w roku 573, a więc w stuleciu, w którym po Hunach w Panonii dawno już nie było śladu.
Różnica jest policzalna: sto dwadzieścia lat błędu na Attyli i dwieście osiemnaście lat na zdobyciu ojczyzny. Dodajmy do tego, że kronika z około 1200 roku liczyła wyjście ze Scytii na rok 884, a kronika z 1358 roku na rok 677, czyli dwie węgierskie rachuby rozchodzą się o dwieście siedem lat. Im więcej imion, tym gorszy rachunek.
Zapis ludzi żyjących wtedy mówi co innego. Poseł znad Bosforu, który w 449 roku siedział w obozie Attyli, opisał ten dwór z widzenia, a łacińskie dzieje Gotów ukończone w 551 roku opisują jego śmierć, lecz roku nie podają: rok 453 wylicza się z roczników prowadzonych w V i VI wieku. Roczniki frankijskie i księga cesarska stawiają Węgrów nad środkowym Dunajem w latach dziewięćdziesiątych IX wieku.
- Rozbieżne daty w kronikach biorą się także z dopasowywania do obcych roczników i tablic paschalnych; nie każdy błąd jest wymysłem.
- Z błędnej rachuby nie wynika, że reszta opowieści jest zmyślona; wynika, że w tej księdze data nie może służyć za oparcie dla niczego.
Skąd to wiadomokronika ilustrowana z 1358 roku, daty roczne 373 i 677; śmierć Attyli w 453 roku wedle łacińskich dziejów Gotów z 551 roku
Trzy warkocze Vaty, czyli jedno zdanie o obrzędzie
Zapis po fakcieNajpełniejszy opis węgierskiego obrzędu pogańskiego w całej tradycji kronikarskiej to jedno zdanie o ogolonej głowie i trzech pozostawionych warkoczach.
Czytaj dalejJedyne zdanie o samym obrzędzie brzmi tak, że Vata z grodu Békés pierwszy oddał się demonom, ogolił głowę i zostawił sobie trzy warkocze wedle zwyczaju pogańskiego. To wszystko, co cała węgierska tradycja kronikarska umie powiedzieć o wyglądzie dawnego kultu: fryzura i lista rzeczy do zniszczenia. Ani imienia bóstwa, ani modlitwy, ani kapłana, ani miejsca ofiary.
W 1061 roku, na zjeździe w Székesfehérvár, żądanie powrotu do dawnego rytu wróciło, a kronika wymienia przy nim syna Vaty. Zapisano to wszystko w składzie kronikarskim XIV wieku, blisko trzy stulecia po zdarzeniach, choć tradycja przechowywała warstwy starsze, których wieku nie wykazano.
W 1046 roku, podczas powrotu książąt z wygnania, wybuchł bunt, a dwudziestego czwartego września zginął biskup Czanadu, zrzucony ze wzgórza nad Dunajem naprzeciw Pesztu. Żądania tłumu kronika wylicza po kolei: zabić biskupów i duchownych, zburzyć kościoły, porzucić wiarę chrześcijańską, czcić bałwany i żyć obyczajem ojców. Czym były owe bałwany i na czym ów obyczaj miałby polegać, nie mówi ani słowem: nie pada żadne imię, żadne miejsce ani żaden obrzęd.
- Trzy warkocze bywają czytane jako znak kapłański, jako oznaka stanu wojownika albo jako zwykły opis fryzury stepowej; z jednego zdania żadnego z tych odczytań wyprowadzić się nie da.
- Słowo demony pochodzi ze słownika duchownego piszącego po łacinie i nie mówi, komu bunt składał ofiary.
- Gród, z którego kronika wywodzi Vatę, zapisany jest w formie łacińskiej, a jego utożsamienie z Békés jest odczytem nazwy, nie treścią zapisu.
Skąd to wiadomoskład kronikarski XIV wieku pod latami 1046 i 1061; śmierć biskupa Czanadu dwudziestego czwartego września 1046 roku
Róg Lehela i cesarz, który zginął inaczej
Zapis po fakcieKronika z 1358 roku każe Lélowi zabić rogiem cesarza, a zapis powstały kilkanaście lat po bitwie mówi, że Konrad padł od strzały w czasie walki.
Czytaj dalejWedle tej sceny Lél prosi przed śmiercią o swój róg, uderza nim cesarza i powiada, że zabity pójdzie przed nim na tamten świat jako sługa. Tymczasem dzieje saskie spisane kilkanaście lat po bitwie notują, że Konrad zwany Rudym poległ w samej bitwie, trafiony strzałą w gardło, gdy w upale rozluźnił hełm, a panujący wówczas władca żył jeszcze osiemnaście lat, do 973 roku.
Do opowieści dołączono z czasem przedmiot: róg z kości słoniowej przechowywany w Jászberény nosi to imię do dziś. Wyrób jest wschodni, a powiązanie rogu z opowieścią poświadczone znacznie później niż sama opowieść, która i tak powstała czterysta lat po bitwie.
Dziesiątego sierpnia 955 roku wojsko węgierskie zostało rozbite nad Lechem pod Augsburgiem, a wodzów Léla i Bulcsú powieszono w Ratyzbonie. Tyle stoi w zapisach niemieckich powstałych w tym samym pokoleniu, kilkanaście lat po bitwie. Dopiero kronika z 1358 roku dopisuje do egzekucji scenę, której wcześniejsze dzieła nie znają.
- Z niezgodności nie wynika, że Léla nie stracono w Ratyzbonie; wynika, że scena z rogiem nie ma oparcia w żadnym zapisie bliskim zdarzeniu.
- Wiek i pochodzenie rogu z Jászberény rozstrzyga się po samym przedmiocie; z jego istnienia nie wolno wyprowadzać prawdziwości opowieści.
Skąd to wiadomokronika z 1358 roku, scena egzekucji w Ratyzbonie; dzieje saskie spisane w latach sześćdziesiątych X wieku, śmierć Konrada Rudego 10 sierpnia 955
Druk z 5 czerwca 1473 roku zamyka wersję
Zapis po fakcieOd pierwszego druku, ukończonego w Budzie 5 czerwca 1473 roku, opowieść o czasach pogańskich przestaje rosnąć i zaczyna się powielać bez zmian.
Czytaj dalejPod koniec tego samego stulecia dziejopis sprowadzony na dwór królewski napisał wielotomowe dzieje, w których ród panujący wywiedziono od Attyli i od starożytnego rodu rzymskiego. Jest to czwarta i ostatnia warstwa całej budowli, powstała sześćset lat po zdarzeniach, które opisuje.
Skutek techniczny okazał się rozstrzygający. Rękopis przy każdym przepisaniu mógł rosnąć, druk rosnąć nie może, więc od lat siedemdziesiątych XV wieku tekst mnoży się w postaci niezmienionej. Wersja czasów pogańskich, która krąży dzisiaj, pochodzi z tej właśnie, najmłodszej warstwy, a nie z X wieku.
Piątego czerwca 1473 roku ukończono w Budzie druk kroniki węgierskiej, pierwszej książki wytłoczonej na Węgrzech; zachowało się jej niewiele egzemplarzy, a ich liczbę trzeba brać ze spisów bibliotecznych. Piętnaście lat później, w 1488 roku, poszła pod prasę dwukrotnie w ciągu jednego roku inna, świeżo złożona kronika węgierska, w marcu w Brnie i w czerwcu w Augsburgu, przy czym wydanie augsburskie dostało drzeworyty przedstawiające Attylę i zdobywców. Nie była to żadna z kronik starszych: dzieło z lat 1282 do 1285 czekało na druk jeszcze trzy stulecia.
- Liczba zachowanych egzemplarzy pierwszego druku bywa podawana różnie i należy ją sprawdzać w spisach bibliotecznych, nie w opracowaniach ogólnych.
- Utrwalenie tekstu przez druk nie znaczy, że przestano dopisywać; dopisywano nadal, ale już jako dzieła osobne, nie jako poprawki w tej samej kronice.
Skąd to wiadomokronika węgierska wytłoczona w Budzie 5 czerwca 1473 roku; druga kronika w Brnie i Augsburgu w 1488 roku; dzieje dworskie z lat dziewięćdziesiątych XV wieku
W czterech kronikach nie pada ani jedno imię boga
Ułożone przy biurkuPrzez wszystkie cztery kroniki nie przechodzi ani jedno imię węgierskiego bóstwa, a nazwy krążące dziś jako panteon mają metrykę dziewiętnastowieczną.
Czytaj dalejKto przejrzy kolejno dzieło z około 1200 roku, kronikę z lat 1282 do 1285, kronikę ilustrowaną z 1358 roku oraz druki z 1473 i 1488 roku, nie znajdzie w nich ani jednego imienia przedchrześcijańskiego boga Węgrów. Padają za to demony, bałwany i obyczaj pogański, czyli słownik łaciny kościelnej tamtych stuleci, a nie mowa ludzi, o których jest opowieść.
Stąd zasada, którą warto stosować przy każdym takim imieniu: kto nazywa węgierskiego boga, winien podać rok i zapis. Jeśli rokiem jest wiek XIX albo XX, mamy do czynienia z rekonstrukcją, która bywa cenna jako literatura i nic nie waży jako świadectwo o wieku IX.
Nazwy, które dziś uchodzą za węgierski panteon, dają się datować. Bóg wojny i jego przeciwnik weszli do druku dopiero w latach dwudziestych XIX wieku, w poematach o dawnych dziejach ludu, i dopiero tam zostali ułożeni w parę. Imię Boldogasszony jest średniowieczne i dobrze poświadczone, ale jako węgierskie imię Matki Bożej, w wezwaniach kościołów i w najstarszych zabytkach języka.
- Brak imion w kronikach nie dowodzi, że Węgrzy bogów nie mieli; dowodzi, że żaden zapis ich nie przekazał.
- Poszczególne słowa z zaklęć i pieśni zanotowanych w XVIII i XIX wieku bywają podawane za imiona bóstw; trzeba wtedy osobno pokazać, w którym roku i z czyich ust je zapisano.
- Przy każdej takiej nazwie trzeba osobno pokazać najstarszy zapis: dopóki nie padnie rok i księga, mowa jest o dziewiętnastowiecznej literaturze, nie o wierze sprzed chrztu.
Skąd to wiadomoprzegląd czterech kronik od około 1200 do 1488 roku; pierwsze druki nazw panteonu w poezji lat dwudziestych XIX wieku
Zaginiona pragesta, czyli wniosek zamiast dokumentu
Ułożone przy biurkuWspólne zdania czterech kronik tłumaczy się zaginioną gestą z XI wieku, po której nie ma ani rękopisu, ani fragmentu, ani jednej średniowiecznej wzmianki.
Czytaj dalejKroniki węgierskie mają wspólne zwroty, wspólne zdania, a miejscami całe ustępy, choć powstawały w odstępie dwustu lat i w różnych środowiskach. Tłumaczy się to istnieniem starszego dzieła węgierskiego, spisanego w XI wieku na dworze pierwszych królów, z którego wszystkie one miałyby czerpać.
Wniosek praktyczny ma dwa końce i oba są ważne. Cztery kroniki nie są czterema niezależnymi świadkami, bo tam, gdzie się zgadzają, zgodność może pochodzić z przepisywania. Nie wynika z tego jednak, że warstwa wspólna sięga czasów pogańskich, ponieważ jej wieku nie wykazano żadnym zapisem ani datowanym przedmiotem.
Po takiej księdze nie ma jednak żadnego egzemplarza, żadnej wyrwanej karty ani wpisu w średniowiecznym spisie biblioteki; kronikarze powołują się miejscami na dawniejsze pisma, lecz żadnego takiego dzieła nie nazywają ani nie opisują. Jej istnienie wyprowadza się z podobieństw, a treść odczytuje wstecz z dzieł późniejszych, co czyni z niej rekonstrukcję: może być dobrym narzędziem roboczym, dokumentem nie jest.
- Podobieństwo tekstów tłumaczy się także wspólnym korzystaniem z roczników obcych i z formularzy kancelaryjnych, nie musi więc wskazywać na jedną zaginioną księgę.
- Rekonstruowaną treść pragesty często opisuje się w kategoriach, których użyto dopiero w XIX wieku; wtedy rekonstrukcja opisuje swoich twórców, a nie wiek XI.
Skąd to wiadomowniosek z porównania kronik z około 1200, z lat 1282 do 1285 i z 1358 roku; brak rękopisu i brak wzmianki w spisach średniowiecznych
Piaskowe grzbiety nad Cisą
Co leży w grobie z koniem
Po Węgrach z czasu zajęcia kraju nie została ani jedna lista bogów, została za to ziemia: dziesiątki tysięcy grobów rozkopywanych od 1834 roku, srebro na twarzach zmarłych, rogowe okładziny łuków i końskie skóry z głową i kopytami. Ta sekcja pokazuje, co dokładnie leży w takim dole, co z tego przyszło ze stepu, a co przylgnęło już nad Cisą i Dunajem. Pokazuje także moment, w którym obrządek się urywa, a moment ten jest datowany twardziej niż którykolwiek zapis kronikarski. Na koniec mówi wprost, czego łopata nie wykopie: imienia bóstwa i treści wiary.
Benepuszta 1834: grób, od którego zaczęto liczyć
Zapis z tamtych czasówW 1834 roku pod Ladánybene wykopano pierwszy grób rozpoznany jako węgierski z czasu zajęcia kraju. Datę dał leżący w nim denar Berengara.
Czytaj dalejZnaczenie tego odkrycia nie polega na bogactwie, lecz na tym, że dało punkt zaczepienia. Wcześniej nikt nie umiał wskazać ani jednego przedmiotu i powiedzieć, że należał do ludzi, którzy weszli w Kotlinę Karpacką u schyłku IX wieku. Moneta bita na zachodzie wyznaczyła dolną granicę czasu, a srebrne okucia dały wzorzec, do którego dawało się dopasowywać kolejne znaleziska.
Cena była wysoka i widać ją do dziś. Dół wybrano bez planu, bez pomiaru i bez zachowania kości zwierzęcych, więc o układzie ciała i konia nie wiadomo już nic pewnego. Przez resztę stulecia podobnie rozkopywano dziesiątki cmentarzysk, a to, co dziś wygląda na materiał porównawczy, jest w znacznej części zbiorem przedmiotów oderwanych od grobów, w których leżały.
W 1834 roku na pustkowiu Benepuszta pod Ladánybene wydobyto grób wojownika, którego od nazwy tego pustkowia zaczęto nazywać wojownikiem Bene: srebrne okucia pasa, kości konia i zachodni denar Berengara, władcy Italii od 888 roku aż po śmierć w 924, wybity jeszcze zanim przyjął koronę cesarską w 915. Dziewiętnaście lat później, w 1853 roku, drugi taki dół odsłonięto w Vereb. Od tych dwóch znalezisk liczy się rozpoznanie całej warstwy.
- Czy w Benepuszta stał grób pojedynczy, czy rozorany skraj większego cmentarzyska; bez planu wykopu nie da się tego rozstrzygnąć.
- Denar Berengara daje wyłącznie granicę dolną: moneta mogła krążyć dziesiątki lat, zanim trafiła do ziemi.
- Czy z dołu wydobyto wszystko, co w nim leżało; z wybierania w 1834 roku nie został ani plan, ani spis zawartości.
Skąd to wiadomoGrób z Benepuszta (Ladánybene), odkryty w 1834 r.; drugi rozpoznany grób tej warstwy z Vereb, 1853 r.
Zachodnie denary: jedyny zegar, jaki leży w ziemi
Zapis z tamtych czasówZachodnie denary z łupu dają jedyną twardą datę w tej ziemi, ale zawsze tylko dolną: grób nie jest starszy od mennicy, o resztę trzeba pytać inaczej.
Czytaj dalejTaka moneta dowodzi jednej rzeczy: grób nie jest starszy od mennicy. Nie mówi natomiast, ile lat krążyła, zanim znalazła się w dole, a wiele egzemplarzy jest przewierconych i noszonych jako zawieszka, co oznacza obieg liczony w dziesiątkach lat. Zegar zbudowany z monety chodzi więc tylko w jedną stronę i zawsze się spóźnia.
Po klęsce nad Lechem w 955 roku napływ zachodniego srebra słabnie, a od pierwszych lat XI wieku w grobach pojawiają się monety królów węgierskich. Ta podmiana sama w sobie jest datownikiem: cmentarzysko, w którym leżą denary italskie, i cmentarzysko, w którym leżą denary królewskie, dzieli co najmniej jedno pokolenie.
W grobach X wieku leżą monety bite daleko poza kotliną, przede wszystkim na zachodzie: denary Berengara, władcy Italii od 888 roku aż po śmierć w 924, wybite jeszcze przed jego koronacją cesarską w 915, a obok nich pieniądz innych władców italskich i bawarskich z pierwszej połowy stulecia. Nie przyszły tu handlem. Przyszły z łupem z wypraw prowadzonych przez pół stulecia w głąb Italii, Bawarii i Saksonii, a pod ziemię trafiły razem z tymi, którzy je nosili. W najbogatszych dołach nad górną Cisą leży obok nich srebro wschodnie, arabskie dirhemy, które przybyły inną drogą, a datują tak samo.
Poza monetą nie ma w tej ziemi nic równie twardego. Groby bez monety datuje się przez podobieństwo przedmiotów do tych, przy których moneta leżała, więc cała chronologia warstwy wisi na kilkuset dołach, gdzie krążek srebra i ciało trafiły pod ziemię razem. Rozdzielczość takiego zegara to pokolenie, nigdy rok.
- Ile lat krążyła moneta, zanim trafiła do grobu; przy egzemplarzach przewierconych i noszonych liczy się to w dziesiątkach lat.
- Czy przerwanie napływu zachodniego srebra po 955 r. widać w grobach od razu, czy z opóźnieniem.
- Czy dirhem nadaje się na datownik równie dobrze jak denar zachodni; krążył długo, a przewiercony bywał noszony latami jako ozdoba.
Skąd to wiadomoDenary Berengara I (888-915) i królów italskich w grobach X w.; monety królów węgierskich w grobach od pierwszych lat XI w.
Nie koń, lecz skóra z głową i kopytami
Zapis z tamtych czasówW dole nie leży koń, lecz czaszka i dolne odcinki czterech nóg, czyli dokładnie to, co zostaje w skórze, gdy zwierzę się oprawi.
Czytaj dalejW typowym grobie z koniem nie leży całe zwierzę. Leży czaszka i dolne odcinki czterech kończyn: nadpęcia, pęciny i kopyta. Nie ma żeber, nie ma kręgosłupa, nie ma miednicy ani kości udowych. Ten sam zestaw powtarza się od cmentarzyska do cmentarzyska, co wyklucza zarówno przypadek, jak i rozkład, bo kość udowa nie znika z dołu, w którym przetrwała czaszka.
Z samego doboru kości wynika, co złożono w ziemi: skórę zdjętą razem z głową i kopytami, bo właśnie te części zostają w skórze, kiedy zwierzę się oprawia. Reszta tuszy została na zewnątrz, czyli mięso poszło do ludzi. To wniosek z anatomii, a nie z zapisu, bo żaden tekst z X wieku takiej czynności nie opisuje.
Ułożenie bywa różne. Skóra leży u stóp zmarłego, wzdłuż lewego boku, nad ciałem albo zwinięta w nogach dołu, a czaszka raz patrzy w tę samą stronę co głowa człowieka, raz w przeciwną. Rozmaitość jest na tyle uporządkowana, że dało się z niej wyliczyć kilka powtarzalnych układów, żaden jednak nie obowiązuje wszędzie.
Najwięcej mówi rząd koński. Wędzidło leży zwykle przy czaszce, strzemiona przy kościach nóg, a okucia uprzęży tam, gdzie biegłyby rzemienie. Skórę rozkładano więc tak, jakby zwierzę wciąż było całe, i metal trzyma kształt, którego ciało już nie ma; to jedyny ślad zamiaru, jaki w takim dole daje się zmierzyć.
- Czy mięso zjadano na stypie, czy usuwano je poza obrządkiem; kości ze śladami rozbioru rzadko leżą przy grobie.
- Czy skórę wypychano, czy składano płasko; układ kości pozwala bronić obu odczytów.
Skąd to wiadomoPowtarzalny dobór kości końskich w cmentarzyskach X w. w dorzeczu górnej Cisy i na Nizinie Węgierskiej.
Trzy postaci konia i rachunek, komu go dawano
Zapis z tamtych czasówKoń wchodzi do grobu cały, w skórze albo wcale, jako sam rząd. Dostaje go mniejszość zmarłych, a wśród nich kobiety i dzieci.
Czytaj dalejKoń wchodzi do grobu w trzech postaciach. Pierwsza, najrzadsza, to zwierzę całe, złożone obok ciała albo w osobnym dole. Druga, zdecydowanie najczęstsza, to skóra z głową i kopytami. Trzecia nie zawiera ani jednej kości zwierzęcej: leży w niej samo siodło, wędzidło i strzemiona, a konia nie ma wcale.
Nie był też zastrzeżony dla mężczyzn. Części konia i rząd koński leżą również w grobach kobiet i dzieci, co rozbija najwygodniejszy odczyt, wedle którego chodziło o wierzchowca wojownika. Cokolwiek znaczyło takie złożenie, dawało się je przypisać komuś, kto tego konia nie mógł dosiąść.
Postać trzecia, rząd bez zwierzęcia, jest najtrudniejsza. Można ją czytać jako zapowiedź konia, którego nie zabito, jako obrządek uboższy, na jaki stać było rodzinę, albo jako osobny zwyczaj o własnym sensie. Dół nie rozstrzyga, a ponieważ skórę układano czasem płytko, część takich grobów mogła mieć konia jeszcze przed pierwszą orką.
Rachunek jest tu ważniejszy od opisu. Grobów X i XI wieku znamy w Kotlinie Karpackiej dziesiątki tysięcy, a koń albo jego rząd trafia się w mniejszości z nich; dołów naprawdę bogatych, z szablą, blachą sakiewki i srebrem pasa, jest kilkaset. Obrządek z koniem wyróżniał zatem część wspólnoty, a nie wspólnotę.
- Odsetek grobów z koniem podaje się rozmaicie, bo część cmentarzysk rozkopano bez zachowania kości zwierzęcych.
- Czy pochówek zwany symbolicznym to osobny obrządek, czy uboższa odmiana tego samego.
Skąd to wiadomoKości i rząd koński z cmentarzysk X w. w Kotlinie Karpackiej; groby kobiece i dziecięce z rzędem końskim.
Łuk, który zgnił, i rogowe okładziny, które zostały
Zapis z tamtych czasówZ łuku zostają w ziemi tylko rogowe okładziny, z kołczana kora i żelazo. Opisujemy szkielet broni, której większość zgniła bez śladu.
Czytaj dalejŁuk z X wieku składano z drewna, rogu i ścięgien sklejanych warstwami. W ziemi ginie z niego wszystko prócz rogowych albo kościanych okładzin: dwóch przy chwycie i kilku na końcach ramion. Łuki w grobach liczy się więc po okładzinach, nie po łukach, a z każdego egzemplarza zostaje kilka procent masy.
Kołczan robiono z kory brzozowej, spiętej i okutej żelazem, z uchwytami do zawieszenia u pasa. W środku leżą groty romboidalne, deltoidalne i liściowate, po kilka do kilkunastu w jednym pojemniku. Drzewce, pióra i cięciwa nie dotrwały nigdzie, więc nawet długość strzały jest wielkością odtwarzaną, a nie mierzoną.
Łuk tej budowy jest najszerzej rozlanym elementem wschodnim, jaki w tych grobach leży: tak samo składano go od Ałtaju po Dunaj, a w samej Kotlinie Karpackiej używano go już wcześniej, w czasach awarskich. Sam łuk nie wskazuje więc pochodzenia zmarłego, lecz szkołę rzemiosła i sposób walki.
Obecność broni w dole mówi mniej, niż się wydaje. Świadczy o tym, że zmarły ją miał albo że mu ją włożono, nie zaś o tym, że jej używał; okładziny łuku i groty leżą także przy dzieciach, które takiego łuku nie napięłyby, i przy szkieletach bez jakiegokolwiek śladu urazu. Broń jest tu znakiem pozycji co najmniej tak samo jak narzędziem.
- Czy okładziny łuku i okucia kołczana zawsze znaczą broń zmarłego, czy bywają darem złożonym przez żywych.
- Liczba strzał w kołczanie bywa zaniżona, bo żelazne groty w piaskach korodują niekiedy całkowicie.
- Czy broń przy szkielecie dziecka złożono jako sprzęt przewidziany dla niego, czy jako znak przynależności rodziny; z samych okładzin tego nie widać.
Skąd to wiadomoRogowe okładziny łuków, okucia i kora kołczanów oraz żelazne groty z grobów X w.
Szabla i to, co się z nią dzieje poza grobem
Zapis z tamtych czasówSzabla trafia się w grobach rzadko, a najsłynniejsza nie leży w żadnym: przewieziono ją do Wiednia z Akwizgranu w 1801 roku.
Czytaj dalejSzabla tej warstwy jest jednosieczna, lekko wygięta, z jelcem ustawionym skośnie do głowni i z rękojeścią niekiedy okładaną srebrem lub złotem. W grobach trafia się nieporównanie rzadziej niż łuk, jest więc przedmiotem nielicznych, a nie wyposażeniem zwykłym, i tam, gdzie leży, zwykle towarzyszy jej bogaty pas z okuciami.
Ta szabla pokazuje, co się traci, gdy przedmiot odchodzi od grobu. Zachowała się lepiej niż którakolwiek z wykopanych i ma spisaną historię właścicieli na tysiąc lat, a mimo to nie mówi nic o obrządku, bo nie wiadomo, kto przy niej leżał, w jakiej pozycji, z czym jeszcze i w którym dziesięcioleciu. Zostaje sam przedmiot i opowieść dopisana przez skarbiec.
W dołach jest odwrotnie: głownie skorodowane, rękojeści zetlałe, ale położenie mierzalne co do centymetra. Szabla leży zwykle przy lewym boku, a okucia pasa wskazują, jak wisiała i na ilu rzemieniach. Z takiego pomiaru wynika sposób noszenia, którego żadna broń ze skarbca nie potwierdzi ani nie obali.
Najgłośniejszy egzemplarz tego typu nie pochodzi z żadnego dołu. Tak zwana szabla Karola Wielkiego leży w skarbcu w Wiedniu, a dotarła tam drogą okrężną: w 1794 roku wywieziono ją z Akwizgranu przed wojskiem francuskim do Paderborn, w 1798 przeniesiono do Hildesheimu i dopiero w 1801 nad Dunaj. Wcześniej trzymano ją przy insygniach akwizgrańskich, a tradycja wiąże ją z otwarciem grobu Karola przez Ottona III w roku tysięcznym. Sama broń jest wschodnia i pochodzi najpewniej z pierwszej połowy X wieku.
- Gdzie wykuto szablę wiedeńską; katalog wskazuje Europę Wschodnią, a Węgry ze znakiem zapytania.
- Czy przekaz o wyjęciu jej z grobu Karola Wielkiego około 1000 r. ma jakiekolwiek pokrycie poza tradycją skarbca.
- Kiedy szabla trafiła do zbioru w Akwizgranie; jej dzieje przed nowożytnymi spisami skarbca nie są udokumentowane.
Skąd to wiadomoSzable z grobów X w.; tzw. szabla Karola Wielkiego, skarbiec w Wiedniu, przewieziona z Akwizgranu w 1801 r.
Srebro na oczy i na usta
Zapis z tamtych czasówNa oczy i usta zmarłego kładziono srebrne blaszki z dziurkami do przyszycia. Ten sam zwyczaj znany jest znad Kamy i z grobów śródziemnomorskich.
Czytaj dalejW części grobów X wieku na oczodołach i na ustach zmarłego leżą cienkie blaszki srebrne, niekiedy złocone: dwie na oczy, jedna na usta. Bywają okrągłe, owalne albo soczewkowate, a przy brzegach mają drobne dziurki. Dziurki znaczą, że blaszki przyszyto do czegoś, do płata tkaniny albo skóry, który zetlał do końca.
Zwyczaj nie obowiązywał wszystkich. W tym samym cmentarzysku leżą groby z blaszkami i groby bez nich, a znajduje się je przy mężczyznach i przy kobietach. Nie jest to więc oznaka płci ani rangi wojskowej, a jeżeli znaczyło to cokolwiek stopniowalnego, skala dawno się rozpadła i nie da się jej odtworzyć z samego metalu.
Zamykanie twarzy metalem nie jest wynalazkiem miejscowym i nie prowadzi do jednego źródła. To samo robiono na wschodzie, w dorzeczu Kamy i środkowej Wołgi, i robiono na południu, gdzie w grobach greckich i rzymskich kładziono na oczy oraz usta monety albo blaszki. Znalezisko z węgierskiego dołu leży dokładnie pośrodku tych dwóch tradycji.
Czego nie wiadomo, to po co. Czy chodziło o zamknięcie otworów, którymi coś mogło wyjść albo wejść, o zasłonięcie twarzy przed żywymi, o ozdobę całunu, czy o wszystko naraz, nie tłumaczy żaden zapis z X wieku, bo żadnego zapisu z X wieku o węgierskim pogrzebie nie ma.
- Skąd zwyczaj: z pasa nadwołżańskiego czy z praktyki śródziemnomorskiej; sama blaszka tego nie rozstrzyga.
- Czy blaszki zamykały otwory ciała, czy zdobiły całun; zgniła podkładka zabrała odpowiedź.
Skąd to wiadomoBlaszki srebrne na oczodołach i ustach zmarłych w grobach X w. Kotliny Karpackiej.
Blacha sakiewki i krzyż, który na niej stoi
Zapis z tamtych czasówPozłacana blacha na klapie sakiewki to przedmiot kilkudziesięciu ludzi na dziesiątki tysięcy grobów. Na jednej z nich stoi krzyż.
Czytaj dalejBlacha sakiewki, po węgiersku tarsolylemez, gdzie tarsoly znaczy sakiewkę, a lemez blachę, to płyta z pozłacanego srebra wielkości dłoni, nabijana na klapę skórzanego woreczka noszonego u pasa. Pole wypełnia płaskorzeźbiona plecionka palmet na tle wybijanym puncą, a krawędź trzymają drobne ćwieki, po których widać, gdzie kończyła się skóra.
Sztuk jest niewiele. Do zbiorów trafiło ich dwadzieścia kilka, obok kilkunastu sakiewek krytych samymi ćwiekami bez blachy, a licząc razem z egzemplarzami zniszczonymi i rozproszonymi mówi się o kilkudziesięciu. Wobec dziesiątków tysięcy grobów jest to ułamek znikomy, więc każda taka blacha wskazuje jedną osobę z samej góry.
Egzemplarz z Tiszabezdéd, wydobyty w 1896 roku w miejscu zwanym Harangláb-dűlő, jest wyjątkowy nie ze względu na kruszec: przetrwała przy nim znaczna część skóry, więc widać przedmiot, a nie samą okładzinę. Pośrodku pola tej blachy stoi krzyż równoramienny, a po jego bokach dwie zwierzęce figury.
Blacha rozstrzyga o rzemiośle, zamożności i kierunkach kontaktu, bo srebro tej próby i ta technika mają swoje warsztaty. Nie rozstrzyga o wierze właściciela, a najmniej rozstrzyga o niej ten krzyż: mógł być wyznaniem, mógł być łupem, mógł być wzorem przejętym razem z resztą ornamentu.
- Czy blachy wyszły z jednego warsztatu, czy z kilku; zbieżność wzorów bywa czytana i tak, i tak.
- Co znaczy krzyż na blasze z Tiszabezdéd: chrzest właściciela, łup czy sam motyw zdobniczy.
Skąd to wiadomoBlachy sakiewek z grobów X w.; egzemplarz z Tiszabezdéd, Harangláb-dűlő, odkryty w 1896 r.
Krzyż w grobie, w którym leży koń
Zapis z tamtych czasówBizantyjskie krzyżyki leżą w grobach z końską skórą jeszcze przed rokiem tysięcznym. Przedmiot świadczy o drodze, nie o wierze właściciela.
Czytaj dalejOsobliwość polega na sąsiedztwie. W jednym dole potrafi leżeć krzyżyk i końska skóra z głową oraz kopytami, łuk i relikwiarzyk. To, co dziś czyta się jako dwie wykluczające się rzeczy, spoczęło razem przy jednym ciele i zostało tak ułożone przez ludzi, którzy różnicy albo nie widzieli, albo im ona nie przeszkadzała.
Z takiego znaleziska wolno wyprowadzić, że znak przekroczył granicę przed rokiem tysięcznym i był tutaj obecny, zanim prawo go nakazało. Nie wolno wyprowadzić, że noszący był ochrzczony ani że wiedział, co znak przedstawia; zawieszka z brązu bywa łupem, podarunkiem, ozdobą i znakiem zawartego układu.
Liczby są skromne i to także jest faktem. Krzyżyków w grobach X wieku znajduje się niewiele, rozproszonych po całej kotlinie, a ich rozmieszczenie nie układa się w skupisko, które dałoby się nazwać obszarem misji. Pojedynczy przedmiot świadczy o drodze, jaką przebył; dopiero gromada przedmiotów świadczyłaby o wspólnocie, która ich używała.
W grobach X wieku leżą bizantyjskie krzyżyki zawieszane na szyi, a w dołach młodszych także dwuczęściowe relikwiarzyki, których gros przypada dopiero na stulecia następne. Trafiły tu tą samą drogą co jedwab, złota nić i monety: przez handel, dary i łup, w czasie gdy węgierskie oddziały docierały pod Konstantynopol, a chrzest przyjęli tam w połowie stulecia dwaj dostojnicy: harka imieniem Bulcsú i drugi, znany wyłącznie z tytułu gyuli.
- Czy krzyżyk w grobie z koniem świadczy o chrzcie właściciela, czy wyłącznie o obiegu przedmiotów.
- Ile z tych krzyży przyszło z misją grecką po chrztach w Konstantynopolu w połowie X w., a ile z łupu.
- Ile dwuczęściowych relikwiarzyków znad Dunaju należy jeszcze do X wieku, a ile do czasów, w których nosiło je już chrześcijańskie królestwo.
Skąd to wiadomoKrzyżyki i relikwiarzyki bizantyjskie w grobach X w. Kotliny Karpackiej.
Ptak z Rakamazu, który nie ma imienia
Zapis z tamtych czasówParę krążków z ptakiem drapieżnym wydobyto pod Rakamazem w 1956 roku. Słowo turul zapisano dopiero trzysta lat po tym, jak trafiły do ziemi.
Czytaj dalejW 1956 roku pod Rakamazem, nad górną Cisą, wydobyto parę krążków z pozłacanego srebra. Na każdym rozpostarł skrzydła ptak drapieżny z odwróconą głową, wypełniający całe pole i obwiedziony wieńcem palmet. Krążki tej postaci służyły do spinania warkoczy i pochodzą z grobów kobiecych.
Ptak ma dziób, szpony i odwróconą głowę, i na tym kończy się to, co o nim wiadomo z samego przedmiotu. Nie ma przy nim podpisu, bo z X wieku nie zachował się ani jeden zapis sporządzony przez Węgrów, nie ma też żadnego przekazu z tego stulecia, który łączyłby ptaka z jakimkolwiek imieniem.
Zostaje zatem tyle: ktoś w X wieku chciał mieć drapieżnego ptaka przy warkoczu kobiety i było go stać na złotnika, który potrafił wybić go w srebrze. To jest fakt policzalny. Wszystko, co dopisuje się dalej, a więc imię, rola w rodowodzie i miejsce w wyobrażeniu świata, zostało dopisane po kilkuset latach.
Słowo turul zapisano dopiero w kronikach powstałych około roku 1200 i w latach osiemdziesiątych XIII wieku, a więc blisko trzysta lat po tym, jak krążki trafiły do ziemi. Połączenie tego słowa z ptakiem z Rakamazu jest czynnością późną i daje się wskazać co do dziesięciolecia: krążki wyszły z ziemi dopiero w 1956 roku, więc nazwa i przedmiot spotkały się w XX wieku.
- Czy ptak z krążków przedstawia orła, sokoła czy istotę bez odpowiednika w przyrodzie; cechy gatunkowe są umowne.
- Czy krążki noszono za życia, czy sporządzono je na pogrzeb; zużycie bywa czytane dwojako.
- Czy para krążków pochodzi z nienaruszonego grobu kobiecego, czy z dołu ruszonego wcześniej; okoliczności znaleziska z 1956 roku opisano skąpo.
Skąd to wiadomoPara krążków warkoczowych z Rakamazu, znalezisko z 1956 r.; słowo turul w kronikach z około 1200 r. i z lat osiemdziesiątych XIII w.
Głową na zachód, płytko i bez kopca
Zapis z tamtych czasówCiało leży na wznak, głową na zachód, czyli dokładnie tak, jak w grobie chrześcijańskim. Kierunek dołu nie rozstrzyga o niczym.
Czytaj dalejCiało leży wyprostowane na wznak, głową na zachód, nogami na wschód, z rękami wzdłuż tułowia albo z dłońmi na miednicy. Odstępstwa są rzadkie i tym samym dobrze widoczne. Ta orientacja jest regułą w cmentarzyskach X wieku i utrzymuje się niezależnie od tego, czy w dole leży koń, broń, czy nic prócz ciała.
Tu tkwi pułapka, o którą rozbija się najwięcej twierdzeń. Groby chrześcijańskie układa się dokładnie tak samo, głową na zachód. Kierunek dołu nie oddziela więc pogańskiego od chrześcijańskiego i nie datuje niczego, a kto sortuje te cmentarzyska busolą, nie sortuje ich wcale.
Nad grobami nie sypano kopców. Cmentarzyska tej warstwy są płaskie, zakładane na piaszczystych grzbietach i wyniesieniach nad wodą, a tam, gdzie kopiec jednak jest, chodzi zwykle o nasyp znacznie starszy, wykorzystany powtórnie. Po dwóch pokoleniach takie cmentarzysko przestawało być na powierzchni widoczne.
Doły są płytkie, rzadko głębsze niż półtora metra, a w wielu cmentarzyskach płytsze niż metr, i stąd bierze się skala strat: pług sięga ich bez trudu, a wybieranie piasku niszczy je w całości. Ślady desek i żelazne skoble pokazują, że część zmarłych złożono w trumnach z desek albo w wydrążonym pniu, drewno zachowuje się jednak wyjątkowo rzadko.
- Czy orientacja zachód-wschód przyszła ze stepu, czy została przejęta na miejscu; oba środowiska grzebały tak samo.
- Ile grobów zniszczyła orka, zanim zaczęto je liczyć; przy głębokości poniżej metra straty są nie do oszacowania.
Skąd to wiadomoUkład i głębokość grobów w cmentarzyskach X i XI w. Kotliny Karpackiej.
Nacięcie na czaszce, którego nikt nie wyjaśnił
Zapis z tamtych czasówKilkanaście czaszek na sto z tych cmentarzysk nosi wycięte zagłębienie, które nie przechodzi na wylot. Brzegi są zagojone, więc cięto żywych.
Czytaj dalejNa czaszkach z cmentarzysk X wieku spotyka się okrągłe albo owalne zagłębienia wycięte w kości sklepienia i nieprzechodzące na wylot. Brzegi bywają zagojone, co znaczy, że nacięcia dokonywano na żywym człowieku, który potem żył dalej, niekiedy długo. Zabieg wykonywano najczęściej na szczycie czaszki.
Nie jest to rzadkość. Wśród zbadanych czaszek z tych cmentarzysk ślad nosi mniej więcej dwanaście do trzynastu na sto, u mężczyzn i u kobiet, u osób dorosłych. Skala jest zatem taka, że nie da się jej złożyć na karb pojedynczych wypadków ani pomylić z zagojonym urazem bojowym, bo rana zadana bronią ma inny kształt i inne umiejscowienie.
Osobno występuje trepanacja prawdziwa, przechodząca przez kość na wylot, również z zagojonymi brzegami. To zabieg, po którym operowany przeżył, a jedno i drugie świadczy o ręce, która wiedziała, jak głęboko wolno wejść w sklepienie czaszki i którędy biegną szwy. Umiejętność jest mierzalna, jej cel nie.
Znak znika razem z resztą. Po przejściu grzebania pod kościół nacięcia tego rodzaju zanikają stopniowo i w młodszych cmentarzyskach już ich nie widać, należał więc do tego samego zestawu zwyczajów co końska skóra. Po co go robiono, dla ochrony, dla leczenia, jako znak przejścia albo znak stanu, nie tłumaczy ani jedno zdanie zapisane w tamtym czasie.
- Czy nacięcie było zabiegiem leczniczym, znakiem stanu, czy obrzędem przejścia; kość nie rozdziela tych możliwości.
- Czy odsetek dwunastu do trzynastu na sto opisuje całą ludność, czy tylko te cmentarzyska, z których czaszki zachowały się w całości.
Skąd to wiadomoCzaszki z cmentarzysk X i XI w. Kotliny Karpackiej z nacięciami nieprzechodzącymi na wylot.
Kabłączek skroniowy, czyli co tu było przed nimi
Zapis z tamtych czasówNajpospolitszym przedmiotem tych cmentarzysk jest kabłączek skroniowy z esowatym końcem, a to forma nie stepowa, lecz środkowoeuropejska.
Czytaj dalejPodobnie jest z resztą wyposażenia. Naczynia lepione ręcznie i toczone na wolnym kole mają kształty miejscowe, a zestaw uchodzący za stepowy, a więc łuk, szabla, rząd koński, blacha sakiewki i krążki warkoczowe, leży na tej podstawie jak warstwa wierzchnia: cieńsza, rzadsza i ograniczona do części dołów.
Wniosek dla wierzeń jest przykry dla każdego, kto szuka czystości. Cmentarzysko jest mieszaniną, a nie spisem ludności; nie da się rozłożyć jego zawartości na kupkę węgierską i kupkę słowiańską, bo ta sama wieś grzebała obok siebie ludzi różnego pochodzenia, a strój nosili jedni i drudzy ten sam.
Najliczniejszym przedmiotem tych cmentarzysk nie jest nic stepowego, lecz kabłączek skroniowy z esowatym zakończeniem: drucik z jednym końcem rozklepanym i wygiętym w literę S, noszony przy skroni. W dołach pierwszej połowy X wieku jeszcze go nie ma, wchodzi w drugiej połowie stulecia, a liczbę bierze dopiero później. Forma jest środkowoeuropejska i występuje od Moraw i Czech po Śląsk oraz dolinę Dunaju.
W XI wieku kabłączek staje się na cmentarzach węgierskich przedmiotem najpospolitszym ze wszystkich. To znaczy, że w ciągu dwóch, trzech pokoleń szczegół stroju wzięty z Europy Środkowej wyparł ozdoby przyniesione ze wschodu, a czy przejęto go od ludności zastanej, czy przyniosły go kontakty z sąsiadami, sam drucik nie rozstrzyga. Jeśli szukać w tej ziemi zmiany, widać ją najszybciej nie w broni, lecz w tym, co kobiety nosiły przy głowie.
- Czy uboższe groby kryją ludność miejscową, czy węgierskich prostych ludzi; sam przedmiot nie niesie pochodzenia.
- Kiedy dokładnie kabłączek wchodzi do węgierskiego stroju; najwcześniejsze egzemplarze trudno datować bez monety.
- Czy zestaw naczyń jest w całości miejscowy; garncarstwo tego czasu datuje się szeroko i rzadko daje się przypisać konkretnej ludności.
Skąd to wiadomoKabłączki skroniowe z esowatym zakończeniem oraz naczynia miejscowych form w cmentarzyskach X-XII w.
Karos: trzy cmentarzyska i cena wczesnych odkryć
Zapis z tamtych czasówTrzy cmentarzyska pod Karosem dały najbogatsze groby tej warstwy: szable, blachy sakiewek oraz srebro arabskie i zachodnie naraz.
Czytaj dalejPod Karosem w Bodrogközu, na piaszczystym grzbiecie zwanym Eperjesszög, leżą obok siebie trzy cmentarzyska z X wieku. Pierwsze bogate groby z koniem odsłonili w 1899 roku chłopi kopiący doły na buraki, pełne rozkopanie dwóch pozostałych przyszło zaś dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku, a jedno z nich liczyło siedemdziesiąt trzy doły.
Wyposażenie należy do najbogatszych, jakie z tej warstwy znamy: zdobione szable, okucia pasów, blachy sakiewek oraz monety dwojakiego pochodzenia, arabskie dirhemy i bicia zachodnioeuropejskie. Jedno cmentarzysko zebrało zatem srebro z dwóch przeciwnych stron świata, a droga każdej z tych monet biegła setkami mil.
Skupienie takich grobów nie jest równomierne. Najbogatsze doły pierwszej połowy X wieku leżą w górnym biegu Cisy, w Karosie, Kenézlő, Rakamazie, Tiszabezdéd i Eperjeske, a więc na obrzeżu, nie w środku późniejszego królestwa. Gdzie leżeli ludzie tej rangi sto lat później, wiadomo już z zupełnie innego powodu: z kościołów.
Cena wczesnych odkryć jest wysoka. To, co wyszło z ziemi w 1899 roku, wyszło bez planu i bez zachowania kości zwierzęcych, często bez wiedzy, co leżało w którym dole, a w latach trzydziestych XX wieku kilkadziesiąt dołów tego samego grzbietu opróżnili poszukiwacze, po których srebro i złoto wróciło do zbiorów okrężną drogą i bez żadnego zapisu o grobach. Orka i wybieranie piasku zniszczyły więcej niż wszystkie wykopaliska razem, a groby okradano już w średniowieczu, więc obraz jest z definicji uboższy od stanu pierwotnego.
- Czy trzy cmentarzyska pod Karosem grzebały jedną wspólnotę, czy trzy osobne; rozstrzyga się to układem dołów, nie przedmiotami.
- Ile z materiału z 1899 r. w ogóle da się przypisać konkretnym grobom.
- Ile dołów zabrali poszukiwacze w latach trzydziestych XX wieku; liczbę kilkudziesięciu zna się wyłącznie z drugiej ręki.
Skąd to wiadomoCmentarzyska Karos-Eperjesszög I-III; znalezisko przypadkowe z 1899 r., wykopaliska z drugiej połowy lat osiemdziesiątych XX w.
Data graniczna: kiedy koń znika z grobu
Zapis z tamtych czasówGroby z koniem sięgają pierwszej połowy XI wieku, a po jego połowie znikają. To data twardsza od każdego zdania w kronice.
Czytaj dalejObrządek nie kończy się na chrzcie. Najmłodsze doły, w których leżą części konia, mają przy sobie monety bite w pierwszej połowie XI wieku, a więc dwa pokolenia po chrzcie Gejzy około 972-974 roku i pokolenie po koronacji Stefana na przełomie tysiącleci. Ziemia pokazuje opóźnienie, do którego żaden dokument się nie przyznaje.
Po połowie XI wieku części konia i broń przestają pojawiać się w grobach. Cmentarze zapełniają się kabłączkami skroniowymi, prostymi pierścionkami i niczym więcej, wyposażenie chudnie do kilku drobiazgów stroju, a potem i one znikają. Zmiana jest gwałtowna i widać ją w setkach cmentarzysk naraz.
To jest najtwardsza data w całej sprawie i warto powiedzieć, dlaczego. Kronikę pisze się po latach, można w niej przesunąć zamiar i przypisać władcy zasługę, natomiast monety leżącej pod końską czaszką nie da się wybić wstecz, a nieobecność obrządku w setkach cmentarzysk jest wielkością policzalną, nie opinią.
Granica ma jednak wyraźny zasięg. Mówi, kiedy przestano tak grzebać, a nie kiedy przestano tak myśleć. Obrządek zmienia się pierwszy, bo odbywa się publicznie i podlega nakazowi, a to, co ludzie robili i mówili poza cmentarzem, nie zostawiło po sobie żadnej warstwy, którą dałoby się przekopać.
- Najmłodszy pewny grób z częściami konia bywa datowany rozmaicie w obrębie pierwszej połowy XI w.
- Czy zanik wyposażenia to skutek nakazu, czy zmiany mody i zubożenia; ziemia pokazuje skutek, nie przyczynę.
Skąd to wiadomoGroby z częściami konia zawierające monety pierwszej połowy XI w.; zanik takich dołów po połowie stulecia.
Prawo przychodzi po tym, jak ziemia już się zmieniła
Zapis po fakciePrawo końca XI wieku każe grzebać przy kościele i karze ofiary przy studniach i drzewach. Przychodzi jednak później niż zmiana w ziemi.
Czytaj dalejPrawa spisane pod koniec XI wieku, związane z synodem zwołanym przez Władysława I w Szabolcsu, nakazują grzebać zmarłych przy kościele, a za ofiary składane przy studniach, drzewach, źródłach i kamieniach przewidują karę. Zakaz tego rodzaju zapisuje się wtedy, gdy rzecz wciąż się dzieje, jest to więc świadectwo praktyki, a nie jej braku.
Prawo przychodzi jednak później niż zmiana w ziemi. Zanim je zapisano, broń i części konia już znikały z dołów, a cmentarze zaczynały skupiać się wokół kościołów. Pergamin notuje domknięcie procesu, nie jego początek, i dlatego nie nadaje się na datę graniczną, choć bywa w tej roli używany.
Trzeba przy tym rozdzielić dwie rzeczy. Nakaz grzebania przy kościele zmienia miejsce i formę pogrzebu niemal natychmiast, bo miejsce łatwo sprawdzić; nie zmienia natomiast od razu tego, co ludzie robią przy grobie ani co sobie o zmarłym wyobrażają. Prawo sięga tam, dokąd sięga kontrola, i ani kroku dalej.
Górny koniec przemiany widać w Székesfehérvárze. Stefan, zmarły w 1038 roku, spoczął w bazylice, którą sam ufundował, w kamiennym sarkofagu pod posadzką. Od pierwszych końskich skór składanych w piaszczystych dołach nad Cisą dzieli ten pochówek blisko sto czterdzieści lat, a od ostatnich nie dzieli go nic: najmłodsze doły z częściami konia należą do tego samego pokolenia co sarkofag w bazylice.
- Synod w Szabolcsu datuje się na 1091 albo 1092 rok, zależnie od rachuby przyjętej w wydaniu praw.
- Który z kanonów o ofiarach przy studniach i drzewach należy do praw Władysława I, a który do zbioru Kolomana.
- Czy między sarkofagiem w Székesfehérvárze a najmłodszymi dołami z częściami konia jest w ogóle jakikolwiek odstęp czasu; jedno i drugie mieści się w pierwszej połowie XI wieku.
Skąd to wiadomoPrawa Władysława I i synod w Szabolcsu, koniec XI w.; pochówek Stefana w bazylice w Székesfehérvárze, 1038 r.
Palmeta, którą dopiero w XIX wieku nazwano drzewem
Ułożone przy biurkuSymetryczny krzew palmet nazwano drzewem życia dopiero w XIX wieku. Ornament dowodzi drogi wzoru, nie treści, w którą wierzył właściciel.
Czytaj dalejOrnament tej warstwy jest roślinny i symetryczny: palmety, półpalmety i wici układane wokół osi, rozpięte na blachach sakiewek, na okuciach pasów i na krążkach warkoczowych. Te same formy są u siebie w Iranie, na Kaukazie, w Azji Środkowej i w Bizancjum, a wędrowały razem z jedwabiem, srebrem i metalowym naczyniem.
Rozdzielmy, co jest obserwacją, a co dopisaniem. Obserwacją jest symetria, roślinny charakter kompozycji i powtarzalność układu, dopisaniem zaś imię rzeczy, przypisana jej rola w budowie świata i drabina krain, po której miało się po niej wspinać. Pierwsze da się zmierzyć cyrklem, drugiego nie da się zmierzyć niczym.
Jest też próba, którą można przeprowadzić. Ta sama palmeta zdobi bizantyjski jedwab i abbasydzką szkatułkę, więc jej obecność na węgierskiej blasze dowodzi drogi, jaką przebył wzór, a nie treści, w którą wierzył jego właściciel. Ornament podróżuje o wiele łatwiej niż wyobrażenie świata.
W XIX wieku ten symetryczny krzew zaczęto nazywać drzewem życia, a w XX stuleciu dopisano mu wyobrażenie drzewa świata, po którym wędruje szaman, z ptakiem na wierzchołku i korzeniami w dolnej krainie. Nazwa i wykładnia powstały wtedy, a nie w X wieku, i nie mają oparcia w żadnym zapisie z tamtego czasu.
- Czy któraś z kompozycji palmetowych przedstawia cokolwiek poza rośliną; figury zwierzęce bywają czytane jako sceny.
- Czy ornament przyszedł gotowy ze wschodu, czy powstał na miejscu z kilku wzorów; warsztatów nie zlokalizowano.
- Kiedy dokładnie nazwa drzewa życia przylgnęła do palmety i czy wzięła się z opisu znalezisk, czy z ówczesnych wyobrażeń o dawnej wierze.
Skąd to wiadomoPalmetowy ornament blach sakiewek, okuć pasów i krążków warkoczowych z X w.; nazwa drzewa życia nadana w XIX w.
Czego łopata nie wykopie
Ułożone przy biurkuW węgierskich grobach X wieku nie ma imienia, inskrypcji ani bóstwa. Każdy krążący spis bogów ułożono w XIX albo XX wieku.
Czytaj dalejW całym materiale wydobytym z węgierskich grobów X wieku nie ma ani jednej inskrypcji, ani jednego imienia, ani jednego wizerunku, który dałoby się powiązać z nazwaną mocą. Nie ma figurki uznanej za bóstwo, nie ma ołtarza, nie ma budowli, którą można by nazwać świątynią tego czasu.
Dół daje natomiast rzeczy bardzo konkretne: płeć i wiek zmarłego, przebyte choroby, zagojone i świeże urazy, to, co nosił i czym się żywił, kolejność pochówków względem siebie oraz datę wyznaczoną przez monetę. To jest wiedza mierzalna i w wielu punktach pewniejsza niż cokolwiek, co zapisano w kronikach.
Nie daje jednak nigdy tego, co powiedziano nad dołem. Nie wiadomo, czemu miała służyć końska skóra: czy była wierzchowcem na drogę, pokarmem, darem dla kogoś, znakiem stanu, czy wszystkim naraz. Ten sam gest daje się wypełnić kilkoma różnymi treściami, a ziemia nie odrzuca żadnej z nich.
Stąd wniosek, który trzeba postawić wprost. Każdy krążący spis węgierskich bóstw sprzed chrztu ułożono w XIX albo XX wieku z elementów zapożyczonych skądinąd, a ziemia takiego spisu nie potwierdza, ponieważ nie jest w stanie potwierdzić żadnego spisu bóstw w ogóle, także prawdziwego.
- Czy brak wizerunku bóstwa znaczy brak kultu wizerunkowego, czy tylko użycie materiałów, które zgniły.
- Czy pojedyncze figurki i zawieszki zwierzęce wolno czytać jako przedstawienia mocy, czy jako ozdobę.
Skąd to wiadomoCałość materiału grobowego X w. Kotliny Karpackiej; spisy węgierskich bóstw układane od XIX w.
Imiona, których nikt nie zapisał
Isten, Boldogasszony i lista bogów, której nie ma
Po Węgrach sprzed chrztu nie został żaden spis bóstw — ani łaciński, ani grecki, ani arabski, ani węgierski. Zostały słowa: isten na Boga, ördög na diabła, áldomás na ofiarną ucztę, Boldogasszony na Matkę Boską, i garść zwrotów o strzale ciśniętej z nieba. Ta sekcja pokazuje, co z tych słów oraz z jedenastowiecznych praw naprawdę wynika, a co dopisano do nich później — zawsze z datą dopisania.
Nie ma żadnego spisu węgierskich bogów
Zapis z tamtych czasówSąsiedzi Węgrów mają wyliczenia bóstw spisane przez duchownych i urzędy. Po Węgrach nie został ani jeden taki spis — w żadnym języku i z żadnego stulecia.
Czytaj dalejZ Węgier nie ma nic w tym rodzaju. Prawa Stefana I, uchwały synodu w Szabolcs z 20 maja 1092 roku, prawa Kolomana z początku XII wieku, obie legendy o biskupie Gerardzie i późniejsze kroniki mówią o pogańskim obyczaju, o ofierze, o wróżbitach i o żądaniu powrotu do dawnego rytu, lecz ani razu nie zapisują imienia, do którego te ofiary miałyby płynąć.
Milczenie jest tu faktem samym w sobie i nie wolno go zapełniać analogią z sąsiedztwa. Nie da się z niego wyprowadzić, że imion nie było; da się natomiast wyprowadzić, że żaden zapis ich nie przechował. Wszystko, co dziś krąży jako węgierski panteon, ma datę pierwszego druku w XIX albo XX wieku i nie ma za sobą niczego wcześniejszego.
Sąsiedzi mają swoje wyliczenia i znamy je co do imienia. Najstarszy latopis ruski pod rokiem 980 wymienia Peruna, Chorsa, Dażboga, Strzyboga, Simargła i Mokosz; układ dzierzgoński z 7 lutego 1249 roku nazywa pruskiego bożka Kurcze, czczonego przy żniwach; przedmowa do psałterza wydanego w Turku w 1551 roku podaje dwa osobne szeregi imion, jeden dla Tavastów, drugi dla Karelów.
- czy imion nie było, czy tylko nikt ich nie zapisał — materiał nie rozstrzyga ani jednej, ani drugiej możliwości
- brak spisu nie dowodzi braku kultu; dowodzi braku źródła
- łaciński zwrot o pogańskim obyczaju bywał w Europie stosowany do praktyk, które z dawną religią miejscową nie miały nic wspólnego
- porównanie z sąsiadami pokazuje, jak wygląda zapisane wyliczenie bóstw, a nie jak wyglądała wiara tych, którzy takiego zapisu nie mają
Skąd to wiadomoPrawa Stefana I (ok. 1000–1038), uchwały synodu w Szabolcs (20 maja 1092), prawa Kolomana (ok. 1100), obie legendy o biskupie Gerardzie (rękopisy XII–XIV w.); dla porównania: latopis kijowski pod rokiem 980, układ dzierzgoński z 7 lutego 1249, przedmowa do psałterza z 1551
Prawo z 1092 roku: ofiary przy studniach, drzewach, źródłach i kamieniach
Zapis z tamtych czasówKanon dwudziesty drugi z Szabolcs karze wołem tego, kto składa ofiarę przy studni albo znosi dary do drzew, źródeł i kamieni. Adresata ofiary prawo nie nazywa.
Czytaj dalejDwudziestego maja 1092 roku w Szabolcs, na zjeździe zwołanym przez króla Władysława I, uchwalono księgę przepisów dla kraju ochrzczonego niecałe sto lat wcześniej. Rozdział dwudziesty drugi bierze na cel tych, którzy pogańskim obyczajem składają ofiary przy studniach albo znoszą dary do drzew, źródeł i kamieni — mają zapłacić za swój grzech wołem.
Kara jest dotkliwa, bo wół to majątek, a nie datek, i wysokość grzywny mówi o powadze, jaką sprawie nadano. Przepis daje przy tym rzecz najcenniejszą z możliwych: miejsce i czynność, poświadczone wtedy, gdy praktyka jeszcze trwała, a państwo uznało ją za dość żywą, by ścigać ją osobnym artykułem prawa.
Czego przepis nie daje, widać równie wyraźnie: nie ma w nim nazwy adresata ofiary, nie ma węgierskiego słowa na sam obrzęd ani śladu po kimś, kto by go prowadził. Prawodawca zobaczył ludzi przy studni i dary zniesione pod drzewo, i tylko to zapisał; czy stała za tym postać, żywioł, zmarły przodek, czy sam odziedziczony zwyczaj, akt nie rozstrzyga.
- czy pogański obyczaj oznacza tu dawną religię Węgrów, czy praktyki, które kler łaciński tak nazywał w całej Europie
- numeracja rozdziałów w księgach praw Władysława I bywa w wydaniach różna
- ofiary przy wodzie, drzewie i kamieniu są zakazywane w tych samych słowach w prawach frankijskich i słowiańskich, więc formuła bywa wędrowna
Skąd to wiadomoPierwsza księga praw króla Władysława I, rozdział 22, uchwalona na synodzie w Szabolcs 20 maja 1092 roku
Dwa bunty o powrót do dawnego obrzędu
Zapis po fakcieW 1046 i 1061 roku tłum żądał życia według obrzędu ojców i zabijał biskupów. Kronika, która to opisuje, nie podaje ani jednego imienia bóstwa.
Czytaj dalejJesienią 1046 roku, gdy do kraju wracali synowie Wazula, wybuchł bunt, którego hasłem był powrót do dawnego obrzędu. Zginął wtedy Gerard, biskup Csanádu, zrzucony ze wzgórza nad Dunajem, które dziś nosi jego imię. Przywódcą tłumu kronika czyni Vatę, który miał ogolić głowę i zostawić na niej trzy warkocze na znak powrotu do obyczaju przodków.
Piętnaście lat później, w 1061 roku, na zjeździe w Székesfehérvárze tłum zażądał od króla Béli I zniesienia dziesięcin, wydania biskupów i życia według rytu ojców. Kronika dodaje, że wokół syna Vaty zbierali się ci, których łacina nazywa magami, wieszczkami i wróżbitami czytającymi z wnętrzności — są to nazwy urzędowe kościelnej łaciny, nie słowa, którymi ci ludzie nazywali siebie sami.
Zapis, z którego to znamy, złożono w XIV wieku z dawniejszych gest, a spisali go ludzie tego Kościoła, którego kapłanów wtedy kamienowano. Nie ma w nim ani jednego imienia bóstwa, ani jednego węgierskiego słowa na to, czego tłum żądał; został łaciński zarzut oddania się demonom i trzy warkocze jako znak rozpoznawczy.
- trzy warkocze i oddanie się demonom to obraz spisany trzysta lat po zdarzeniu
- kategorie maga i wieszczki pochodzą z łaciny kościelnej i nie mówią, co ci ludzie robili
- żądanie powrotu do rytu ojców mogło dotyczyć obyczaju i ciężarów, nie doktryny
Skąd to wiadomoCzternastowieczna kompozycja kronikarska (Kronika ilustrowana, 1358) oparta na starszych gestach; zapiski pod latami 1046 i 1061
Isten w najstarszym zdaniu po węgiersku
Zapis po fakcieNajstarszy ciągły tekst węgierski, mowa pogrzebowa z lat 1192–1195, zna już słowo isten — i używa go wyłącznie o Bogu chrześcijan.
Czytaj dalejNajstarsze zdania po węgiersku stoją na kartach łacińskiego sakramentarza znanego jako Kodeks Praya, spisanego około 1192–1195 roku. Jest to mowa nad grobem i modlitwa za zmarłego, w sumie kilkadziesiąt wierszy; starsze są tylko pojedyncze węgierskie wyrazy wplecione w łacińskie akty, jak te z fundacji opactwa w Tihany z 1055 roku, a tamte są nazwami miejsc i granic.
W tym tekście słowo isten już stoi i oznacza wyłącznie Boga chrześcijan, do którego kaznodzieja każe się modlić za duszę pochowanego. Obok niego pada ürdüng, dzisiejsze ördög, jako ten, czyjej namowie człowiek uległ. Dwa najważniejsze słowa religijne języka pojawiają się więc razem, w pierwszym zdaniu, jakie po węgiersku w ogóle zapisano.
Z tego zapisu wynika tyle, że pod koniec XII wieku słowo było w użyciu kościelnym ustalone i nie miało konkurenta, a kaznodzieja sięgał po nie bez tłumaczenia. O wcześniejszych dziejach wyrazu nie mówi ono nic: między ostatnim pogańskim użyciem a pierwszym zapisem leży blisko dwieście lat, w których po węgiersku nie pisał nikt, więc znaczenia sprzed roku tysięcznego nie da się wskazać w żadnym zachowanym tekście.
- z chrześcijańskiego użycia słowa nie wynika, co znaczyło przed chrztem
- nie istnieje żaden zapis węgierski starszy od chrztu, więc porównania nie ma z czym zrobić
Skąd to wiadomoMowa pogrzebowa i modlitwa w Kodeksie Praya, ok. 1192–1195; wcześniej pojedyncze wyrazy w akcie fundacyjnym opactwa w Tihany, 1055
Skąd wzięło się słowo Isten
Ułożone przy biurkuIsten nie pochodzi ani z łaciny, ani ze słowiańszczyzny. Wyprowadzano je z irańskiego, z turkijskiego i z węgierskiego ős — żadne wyprowadzenie nie zostało wykazane.
Czytaj dalejWęgierskie isten nie pochodzi ani od łacińskiego deus, ani od słowiańskiego bogъ, ani od germańskiego got, choć cała otoczka parafialna — krzyż, święty, ksiądz, Boże Narodzenie — jest w węgierszczyźnie słowiańska. Słowo na Boga jest starsze od tej warstwy i weszło do użytku kościelnego gotowe, bez konkurenta i bez śladu walki o nie.
Z całego sporu wynika tylko tyle, że słowo jest starsze od chrztu i nie przyszło z misją. Nie wynika, że nazywało jednego boga, że nazywało niebo ani że stało na szczycie jakiegokolwiek porządku — nie zachowało się ani jedno zdanie węgierskie, w którym isten występuje przed chrztem, więc nie ma czego czytać.
Wyprowadzeń zaproponowano kilka i żadne nie zostało wykazane. Wskazywano drogę irańską, ze stepowego sąsiedztwa, gdzie istnieje rdzeń o znaczeniu czczony i poważany, wskazywano też pośrednictwo turkijskie, a starszy pomysł, łączący isten z dawnym is albo ős, czyli przodkiem, potyka się o głoski i o budowę wyrazu. Wywód sumeryjski, który rozszedł się dopiero w drukach XX wieku, nie trzyma się żadnej reguły, wedle której porównuje się słowa węgierskie z obcymi, a żadnemu z pozostałych wyprowadzeń nie da się podstawić zapisu.
- droga irańska jest dziś wskazywana najczęściej, ale pozostaje hipotezą, nie ustaleniem
- wyprowadzenie od ős opiera się na podobieństwie brzmienia, które nie przechodzi próby regularności
- wywód sumeryjski nie spełnia warunków porównania językowego i nie da się na nim niczego oprzeć
- kolejność, w jakiej wymienia się te wyprowadzenia, zmienia się z pokolenia na pokolenie i sama w sobie niczego nie poświadcza
Skąd to wiadomoZapisy słowa od ok. 1195 roku (Kodeks Praya); wszystkie wyprowadzenia to rekonstrukcje z XIX i XX wieku
Ördög — diabeł z własnego słownika
Zapis po fakcieWęgierskie słowo na diabła stoi w tym samym tekście z lat 1192–1195 co isten, nie ma pewnego rodowodu i nie jest niczyim imieniem.
Czytaj dalejW mowie pogrzebowej z końca XII wieku diabeł nazwany jest ürdüng i to samo słowo, dziś ördög, żyje bez przerwy do naszych czasów. Nie przyszło ono ani z łaciny kościelnej, ani ze słowiańszczyzny, z której Węgrzy wzięli krzyż, świętego i księdza; pewnego rodowodu nie ma, a żadne z zaproponowanych wyprowadzeń nie zostało wykazane.
W bajkach i podaniach ördög jest partnerem umowy, przegrywa zakłady, stawia most w jedną noc i daje się przechytrzyć chłopu — to postać diabła europejskiego, spisywana w tych samych układach od Portugalii po Estonię. Pochodne słowo ördöngös znaczy zarazem opętanego i biegłego w sztuczkach, co pokazuje, że nazwa opisywała raczej stan niż osobę.
Z nieznanej etymologii zbudowano w XIX wieku czarne bóstwo, drugą stronę pary z Bogiem, i w tej roli ördög trafił do popularnych wykładów dawnej wiary. Konstrukcja ma datę i miejsce druku, poświadczenia nie ma żadnego: między pierwszym zapisem słowa a takim bóstwem leży sześćset lat, w których w tekstach znaczy ono dokładnie tyle, co łacińskie diabolus.
- czy przed chrztem słowo oznaczało istotę, czy stan — por. ördöngös, opętany i biegły w czarach
- diabeł z bajek jest świadectwem opowiadania europejskiego, nie wierzeń przedchrześcijańskich
- dziewiętnastowieczny przeciwnik boga wojny nosi inne imię niż ördög i bywa z nim dziś mieszany
Skąd to wiadomoMowa pogrzebowa, ok. 1192–1195 (forma ürdüng); bajki i podania spisywane od XIX wieku
Kto przyniósł które słowo
Ułożone przy biurkuSłownictwo parafii jest w większości słowiańskie, słownictwo czarów turkijskie, a słowa Bóg i diabeł własne. Ten podział mówi o drogach kontaktu, nie o treści wiary.
Czytaj dalejSłownictwo czarów jest w dużej mierze turkijskie i pochodzi ze stuleci spędzonych na stepie oraz w orbicie Chazarów: stamtąd wzięły się boszorkány, sárkány i para bű–báj, czyli czar i urok. Rodowód słowa táltos pozostaje przedmiotem sporu i samym brzmieniem nie da się go rozstrzygnąć, bo podobne wyrazy istnieją po obu stronach granicy językowej.
Własne, nieprzyniesione znikąd pozostają isten i ördög, a obok nich egyház, dosłownie święty dom, oraz ünnep, powstałe ze złożenia znaczącego święty dzień. Układ jest więc czytelny: obrzędowa otoczka i cały aparat parafii przyszły z zewnątrz, a rdzeń nazw najważniejszych został miejscowy i nikt go nie wymienił.
Z takiego układu wolno odczytać kierunek i czas kontaktu, i nic ponadto. Słowiańskie karácsony nie dowodzi, że Węgrzy przejęli słowiański obrzęd Bożego Narodzenia, turkijska boszorkány nie dowodzi turkijskiej bogini czarownic, a miejscowe isten nie dowodzi, że ktokolwiek czcił jednego boga. Słowo świadczy o spotkaniu, nie o wierze.
Słownictwo parafii jest w węgierszczyźnie w przeważającej części słowiańskie: krzyż, chrześcijanin, święty, ksiądz, Boże Narodzenie i Zielone Świątki mają tam swój rodowód, co odpowiada temu, kto w X i XI wieku po sąsiedzku chrzcił i nauczał. Łacina dołożyła między innymi świątynię, a dalsze szczegóły liturgii przyszły drogami niemieckimi i włoskimi.
- przynależność wielu słów, w tym táltos, jest sporna i bywa zmieniana
- z warstwy słownictwa nie wolno odczytywać treści obrzędu ani wyobrażeń
- zapożyczenie mogło przyjść wraz z rzeczą albo zastąpić rodzime słowo bez zmiany rzeczy
Skąd to wiadomoZapisy wyrazów w kodeksach i aktach od XI do XVI w.; przyporządkowanie warstw to rekonstrukcja późniejsza
Áldomás — jedyne własne słowo obrzędu w kronice
Zapis po fakcieNotariusz zmarłego króla Béli wplótł w łaciński opis pogańskiej ofiary węgierskie słowo áldomás. To jedno słowo — nie imię i nie modlitwa.
Czytaj dalejOkoło 1200 roku bezimienny notariusz zmarłego króla Béli spisał opowieść o zajęciu kraju przez Węgrów, cofając się o trzysta lat. W scenie po zwycięstwie każe zwycięzcom zabić najtłustszego konia obyczajem pogańskim i wyprawić wielki áldomás — i to węgierskie słowo zostawia w łacińskim zdaniu nietknięte, bo łaciny na taką rzecz nie znalazł.
Áldomás należy do gniazda, z którego wyrosło áld, czyli błogosławić i składać ofiarę, oraz átok, czyli klątwa; ten sam rdzeń rozszedł się na błogosławieństwo i na przekleństwo. Dziś áldomás znaczy tyle co litkup, poczęstunek przypieczętowujący ubity targ, i taka jest jedyna droga, którą to słowo przeszło przez tysiąc lat.
Wartość zapisu jest ograniczona z góry i trzeba to powiedzieć od razu. Notariusz pisze długo po zdarzeniach, wkłada swoim poganom w usta mowę o Bogu wszechmogącym, a krwawą przysięgę siedmiu wodzów opowiada tak, jak w jego czasach opowiadano o dawnych ludach. Jedno węgierskie słowo w łacińskim zdaniu jest tu warte więcej niż cała scena wokół niego.
- czy opis ofiary z konia jest pamięcią, czy konstrukcją uczonego notariusza
- przysięga krwi jest znanym motywem opowieści o dawnych ludach i nie ma jej w żadnym źródle X wieku
- áldomás poświadcza czynność i ucztę, nie poświadcza adresata ofiary
- datowanie gesty bywa przesuwane w głąb XIII wieku, bo nie wiadomo, o którego z królów imieniem Béla chodzi
- w rękopisie słowo stoi w pisowni średniowiecznej, a dzisiejsza postać áldomás jest zapisem nowożytnym
Skąd to wiadomoGesta anonimowego notariusza (Gesta Hungarorum), ok. 1200, zachowane w rękopisie XIII-wiecznym
Co widzieli obcy w X wieku
Zapis z tamtych czasówArabski opis nazywa Madziarów czcicielami ognia, biskup Passawy pisze o chrztach, cesarz w Konstantynopolu o urzędach. Żaden nie podaje imienia bóstwa.
Czytaj dalejArabsko-perski opis Madziarów, złożony w pierwszych dziesięcioleciach X wieku i powtarzany potem przez kompilatorów, mówi o nich, że czczą ogień. Jest to najbliższa zdania o religii rzecz, jaką ktokolwiek napisał o Węgrach przed chrztem, a zarazem zdanie, którego nie wolno brać wprost: arabscy autorzy tym samym określeniem obejmowali zaratusztrian i pogan w ogóle.
Trzy niezależne ośrodki, trzy języki i trzy różne interesy — i ani jednego imienia bóstwa. Tam, gdzie obcy obserwator miał powód i okazję wymienić boga, którego Węgrzy czczą, nie wymienił żadnego: wymienił ogień, urzędy, przysięgi i chrzty, czyli to, co dało się zobaczyć i policzyć z zewnątrz.
List biskupa Passawy Piligrima z 974 roku donosi do Rzymu o tysiącach chrztów nad środkowym Dunajem i o tym, że poganie nikomu chrztu nie bronią. Traktat cesarza Konstantyna VII o zarządzaniu państwem, spisany między 948 a 952 rokiem, opisuje wodzów, urzędy gyuli i karchy oraz przyjazd węgierskiego dostojnika do Konstantynopola; o chrzcie dwóch węgierskich wodzów w stolicy cesarstwa mówią dopiero źródła bizantyńskie późniejsze o sto lat.
- czy czciciele ognia to obserwacja, czy etykieta klasyfikacyjna arabskiej geografii
- greckie i łacińskie zapisy zajmują się władzą, chrztem i dyplomacją, więc ich milczenie o bogach jest częściowo milczeniem tematu
- opis arabski znamy z kompilacji późniejszych niż zaginiony pierwowzór
- list biskupa Passawy powstał w sporze o godność metropolitalną i podane w nim liczby chrztów służą tej sprawie
- chrzty wodzów w Konstantynopolu są poświadczeniem późniejszym o stulecie, nie zapisem z X wieku
Skąd to wiadomoList biskupa Passawy Piligrima, 974; arabsko-perski opis Madziarów z początku X wieku; traktat cesarza Konstantyna VII o zarządzaniu państwem, 948–952
Opis Węgrów przepisany ze Scytów
Zapis z tamtych czasówNajstarszy zachodni opis obyczajów węgierskich został wyjęty z rzymskiej książki o Scytach. Jako świadectwo o Węgrach nie waży nic.
Czytaj dalejKronika ukończona w 908 roku w nadreńskim opactwie opisuje najeźdźców ze wschodu jako ludzi, którzy jedzą surowe mięso, piją krew i nie znają domu ani roli. Te same zdania stoją kilkaset lat wcześniej w łacińskim streszczeniu dziejów Pompejusza Troga, dokonanym przez Justyna, gdzie odnoszą się do Scytów i do nikogo innego.
Mechanizm jest prosty i powtarzalny: pisarz, który musiał opisać nieznany lud stepowy, sięgał po gotowy opis z półki, bo miał go pod ręką i uchodził za uczony. Skutek dla nas jest taki, że każdy barwny szczegół w łacińskim opisie Węgrów trzeba najpierw sprawdzić pod kątem literackiego rodzica, zanim się go użyje jako świadectwa.
Nie znaczy to, że kronika kłamie o wszystkim ani że opisywanej praktyki nie było. Znaczy tylko tyle, że zdanie przepisane z cudzej książki nie poświadcza niczego o tych, do których je zastosowano, a rozdzielenie widzianego od przepisanego jest w takich tekstach osobną i mozolną robotą, której nie da się ominąć.
- które partie kroniki są obserwacją, a które zapożyczeniem — rozdział przebiega zdanie po zdaniu
- topos nie dowodzi, że praktyki nie było; dowodzi, że zapis jej nie poświadcza
Skąd to wiadomoKronika ukończona w 908 roku w Nadrenii; wzorzec — streszczenie dziejów Pompejusza Troga dokonane przez Justyna, opisujące Scytów
Boldogasszony: dwa słowa i ich rodowód
Ułożone przy biurkuBoldog znaczyło szczęśliwy i pomyślny, asszony przyszło od stepowych Alanów, gdzie oznaczało panią i księżniczkę. Razem dają dokładny odpowiednik łacińskiego tytułu Maryi.
Czytaj dalejBoldogasszony składa się z dwóch słów o różnych rodowodach. Boldog znaczyło pierwotnie szczęśliwy i pomyślny, a dopiero w użyciu kościelnym stanęło za łacińskie beata; asszony to zapożyczenie ze stepu, z języka alańskiego, gdzie odpowiadało pani i księżniczce, i weszło do węgierszczyzny na długo przed misjami.
Całość jest dokładnym odpowiednikiem tytułu, jakim łacina nazywa Matkę Boską, złożonym z materiału, który Węgrzy mieli pod ręką. Nazwa działa jak przekład i niczego pod spodem nie wymaga: żeby ją zbudować, wystarczyło znać dwa węgierskie słowa i jeden łaciński tytuł, a przekłady łacińskich tytułów maryjnych na mowę miejscową powstawały w całej łacińskiej Europie.
Zapożyczenie dowodzi jednak czegoś osobnego i mocnego: słowo na kobietę wysokiego stanu przyszło do Węgrów od irańskojęzycznych sąsiadów ze stepu. Czy miało wtedy jakikolwiek sens obrzędowy, nie wiadomo i nie ma na to dokumentu, bo z czasów przed chrztem nie zachowało się po węgiersku ani jedno zdanie, w którym słowo mogłoby w takiej roli wystąpić.
- czy asszony w epoce stepowej miało sens sakralny — nie ma na to żadnego zapisu
- czy boldog w XI wieku znaczyło już błogosławiony w sensie kościelnym, czy jeszcze szczęśliwy
- tytuł jest przekładalny bez reszty, więc nie wymaga starszej postaci — ale też jej nie wyklucza
- sam wyraz asszony poświadczają wcześniej nazwy miejscowe i akty, ale w żadnym z tych miejsc nie stoi w roli obrzędowej
Skąd to wiadomoTytuł poświadczony w węgierskich kodeksach XV–XVI w. oraz w nazwach miejscowych; rodowód obu słów to rekonstrukcja językowa
Węgrzy nie wymawiają imienia Maryi
Zapis po fakcieObie legendy o biskupie Gerardzie podają, że Węgrzy nie wymawiają imienia Matki Chrystusa, lecz mówią o niej po prostu: Pani.
Czytaj dalejZ tego jednego zdania wyrosło twierdzenie, powtarzane od dwustu lat, że to Gerard kazał zastąpić imię dawnej bogini tytułem Boldogasszony. W tekście nie ma ani rozporządzenia, ani bogini, ani jej imienia; jest opis zwyczaju i wytłumaczenie go czcią, a nie zakazem, a cała reszta została do tego zdania dopisana znacznie później.
Warto dołożyć drugą stronę rachunku. Zachował się własny traktat Gerarda, odnaleziony dopiero w XVIII wieku w bibliotece kapituły we Freising — pisze w nim obszernie przeciw błędom i fałszywym naukom, lecz nie wymienia ani jednego węgierskiego bóstwa, choć siedział wśród ludzi, którzy szesnaście lat po jego objęciu biskupstwa zabili go za wiarę.
Gerard, Wenecjanin, został biskupem Csanádu w 1030 roku i zginął w buncie 1046 roku. Jego obszerniejsza legenda, znana z rękopisów o stulecia późniejszych od jego życia, notuje obyczaj: Węgrzy nie wymawiają imienia Matki Chrystusa, lecz mówią o niej po prostu Pani, co po łacinie oddano słowem domina.
- czy zwyczaj niewymawiania imienia jest śladem tabu, czy zwykłą czcią — tak samo mówiono po łacinie
- przypisanie Gerardowi decyzji o nazwie nie stoi w żadnym średniowiecznym zapisie
- milczenie jego traktatu o bóstwach może wynikać z tematu dzieła, które mierzy w herezje, nie w pogan
- cała rzecz stoi na jednym zdaniu w jednym tekście, a nie na dwóch niezależnych świadectwach
Skąd to wiadomoLegenda mniejsza i większa o biskupie Gerardzie z Csanádu, rękopisy XII–XIV w.; jego traktat Deliberatio, jedyny rękopis odnaleziony w XVIII w. w bibliotece kapituły we Freising
Kraj oddany Pani, 15 sierpnia 1038
Zapis po fakcieLegenda spisana za Kolomana podaje, że umierający Stefan oddał kraj Maryi w dniu Wniebowzięcia. Osobne święto Wielkiej Pani Węgrów papież zatwierdził dopiero w 1896 roku.
Czytaj dalejLegenda o świętym Stefanie, spisana przez biskupa Hartwika na polecenie króla Kolomana w pierwszych latach XII wieku, opowiada o śmierci pierwszego króla w dniu Wniebowzięcia 1038 roku. Umierający miał oddać pod opiekę Maryi Kościół wraz z biskupami i kapłanami oraz kraj z ludem i możnymi, którymi rządził.
Ta scena związała największe święto maryjne, Nagyboldogasszony z 15 sierpnia, z datą śmierci założyciela państwa i dała podstawę obrazowi królestwa oddanego Maryi, który w XVII wieku przybrał formułę Regnum Marianum. W późniejszej symbolice państwowej Maryja występuje jako pani całego kraju, nie jako patronka pojedynczego człowieka.
Osobne święto Wielkiej Pani Węgrów jest jednak późne: pozwolił na nie dla Węgier papież Leon XIII w 1896 roku, w tysiąclecie zajęcia kraju, a w kalendarzu stanęło ono w październiku. Cała ta linia jest chrześcijańska i państwowa od pierwszego do ostatniego kroku, a każdy jej krok daje się opatrzyć datą i dokumentem.
- czy ofiarowanie kraju jest pamięcią z 1038 roku, czy programem spisanym siedemdziesiąt lat później
- z tytułu Pani Węgrów nie wynika żadna postać przedchrześcijańska
- data 15 sierpnia porządkuje kult państwowy, nie mówi nic o kalendarzu sprzed chrztu
- zgoda z 1896 roku i dzisiejszy dzień święta, 8 października, to dwie osobne decyzje i nie należy ich podawać jako jednej
- obraz królestwa oddanego Maryi utrwalił się w XVII wieku i rzutuje wstecz na scenę z 1038 roku
Skąd to wiadomoLegenda o świętym Stefanie spisana przez biskupa Hartwika, ok. 1100–1116; zgoda papieża Leona XIII na święto, 1896
Siedem świąt jednej Pani
Zebrane z ustGromniczna, Szczepiąca Drzewa, Sierpowa, Śnieżna, Wielka i Mała — węgierskie przydomki świąt maryjnych opisują porę roku i robotę w polu.
Czytaj dalejWęgierski kalendarz ma cały szereg świąt jednej Pani. Gromniczna to Boldogasszony od święcenia świec (2 lutego), Zwiastowanie — Boldogasszony szczepiąca drzewa owocowe (25 marca), Nawiedzenie — Boldogasszony z sierpem, u progu żniw (2 lipca), a sierpniowe wspomnienie Matki Bożej Śnieżnej nosi przydomek śnieżnej (5 sierpnia).
Dwa największe stoją blisko siebie: Nagyboldogasszony, czyli Wniebowzięcie 15 sierpnia, oraz Kisboldogasszony, narodzenie Maryi 8 września, a same przydomki, wielka i mała, porządkują je względem siebie. Przydomki wiążą rok kościelny z robotą w polu tak ściśle, że po nazwie święta widać, co działo się wtedy w gospodarstwie.
Taki układ nazw dowodzi jednego: tytuł Boldogasszony obrósł pełnym systemem i wypełnił cały rok, od świec po żniwa. Nie dowodzi kalendarza przedchrześcijańskiego — gospodarskie przydomki tych samych świąt mają Polacy, Czesi i Niemcy, a sporą część nazw węgierskich znamy dopiero z zapisów XVIII–XX wieku.
- gospodarskie przydomki świąt występują w całej katolickiej Europie i nie są dowodem na dawną boginię
- część nazw poświadczona dopiero w zbiorach XVIII–XX wieku
- liczba świąt zwanych Boldogasszony bywa podawana różnie, bo zależy od tego, co się liczy
- nazwy zebrano z różnych stuleci i różnych okolic, więc nie układają się w jeden kalendarz jednej wsi ani jednego wieku
Skąd to wiadomoNazwy w kodeksach węgierskich XV–XVI w., w kalendarzach drukowanych oraz w zapisach zwyczaju z XVIII–XX w.
Łóżko Boldogasszony
Zebrane z ustPołożnicę kładziono w zasłoniętym łóżku Boldogasszony, a sześciotygodniowy połóg zamykało wprowadzenie do kościoła. Patronką porodu jest Maryja.
Czytaj dalejPołożnicę kładziono w łóżku zasłoniętym płótnem, które nazywano łóżkiem Boldogasszony, i trzymano ją tam przez sześć tygodni, nie wypuszczając z domu i nie zostawiając samej, bo czas między porodem a powrotem do kościoła uchodził za niebezpieczny. Połóg zamykało wprowadzenie kobiety do świątyni, po którym wracała do zwykłego porządku dnia.
Do Pani zwracano się przy porodzie i przy chorobie dziecka, jej imię noszą rośliny używane w połogu, a gromnica poświęcona na lutowe święto szła w ruch przy burzy i przy konającym. Modlitwy tego rodzaju, odbiegające formą od kościelnych, zapisywano po wsiach jeszcze w drugiej połowie XX wieku i wtedy dopiero zebrano je w większej liczbie.
Osłona położnicy przez Matkę Boską jest zwyczajem całej katolickiej Europy i w tej samej postaci występuje tam, gdzie żadnej dawnej bogini nikt nie rekonstruował. Zapisy węgierskie sięgają XVIII wieku i dalej nie sięgają, więc starszej postaci pod tym zwyczajem nie wolno ani wykluczyć, ani wykazać.
- czy łóżko Boldogasszony jest przetworzeniem starszego zwyczaju, czy pobożnością nowożytną
- zapisy pochodzą z XVIII–XX wieku, wcześniej jest cisza
- nazwanie zwyczaju imieniem Maryi mogło nastąpić długo po jego powstaniu
Skąd to wiadomoZapisy zwyczaju z XVIII–XX w.; archaiczne modlitwy ludowe notowane masowo od drugiej połowy XX w.
Szépasszony, Piękna Pani
Zebrane z ustPiękna Pani z podań jest groźna: tańczy w wirze pyłu, zwodzi mężczyzn, zostawia po sobie babie lato. Bywa dopisywana jako druga strona Boldogasszony.
Czytaj dalejSzépasszony, dosłownie Piękna Pani, jest w podaniach postacią groźną. Tańczy w wirze pyłu na drodze, zwodzi mężczyzn, szkodzi dzieciom i mleku, a babie lato unoszące się jesienią nad ścierniskiem nazywano jej tkaniną. Kto wszedł w krąg wydeptanej przez nią trawy, ten miał zachorować i szukać pomocy u znachorki.
Sama nazwa jest omówieniem — piękna pani zamiast imienia — i dokładnie tak samo omawiano w tych samych wsiach istoty, których nazywać nie chciano wprost. Mówi to jednak o obyczaju mówienia, a nie o starożytności postaci: unikanie imienia jest zwyczajem żywym, dobrze poświadczonym jeszcze w XIX wieku i stosowanym także wobec chorób i zwierząt.
Zestawienie jej z Boldogasszony w parę jasną i ciemną jest układem książkowym z XIX wieku, a nie zapisem ze wsi. W przekazach obie postaci nigdzie się nie spotykają, nie mają wspólnej opowieści ani wspólnego obrzędu, a cały dzisiejszy obraz Pięknej Pani stoi na zapisach z XIX i XX wieku.
- czy nazwa jest omówieniem wymuszonym przez tabu, czy po prostu określeniem
- para Boldogasszony–Szépasszony to konstrukcja pisana, nie zapis ludowy
- wir pyłu i babie lato mają te same wyjaśnienia u sąsiadów Węgrów
- wiek samej nazwy nie jest ustalony — zapisy ludowe z XIX wieku poświadczają obieg wierzenia, a nie datę jego powstania
Skąd to wiadomoPodania i zapisy wierzeń wiejskich z XIX i XX wieku
Isten nyila i inne zwroty
Zebrane z ustPiorun to po węgiersku strzała Boga, a kamień gromowy to kamień niebios. Z takich zwrotów wyczytywano boga-łucznika; strzały Boga stoją jednak w Psalmach.
Czytaj dalejPiorun nazywa się po węgiersku isten nyila, strzała Boga, i tym samym zwrotem się przeklina, życząc komuś, by go ta strzała trafiła. Obok stoi mennykő, dosłownie kamień niebios, oraz cała rodzina zwrotów codziennych: pozdrowienie z życzeniem, by Bóg dał, podziękowanie Bogu i skrócona przysięga, w której Bóg ma tak dopomóc.
Kamieniem niebios albo strzałą Boga nazywano też pradziejowe siekierki kamienne wyorane w polu i trzymano je pod belką stropu jako zabezpieczenie domu przed piorunem. Ten sam zwyczaj i to samo tłumaczenie znaleziska zapisano od Skandynawii po Bałkany, wszędzie w otoczeniu chrześcijańskim i wszędzie bez pamięci o jakimkolwiek bóstwie.
Ze zwrotu wolno wyczytać, że obraz nieba ciskającego pociskiem jest w języku stary i mocno osadzony. Nie wolno wyczytać łucznika: strzały Boga stoją w Psalmach i w pieśni Mojżesza, więc chrześcijański rodzic zwrotu leży w zasięgu ręki, a sama burza podsuwa ten obraz każdemu, kto ją widział. Zapisów tych zwrotów sprzed XVI wieku nie da się w zachowanych tekstach wskazać.
- czy zwrot jest przedchrześcijański, czy kaznodziejski — brak zapisów sprzed XVI wieku
- podobne wyrażenia mają sąsiedzi Węgrów, także tam, gdzie boga-łucznika nikt nie rekonstruował
- kamienie gromowe są znaleziskiem pradziejowym wtórnie objaśnionym, nie zabytkiem kultu
Skąd to wiadomoZwroty poświadczone w tekstach od XVI w. i w zapisach mowy z XIX–XX w.; siekierki gromowe w zbiorach etnograficznych
Hadúr, Ármány i reszta wymyślonych bogów
Ułożone przy biurkuHadúr pojawia się po raz pierwszy w eposie wydanym w Wiedniu w 1822 roku, Ármány w poemacie z 1825. Żaden średniowieczny zapis ich nie zna.
Czytaj dalejHadúr, czyli pan wojny, pojawia się po raz pierwszy w eposie o Seklerach w Siedmiogrodzie, wydanym w Wiedniu w 1822 roku. Trzy lata później wielki poemat o ucieczce Zalána uczynił z niego i z jego przeciwnika Ármánya maszynerię węgierskiego Olimpu, i w tej roli obaj weszli do wyobraźni czytelników na dwa stulecia.
Samo słowo ármány znaczy intrygę i podstęp, a do języka weszło w epoce odnowy słownictwa na przełomie XVIII i XIX wieku; imieniem bóstwa stało się dopiero pod piórem poetów lat dwudziestych. Wydane w Peszcie w 1854 roku wielkie kompendium mitologii węgierskiej zebrało takie postacie w system, uzupełniając węgierskie luki materiałem niemieckim i słowiańskim, a stamtąd nazwy weszły do czytanek i do pism popularnych.
Reguła jest w każdym z tych przypadków ta sama: imię ma datę pierwszego druku i nie ma niczego przed tą datą. Ludowe Öregisten i Úristen są za to autentyczne, tyle że oznaczają Boga chrześcijan, a zwrot o Bogu Węgrów rozsławiła pieśń narodowa z marca 1848 roku i również nie kryje pod sobą żadnej osobnej postaci.
Późniejsze fale dokładały swoje. Wywód sumeryjski, którego pierwsze wersje pojawiły się w drugiej połowie XIX wieku, rozszedł się szeroko dopiero w drukach emigracyjnych po 1945 roku, a od lat dziewięćdziesiątych XX wieku przenosi się na Węgrów turkijskie imię Tengri — choć węgierskie tenger znaczy morze i pochodzi od turkijskiego słowa na morze, nie od imienia boga nieba.
- Öregisten i Úristen to ludowe nazwy Boga chrześcijan, nie osobne bóstwa
- imię Tengri jest poświadczone w turkijskich inskrypcjach VIII wieku, ale w żadnym źródle węgierskim
- nazwy zmyślone weszły do obiegu szkolnego i dziś bywają podawane jako dawne — rozpoznaje się je po dacie pierwszego druku
Skąd to wiadomoEpos wydany w Wiedniu w 1822 r.; poemat z 1825 r.; kompendium mitologii węgierskiej wydane w Peszcie w 1854 r.; druki emigracyjne po 1945 r.; publikacje od lat dziewięćdziesiątych XX w.
Łania prowadzi, ptak zwiastuje
Jeleń z kroniki, ptak ze snu, drzewo z bajki
Po pogańskich Węgrzech nie został żaden spis bogów, została natomiast garść obrazów: łania prowadząca dwóch braci przez bagno, ptak drapieżny przychodzący do śpiącej kobiety i drzewo bez wierzchołka, na które wspina się parobek. Każdy z nich ma inną metrykę i inną wagę dowodową — pierwszy stoi w łacińskich gestach z lat 1282–1285, drugi w gestach starszych o osiemdziesiąt lat, trzeci w bajkach spisywanych z ust dopiero od połowy XIX wieku. Ta sekcja rozkłada je na części pierwsze i pokazuje, co stoi w kronice, co w bajce, a co dopisano w wieku XIX i XX.
Trzy obrazy i ani jedno imię bóstwa
Zapis po fakcieJeleń, ptak i drzewo to jedyne wielkie obrazy po pogańskich Węgrzech — i żaden z nich nie nosi w źródłach imienia bóstwa.
Czytaj dalejW żadnym z tych tekstów zwierzę ani ptak nie zostały nazwane bogiem, nie mają świątyni, kapłana, ofiary ani święta. Kronikarze przywołują je jako godło na tarczy, jako imię rodu i jako opowieść o tym, skąd wziął się lud i skąd wzięła się dynastia — a więc jako argument w sporze o prawo do ziemi i do korony, prowadzonym w wieku XIII, nie w wieku IX.
Stąd reguła, którą trzeba trzymać przy każdej następnej karcie tej sekcji: mamy trzy obrazy i ani jednego imienia bóstwa. Kto dopisuje do jelenia albo do ptaka boski urząd, dopisuje go z własnej głowy, a najczęściej z książek układanych po roku 1850, kiedy szukano dla narodu starożytności równie okazałej jak grecka.
Wszystko, co wiadomo o cudownym jeleniu i o ptaku Turul, przyszło do nas z ksiąg pisanych po łacinie przez duchownych chrześcijańskiego królestwa. Najstarsza z nich powstała około roku 1200, druga między 1282 a 1285, trzecia nosi w prologu datę roczną 1358. Dzieli je od chrztu Gejzy i od koronacji Stefana od dwóch do blisko czterech stuleci, a więc odstęp większy niż ten, który dzieli dzisiejszego czytelnika od potopu szwedzkiego.
- Milczenie kronik nie dowodzi, że kultu nie było; dowodzi tylko, że nikt go nie zapisał.
- Zdania o węgierskim panteonie, w którym jeleń i Turul mają urząd bóstw, układano od połowy XIX wieku i żadne z nich nie ma oparcia w tekście sprzed roku 1500.
- Najstarsza z tych ksiąg nie zna ani łani, ani nazwy turul; oba wątki wchodzą do piśmiennictwa dopiero pod koniec XIII wieku i nie da się wykazać, co krążyło wcześniej.
Skąd to wiadomoGesta Anonima (ok. 1200), gesta Simona z Kézy (1282–1285), Kronika obrazowa (prolog datowany na 1358)
Łania Hunora i Magora, zapis z lat 1282–1285
Zapis po fakciePierwszy zapis pościgu za cudownym zwierzęciem powstał między 1282 a 1285 rokiem i mówi o łani bez poroża, nie o jeleniu.
Czytaj dalejKraj, do którego ich zaprowadziła, okazał się dobry dla stad, więc bracia w nim zostali. Po pięciu latach wypadli z bagien i porwali kobiety: żony synów Belara oraz dwie córki Duli, księcia Alanów. Od Hunora miał pójść lud Hunów, od Magora lud Węgrów, a z tego rachunku wynikało to, o co kronikarzowi naprawdę chodziło — że Attyla jest krewnym królów z rodu Arpada.
Rzecz warta powtórzenia, bo ginie w każdym późniejszym streszczeniu tej sceny: w łacinie stoi cerva, czyli samica, zwierzę bez poroża. Nie ma tam złotych rogów, nie ma świec, nie pada nazwa cudowny jeleń. Wszystko to przyszło z innych tekstów i z innych stuleci, a doklejono do gestów tak szczelnie, że dziś trudno to rozdzielić bez otwarcia rękopisu.
Simon z Kézy, duchowny na dworze króla Władysława IV, ułożył swoje gesta o Hunach i Węgrach między rokiem 1282 a 1285. To w nich po raz pierwszy w węgierskim piśmiennictwie staje na papierze pościg za cudownym zwierzęciem: Hunor i Magor, synowie Ménróta i Eneth, polują w bagnach Meotydy, gdy wychodzi przed nich łania i wiedzie ich coraz dalej, aż wreszcie znika im z oczu.
Rachunek dat jest tu prosty i dlatego mocny. Kronika spisana około 1200 roku o tej opowieści nie wie niczego, choć zajmuje się tymi samymi początkami i tymi samymi wodzami. Historia pochodzenia pojawia się w węgierskim piśmiennictwie osiemdziesiąt lat później i od tej chwili powtarzają ją wszystkie dzieła następne, aż po druki. Dodanie dwóch przodków, których imiona odpowiadają nazwom ludów, jest przy tym zabiegiem starym jak samo pisarstwo o początkach narodów.
- Pokrewieństwo Węgrów z Hunami nie zostało wykazane żadnym dokumentem ani znaleziskiem; w gestach jest tezą polityczną, która daje panującemu Attylę w drzewie genealogicznym.
- Nie da się rozstrzygnąć, czy Simon zapisał opowieść krążącą wśród Węgrów, czy przejął motyw z łacińskiego piśmiennictwa o Hunach; tekst dopuszcza oba wyjaśnienia.
- Gesta Simona z Kézy nie zachowały się w żadnym rękopisie średniowiecznym; tekst znany jest z odpisów i z druku ogłoszonego dopiero pod koniec XVIII wieku, co każe ostrożnie obchodzić się z brzmieniem pojedynczych słów.
Skąd to wiadomoGesta Hunnorum et Hungarorum Simona z Kézy, 1282–1285
Ta sama łania u Hunów, rok 551
Zapis po fakcieSiedemset lat przed węgierską kroniką tę samą łanię, prowadzącą myśliwych przez bagno, zapisano o Hunach — w roku 551.
Czytaj dalejTen sam obraz stoi w księdze o siedem stuleci starszej. Jordanes ukończył w 551 roku dzieło o pochodzeniu i czynach Gotów, a w nim opowiedział, jak huńscy myśliwi ruszyli za łanią, przeszli w ślad za nią bagno Meockie, uchodzące dotąd za nieprzebyte, i zobaczyli po drugiej stronie ziemię, na którą wkrótce spadli zbrojnie.
Bohaterami są tam Hunowie, nie Węgrzy, a zapis powstał blisko sto lat po śmierci Attyli i blisko dwieście lat po zdarzeniu, o którym opowiada, w dodatku daleko od stepu. Motyw wszedł stamtąd do łacińskiego piśmiennictwa i w XIII wieku był dostępny każdemu, kto pisał o Hunach i Węgrach razem — a dokładnie to robił Simon z Kézy.
Wniosek jest ostrożny i konieczny. Najstarszy zapis o zwierzęciu, które przeprowadza ludzi przez wodę, mówi o Hunach, powstał w VI wieku i wyszedł spod pióra pisarza łacińskiego, nie stepowego; wersja węgierska stoi na końcu tej linii, nie na jej początku. Nie przesądza to, że po drodze nie istniała własna, ustna opowieść — przesądza tylko, kto zapisał ją pierwszy.
- Nie da się rozstrzygnąć, czy mamy do czynienia z wędrówką motywu literackiego, czy z dwoma niezależnymi zapisami jednej stepowej opowieści.
- Jordanes korzystał z dzieła Priskosa, znanego nam wyłącznie w ułamkach; drogi tej wiadomości do jego księgi nie da się odtworzyć.
- Zwierzę prowadzące myśliwych przez wodę bywa w tym zapisie czytane jako podstęp złych duchów, a nie jako przewodnik z nieba; obie drogi odczytu tekst dopuszcza.
Skąd to wiadomoGetica Jordanesa, dzieło ukończone w 551 r.
Matka nazwana imieniem łani
Zapis po fakcieMatka Hunora i Magora nosi imię Eneth, a dawne węgierskie ünő znaczy młodą łanię; kronikarz nie robi z tej zbieżności nic.
Czytaj dalejKronikarz nie wyciąga z tego niczego. Nie pisze, że matka była łanią, nie zamienia jej w zwierzę, nie łączy obu postaci ani jednym zdaniem, choć obie stoją u niego kilka wierszy od siebie. Zbieżność imienia i gatunku jest w tekście niema, a wagę nadano jej dopiero wtedy, gdy zaczęto w tych zdaniach szukać pamięci o zwierzęcej praprzodkini.
W gestach z lat osiemdziesiątych XIII wieku matka obu braci nosi imię Eneth, a w kronice z 1358 roku powtarza się ono w zbliżonym zapisie; kreskowana postać Enéh należy do nowszej węgierszczyzny, a nie do żadnego rękopisu. W dawnej węgierszczyźnie słowo ünő oznacza młodą samicę jelenia albo jałówkę, a więc dokładnie to zwierzę, które w opowieści wychodzi przed myśliwych i prowadzi ich przez bagna Meotydy.
Co z tego wolno wziąć: imię stoi w dwóch tekstach kronikarskich, a znaczenie słowa ünő jest poświadczone w dawnym języku. Czego wziąć nie wolno: że są to dwa niezależne świadectwa, bo oba wyrastają z tego samego, starszego pnia kronikarskiego; ani tego, że Węgrzy wywodzili swój ród od łani, bo takiego zdania nie ma w żadnym znanym tekście, ani łacińskim, ani węgierskim.
- Nie zostało wykazane, że kronikarz w ogóle rozumiał imię Eneth jako nazwę zwierzęcia; pisał po łacinie i imię przepisywał.
- Odczyt, w którym matka i łania są jedną postacią, opiera się wyłącznie na etymologii, bez oparcia w zdaniu któregokolwiek źródła.
- Czy kronika z 1358 roku bierze to imię wprost z gestów z lat osiemdziesiątych XIII wieku, czy oba teksty czerpią ze wspólnego, zaginionego źródła, nie zostało rozstrzygnięte.
Skąd to wiadomoGesta Simona z Kézy (1282–1285) i Kronika obrazowa (1358); słowo ünő w dawnej węgierszczyźnie
Jeleń ze świecami w porożu pod Wacowem, 1074
Zapis po fakcieNajstarszy jeleń, który na Węgrzech kogoś prowadzi, ma w porożu świece i wskazuje plac pod kościół — pod Wacowem w 1074 roku.
Czytaj dalejCzternastowieczna kompozycja kronikarska opowiada zdarzenie z marca 1074 roku, sprzed bitwy pod Mogyoród stoczonej czternastego dnia tego miesiąca. Książęta Gejza i Władysław stanęli w miejscu, gdzie dziś leży Wacow, i wyszedł przed nich jeleń mający poroże pełne płonących świec; pobiegł przed nimi ku lasowi i zatrzymał się w jednym punkcie, jakby wbił tam nogi.
Gdy wojownicy sięgnęli po łuki, zwierzę rzuciło się do Dunaju i znikło im z oczu. Władysław wyłożył rzecz bratu tak: nie było to zwierzę, lecz anioł, a poroże ze świecami było skrzydłami i pierzem. Gejza ślubował wznieść w tym miejscu kościół Najświętszej Panny i ślub wypełnił już jako król, zakładając w Wacowie kościół katedralny; dzisiejsza katedra tego miasta jest budowlą z lat 1761–1777 i nie ma z tamtą fundacją nic wspólnego poza nazwą miejsca.
To najstarsze węgierskie zwierzę, które kogoś prowadzi, i jest ono na wskroś chrześcijańskie: wskazuje plac pod kościół, a nie drogę ludu na nowe pastwiska. Jeleń, który wyprowadza myśliwego ku rzeczom świętym, był w łacińskim piśmiennictwie znany na długo przed rokiem 1074; świec w porożu tamten starszy obraz jednak nie zna i tego szczegółu nie da się wywieść z niczego, co zapisano przed wiekiem XIV.
- Epizod znamy wyłącznie z rękopisów XIV-wiecznych; to, że stał już w zaginionych gestach z XI stulecia, nie zostało wykazane.
- Zestawianie tego jelenia z jeleniem z pieśni regösów jest zabiegiem późnym — teksty dzieli około pięciuset lat i zupełnie inne przeznaczenie.
- Że ślub złożono przed bitwą pod Mogyoród, wiadomo wyłącznie z kroniki spisanej blisko trzysta lat później; żaden dokument fundacyjny z XI wieku tego nie potwierdza.
Skąd to wiadomowęgierska kompozycja kronikarska, zachowana w Kronice obrazowej (1358), o zdarzeniu z marca 1074 r.
Sen Emese i ptak zwany astur
Zapis po fakcieU Anonima około 1200 roku do brzemiennej Emese przychodzi we śnie ptak drapieżny zwany po łacinie astur. Słowo turul tam nie pada.
Czytaj dalejNotariusz podpisany literą P., zwany magistrem, sługa króla Béli, spisał gesta Węgrów około roku 1200. Pod rokiem 819 umieścił małżeństwo Ügyeka z Emese, córką Eunedubeliana, zawarte w kraju zwanym u niego Dentumoger, a zaraz po nim widzenie, które przyszło brzemiennej kobiecie we śnie.
Tu trzeba powiedzieć rzecz, która psuje setki popularnych streszczeń: słowo turul nie pada u Anonima ani razu. Ptak ze snu Emese dostał tę nazwę dopiero wtedy, gdy zestawiono ze sobą dwa różne teksty, pisane przez dwóch różnych ludzi w odstępie około osiemdziesięciu lat, i przeniesiono nazwę z jednego na drugi.
Łacina nie stawia tam ptaka, lecz widzenie: przyszło ono do niej we śnie w postaci ptaka drapieżnego, nazwanego słowem astur, czyli jastrzębia albo sokoła myśliwskiego. Widzenie to jakby przyszło do niej i uczyniło ją brzemienną, a przy tym oznajmiło, że z jej łona wypłynie rwący potok, a z jej lędźwi wyjdą sławni królowie, tyle że nie rozmnożą się we własnej ziemi. Syna nazwano Álmos.
- Tożsamość Anonima i dokładna data jego dzieła nie zostały ustalone; przyjmowane widełki to mniej więcej lata 1196–1230.
- Utożsamienie łacińskiego astur z ptakiem zwanym turul jest wnioskiem z zestawienia dwóch tekstów, a nie zdaniem któregokolwiek z nich.
- Czy słowo astur znaczy u tego autora określony gatunek, czy dowolnego ptaka łownego, nie da się rozstrzygnąć; oddawano je i jastrzębiem, i sokołem.
Skąd to wiadomoGesta Hungarorum notariusza zwanego Anonimem, ok. 1200, pod rokiem 819
Co dokładnie mówi łacina o tym śnie
Zapis po fakcieŁacina mówi, że ptak jakby przyszedł i jakby uczynił ją brzemienną; ojciec chłopca stoi w tekście wiersz wyżej, z imienia.
Czytaj dalejOdczyt, wedle którego Turul spłodził dynastię, powstaje przez skreślenie jednego słowa i dopisanie drugiego. Znika zastrzeżenie, pojawia się nazwa ptaka, której w tym tekście nie ma, i z genealogicznego wywodu robi się święte małżeństwo z niebem. Ta sama operacja bywała wykonywana na dziesiątkach zdań kronikarskich.
Zdanie o poczęciu jest w łacinie obwarowane jednym zastrzeżeniem: ptak jakby przyszedł do kobiety i uczynił ją brzemienną. To jedno słowo dzieli widzenie senne od aktu cielesnego, a kronikarz nie zostawia w tej sprawie wątpliwości z dwóch powodów: ojca chłopca wymienia z imienia kilka wierszy wyżej i nigdzie go nie odwołuje, a widzenie przychodzi do kobiety, która w tym samym zdaniu jest już brzemienna.
Imię Álmos objaśnia autor wyłącznie po łacinie, przez słowo oznaczające świętego, i tłumaczy, że z potomstwa Álmosa mieli wyjść święci królowie oraz książęta. Wywód od węgierskiego álom, czyli snu, jest odczytem nowszym i kusi, bo widzenie przyszło we śnie, ale w tekście go nie ma. Cel objaśnienia łacińskiego widać natomiast gołym okiem: uświęcić ród, z którego pochodzi panujący i dla którego pisze się księgę.
- Które objaśnienie imienia autor miał za własne — węgierski sen czy łacińskiego świętego — nie da się rozstrzygnąć; w tekście stoją obok siebie.
- Przekłady nowożytne bywają w tym miejscu mocniejsze od oryginału i gubią zastrzeżenie; przy cytowaniu trzeba sięgać po łacinę.
- Czy za łacińskim objaśnieniem imienia stała także węgierska gra słów ze snem, nie zostało wykazane; w tekście pada wyłącznie objaśnienie łacińskie.
Skąd to wiadomoGesta Anonima, ok. 1200, rozdział o Álmosie
Słowo turul pada dopiero u Simona z Kézy
Zapis po fakcieNazwa turul pada pierwszy raz między 1282 a 1285 rokiem: jako godło na tarczy Attyli i jako imię rodu, nigdy jako imię boga.
Czytaj dalejNazwa ptaka pada po raz pierwszy w gestach Simona z Kézy. Kronikarz pisze, że na tarczy króla Attyli widniał ptak z koroną na głowie, ten, którego po węgiersku zwie się turul, i że znak ten nosili Węgrzy przy sobie. W tym samym dziele Arpad, syn Álmosa, występuje jako człowiek z rodu Turul, bogatszy w dobra i możniejszy na wojnie od innych.
To jest cała średniowieczna kariera tego słowa: godło na tarczy i nazwa rodu. Ptak nie odbiera ofiar, nie ma świątyni, nie wydaje wyroczni, nikt się do niego nie modli i nikt go nie nazywa bogiem — ani w tym tekście, ani w żadnym innym, który przetrwał z czasów przed wiekiem XIX.
Znak rodowy jest w XIII wieku rzeczą poważną i całkowicie świecką: daje prawo do pieczęci, do tarczy i do miejsca w hierarchii możnych. Właśnie w takiej roli turul trafia na karty gestów pisanych dla króla, któremu zależało na tym, by mieć Attylę wśród przodków, a ród Arpada na szczycie drabiny.
- Nie zostało wykazane, że godło z ptakiem rzeczywiście używane było przed chrztem; najstarsze świadectwo o nim ma datę 1282–1285.
- Korona na głowie ptaka to element heraldyki zachodniej z czasów kronikarza, a nie detal stepowy.
- Że Attyla nosił jakiekolwiek godło, nie wynika z żadnego zapisu z V wieku; tarcza z ptakiem jest wyobrażeniem kronikarza z XIII stulecia, nie opisem przedmiotu.
Skąd to wiadomoGesta Hunnorum et Hungarorum Simona z Kézy, 1282–1285
Kronika obrazowa z 1358 roku i jej malowidła
Zapis po fakcieKronika z 1358 roku daje najstarsze znane wizerunki łowów i ptaka; znak urywa się na księciu Gejzie, czyli na chrzcie.
Czytaj dalejKronika obrazowa nosi w prologu datę: wtorek w oktawie Wniebowstąpienia Pańskiego roku 1358, co wypada na piętnasty maja. Powstała dla króla Ludwika Wielkiego, liczy sto czterdzieści sześć stron i sto czterdzieści siedem malowideł, wśród nich dziesięć dużych scen oraz dziewięćdziesiąt dziewięć obrazków ukrytych w inicjałach.
Na piątej stronie widać łowy, prowadzone przez jeźdźca, w którym rozpoznaje się jednego z dwóch braci. Na siódmej maluje się wjazd Węgrów do Panonii: konni, wozy i rodziny, a nad nimi chorągiew z ciemnym ptakiem drapieżnym. Kronika powtarza przy tym, że znak trwał na tarczach i chorągwiach od czasów Attyli aż po księcia Gejzę, a więc urywa się dokładnie tam, gdzie zaczyna się chrzest.
To najstarsze znane wyobrażenia obu scen. Od chrztu dzielą je blisko cztery stulecia, a od domniemanych czasów pogańskich jeszcze więcej; malarz pracował w warsztacie dworskim czternastego wieku i rysował tak, jak wtedy rysowano herby. Ptak na chorągwi jest rozwiązaniem heraldycznym tamtego warsztatu, nie zabytkiem po stepie.
- Identyfikacja jeźdźca na piątej stronie jako Hunora albo Magora jest odczytem sceny, nie podpisem malarza.
- Czy malarz miał przed sobą starszy wzór, czy komponował sam, nie zostało wykazane.
- Barwy chorągwi na tej miniaturze bywają opisywane rozmaicie i nie wolno ich brać za świadectwo barw noszonych w wieku IX.
Skąd to wiadomoKronika obrazowa (Képes krónika), prolog datowany na 1358 r.
Turul znaczy sokoła, nie bóstwo
Zapis po fakcieTurul to pożyczka z turkijskiego i znaczy sokoła myśliwskiego; to samo słowo nosił jako imię sułtan seldżucki zmarły w 1063 roku.
Czytaj dalejSłowo turul jest pożyczką z języka turkijskiego, w którym toğrul albo tuğrul oznacza średniego lub dużego ptaka drapieżnego, sokoła nadającego się do łowów. W czuwaskim przetrwało wyrażenie turul kajăk, czyli ptak turul, co pokazuje, że rzecz dotyczy gatunku ptaka, a nie osoby ani urzędu.
Rachunek jest więc prosty i wart wypowiedzenia wprost: nazwa znaczy ptaka. Żeby wydobyć z niej bóstwo, trzeba do niej coś dołożyć, a dokładano od połowy XIX wieku, gdy szukano dla narodu przodka z nieba. W źródłach stały tymczasem tylko trzy rzeczy: tarcza, chorągiew i imię rodu.
Tego samego słowa używano jako imienia męskiego: nosił je sułtan seldżucki Tuğrul, zmarły w 1063 roku, ten, który wprowadził swój ród do Bagdadu. Na Węgrzech turul pojawia się w średniowieczu głównie w nazwach osobowych i miejscowych, obok innych węgierskich nazw ptaków łownych, takich jak sólyom, ölyv czy kerecsen; każda z nich ma własny rodowód językowy i nie wszystkie są rodzime.
- Z którego języka turkijskiego i kiedy słowo weszło do węgierskiego, nie zostało rozstrzygnięte.
- Nie da się wykazać, że astur u Anonima i turul u Simona z Kézy oznaczają tego samego ptaka; to dwa różne wyrazy w dwóch różnych tekstach.
- Porównanie z czuwaskim bywa przywoływane jako dowód, że chodzi o gatunek ptaka; materiał ten pochodzi z zapisów słownikowych nowszych niż węgierskie kroniki i sam nie rozstrzyga o wieku wyrazu.
Skąd to wiadomosłownictwo turkijskie i czuwaskie; imię sułtana Tuğrula (zm. 1063); węgierskie nazwy osobowe i miejscowe
Dzban ze skarbu z 1799 roku: ptak niosący kobietę
Zapis z tamtych czasówNa dzbanie ze skarbu wyoranego 3 lipca 1799 roku ptak niesie kobietę; nie wiadomo, kto go zrobił ani kogo przedstawia.
Czytaj dalejTrzeciego lipca 1799 roku w Nagyszentmiklós, dziś Sânnicolau Mare w Rumunii, wydobyto z ziemi dwadzieścia trzy złote naczynia o łącznej wadze niespełna dziesięciu kilogramów. Trafiły do Wiednia i tam są do dziś. Na jednym z dzbanów leci ptak drapieżny, unosząc ludzkie ciało — scena, którą na Węgrzech pokazuje się jako Turul i Emese.
Pewne jest tylko to, co da się zważyć i policzyć: data znaleziska, liczba naczyń, ich waga, napis pisany literami greckimi oraz kilka krótkich napisów pismem runicznym, najpewniej w jakimś języku turkijskim. Żaden z tych napisów nie nazywa ptaka ani kobiety i żaden nie odsyła do węgierskiej dynastii.
Sporne pozostaje wszystko inne: warsztat, stulecie i lud. Zestaw wiązano z Awarami, z Bułgarami naddunajskimi, z Chazarami i z Węgrami, a najmocniejsze oparcie ma dziś bliskie pokrewieństwo z kulturą awarską. Dopóki rzecz nie zostanie rozstrzygnięta, dzban nie świadczy o niczyim śnie ani o niczyjej dynastii.
- Odczytanie sceny jako snu Emese nie ma oparcia w żadnym napisie ani w żadnym tekście; opiera się na samym podobieństwie obrazu do opowieści.
- Napisy runiczne nie zostały przekonująco odczytane i ich język nie jest ustalony.
- Płeć unoszonej postaci jest odczytem sceny, nie ustaleniem: żaden napis na naczyniu jej nie nazywa, a scena porwania ku niebu znana jest ze sztuki śródziemnomorskiej na długo przed tym warsztatem.
Skąd to wiadomoskarb z Nagyszentmiklós, znaleziony 3 lipca 1799 r.; dziś w muzeum wiedeńskim
Złoty jeleń z 1923 roku jest scytyjski
Zapis z tamtych czasówZłoty jeleń z Tápiószentmárton, znaleziony w 1923 roku, jest scytyjski i starszy od węgierskiego osadnictwa o czternaście stuleci.
Czytaj dalejW 1923 roku w Tápiószentmárton odsłonięto bogaty grób, a w nim ozdobę tarczy z elektronu: leżącego jelenia z podwiniętymi nogami i porożem położonym wzdłuż grzbietu. Robota jest scytyjska i pochodzi z połowy pierwszego tysiąclecia przed naszą erą, a oryginał przechowuje muzeum narodowe w Budapeszcie.
Przedmiot ten drukuje się na okładkach, plakatach i pamiątkach jako cudownego jelenia z węgierskiej opowieści. Między nim a przybyciem Węgrów do Kotliny Karpackiej leży jednak około czternastu stuleci, a pomiędzy jednym a drugim nie ma ogniwa: ani zapisu, ani pośredniego przedmiotu, ani ciągłości warsztatu.
Sam zabytek jest świadectwem pierwszej klasy — dla Scytów, którzy go zrobili i złożyli w grobie. Dla Węgrów jest cudzą pamiątką znalezioną na tej samej ziemi, co stanowi zbieżność miejsca, a nie dowód pokrewieństwa. Kotlina Karpacka przyjmowała kolejne ludy przez dwa tysiące lat i każdy zostawił w niej swoje złoto.
- Dokładne stulecie powstania ozdoby bywa podawane rozmaicie w obrębie VI–V wieku przed naszą erą.
- Zwierzę w sztuce stepowej jest motywem powszechnym od Ałtaju po Dunaj; podobieństwo do jelenia z kroniki jest podobieństwem gatunku, nie przekazu.
Skąd to wiadomogrób odkryty w Tápiószentmárton w 1923 r.; ozdoba tarczy z elektronu, muzeum narodowe w Budapeszcie
Jeleń ze świecami w kolędzie regösów
Zebrane z ustW pieśni regösów jeleń ma tysiąc odnóg w porożu i tysiąc świec mszalnych; zwyczaj wzmiankowano w 1552, słowa spisano w XIX wieku.
Czytaj dalejSam zwyczaj ma wzmiankę drukowaną już z 1552 roku, w dialogu o szkodliwości pijaństwa i obżarstwa, ogłoszonym przez Gáspára Heltaia. Słowa pieśni spisano jednak z ust ludzi dopiero w XIX i na początku XX wieku, najgęściej w Zadunaju, i to te późne zapisy podaje się dziś jako świadectwo dawnej wiary.
Świece mszalne w porożu są obrazem chrześcijańskim i cała pieśń należy do wiejskiej obrzędowości zimowej, z jej swataniem i wypraszaniem daru. Co w niej stare, a co dołożone przez pięć stuleci śpiewania, rozdzielić się nie da, bo między wzmianką z 1552 roku a pierwszym zapisem słów leży około trzystu lat milczenia.
Od dwudziestego szóstego grudnia do szóstego stycznia chodziły po domach gromady regösów, śpiewając pieśń o stałym układzie: pozdrowienie, życzenia, obraz cudowny, swatanie par i prośba o dar. W środku tej pieśni stoi zwierzę o tysiącu odnóg w porożu, a na każdej odnodze pali się świeca mszalna.
- Wzmianka z 1552 roku dotyczy zwyczaju, nie tekstu; nie wiadomo, co wtedy śpiewano.
- Obraz zwierzęcia o tysiącu świec znany jest wyłącznie z zapisów XIX- i XX-wiecznych i nie ma poświadczenia w żadnym źródle średniowiecznym.
- Zwierzę z tej pieśni bywa w zapisach nazywane cudownym jeleniem chłopięcym i nie jest tym samym stworzeniem co łania z kroniki; zrównanie obu nazw jest zabiegiem nowszym.
Skąd to wiadomowzmianka o zwyczaju w druku z 1552 r.; teksty pieśni spisane z ust w XIX i na początku XX w.
Łania z kroniki i jeleń z kolędy to dwa zwierzęta
Ułożone przy biurkuKronika ma łanię bez poroża, kolęda ma jelenia ze świecami; w jedną postać o nazwie csodaszarvas złączono je w XIX wieku.
Czytaj dalejWarto położyć oba teksty obok siebie, bo mówią o dwóch różnych zwierzętach. W gestach idzie łania bez poroża, prowadzi dwóch braci przez bagno i znika, a nie ma przy niej ani światła, ani ognia. W pieśni regösów stoi samiec z porożem pełnym świec, który nikogo nie prowadzi i nie wiąże się z żadną wędrówką ludu.
Złączono je w jedną postać i nazwano jednym słowem, csodaszarvas, czyli cudowny jeleń, dopiero w wieku XIX. Wcześniej nikt tych dwóch obrazów nie zestawiał, bo nie było po temu powodu: jeden należał do księgi o pochodzeniu królów, pisanej po łacinie, drugi do kolędowania po wsiach, śpiewanego po węgiersku.
Skutek jest trwały i dziś prawie nieusuwalny. W powszechnym wyobrażeniu cudowny jeleń ma poroże, świeci i prowadzi Hunora z Magorem. Poroże ze świecami i prowadzenie schodzą się razem tylko w jednym miejscu, w epizodzie spod Wacowa, gdzie zwierzę wskazuje plac pod kościół dwóm chrześcijańskim książętom. Z Hunorem i Magorem nie łączy się to w żadnym tekście sprzed roku 1800.
- Nie da się wykluczyć, że oba obrazy miały wspólny, niezapisany rodowód; nie da się też tego wykazać.
- Sama nazwa csodaszarvas jest złożeniem nowszym i nie występuje w źródłach średniowiecznych.
Skąd to wiadomozestawienie tekstów: gesta z lat 1282–1285 i pieśni regösów spisane w XIX w.
Pieśń o cudownym jeleniu, druk z 1864 roku
Ułożone przy biurkuDzisiejszy obraz cudownego jelenia w największej części pochodzi z pieśni szóstej eposu ogłoszonego drukiem w 1864 roku.
Czytaj dalejW 1864 roku ukazał się drukiem epos o śmierci Budy, ułożony przez Jánosa Aranya, a w nim pieśń szósta — opowieść o cudownym jeleniu. To ona, a nie łacina Simona z Kézy, weszła do czytanek szkolnych i to jej rytmu Węgrzy uczą się na pamięć od pokoleń, zwykle nie wiedząc, że kronika jest krótsza i chłodniejsza.
Poeta rozciągnął kilkanaście zdań kroniki w obszerną scenę: pościg ciągnie się przez dzień i noc, zwierzę raz po raz znika i wraca, a bracia trafiają nad wodę, gdzie tańczą dziewczęta. Tych szczegółów w gestach nie ma; są robotą pisarza, który dostał w ręce suchy wyciąg i zrobił z niego poemat.
Karb jest tu jednoznaczny i nie ma w nim ujmy dla wiersza: to literatura XIX wieku, a nie zapis wiary. Kiedy dzisiejszy obraz cudownego jelenia rozkłada się na części, największa z nich pochodzi właśnie z tej pieśni, ogłoszonej blisko dziewięćset lat po chrzcie i blisko sześćset lat po kronice, z której wzięto wątek.
- Ile poeta wziął z pieśni regösów, a ile ułożył sam, nie zostało rozstrzygnięte.
- Karta wymienia autora i utwór jako przedmiot opisu, nie jako powagę rozstrzygającą; jeśli redakcja woli formę bezimienną, wystarczy zostawić rok 1864 i pieśń szóstą.
- Dziewiętnastowieczny poemat bywa czytany jako zapis podania ludowego; jest utworem literackim i żadnego zapisu z ust nie zastępuje.
Skąd to wiadomoepos Buda halála, druk z 1864 r., pieśń szósta
Drzewo sięgające nieba jest bajką ludową
Zebrane z ustDrzewo sięgające nieba to bajka spisana z ust w XIX i XX wieku: parobek wchodzi po pniu po królewnę porwaną przez smoka.
Czytaj dalejBajka nosi tytuł az égig érő fa, drzewo sięgające nieba, albo tetejetlen fa, drzewo bez wierzchołka. Na dworze królewskim służy chłopak przy świniach lub przy koniach, i kiedy smok porywa królewnę, on jeden podejmuje się wspinaczki po pniu, którego korony nie widać z ziemi, choć próbowali już wszyscy rycerze.
Gałęzie rozchodzą się jak osobne krainy, a chłopak przechodzi z jednej na drugą, służy u tamtejszych gospodarzy, zdobywa konia i wraca z dziewczyną na dół. Kończy się to tak, jak kończą się bajki: weselem i połową królestwa, bez jednego słowa o bogach, o ofierze, o obrzędzie czy o kapłanie.
Zapisy tej bajki pochodzą z XIX i XX wieku, z całego obszaru języka węgierskiego, a w Peszcie w 1855 roku wyszedł drukiem ilustrowany zbiór baśni węgierskich, jeden z pierwszych takich. Który zapis akurat tej bajki jest najstarszy, nie zostało ustalone; pewne jest tylko to, że wszystkie są o setki lat młodsze od kroniki, w której stoi jeleń.
- Wiek samej opowieści nie jest znany; z tego, że spisano ją w XIX wieku, nie wynika ani że jest młoda, ani że jest stara.
- Bajki o wspinaczce po olbrzymim drzewie zapisano również u sąsiadów i dalej na zachodzie; węgierska wersja nie stoi osobno.
- Rok 1855 jest datą zbioru baśni, nie datą tej bajki; że drzewo sięgające nieba spisano wtedy po raz pierwszy, nie zostało wykazane.
Skąd to wiadomozapisy bajek z XIX i XX w.; ilustrowany zbiór baśni węgierskich wydany w Peszcie w 1855 r.
Kiedy bajkę zaczęto czytać jako pamięć po szamanie
Ułożone przy biurkuSzamańskiego słupa świata dorobiono tej bajce w piśmie: pierwszy krok w 1854 roku, rozstrzygający w dwóch książkach z 1958 roku.
Czytaj dalejCzytanie tej bajki jako pamięci po słupie świata złożono w dwóch krokach. W 1854 roku ukazała się pierwsza obszerna mitologia węgierska, zbierająca wiejskie wierzenia o táltosie, czyli o człowieku obdarzonym mocą; w 1958 wyszły dwie książki, z których jedna wzięła tytuł wprost od drzewa sięgającego nieba, a druga zebrała ślady wiary szamańskiej w kulturze ludowej.
Dopiero w tych pracach parobek od świń stał się szamanem wchodzącym po drzewie do górnego świata, a rozgałęzienia pnia piętrami kosmosu. Podobieństwo do obrzędów syberyjskich jest w nich prawdziwe i rzuca się w oczy, tylko że podobieństwo nie jest pokrewieństwem, a drogi przekazu z Syberii na Węgry nikt nie pokazał.
Co naprawdę stoi w starszych papierach: w procesie w Debreczynie w 1725 roku Erzsébet Balázsi zeznała, że táltos leczy, widzi gołym okiem skarby zakopane w ziemi i walczy za Węgry w niebie. Ani drzewa, ani jelenia, ani ptaka w tym zeznaniu nie ma, choć mówi je osoba, która sama siebie nazywała táltosem.
- Zeznania procesowe powstawały pod przymusem i przy pytaniach sądu; oddają to, o co pytano, nie całość wierzenia.
- Zbieżność z obrzędem syberyjskim bywa podawana jako dowód ciągłości od czasów przed wędrówką; taka ciągłość nie została wykazana.
Skąd to wiadomoakta procesu w Debreczynie z 1725 r.; druki z 1854 i z 1958 r.
Turul z brązu: 1903 i 1907
Ułożone przy biurkuTurul, jakiego się dziś widzi, to brąz z 1903 i 1907 roku; średniowiecze zostawiło o nim kilka zdań łaciny i jedno godło.
Czytaj dalejW 1903 roku na wzgórzu zamkowym w Budzie stanął sześciometrowy ptak z brązu, a w 1907 drugi, w Bánhidzie pod dzisiejszą Tatabányą, o rozpiętości skrzydeł piętnastu metrów, wtedy największy posąg ptaka w Europie. Oba należą do fali pomników wzniesionej wokół obchodów tysiąclecia z 1896 roku.
Wszystko, co średniowiecze zostawiło o tym ptaku, mieści się w kilku łacińskich zdaniach: widzenie senne w jednych gestach, godło na tarczy i nazwa rodu w drugich, chorągiew w kronice z 1358 roku. Reszta — rozmiar, patos i miejsce nad miastem — jest odlana na przełomie XIX i XX wieku i mówi o tamtym czasie, nie o dziewiątym stuleciu.
Dlatego karb przy tej karcie brzmi: rekonstrukcja. Nie znaczy to, że ptak został wymyślony, bo nazwa i godło są poświadczone w źródłach z XIII i XIV wieku. Znaczy tyle, że kształt, w jakim go dziś widać, czyli strażnik narodu z rozpostartymi skrzydłami, powstał między rokiem 1850 a 1907.
- Wysokości i rozpiętości podaje się w różnych wariantach; tu przyjęto sześć metrów dla Budy (1903) i piętnaście metrów rozpiętości dla Bánhidy (1907).
- Polityczne użycia tego znaku w XX wieku to osobny temat i nie mieszczą się w karcie o pomnikach.
- Rok postawienia ptaka na wzgórzu zamkowym w Budzie bywa podawany rozmaicie, bo prace przy bramie i odsłonięcie samego posągu rozeszły się w czasie; tu przyjęto rok 1903.
Skąd to wiadomopomniki: wzgórze zamkowe w Budzie (1903) i Bánhida–Tatabánya (1907); obchody tysiąclecia 1896
Od Quedlinburga do Székesfehérváru
Chrzest, korona i dwa pogańskie bunty
Między poselstwem Gejzy do Quedlinburga w 973 roku a rozpędzeniem tłumu pod Székesfehérvárem w 1061 Węgrzy przeszli z obozu najeźdźców do rzędu królestw łacińskich. Dokumenty, prawa i listy z tego czasu są jedynym miejscem, gdzie węgierskie pogaństwo opisali ludzie, którzy jeszcze je widzieli. Opisali je jednak od strony kary: przez miejsce ofiary, przez grzywnę i przez wyliczenie tego, czego robić nie wolno. Ani jeden z tych zapisów nie podaje imienia żadnego bóstwa.
Poselstwo do Quedlinburga i chrzest bez daty
Zapis z tamtych czasówW 973 roku posłowie Gejzy stanęli przed Ottonem I. Chrzest samego księcia nie ma daty w żadnym dokumencie, wiadomo o nim z jednej wzmianki z Sankt Gallen.
Czytaj dalejChrzest samego Gejzy nie ma daty w żadnym dokumencie. Wiadomo o nim z zapisu w księgach opactwa Sankt Gallen, gdzie przy imieniu mnicha Prunwarta dopisano, że ochrzcił króla Węgrów wraz z ludem; z tej jednej wzmianki wyprowadza się cały początek. Kto po Gejzie rzeczywiście przyjął wodę, a kto tylko pozwolił ochrzcić dwór, nie zostało zapisane nigdzie.
Z tego samego dziesięciolecia pochodzi list biskupa pasawskiego Piligrima do Rzymu, w którym mowa o tysiącach ochrzczonych za Dunajem i o tym, że nikt w kraju Węgrów nie bronił jeńcom z chrześcijańskich stron chodzić do kapłanów. List pisany był jednak po to, by wyprosić dla Pasawy dawną godność arcybiskupią Lorch, a pod tę sprawę podrobiono w jego otoczeniu inne pisma.
Na wielkanocnym zjeździe w Quedlinburgu w 973 roku, u cesarza Ottona I, stanęło poselstwo Węgrów; roczniki niemieckie odnotowały je krótko, bez słowa o tym, czego posłowie żądali i co obiecywali, i bez imienia tego, kto ich wysłał. Że stał za nimi Gejza, wynika stąd, iż on wówczas panował, a nie z samego zapisu. Był to pierwszy znany krok od strony węgierskiej ku dworowi, którego wojsko osiemnaście lat wcześniej rozgromiło Węgrów nad Lechem.
- Roczniki, które zapisały poselstwo z 973 roku, znamy z odpisów złożonych w XI wieku ze starszych notatek; pierwotne zdanie mogło brzmieć inaczej.
- Żadne źródło nie łączy poselstwa z chrztem Gejzy; związek między jednym a drugim jest domysłem opartym na bliskości dat.
- List z Pasawy podaje liczby ochrzczonych, których nie potwierdza żaden inny zapis ani żadne znalezisko.
- Wpis z Sankt Gallen nie wymienia imienia władcy, mówi tylko o królu Węgrów; że chodzi o Gejzę, jest wnioskiem z czasu wpisu, nie z jego treści.
- Rocznika z Altaich nie mamy w średniowiecznym rękopisie: jego tekst odtworzono w XIX wieku z dzieł, które go przepisywały, więc brzmienie zapisu pod rokiem 973 jest wynikiem składania, a nie odczytem z karty.
Skąd to wiadomoRoczniki niemieckie pod rokiem 973 (zapis z Altaich); wpis o mnichu Prunwarcie w księgach opactwa Sankt Gallen z końca X w.; list biskupa Piligrima do Rzymu, ok. 974 r.
Gejza składał ofiary obu stronom
Zapis z tamtych czasówKronika spisana za pamięci świadków mówi, że Gejza służył Bogu i dawnym bożkom naraz, bo stać go było na jedno i drugie. Żadnego bożka nie nazywa.
Czytaj dalejThietmar, biskup Merseburga, spisał swoją kronikę w latach 1012–1018, a więc za życia ludzi pamiętających Gejzę. Zapisał o nim, że służył Bogu wszechmogącemu, lecz zarazem składał ofiary dawnym bożkom, a upomniany przez własnego kapłana odpowiedział, iż jest dość możny i dość bogaty, by starczyło mu na obie służby.
Najważniejsze w tym ustępie jest to, czego w nim nie ma. Kronikarz miał powód i miejsce, by wyliczyć, komu Gejza składał ofiary, a napisał tylko o bożkach i o rozmaitych bóstwach, czyli słowami, które w ówczesnej łacinie znaczyły tyle co cudzy bóg i nie niosły żadnej treści poza samym potępieniem.
Ta sama kronika opisuje żonę Gejzy: piła jak wojownik, siadała na koń po męsku i w gniewie zabiła człowieka. Kronikarz nie nazywa jej Sarolt ani nie wywodzi od siedmiogrodzkiego gyuli, lecz podaje słowiańskie przezwisko znaczące piękna pani; imię i pochodzenie dopisały dopiero węgierskie kroniki o trzysta lat późniejsze. Obraz jest jawnie wrogi i pisany z daleka, z Saksonii, pokazuje jednak dwór, na którym chrzest niczego jeszcze nie przesądzał ani nie kończył.
- Thietmar pisał w Saksonii i z drugiej ręki; zdanie o bogactwie wystarczającym na dwie służby jest jego własnym wyostrzeniem sceny.
- Łacińskie określenia bożków i bałwanów są w tym czasie formułą kancelaryjną i nie opisują żadnego konkretnego kultu.
- Nie wiadomo, czy ofiary, o których mowa, składał sam Gejza, czy tolerował je na swoim dworze.
- Nie ma pewności, czy kobieta opisana w saskiej kronice i Sarolt z węgierskich kronik to ta sama żona Gejzy.
Skąd to wiadomoKronika Thietmara z Merseburga, spisana w latach 1012–1018, ustępy o Gejzie i Sarolcie
Wojna z Koppánym i dokument z 1002 roku
Zapis z tamtych czasówŻe wojna z Koppánym była naprawdę, wiadomo z dokumentu dla Pannonhalmy z 1002 roku. Wszystko, co czyni z niej wojnę religijną, dopisano trzy i pół wieku później.
Czytaj dalejŻe wojna z Koppánym rzeczywiście się odbyła, wiadomo nie z kroniki, lecz z dokumentu: nadanie dla opactwa w Pannonhalmie, wystawione w imieniu Stefana i datowane na 1002 rok, wprost powołuje się na tę wojnę jako na powód uposażenia klasztoru. Jest to najstarszy zachowany dyplom węgierski i jedyny współczesny ślad tamtego starcia.
Wszystko, co czyni z tej wojny wojnę o wiarę, dopisano później. Kronika złożona w 1358 roku opowiada, że Koppány chciał pojąć wdowę po Gejzie i objąć kraj dawnym prawem starszeństwa, a po klęsce ciało jego pocięto na cztery części i rozesłano pod bramy Ostrzyhomia, Veszprém, Győru oraz do gyuli w Siedmiogrodzie. Dokument z 1002 roku nie mówi o tym ani słowa.
Gejza umarł w 997 roku, a władzę objął jego syn Vajk, ochrzczony jako Stefan i ożeniony z Gizelą, siostrą przyszłego cesarza Henryka II. Przeciw niemu wystąpił Koppány, krewny z rodu Arpada, władający ziemią somogyską; wojsko Stefana, w którym stali rycerze przybyli z Rzeszy, Hont, Pázmány i Vecelin, rozbiło go pod Veszprém.
- Tekst dyplomu z 1002 roku ma późniejsze wtręty, sama wzmianka o wojnie należy jednak do jego najstarszej warstwy.
- Żaden zapis z czasu wojny nie nazywa Koppánya poganinem ani nie podaje, o co walczył.
- Poćwiartowanie ciała i pobudka małżeńska pochodzą z kroniki o trzy i pół wieku późniejszej od wydarzeń.
- Bywa bronione zdanie, że dyplom dla Pannonhalmy w dzisiejszym kształcie ułożono dopiero w XIII wieku, w czasie sporów o dziesięciny; przy takim odczytaniu wzmianka o wojnie byłaby świadectwem z drugiej ręki.
- Skąd przyszli Hont i Pázmány, przekazy podają rozmaicie; z Bawarii wywodzi się w nich tylko Vecelin.
Skąd to wiadomoDokument dla opactwa w Pannonhalmie, 1002 r.; legendy o Stefanie spisywane po 1077 r.; kronika złożona w 1358 r.
Korona z łaski cesarza, korona od papieża
Zapis z tamtych czasówNajstarsze zdanie o koronacji Stefana mówi o łasce i namowie cesarza Ottona III. Papież pojawia się w tej historii dopiero sto lat później.
Czytaj dalejKoronacja przypadła na przełom 1000 i 1001 roku, dnia nie zapisał jednak nikt współczesny, a i miejsca żaden dokument nie podaje. Najwcześniejsze zdanie o niej stoi w kronice Thietmara i mówi, że Stefan otrzymał koronę i błogosławieństwo z łaski oraz za namową cesarza Ottona III. O papieżu nie ma w tym zdaniu mowy.
Sto lat później, gdy spisywano legendę o Stefanie na użytek króla Kolomana, rzecz wygląda inaczej: opat Astryk jedzie do Rzymu, a Sylwester II oddaje Węgrom koronę przygotowaną dla księcia Polaków, bo w nocy otrzymał widzenie. Ten właśnie wariant zrobił karierę i to on zrósł się w pamięci z rokiem tysięcznym.
Tak zwana bulla Sylwestra II, nadająca węgierskiemu królowi koronę i godność legata, jest fałszerstwem ogłoszonym drukiem dopiero w połowie XVII wieku. W sporze o to, komu Węgry zawdzięczają koronę, sięgano więc po teksty młodsze od samego wydarzenia o sto i o sześćset lat.
- Dzień koronacji, Boże Narodzenie 1000 albo 1 stycznia 1001 roku, jest rachunkiem, nie zapisem.
- Legenda spisana dla Kolomana powstała w czasie, gdy królestwu potrzebny był tytuł apostolski, i pod ten tytuł układa opowieść o darze papieskim.
- Ostrzyhom jako miejsce koronacji nie stoi w żadnym tekście z epoki.
- Ani źródła rzymskie, ani polskie nie wiedzą nic o koronie przygotowanej dla księcia Polaków; wiadomość ta pojawia się wyłącznie w legendzie spisanej sto lat po koronacji.
Skąd to wiadomoKronika Thietmara z Merseburga (1012–1018); większa legenda o Stefanie po 1077 r.; legenda spisana dla króla Kolomana ok. 1100–1116 r.; druk rzekomej bulli, XVII w.
Korona, która została, jest o siedemdziesiąt lat młodsza
Zapis z tamtych czasówGreckie emalie na dolnej obręczy korony budapeszteńskiej noszą imiona Michała VII i króla Gejzy. Obręcz powstała między 1074 a 1077 rokiem.
Czytaj dalejKorona przechowywana w Budapeszcie sama podaje swój czas. Na dolnej obręczy, wykonanej w robocie greckiej, siedzą emaliowane tabliczki z imionami cesarza Michała VII Dukasa, jego współrządcy Konstantyna oraz króla Węgier Gejzy, a Gejza I panował od 1074 do 1077 roku.
Obręcz powstała zatem w ciągu tych trzech lat, siedemdziesiąt kilka lat po koronacji Stefana. Górne pałąki z tabliczkami apostołów są roboty łacińskiej, krzyż na szczycie stoi przekrzywiony i osadzony został później, a żaden dokument nie mówi, kiedy i czyją ręką obie części złożono w jedno.
O koronie z roku tysięcznego nie wiadomo nic: ani jak wyglądała, ani gdzie się podziała. Kto opisuje insygnium Stefana, opisuje w istocie przedmiot młodszy o dwa pokolenia, złożony z części wykonanych w dwóch różnych cesarstwach i połączonych w nieznanym momencie.
- Sposób i data połączenia części greckiej z łacińską nie są poświadczone żadnym zapisem.
- Nie wiadomo, czy tabliczki apostołów powstały dla korony, czy dla innego przedmiotu i zostały do niej przeniesione.
- Losy korony z roku 1000 nie zostały odnotowane nigdzie, nawet w legendach o Stefanie.
- Nie jest rozstrzygnięte, czy Konstantyn z greckiej tabliczki to brat, czy syn Michała VII; imię samo tego nie rozsądza.
- Czym grecka obręcz była pierwotnie: koroną męską, diademem dla bizantyjskiej żony króla Gezy, czy darem o innym przeznaczeniu.
- Kiedy złączono obie części korony — wskazywano wiek XII i stulecia późniejsze.
Skąd to wiadomoSama korona przechowywana w Budapeszcie: greckie emalie z imionami Michała VII (1071–1078) i króla Gejzy I (1074–1077)
Biskupstwa i akt z 23 sierpnia 1009 roku
Zapis z tamtych czasówAkt fundacyjny biskupstwa w Peczu z 23 sierpnia 1009 roku wylicza granice diecezji rzeka po rzece. To dokument, nie opowieść.
Czytaj dalejZ 23 sierpnia 1009 roku zachował się akt fundacyjny biskupstwa w Peczu, wystawiony w obecności legata papieskiego imieniem Azo; dokument wylicza granice diecezji rzeka po rzece i grodzie po grodzie. Z tego samego roku pochodzi nadanie dla biskupstwa w Veszprém, oba zaś są dokumentami, nie opowieściami spisanymi po latach.
Stefanowi przypisuje się dziesięć stolic biskupich, a wśród nich dwie metropolitalne, w Ostrzyhomiu i w Kalocsy, choć część z nich poświadczają dopiero późniejsze potwierdzenia, a o początku drugiej metropolii nie mówi ani jeden dokument z czasów króla. Ostatnia, Csanád, powstała w 1030 roku na ziemi odebranej Ajtonemu, panu nad dolnym Marosem, a pierwszym biskupem został tam wenecjanin Gerard.
Siatka biskupstw to jedyna miara tempa chrztu, jaką dają teksty, i miara zwodnicza. Mówi ona, gdzie stanął urząd i dokąd dojeżdżał archidiakon, nie mówi zaś, ilu ludzi przychodziło do kościoła ani co robili po powrocie do własnej wsi. O tym, co działo się między jednym grodem biskupim a drugim, milczą zarówno akty, jak i legendy.
- Akty z 1009 roku zachowały się w odpisach i noszą ślady późniejszych poprawek granic.
- Lista dziesięciu biskupstw Stefana pochodzi z tradycji młodszej niż same fundacje.
- Chrzest Ajtonego w obrządku greckim w Widyniu znany jest wyłącznie z legendy o Gerardzie.
- Daty pokonania Ajtonego nie podaje żaden dokument; rok 1030 jest datą fundacji biskupstwa w Csanádzie i bywa przenoszony na samą wojnę.
- Kiedy Kalocsa stała się stolicą metropolitalną, nie rozstrzyga żaden zapis z czasów Stefana.
Skąd to wiadomoAkt fundacyjny biskupstwa w Peczu z 23 sierpnia 1009 r. z legatem Azo; nadanie dla Veszprém z tego samego roku; fundacja Csanádu w 1030 r.
Grecki akt Stefana dla mniszek
Zapis z tamtych czasówKról, który wziął koronę od zachodu, wystawił dla klasztoru mniszek akt spisany po grecku. Tekst przetrwał w potwierdzeniu Kolomana z 1109 roku.
Czytaj dalejStefan ufundował klasztor mniszek w Veszprémvölgy i wystawił dla niego akt spisany po grecku. Tekst przetrwał w potwierdzeniu króla Kolomana z 1109 roku, gdzie grecki oryginał przepisano obok łacińskiej konfirmacji, mamy więc dokument, a nie domysł o wpływach wschodnich.
Król, który brał koronę od zachodu, miał zatem w swoim państwie dom zakonny obrządku greckiego, a mniszki modliły się w nim po grecku. Podobnie Ajtony, pan nad Marosem pokonany przez wojska Stefana pod koniec jego panowania, przyjął wedle legendy chrzest w Widyniu w obrządku greckim i osadził greckich mnichów w swoim grodzie nad Marosem; do Oroszlámos przeniesiono ich dopiero po jego klęsce.
Rozdzielanie warstw ma tu znaczenie praktyczne. To, co u Węgrów wygląda na obce, stare i stepowe, bywa greckie albo słowiańskie i młodsze od chrztu; w Kotlinie Karpackiej krzyżowały się trzy chrześcijaństwa naraz, greckie, łacińskie i słowiańskie, a samo łacińskie przychodziło kilkoma drogami, z Bawarii i z Italii, zanim ustalił się jeden obrządek.
- Grecki tekst znamy tylko w przepisaniu z 1109 roku, więc drobne zmiany brzmienia są możliwe.
- Nie wiadomo, skąd przyszły mniszki ani jak długo utrzymał się w klasztorze obrządek grecki.
- Wiadomości o greckim chrzcie Ajtonego pochodzą z tekstu hagiograficznego, nie z dokumentu.
- Przeniesienie greckich mnichów do Oroszlámos znane jest wyłącznie z legendy o Gerardzie i nie ma potwierdzenia w żadnym dokumencie.
Skąd to wiadomoGrecki akt dla klasztoru w Veszprémvölgy, zachowany w potwierdzeniu króla Kolomana z 1109 r.
Dziesięć wsi na jeden kościół, dziesięcina pod karą dziewięciokrotną
Zapis z tamtych czasówPrawo Stefana każe dziesięciu wsiom zbudować kościół i wyliczyć mu bydło co do sztuki. Kto ukryje dziesięcinę, płaci dziewięciokrotnie.
Czytaj dalejPrawo Stefana nakazuje, by dziesięć wsi zbudowało jeden kościół i uposażyło go dwoma gospodarstwami i tyluż niewolnymi, koniem i klaczą, sześcioma wołami, dwiema krowami oraz trzydziestoma sztukami drobnego bydła. Szaty i nakrycia ołtarza daje król, kapłana i księgi daje biskup, resztę ciężaru dźwigają wsie.
Osobny rozdział rozkłada ten ciężar na co dzień: kto ma dziesięć, oddaje jedno, a kto dziesięcinę ukryje, płaci dziewięciokrotnie. Nowa wiara weszła do wsi węgierskiej jako budowa, danina i kara za jej zatajenie, i tak też zapisano ją w jedynych tekstach prawnych, jakie z tego czasu mamy.
Warto zestawić te przepisy z żądaniami buntowników z 1046 i 1061 roku, bo w obu wypadkach zniesienie dziesięciny stoi w jednym szeregu z zabiciem kapłanów. Prawo tłumaczy, o czym mówili ludzie z pomostów pod Székesfehérvárem, i pozwala nie czytać każdego buntu jako sporu o bogów.
- Przepis o dziesięciu wsiach określa powinność, a nie stan rzeczy, i nie mówi, ile kościołów rzeczywiście stanęło.
- Wysokość i sposób poboru dziesięciny w XI wieku znamy tylko z tych rozdziałów, bez rachunków i spisów.
- Nie da się rozdzielić, ile w oporze wsi było niechęci do obrzędu, a ile do daniny.
Skąd to wiadomoPrawa Stefana I: rozdział o budowie kościoła przez dziesięć wsi i rozdział o dziesięcinie, pierwsza połowa XI w.
Niedziela, post i śmierć bez spowiedzi
Zapis z tamtych czasówKto nie poszedł w niedzielę do kościoła, dostawał chłostę i miał ostrzyżoną głowę. Kto zaprzągł woły, tracił wołu na rzecz gminy.
Czytaj dalejW prawie Stefana niedziela jest obowiązkiem: wszyscy mają iść do kościoła prócz tych, których zostawiono przy ogniu. Kto nie poszedł przez niedbalstwo, dostawał chłostę i miał ostrzyżoną głowę, a kto w niedzielę zaprzągł woły do pracy, tracił wołu na rzecz gminy, która go zjadała.
Osobny rozdział odmawia pogrzebu kościelnego temu, kto z własnej winy umarł bez spowiedzi, natomiast temu, komu śmierć przyszła nagle, pogrzeb się należy. Z tych przepisów widać, że opór polegał na nieprzychodzeniu, na pracy w święto i na umieraniu po staremu, nie zaś na jawnym kulcie cudzych bogów.
Kto jadł mięso w dzień postny, szedł na tydzień pod zamknięcie o poście. Kto gadał albo szeptał w kościele podczas nabożeństwa, bywał wypraszany za drzwi ze wstydem, o ile należał do możniejszych; człowiek niższego stanu brał baty i strzyżono go w przedsionku na oczach tych, którzy przyszli.
- Kara strzyżenia głowy bywa czytana jako odwrócenie pogańskiej fryzury, ale prawo nie podaje żadnego uzasadnienia.
- Nie wiadomo, jak często te kary wymierzano; nie zachował się ani jeden wyrok z XI wieku.
- Wyłączenie strzegących ognia może dotyczyć zwykłej ostrożności przed pożarem, nie zaś obrzędu domowego paleniska.
- Podział na wypraszanych i bitych idzie w tym przepisie według stanu, nie według wieku, a kogo prawo liczyło do możniejszych, nie zostało powiedziane.
Skąd to wiadomoPrawa Stefana I: rozdziały o niedzieli, o poście, o rozmowach w kościele i o umierających bez spowiedzi
Strigi i czyniący szkodę w prawie Stefana
Zapis z tamtych czasówZa pierwszym razem post i nauka wiary, za drugim piętno kluczem kościelnym, za trzecim sąd. Wszystkie słowa w tym przepisie są łacińskie.
Czytaj dalejPrawo Stefana ma rozdział o strigach. Znalezioną strigę oddaje się kapłanowi na post i naukę wiary, a potem odsyła do domu; za drugim razem, po odbytym poście, wypala się jej na piersi, na czole i między łopatkami znak kluczem kościelnym, za trzecim zaś oddaje się ją sędziom świeckim.
Obok stoi rozdział o czyniących szkodę czarami: tego, kto komuś przez nie zaszkodził, wydaje się poszkodowanemu albo jego krewnym. Kara za strigę zaczyna się więc od nauczania, co znaczy, że prawo widziało w niej osobę do poprawienia, a nie istotę nieludzką do zniszczenia.
Wszystkie słowa tych rozdziałów są łacińskie i wędrowne, bo striga i maleficus chodziły po całej Europie łacińskiej i wszędzie znaczyły to samo. Węgierskie boszorkány, wyraz wywodzony z języków turkijskich, pojawia się w zapisach o wiele później i w prawie Stefana nie stoi ani razu.
- Z łacińskiego słowa nie da się odczytać, jaką istotę mieli na myśli ludzie mówiący po węgiersku.
- Piętnowanie kluczem kościelnym znane jest także z prawodawstwa poza Węgrami, więc przepis mógł być wzorowany, a nie obserwowany.
- Podział na rozdziały i ich numeracja różnią się między odpisami praw Stefana.
- Zestaw łacińskich słów w tych rozdziałach bywa w odpisach różny, więc wnioskowanie z samego słownictwa trzeba prowadzić ostrożnie.
Skąd to wiadomoPrawa Stefana I: rozdział o strigach i rozdział o czyniących szkodę czarami, pierwsza połowa XI w.
Prawa Stefana znamy z kodeksu o sto lat młodszego
Zapis po fakcieNajstarszy przekaz praw Stefana to kodeks z opactwa Admont, spisany w XII wieku. Numeracja rozdziałów różni się między odpisami.
Czytaj dalejPraw Stefana nie mamy w rękopisie z jego czasów. Najstarszy przekaz to kodeks z opactwa Admont w Styrii, spisany w XII wieku, a więc pokolenia po śmierci króla; dalej idą odpisy z XV stulecia oraz drukowany zbiór praw węgierskich z 1584 roku, na którym opiera się większość późniejszych wydań.
Podział na księgi i numeracja rozdziałów różnią się między odpisami, dlatego ten sam przepis bywa przywoływany pod różnymi liczbami. Pewna jest treść, chwiejny jest numer, i tak też należy je podawać: najpierw co w przepisie stoi, potem dopiero, w którym miejscu zbioru stoi to w danym odpisie.
Nie jest to drobiazg dla porządkowych. Każde zdanie o pogaństwie węgierskim opiera się na kilkunastu rozdziałach, które przeszły przez ręce kopistów spoza kraju w czasie, gdy sprawa była już dawno przesądzona, a pogańskiej praktyki nikt z nich nie oglądał na oczy.
- Nie da się rozstrzygnąć, czy kopista z XII wieku poprawiał brzmienie przepisów pod prawo swojego czasu.
- Dwie księgi praw Stefana mogły powstać w różnych latach jego panowania; kodeks ich nie datuje.
- Część rozdziałów znanych z druku z 1584 roku nie ma odpowiednika w kodeksie z Admont.
Skąd to wiadomoKodeks z opactwa Admont w Styrii, XII w.; odpisy z XV w.; drukowany zbiór praw węgierskich z 1584 r.
Szabolcs 1092: ofiara przy studni za jednego wołu
Zapis z tamtych czasówKto składa ofiary przy studniach albo znosi dary pod drzewa, do źródeł i na kamienie, płaci wołem. To najkonkretniejszy opis węgierskiego pogaństwa w prawie.
Czytaj dalejJest to najkonkretniejszy opis węgierskiej praktyki pogańskiej w całym zapisie prawnym, a zarazem opis bardzo ubogi. Wymienia miejsca, czyli studnię, drzewo, źródło i kamień, oraz czynność, czyli złożenie daru; nie wymienia ani jednego imienia, ani jednego dnia w roku, ani jednej osoby prowadzącej obrzęd.
20 maja 1092 roku Władysław I zebrał w Szabolcs biskupów, opatów i lud. Wśród uchwał tego zjazdu stoi przepis dwudziesty drugi: kto składa ofiary obyczajem pogańskim przy studniach albo znosi dary pod drzewa, do źródeł i na kamienie, płaci za swoją winę jednym wołem.
Kara jest majątkowa i jednorazowa: przepis żąda jednego wołu i niczego poza tym, ani pokuty, ani stawienia się przed biskupem, ani powtórzenia chrztu. Dla prawodawcy dar złożony pod drzewem był więc wykroczeniem, które gasi się zapłatą, a nie odstępstwem od wiary; wysokości grzywny nie ma zaś do czego przyłożyć, bo zbiór nie zna osobnej kary za porzucenie wiary.
- Zwrot o obyczaju pogańskim jest formułą wędrującą po prawie kościelnym całej łacińskiej Europy i sam w sobie nie dowodzi, że spisujący coś widział.
- Przepis nie rozstrzyga, czy zwyczaj przyszedł ze stepu, od sąsiadów słowiańskich, czy narósł przy konkretnym źródle i konkretnej wsi.
- Numeracja rozdziałów bywa w odpisach inna, treść przepisu jest jednak we wszystkich ta sama.
- Zestawianie tej grzywny z karami z innych ksiąg praw bywa mylące, bo każda z nich powstała na innym zjeździe i w innym czasie.
Skąd to wiadomoPrawa Władysława I, księga ze zjazdu w Szabolcs, 21 maja 1092 r., rozdział dwudziesty drugi
Czego żądał tłum pod Pesztem w 1046 roku
Zapis po fakcieŻądano czterech rzeczy: życia obyczajem pogańskim, śmierci duchownych, zburzenia kościołów i zniesienia dziesięciny. Żadnego boga na tej liście nie ma.
Czytaj dalejJesienią 1046 roku, gdy Andrzej i Lewente, synowie Vazula, wracali z Rusi po koronę, pod Pesztem zastąpił im drogę tłum. Żądania zapisano wyliczeniem: pozwolić całemu ludowi żyć obyczajem pogańskim, wybić biskupów i duchownych, zburzyć kościoły, zrzucić dziesięcinę z karku.
W tym wyliczeniu nie ma ani jednego boga, ani jednego kapłana własnego obrządku, ani święta, ani miejsca kultu. Żądano usunięcia nowego porządku wraz z jego ludźmi i jego daniną, i tyle właśnie da się z tej listy wyczytać, jeżeli nie dopowiada się jej z późniejszych wyobrażeń o dawnej wierze.
Książęta zgodzili się, bo nie mieli czym się przeciwstawić, po czym poszło zabijanie kapłanów i palenie kościołów. Po koronacji Andrzej rozkazał pod karą śmierci wrócić do wiary chrześcijańskiej, a Lewente, który umarł wkrótce potem, pochowany został za Dunajem pod Taksony dawnym obyczajem, nie zaś obrzędem chrześcijańskim.
- Opis pochodzi z kroniki złożonej w 1358 roku, opartej na starszych gestach, które nie zachowały się osobno.
- Tak zwany dekret Andrzeja I, nakazujący powrót do wiary, znany jest wyłącznie z późnych odpisów i nie jest tekstem prawa z XI wieku.
- Zwrot o obyczaju pogańskim jest formułą kronikarską; jakich słów użyli ludzie pod Pesztem, nie wiadomo.
- Kronika mówi o pogańskim pogrzebie Lewentego, o jego własnej wierze zaś nic pewnego nie podaje.
Skąd to wiadomoKronika węgierska złożona w 1358 r. na starszych gestach; wydarzenia z września 1046 r. pod Pesztem
Śmierć Gerarda i trzech biskupów
Zapis po fakciePod dniem 24 września 1046 zapisano śmierć biskupa Gerarda przy przeprawie pod Pesztem. Wzgórze nad rzeką nosi od tamtego dnia jego imię.
Czytaj dalejGerard, wenecjanin, od 1030 roku pierwszy biskup Csanádu i wychowawca królewicza Imre, jechał we wrześniu 1046 roku ku przeprawie pod Pesztem, by powitać wracającego Andrzeja. Towarzyszyli mu biskupi Beszteréd, Buldi i Beneta oraz komes Szolnok, a droga wiodła przez okolicę już objętą rozruchem.
Pod dniem 24 września zapisano, co stało się przy przeprawie: wóz biskupa wywrócono, jego samego obrzucono kamieniami, strącono ze zbocza nad Dunajem, przebito włócznią i roztrzaskano mu głowę o kamień. Buldi zginął pod kamieniami, Beszteréd zmarł po trzech dniach od ran, Benetę wyrwał tłumowi książę, Szolnok zaś utonął w rzece.
Wzgórze nad przeprawą nosi dziś imię Gerarda, lecz nazwa ta utrwaliła się długo po tamtym dniu i w zapisach z XI wieku nie stoi. W 1083 roku, za Władysława I, podniesiono jego szczątki, a w tym samym roku, choć w osobnych dniach, szczątki Stefana, królewicza Imre oraz dwóch pustelników znad Nitry; dopiero wtedy zaczęto spisywać legendy, z których cały ten obraz roku 1046 znamy. Pięć wyniesień w ciągu jednego roku zamknęło sprawę: bunt stał się męczeństwem, a chrzest Węgier opowieścią o świętych założycielach.
- Dłuższa legenda o Gerardzie zachowała się w odpisach czternastowiecznych i zna szczegóły, których wersja krótsza nie podaje.
- Dzień 24 września jest dniem święta; że jest to dokładna data śmierci, opiera się na kalendarzu liturgicznym, nie na zapisie z 1046 roku.
- Liczby zabitych duchownych nie potwierdza żaden dokument ani żadne znalezisko.
- Imię Gerarda przy wzgórzu nad Dunajem poświadczają dopiero zapisy późniejsze; jak nazywano je w 1046 roku, nie wiadomo.
Skąd to wiadomoLegenda o biskupie Gerardzie w wersji krótszej i dłuższej; kronika węgierska; podniesienie relikwii w 1083 r.
Vata z Belus, jedyne imię
Zapis po fakcieVata ogolił głowę i zostawił trzy warkocze, a ludzie jego jedli koninę. To jedyne imię przywódcy pogańskiego w całym węgierskim zapisie.
Czytaj dalejKronika nazywa przywódcę buntu z 1046 roku po imieniu: Vata z Belus w ziemi békéskiej. O nim właśnie napisano, że pierwszy oddał się demonom, ogolił głowę i zostawił na niej trzy warkocze obyczajem pogańskim, ludzie zaś jego jedli koninę, co miało znaczyć jawne zerwanie z kościelnym porządkiem.
Ani o Vacie, ani o jego synu nie zapisano tytułu, urzędu ani obrzędu poza owym znakiem na głowie i mięsem końskim. Konina jako znak pogaństwa wypominana była w listach papieskich do misjonarzy już w VIII wieku, a więc trzy stulecia przed Vatą i daleko od Dunaju, i mogła trafić do kroniki jako gotowa formuła.
Jest to jedyne imię przywódcy buntu w całym węgierskim zapisie, choć nie jedyne imię z tej strony. Kronika wymienia jeszcze syna Vaty, Janusa, który miał zgromadzić wokół siebie wielu czarowników, oraz kobietę imieniem Rasdi, wtrąconą za panowania Beli I do lochu, gdzie podobno dokonała żywota; żadnemu z tych dwojga nie przypisuje jednak ani dowodzenia, ani urzędu.
- Trzy warkocze i konina mogą być skrótem kronikarskim na oznaczenie poganina, a nie opisem tego, co widziano.
- Zdanie o oddaniu się demonom jest formułą duchownego i nie mówi nic o treści wierzeń.
- Losy Rasdi w lochu opisano w kronice w sposób jawnie przesadny i nie da się ich sprawdzić.
- Imiona Janusa i Rasdi stoją wyłącznie w tej samej późnej kronice i nie mają potwierdzenia w żadnym dokumencie.
Skąd to wiadomoKronika węgierska złożona w XIV w., ustępy o roku 1046 i o czasach Beli I
Pomosty pod Székesfehérvárem w 1061 roku
Zapis po fakcieTłum sklecił drewniane pomosty, żeby mówiących słychać było ponad głowami. Król poprosił o trzy dni do namysłu i ściągnął wojsko.
Czytaj dalejBela I, koronowany 6 grudnia 1060 roku, wezwał w roku następnym do Székesfehérváru po dwóch starszych z każdej wsi, by wyłożyli swoje żale. Zamiast wysłanników przyszedł tłum, który sklecił drewniane pomosty, aby mówiących słychać było ponad głowami zgromadzonych.
Z tych pomostów padły żądania: żyć obyczajem ojców, kamienować biskupów, wieszać poborców dziesięciny, wybić duchownych. Król poprosił o trzy dni do namysłu, ściągnął tymczasem wojsko i rozgromił zgromadzonych, przywódców kazał zabić, innych okaleczyć, resztę zaś rozpędzono na cztery strony.
Po 1061 roku żaden węgierski zapis nie notuje już żądania powrotu do dawnego obyczaju. Trzydzieści lat później Władysław I pisał prawa, w których pogaństwo to już tylko dar złożony pod drzewem albo przy studni i grzywna jednego wołu, a więc wykroczenie porządkowe, nie zaś zagrożenie dla panowania.
- Opis pochodzi z tej samej kroniki złożonej w XIV wieku i powtarza układ sceny z roku 1046.
- Nie da się rozdzielić, ile w żądaniach było sprzeciwu wobec obrzędu, a ile wobec dziesięciny i poborców.
- Szczegół z pomostami nie ma potwierdzenia w żadnym innym zapisie.
Skąd to wiadomoKronika węgierska złożona w XIV w.; zjazd w Székesfehérvárze w 1061 r., po koronacji Beli I 6 grudnia 1060 r.
Panteon ułożono dopiero w XIX wieku
Ułożone przy biurkuOd 973 do 1061 roku nie pada w żadnym zapisie imię węgierskiego boga. Imię Hadúr pojawia się po raz pierwszy w poemacie z 1823 roku.
Czytaj dalejOd poselstwa z 973 roku po rozgromienie tłumu w 1061 nie pada w żadnym dokumencie, prawie, legendzie ani kronice ani jedno imię węgierskiego boga. Prawa wymieniają miejsca, czyli studnię, drzewo, źródło i kamień, oraz czynności; kroniki wymieniają demony i bałwany, czyli łacińskie słowa na cudzą świętość.
Wielka mitologia węgierska, z której czerpią późniejsze zestawienia panteonu, została ułożona z folkloru i wydana w Peszcie w 1854 roku. Cokolwiek krąży jako lista bogów dawnych Węgrów, ma datę powstania w XIX albo XX wieku i tę właśnie datę trzeba podawać razem z imionami, żeby nie mylić porządków.
Najstarszy ciągły tekst zapisany po węgiersku, mowa pogrzebowa z końca XII wieku, jest już chrześcijański, a użyty w niej wyraz isten oznacza Boga i niczego więcej nie zdradza; pojedyncze węgierskie słowa stoją wcześniej, w łacińskim akcie dla opactwa w Tihany z 1055 roku, i są to nazwy miejsc, nie imiona. Imię Hadúr, podawane dziś jako węgierski bóg wojny, pojawia się po raz pierwszy w poemacie epickim z 1823 roku i rozchodzi się szerzej z drugim poematem, wydanym w 1825.
- Boldogasszony, imię często podawane jako ślad bogini, poświadczone jest wyłącznie jako chrześcijańskie określenie Matki Bożej.
- Brak imion w źródłach nie dowodzi, że ich nie było; dowodzi tylko, że nikt ich nie zapisał i że dzisiejsze listy nie mają skąd pochodzić.
- Pochodzenie wyrazu isten pozostaje nierozstrzygnięte i nie wiąże się z żadną postacią znaną z jakiegokolwiek zapisu.
- Wyrazy węgierskie z aktu z 1055 roku to nazwy miejscowe wpisane w łaciński tekst, więc o mowie żywej mówią niewiele i o wierzeniach nic.
Skąd to wiadomoMilczenie aktów, praw i kronik X–XI w.; mowa pogrzebowa ok. 1195 r.; poematy z 1823 i 1825 r.; mitologia wydana w Peszcie w 1854 r.
Rozpalone żelazo w Váradzie
Czterysta protokołów sądu Bożego
Między prawem Kolomana z około 1100 roku a pierwszymi protokołami kapituły wáradzkiej z 1208 leży stulecie, po którym nie został niemal żaden zapis, a zaraz za nim — blisko czterysta spraw sądowych z imionami, wsiami i wyrokami, rozstrzyganych próbą rozpalonego żelaza. Ta sekcja bierze ów rejestr na warsztat: ile spraw, jakie zarzuty, ile dotyczy czarów i trucizny, i dlaczego sądzono tak jeszcze dwadzieścia lat po zakazie soborowym. Dalej idzie relacja człowieka, który przeżył najazd 1241 roku jako jeniec i zapisał, co widział na własne oczy. Na końcu stoją dwa teksty, w których węgierska religijność mówi już własnym językiem: lament matki wpisany w cudzy kodeks około 1300 roku i całe Pismo wytłoczone w Vizsoly 20 lipca 1590.
Rozkaz z 1181 roku: co przed królem, to na piśmie
Zapis z tamtych czasówSto lat węgierskich dziejów nie ma własnych kart, bo dopiero w 1181 roku król nakazał, by każda sprawa rozstrzygnięta przed nim szła na pismo.
Czytaj dalejZmienił to jeden rozkaz. W dokumencie z 1181 roku Béla III postanowił, że każda sprawa rozstrzygnięta w jego obecności ma zostać potwierdzona pismem, żeby po latach nikt nie mógł jej podważyć. Od tej decyzji zaczyna się ciągły zapis węgierski: najpierw kancelaria królewska, a za nią kapituły i klasztory zaczynają wytwarzać dokumenty, z których cokolwiek daje się potem policzyć.
Dziura w wiedzy o dwunastym stuleciu jest więc dziurą w archiwum, nie w życiu. Wszystko, co z tych stu lat wiadomo, przyszło albo od gości z zewnątrz, albo z kilku kodeksów klasztornych, albo wstecz — z dokumentów wystawionych już w wieku następnym, gdy trzeba było wreszcie spisać to, co dotąd trzymała wyłącznie pamięć starych ludzi.
Między prawem Kolomana z około 1100 roku a pierwszymi protokołami kapituły wáradzkiej z 1208 leży całe stulecie, po którym zostało niewiele zapisów o tym, jak Węgrzy żyli i w co wierzyli: parę kodeksów klasztornych, garść dokumentów królewskich i relacja jednego przyjezdnego. Powód jest prozaiczny i nie ma nic wspólnego z religią: sprawy załatwiano ustnie, a dowodem była pamięć świadków oraz słowo królewskiego urzędnika, nie karta pergaminu.
- Rozkaz z 1181 roku nie jest początkiem pisma na Węgrzech: dokumenty królewskie wystawiano od XI wieku. Jest początkiem zasady, że pismo ma moc wiążącą.
- Z braku zapisów o wierze w XII wieku nie wynika, że nie było o czym pisać — wynika, że nie było komu i po co.
- Cisza dwunastego stulecia jest ciszą względną: z tych samych stu lat pochodzą i kodeks z kazaniem pogrzebowym, i opis kraju zostawiony przez przyjezdnego, i pierwsze dokumenty królewskie.
Skąd to wiadomoDokument Béli III, rok 1181
Trzy lata nad Dunajem, 1150–1153
Zapis z tamtych czasówPodróżnik z Grenady spędził na Węgrzech blisko trzy lata w połowie XII wieku i zostawił jedyny opis tego kraju widziany oczami muzułmanina.
Czytaj dalejOkoło 1150 roku przybył na Węgry Abu Hamid z Grenady, uczony podróżnik, który przedtem mieszkał nad dolną Wołgą, i został tu blisko trzy lata. Trafił na dwór Gejzy II i opisał to, czego nie opisuje żadna węgierska kronika: że w chrześcijańskim królestwie mieszkają i służą wojskowo muzułmanie, których liczył na tysiące i których znał z rozmowy, nie ze słyszenia.
Spisał to już po wyjeździe, we własnych księgach podróżnych, a później wysłał tamtejszym współwyznawcom list ze stepu. Dla stulecia, z którego dział nie ma ani jednej karty, jest to jedyne świadectwo pisane ręką kogoś, kto w tym kraju siedział przez lata i miał osobisty powód, żeby patrzeć na cudzą wiarę uważnie.
Rozróżnił wśród nich dwie grupy: potomków przybyszów ze wschodu, osiadłych w królestwie od pokoleń, oraz tych, których nazywał ludźmi z zachodu i którzy chodzili na wyprawy u boku króla. O jednej z nich pisał, że wiary pilnuje potajemnie, a na zewnątrz uchodzi za chrześcijan. Twierdził, że uczył obie prawa religijnego i postu, że rozstrzygał ich spory obyczajowe i że zostawiając kraj, zostawił w nim własnego syna z obietnicą powrotu.
- Liczby, które podaje, są szacunkiem gościa, nie spisem; nie ma dokumentu, który dałoby się z nimi zestawić.
- Relacja mówi o muzułmanach królestwa, a nie o wierze Węgrów. Te dwie rzeczy bywają mieszane, bo stoją w jednym tekście.
- Która z dwóch grup kryła się z wiarą, a która praktykowała ją jawnie, wychodzi z tego opisu niejednoznacznie i bywa czytane na dwa sposoby.
Skąd to wiadomoKsięgi podróżne Abu Hamida z Grenady, spisane po 1153 roku
27 czerwca 1192: grób, przy którym potem sądzono
Zapis z tamtych czasów27 czerwca 1192 roku otwarto w Váradzie grób króla zmarłego sto lat wcześniej. Przy tym właśnie grobie zaczęto wkrótce nosić rozpalone żelazo.
Czytaj dalejZa sprawą Béli III i za zgodą Rzymu wyniesiono 27 czerwca 1192 roku na ołtarze króla Władysława, zmarłego niemal sto lat wcześniej, w 1095 roku. Grób otwarto w kościele w Váradzie, w obecności legata papieskiego, szczątki podniesiono i złożono w nowym miejscu, a dzień ten wszedł do kalendarza całego królestwa.
Rzecz ma skutek, który widać w papierach następnego pokolenia. Grób stał się miejscem, do którego zjeżdżano z odległych komitatów po rozstrzygnięcie sporu, a kapituła wáradzka prowadziła przy nim próbę rozpalonego żelaza i zapisywała jej wynik. Stulecie bez zapisu kończy się więc nie traktatem o wierze, lecz urzędem, który zaczął notować nazwiska.
Kult jest tu zarazem sprawą kościelną i państwową: król-rycerz zostaje patronem, jego wizerunek trafia z czasem na monety i chorągwie, a imię wchodzi do formuł przysięgi. Świadectwem nie są jednak opowieści o cudach, tylko akta sądowe, w których nad tym grobem rozstrzyga się o skradzionym koniu, o miedzy i o cudzej wolności.
- Związek między kultem a próbą żelaza wynika ze zbieżności miejsca i dat, nie z jednego zdania, które wprost by go stwierdzało.
- Data 1192 dotyczy wyniesienia na ołtarze, a nie początku czci; tej ostatniej żaden dokument nie datuje.
- Osobnego dokumentu o wyniesieniu na ołtarze nie ma; dzień i rok znane są z kalendarzy liturgicznych oraz z żywota spisanego wkrótce po tej dacie.
- Udział Rzymu poświadcza obecność legata przy grobie, a nie zachowane pismo papieskie.
- Wizerunek na monetach i chorągwiach oraz imię w formułach przysięgi należą do wieków późniejszych niż 1192 i karta ich nie datuje.
Skąd to wiadomoAkt wyniesienia na ołtarze, Várad, 27 czerwca 1192
Kodeks z Boldvy i to, co leży obok kazania
Zapis z tamtych czasówNajstarszy ciągły tekst węgierski leży w mszale spisanym około 1192 roku — obok łacińskiego kazania o tym samym, roczników i zapisu nutowego.
Czytaj dalejWarto zobaczyć, co stoi obok. Tuż za tekstem węgierskim idzie w kodeksie łacińskie kazanie o tej samej treści, a zestawienie obu pokazuje rzecz ważną: węgierskie kazanie nie jest przekładem, tylko mówieniem od siebie, podczas gdy następująca po nim modlitwa idzie za łaciną niemal słowo w słowo. Ktoś więc wtedy kazał po węgiersku, a nie tylko tłumaczył z kartki.
Kodeks spisany w latach około 1192–1195 w opactwie nad Bodvą zawiera węgierskie kazanie pogrzebowe liczące dwadzieścia sześć wierszy, a zaraz po nim sześciowierszową modlitwę. Zabytek bywa przywoływany wyłącznie jako pierwsze zdanie w tym języku, choć w tym samym tomie leży znacznie więcej.
Ten sam kodeks niesie najstarsze węgierskie roczniki, tablicę wielkanocną i zapis nutowy śpiewu kościelnego, a na jednej z kart obraz namaszczenia ciała Chrystusa. To nie zabytek jednego zdania, lecz cała skrzynia narzędzi pracy parafialnej z końca XII wieku.
- Datowanie opiera się na tablicy wielkanocnej i na kroju pisma, a nie na dacie wpisanej w tekst.
- Miejsce spisania wskazuje na opactwo nad Bodvą, ale wynika ono z treści kalendarza, nie z zapisu w kodeksie.
- Z tego, że kazanie jest swobodne, nie wynika, że nie miało łacińskiego wzoru — wynika tylko, że nie jest jego przekładem.
- Tablica wielkanocna nie datuje sama kodeksu: podaje lata, na które ją wyliczono, a nie rok, w którym go spisano.
Skąd to wiadomoSakramentarz spisany w latach 1192–1195, karta z kazaniem i modlitwą
Rejestr wáradzki: rękopis przepadł, druk został
Zapis z tamtych czasówProtokoły sądu Bożego z Váradu z lat 1208–1235 przepadły razem z rękopisem. Znamy je tylko dlatego, że w 1550 roku wydrukowano je w Kolozsvárze.
Czytaj dalejKapituła w Váradzie prowadziła między 1208 a 1235 rokiem księgę, w której notowano sprawy rozstrzygane próbą rozpalonego żelaza: kto kogo oskarżył, o co, z jakiej wsi pochodził, który urzędnik go przyprowadził i jak rzecz się skończyła. Rękopisu nie ma. Kościół z grobem zburzono w 1565 roku, a archiwum kapituły rozproszyło się razem z nim.
Tekst ocalał, ponieważ piętnaście lat wcześniej kazał go wydrukować Jerzy Martinuzzi, biskup Váradu i skarbnik królestwa. Druk wyszedł w Kolozsvárze w 1550 roku pod tytułem mówiącym o obrządku dochodzenia prawdy, którym naród węgierski posługiwał się trzysta czterdzieści lat wcześniej — a ta liczba w tytule wskazuje wprost na rok 1210.
Wiek trzynasty bywa przedstawiany tak, jakby nie zostawił po sobie nic prócz kronik pisanych na dworze. Tymczasem leży tu kilkaset protokołów z imionami zwyczajnych ludzi, z nazwami wsi i z wyrokami, a zapisywano je na bieżąco, w trakcie spraw, nie układano po latach przy dworze.
- Druk z 1550 roku jest jedynym przekazem; kompletności ani kolejności pozycji nie da się sprawdzić z rękopisem, bo rękopisu nie ma.
- Wydawca miał własny cel — pokazać dawny obyczaj prawny królestwa — i nie wiadomo, czy wytłoczył całą księgę, czy wybór z niej.
- Zestawianie wieku protokołów z wiekiem kronik nie wychodzi jednoznacznie: datowanie najstarszych węgierskich gest jest sporne i mieści się w tych samych dziesięcioleciach.
Skąd to wiadomoProtokoły kapituły wáradzkiej 1208–1235, druk kolozsvárski z 1550 roku
Jak wyglądała próba rozpalonego żelaza
Zapis z tamtych czasówOskarżony niósł kawał rozpalonego żelaza kilka wymierzonych kroków; dłoń zawiązywano i pieczętowano, a otwierano ją dopiero trzeciego dnia.
Czytaj dalejZaraz po próbie dłoń owijano i pieczętowano, żeby nikt jej po drodze nie opatrzył, i otwierano trzeciego dnia. Protokół notuje wynik jednym słowem: spalony albo oczyszczony. Osobno zapisywano tych, którzy się nie stawili, oraz tych, którzy pogodzili się przed próbą, a takich spraw jest w księdze naprawdę dużo.
Za całość pobierano opłatę i kapituła miała z niej stały dochód. To tłumaczy, dlaczego księga w ogóle powstała: nie po to, by opisać obyczaj dla potomnych, lecz po to, by wiedzieć, kto przyszedł, kto zapłacił i co postanowiono. Najlepsze źródło do dawnej obyczajowości bywa księgą rachunkową.
Postępowanie miało stały porządek. Strony przyprowadzał do Váradu urzędnik zwany pristaldem, sprawę wciągano do księgi, a tego, kto miał się oczyścić, trzymano przedtem o poście i modlitwie. Dopiero potem rozpalano żelazo, błogosławiono je przepisaną formułą i kazano nieść przez odmierzoną z góry odległość.
- Ile dokładnie kroków trzeba było przejść i jak ciężkie było żelazo, podają późniejsze zbiory prawa, nie same protokoły.
- Z tego, że kogoś zapisano jako oczyszczonego, nie wynika nic o stanie jego dłoni — wynika tylko, co orzekli ci, którzy ją oglądali.
- Szczegóły obrzędu — post przed próbą, formuła błogosławieństwa, zapieczętowanie dłoni — znane są z ksiąg liturgicznych i ze zbiorów prawa; sam protokół notuje zwykle strony, zarzut, urzędnika i wynik.
Skąd to wiadomoZapisy protokolarne kapituły wáradzkiej, lata 1208–1235
Trzysta osiemdziesiąt dziewięć spraw i tysiące imion
Zapis z tamtych czasówW druku z 1550 roku stoi trzysta osiemdziesiąt dziewięć spraw, blisko sześćset nazw miejscowych i około dwóch i pół tysiąca ludzi wymienionych z imienia.
Czytaj dalejZnacznie ważniejsza jest jednak druga liczba. W tych samych zapisach stoi blisko sześćset nazw miejscowych oraz około dwóch i pół tysiąca osób wymienionych z imienia: powodowie, pozwani, świadkowie, urzędnicy prowadzący strony. Dla węgierskiego trzynastego wieku nie ma drugiego zbioru, w którym tylu zwyczajnych ludzi zostało nazwanych po imieniu.
Zasięg też daje się zmierzyć, bo protokół zawsze podaje, skąd kto przyszedł. Sprawy napływają z komitatów po obu stronach Cisy oraz spod Karpat, a nie z samego sąsiedztwa miasta. Sąd Boży przy jednym grobie obsługiwał zatem znaczną część kraju i był dla niego instytucją, nie miejscową osobliwością.
Kto przeliczy pozycje druku, dojdzie do trzystu osiemdziesięciu dziewięciu spraw rozłożonych na dwadzieścia osiem lat. Wypada z tego kilkanaście rocznie, a to znaczy, że przy grobie w Váradzie próba żelaza odbywała się rzadko i uroczyście, a jechano po nią z daleka i za opłatą.
- Liczby są rachunkiem z druku, nie z rękopisu; jeśli wydawca coś pominął, pominięcia nie widać w żaden sposób.
- Numeracja pozycji bywa w wydaniach różna, więc zestawienia oparte na numerach nie zawsze do siebie pasują.
- Częstość spraw mówi o tym, ile ich zapisano, a nie o tym, ile ich rzeczywiście było.
- Rachunek obejmuje jeden kościół; żelazo noszono również przy innych, więc z tych liczb nie wynika, jak często sądzono tak w całym królestwie.
Skąd to wiadomoRachunek pozycji w druku kolozsvárskim z 1550 roku
Co zarzucano: koń, miedza i cudza wolność
Zapis z tamtych czasówNajczęstsze zarzuty w Váradzie to kradzież konia i bydła, podpalenie, zabójstwo, spór o miedzę — oraz spór o to, czy człowiek jest wolny.
Czytaj dalejKatalog spraw jest przyziemny aż do bólu: zabrany koń, zagnane bydło, spalona stodoła, zabity sąsiad, sprzęty wyniesione z kościoła, złamana przysięga, pobicie. Obok nich stoi ogromna grupa sporów o ziemię i granice posiadłości, prowadzonych przez tych samych ludzi, którzy potem płacili za nie własną dłonią.
Osobną i bardzo liczną kategorią są sprawy o wolność osobistą. Ktoś twierdzi, że jest człowiekiem wolnym, a pan grodu albo opactwo twierdzą, że to ich poddany, i rzecz idzie pod żelazo. To najtwardszy obraz węgierskiej wsi trzynastego wieku, jaki w ogóle istnieje, bo mówi o niej z imienia człowieka i z nazwy osady.
Chłop odzywa się w węgierskich źródłach średniowiecznych rzadko. Tutaj się odzywa: stoi w protokole jako strona, z własnym imieniem, z miejscem zamieszkania i z wyrokiem, który go dotyczy. Między chrztem a późniejszymi procesami o czary leży więc cała warstwa spraw, w których zwyczajni ludzie występują pod własnym imieniem i z nazwą swojej osady.
- Zapisano tu skargi, a nie stan rzeczy; z liczby oskarżeń o kradzież koni nie wynika, ile koni kradziono.
- Wyrok mówi, jak sprawę zamknięto, a nie, po czyjej stronie była racja.
- Imię i wieś zapisał pisarz kapituły po łacinie; jak brzmiały w mowie stron, z protokołu nie wynika.
Skąd to wiadomoProtokoły wáradzkie, sprawy z lat 1208–1235
Czary, trucizna i wróżba przed sądem Bożym
Zapis z tamtych czasówSprawy o czary i trucicielstwo są w rejestrze wáradzkim wyjątkiem: kilkanaście do dwudziestu kilku na blisko czterysta, i wszystkie nazwane po łacinie.
Czytaj dalejWśród wáradzkich protokołów stoją oskarżenia o czynienie szkody sztuką tajemną oraz o trucie. Ile ich dokładnie jest, zależy od tego, czy trucicielstwo liczyć razem z czarami: wychodzi wtedy kilkanaście albo dwadzieścia kilka pozycji na blisko czterysta. W żadnym rachunku nie jest to więcej niż drobny ułamek księgi i nie widać tu żadnej fali.
To najstarsze węgierskie akta, w których konkretnych ludzi oskarżono o czary z imienia, z nazwą wsi i z wyrokiem. Są starsze o trzy i pół stulecia od procesów, którymi zwykle zaczyna się tę opowieść, i pokazują sprawę w stanie wcześniejszym: nie ma tu jeszcze ani paktu, ani nocnego zgromadzenia, ani lotu, ani gromady wspólników.
Sam zarzut nazwany jest po łacinie — striga, malefica, venefica — a węgierskiego słowa na czarownicę w tych zapisach nie ma, choć imiona stron i nazwy wsi są węgierskie. Zarzut brzmi zresztą tak samo jak w sprawie o konia: ktoś komuś zaszkodził, ktoś się tego wypiera i trzeba rozstrzygnąć. Bywa, że niosący żelazo wychodzi z próby czysty, a wtedy sprawa obraca się przeciwko temu, kto ją wytoczył.
- Liczba zależy od tego, co uznamy za czary; sam druk nie dzieli spraw na kategorie i nie podaje żadnych sum.
- Brak diabła i sabatu w tych aktach to brak w zapisie sądowym trzynastego wieku, a nie dowód, czego ludzie się wtedy bali.
- Nazwę zarzutu wybrał pisarz kapituły, a nie strony; jakim słowem mówili o tym sami oskarżający, z protokołu nie wynika.
Skąd to wiadomoProtokoły wáradzkie, sprawy o maleficium i veneficium, 1208–1235
Sobór zakazał w 1215, Várad sądził do 1235
Zapis z tamtych czasówSobór laterański zakazał duchownym udziału w próbach ognia i wody w 1215 roku. W Váradzie noszono żelazo jeszcze przez dwadzieścia lat.
Czytaj dalejJesienią 1215 roku sobór zgromadzony na Lateranie zabronił duchownym błogosławić próby rozpalonym żelazem oraz wodą zimną i gorącą. Bez błogosławieństwa i bez obecności księdza cała procedura traciła sens, ponieważ to właśnie Bóg miał w niej rozstrzygać, a kapłan był jedynym, kto mógł Go do tego wezwać.
Rejestr wáradzki pokazuje, jak długa bywa droga od zakazu do praktyki. Sprawy idą dalej rok po roku, a ostatnie zapisy pochodzą z 1235 roku, czyli z dwudziestego roku po soborze. Kapituła prowadzi je przy grobie świętego króla i pobiera za nie ustaloną opłatę, jak gdyby w Rzymie nie postanowiono niczego.
Zamknięcie sprawy przyszło z zewnątrz i znacznie później: zjazd duchowieństwa zwołany w Budzie w 1279 roku przez legata papieskiego zakazał klerowi udziału w takich rozstrzygnięciach wprost i pod karą. Sąd Boży ustępuje więc nie dlatego, że przestano weń wierzyć, lecz dlatego, że odebrano mu obsługę.
- Z tego, że rejestr urywa się w 1235 roku, nie wynika, że wtedy przestano nosić żelazo; wynika, że przestano to zapisywać albo że zapis nie dotrwał.
- Zakaz soborowy dotyczył duchownych, a nie sądów; świeckie prawo długo jeszcze znało pojedynek sądowy jako sposób dowodzenia.
Skąd to wiadomoKanon soboru laterańskiego z 1215; ostatnie zapisy rejestru z 1235; zjazd legacki w Budzie 1279
Rok 1231: prawo stwierdza, że pristald kłamie
Zapis z tamtych czasówDekret z 1231 roku uznaje, że słowu królewskiego urzędnika nie można wierzyć, i każe potwierdzać je listem kapituły albo konwentu.
Czytaj dalejW 1231 roku Andrzej II wydał odnowienie wcześniejszej wielkiej ustawy, a w nim przepis, którego nie sposób przeczytać łagodnie: świadectwo pristalda ma być odtąd ważne tylko wówczas, gdy potwierdzi je listem biskup, kapituła albo konwent, ponieważ pristaldzi zeznają nieprawdę. Ustawa nazywa więc urzędnika kłamcą w tekście urzędowym.
Tym jednym przepisem zaczyna się węgierska instytucja miejsc wiary publicznej. Kapituły i klasztory zaczynają wystawiać dokumenty, przechowywać ich odpisy u siebie i wysyłać własnych ludzi do czynności prawnych w terenie, a przyłożona pieczęć zastępuje odtąd to, co dotąd trzymała ludzka pamięć.
Rejestr wáradzki zaczyna się o pokolenie przed tym przepisem i biegnie jeszcze cztery lata po nim, a prowadzi go ta sama kapituła, która potem stała się takim właśnie miejscem wiary publicznej. Widać na nim, jak urząd uczy się pisać: najpierw notuje sprawy dla własnego rachunku, a potem zaczyna wystawiać świadectwa dla całego królestwa i utrzymywać się z ich wydawania.
- Przepis podaje nieprawdomówność pristaldów jako powód zmiany; nie wiadomo, ilu i jak często kłamało, bo nikt tego nie liczył.
- Pierwsze dokumenty kapitulne są starsze od 1231 roku; ustawa nie tworzy zwyczaju, tylko czyni go obowiązkiem.
Skąd to wiadomoDekret Andrzeja II z 1231 roku, przepis o świadectwie pristalda
Kanonik z Váradu, który przeżył niewolę
Zapis z tamtych czasówNajdokładniejszy opis najazdu 1241 roku napisał kanonik z Váradu, który dostał się do niewoli i wyrwał się z niej dopiero przy odwrocie wojsk.
Czytaj dalejPo najeździe został tekst, jakiego Węgry nie miały wtedy o niczym innym: lament nad zniszczeniem królestwa, spisany około 1243–1244 roku przez włoskiego duchownego, który od lat trzydziestych mieszkał na Węgrzech jako kanonik w Váradzie. Nie pisał ze słyszenia. Był w mieście, uciekał przed wojskiem, ukrywał się w lesie, został wzięty do niewoli i służył w niej aż do odwrotu.
Autor przeżył i zrobił karierę: po latach został arcybiskupem w dalmatyńskim Splicie i umarł tam w 1266 roku. Drugi opis najazdu, pisany mniej więcej w tym samym czasie, zostawił archidiakon tego właśnie miasta, który patrzył na wojska stepowe od strony wybrzeża. Dwa niezależne świadectwa o jednym roku to dla trzynastowiecznych Węgier rzecz wyjątkowa.
Tekst przetrwał dzięki drukarzom. Rękopisu, z którego go wytłoczono, dziś nie ma; w 1488 roku dołączono go jako dodatek do drukowanej kroniki węgierskiej i w tej postaci rozszedł się po Europie. Ten sam druk bywa przywoływany wyłącznie jako wydanie kroniki, choć w tym samym tomie stoi relacja naocznego świadka najazdu.
- Lament jest formą literacką z własnymi prawami: liczby zabitych i ukrytych bywają w nim wielkością retoryczną, nie rachunkiem.
- Autor pisał dla dostojnika kościelnego i miał powód, by pokazać królestwo jako zniszczone do dna.
- Tekst znany jest z druku, a nie z zachowanego rękopisu; tego, co zmienił wydawca, nie ma z czym porównać.
Skąd to wiadomoLament o zniszczeniu królestwa, spisany 1243–1244, ogłoszony drukiem w 1488 roku
Cudza pieczęć, zwabione wsie i głód 1242 roku
Zapis z tamtych czasówWojska stepowe pisały listy w imieniu króla zdobytą pieczęcią i wywabiały nimi ludzi z lasów na żniwa. Zimą 1242 roku przyszedł głód.
Czytaj dalejWojska przeszły przez karpackie przełęcze w marcu 1241 roku, a jedenastego kwietnia rozbiły króla nad Sajó; w zdobytym obozie wpadły im w ręce pieczęcie kancelarii. Świadek zapisał, co z nimi zrobiono: schwytanych pisarzy zmuszono do wystawiania listów w imieniu króla, wzywających ludność, by wyszła z kryjówek, wróciła do wsi i zebrała zboże.
Kto uwierzył, ginął albo trafiał do pracy. Relacja opisuje ludzi zbitych w gromady na wzgórzach i w obwarowaniach z ziemi, ustanawianych nad nimi miejscowych nadzorców, zwożenie plonu pod cudzą władzą, a wreszcie zimę, po której nie było już czego jeść. O tym, co jedzono w głodzie 1242 roku, świadek pisze wprost i bez żadnych ozdób.
Kraj po odwrocie to nie tylko spalone wsie. Król wrócił z wybrzeża, zaczął sprowadzać osadników i budować zamki z kamienia, a Kumanów, wypędzonych z królestwa tuż przed najazdem, wpuścił z powrotem; wyłożył to potem papieżowi w liście pisanym w 1250 roku. Wrócili więc do środka kraju nie przez zaniedbanie, lecz z rachunku wojskowego — ci sami, którzy wcześniej uciekli przed wojskiem, jakie potem królestwo spustoszyło.
- Opis fałszywych listów pochodzi od jednego świadka i nie potwierdza go żaden inny zapis z epoki.
- Skalę wyludnienia liczy się zwykle z późniejszych nadań ziemi pustej; to rachunek z dokumentów majątkowych, nie spis ludności.
- Najeźdźcy i Kumanowie to w tych latach dwa różne wojska i dwa różne ludy; łączy je tylko to, że oba przyszły ze stepu.
Skąd to wiadomoRelacja naocznego świadka najazdu, spisana w latach 1243–1244; list królewski do papieża z 1250
Prawica, głowa i ściana
Rok 1083 i cykl malarski w pół setce kościołów
Królestwo miało własnych świętych, zanim skończyło sto lat: w jednym 1083 roku podniesiono z ziemi pięcioro zmarłych, a stulecie później dołączył do nich król, który to wszystko zarządził. Po tym kulcie nie zostały domysły, lecz rzeczy policzalne — relikwia o trasie udokumentowanej co do dnia, urzędowy rejestr prób sądowych spisywany przy grobie przez dwadzieścia siedem lat, protokół stu dziesięciu przesłuchań z 1276 roku i jedna i ta sama opowieść namalowana na ścianach kilkudziesięciu wiejskich kościołów. Sekcja idzie za tymi przedmiotami i dokumentami od XI wieku po XX, a osobno odnotowuje, co dopisano do nich później.
Pięcioro świętych w jednym roku, 1083
Zapis z tamtych czasówDwudziestego sierpnia 1083 roku otwarto grób pierwszego króla, a w ciągu tych samych miesięcy podniesiono z ziemi jeszcze czworo zmarłych.
Czytaj dalejWszystko odbyło się w jednym roku, choć nie w jednym dniu i nie w jednym miejscu. Siedemnastego lipca 1083 podniesiono z ziemi dwóch pustelników z gór Zobor, Świerada i Benedykta, dwudziestego sierpnia otwarto w Székesfehérvárze grób króla Stefana, piątego listopada wyniesiono jego syna Emeryka, a osobno dołączył do nich Gerard, biskup Csanádu, zabity w buncie z 1046 roku.
Zarządził to panujący wówczas Władysław, człowiek, który sam trafi na ołtarze sto dziewięć lat później. Rachunek jest prosty i warto go mieć przed oczami: królestwo istniało od osiemdziesięciu paru lat, a miało już pięcioro własnych świętych — króla, królewicza, biskupa i dwóch pustelników, czyli komplet stanów, jakiego taki kult potrzebuje.
Najstarszy węgierski tekst hagiograficzny dotyczy właśnie tych dwóch pustelników i powstał przed wyniesieniem, między 1064 a 1070 rokiem; spisał go biskup Peczu Maurus, zaznaczając, że Benedykta znał osobiście ze szkoły w Pannonhalmie. Opisał rzeczy policzalne: obręcz wrosłą w ciało, czterdzieści orzechów wydzielonych na cały post, spanie w wydrążonym pniu.
- Dzień wyniesienia biskupa Gerarda podawany jest rozmaicie; pewny jest rok, nie data dzienna.
- Zgodę papieską na te wyniesienia przypisuje królowi dopiero legenda spisana ćwierć wieku później — samego aktu z 1083 roku nie ma.
Skąd to wiadomoLegenda o Świeradzie i Benedykcie spisana przez biskupa Maurusa w latach 1064–1070; wyniesienia z 17 lipca, 20 sierpnia i 5 listopada 1083
Prawicy nie było w grobie — i kto to zapisał
Zapis po fakcieOpowieść o brakującej prawej dłoni świętego króla nie stoi w najstarszej jego legendzie. Wchodzi do pisma dopiero przy trzecim podejściu, około 1116 roku.
Czytaj dalejTa sama opowieść podaje, gdzie dłoń odnaleziono: w Biharze, w miejscu, które od tamtej pory nosi nazwę Szentjobb, czyli Święta Prawica, i gdzie król Władysław uposażył klasztor. Świadectwem jest zatem wieś z nazwą oraz fundacja, a nie sam grób; odnalezienie relikwii kalendarz węgierski upamiętnił osobnym świętem trzydziestego maja.
Wersja z ukrytą dłonią stała się urzędowa wtedy, gdy w 1201 roku pozwolono czytać tę właśnie legendę w liturgii. Odtąd rozchodziła się po brewiarzach, kazaniach i malowidłach, a dwie starsze, które o dłoni milczą, zostały przy rękopisach — i to jest cała różnica między tekstem znanym a nieznanym.
Legenda ułożona niedługo po 1083 roku opowiada o otwarciu grobu i o wonnej cieczy, którą zastano w sarkofagu, lecz nie mówi ani słowa o tym, żeby czegokolwiek w nim brakowało. Dopiero trzecia z kolei, spisana około 1116 roku na potrzeby króla Kolomana, dodaje, że prawicy nie znaleziono, ponieważ wyniósł ją i ukrył strażnik skarbca imieniem Merkury — a to jest trzydzieści trzy lata po samym wyniesieniu.
- Merkurego nie zna żaden dokument poza legendą; nie wiadomo, czy to imię własne, czy określenie urzędu.
- Nie da się rozstrzygnąć, czy Bihar wziął nazwę od relikwii, czy relikwię dopisano do nazwy już istniejącej.
- Milczenie dwóch starszych legend o brakującej dłoni jest argumentem z milczenia: pokazuje, kiedy opowieść weszła do pisma, a nie to, co leżało w grobie w 1083 roku.
Skąd to wiadomoTrzecia legenda o świętym Stefanie, spisana dla króla Kolomana około 1116 roku; zgoda papieska na jej czytanie w liturgii z 1201 roku
Droga Świętej Prawicy: Bihar, Raguza, Buda
Zapis z tamtych czasówRelikwia ma trasę udokumentowaną co do dnia: Raguza do 1771 roku, Buda od 21 czerwca 1771, jaskinia pod Salzburgiem w 1944, powrót 20 sierpnia 1945.
Czytaj dalejPo upadku królestwa ślad urywa się na kilkadziesiąt lat i wraca nad Adriatykiem: około 1590 roku dłoń znajduje się w Raguzie, u tamtejszych dominikanów. Wydobył ją stamtąd dwór wiedeński — szesnastego kwietnia 1771 roku zakonnicy ją wydali, relikwia pojechała przez Wiedeń, a dwudziestego pierwszego czerwca 1771 uroczyście wwieziono ją do Budy.
Dziewiętnasty wiek przechowała w kaplicy zamkowej w Budzie, a dwudziesty obszedł się z nią jak z insygniami: jesienią 1944 roku wywieziono ją z Budy razem z koroną, a schowano dopiero w Austrii pod Salzburgiem, w ostatnich miesiącach wojny. Do kraju wróciła o trzydzieści trzy lata wcześniej niż korona, bo już dwudziestego sierpnia 1945 roku, w dniu, który jest jej własnym świętem.
Od 1987 roku stoi w kaplicy bocznej bazyliki w Budapeszcie. Procesja z relikwią przez miasto, zdjęta z ulic w czasach komunistycznych, wróciła na nie w 1989 roku i odbywa się co roku dwudziestego sierpnia, tego samego dnia, w którym otwarto grób w 1083 roku.
- Co działo się z dłonią między połową XVI wieku a 1590 rokiem, nie wynika z żadnego dokumentu.
- Czy przechowywana dziś dłoń jest tą samą, którą pokazywano w Biharze, rozstrzygnąć się nie da.
- Dzienna data wydania relikwii w Raguzie oraz miejsce jej ukrycia w Austrii opierają się na pojedynczych przekazach; pewne są dwie daty przyjazdu — 21 czerwca 1771 i 20 sierpnia 1945.
Skąd to wiadomoWydanie relikwii przez dominikanów raguzańskich 16 kwietnia 1771 i wwiezienie do Budy 21 czerwca 1771; powrót 20 sierpnia 1945; bazylika w Budapeszcie od 1987
Dwudziestego siódmego czerwca 1192 w Waradynie
Zapis z tamtych czasówWładysław umarł 29 lipca 1095 roku, a jego grób otwarto 27 czerwca 1192, przy wysłanniku papieskim. Świętem została ta druga data, nie dzień śmierci.
Czytaj dalejKról, który wyniósł na ołtarze pięcioro innych, czekał na to sam sto dziewięć lat. Wyniesienie odbyło się w Waradynie dwudziestego siódmego czerwca 1192 roku, w obecności legata przysłanego przez papieża Celestyna III, a wystarał się o nie panujący wtedy Béla III, któremu świętość wojennego poprzednika była potrzebna nie tylko w kościele.
Skutek widać po tym, gdzie ludzie chcieli leżeć. Waradyn stał się jednym z najtłumniej odwiedzanych miejsc pielgrzymkowych królestwa, a władcy kazali się grzebać przy tym właśnie grobie: spoczęła tam królowa Maria, zmarła w 1395 roku, i cesarz Zygmunt Luksemburski, który w 1437 wybrał sobie miejsce obok świętego króla.
- Bulli kanonizacyjnej z 1192 roku nie ma; o samym akcie wiadomo z zapisek rocznikarskich i z ksiąg liturgicznych.
- Legenda o Władysławie powstała dopiero przy tej okazji i o wcześniejszym kulcie nie mówi nic.
Skąd to wiadomoWyniesienie 27 czerwca 1192 w katedrze waradyńskiej; legenda o świętym Władysławie spisana po 1192; groby królewskie w tej katedrze
Rejestr waradyński: trzysta osiemdziesiąt dziewięć spraw
Zapis z tamtych czasówPrzy grobie świętego króla sądzono próbą rozpalonego żelaza. Kapituła prowadziła z tego rejestr: 389 spraw z lat 1208–1235, z imionami i nazwami wsi.
Czytaj dalejKanonicy waradyńscy spisywali sprawy, w których strony przysyłano do kościoła świętego Władysława na próbę rozpalonego żelaza: oskarżony niósł je kilka kroków, po trzech dniach zdejmowano opatrunek i oglądano dłoń. Rejestr obejmuje dwadzieścia siedem lat, od 1208 do 1235, i liczy trzysta osiemdziesiąt dziewięć pozycji, z czego dwieście trzydzieści dotyczy przestępstw.
Zarzuty są przyziemne: kradzież konia, podpalenie, cudzołóstwo, spór o miedzę, pomówienie o czary. Czytamy w tym dokumencie imiona chłopów, nazwy wsi i wynik próby, a nie czyjeś wyobrażenia o świętości; to najgęstszy zapis codziennego życia, jaki po węgierskim XIII wieku został.
Rzecz ma jeszcze drugą datę. Sam kodeks przepadł, ale zdążono go wydrukować — w 1550 roku wyszedł w Kolozsvárze, wśród pierwszych druków tamtejszej oficyny, razem z opisem obrzędu próby. Samej próby zabroniono wcześniej, niż ją wydrukowano: duchowieństwu odjęto w niej udział w 1215 roku, a synod w Budzie zakazał jej wprost w 1279.
- Liczba pozycji zależy od sposobu liczenia spraw połączonych; podstawą jest jednak druk z 1550 roku, nie szacunek.
- Rejestr mówi o procedurze i o wsiach; z wyniku próby nie wolno wnosić ani o winie, ani o wierze stron.
- Podział trzystu osiemdziesięciu dziewięciu pozycji na sprawy karne i pozostałe zależy od przyjętej klasyfikacji i bywa przeprowadzany rozmaicie.
Skąd to wiadomoRejestr kapituły waradyńskiej z lat 1208–1235, ogłoszony drukiem w Kolozsvárze 14 maja 1550 roku
Głowa w srebrze, która wyjeżdżała na wojnę
Zapis z tamtych czasówRelikwiarz z czaszką świętego Władysława stoi dziś w Győrze. Kronika z 1358 roku zapisała, że w 1345 roku zniknął z waradyńskiego skarbca na trzy dni.
Czytaj dalejStarszy relikwiarz, drewniany, spłonął w pożarze 1406 roku, a czaszka ocalała; obecny, srebrny i częściowo złocony, powstał za panowania Zygmunta Luksemburskiego i ma u góry otwór, żeby można było relikwii dotknąć. Wożono go za wojskiem, wynoszono przed procesje i składano na nim przysięgi.
Kronika ilustrowana z 1358 roku opowiada, że w czasie wyprawy Seklerów na Tatarów w 1345 roku relikwiarz zniknął ze skarbca na trzy dni, a pojmany jeniec zeznał, że przed węgierskim wojskiem jechał rycerz z toporem. Zdanie to nie dowodzi cudu; dowodzi, że w połowie XIV wieku święty król bywał traktowany jak wódz, a nie tylko jak patron.
Dalsza droga przedmiotu jest udokumentowana: wywieziono go z Waradyna w czasie zamieszania wyznaniowego i wojennego, przewieziono przez Pragę, a w 1607 roku sprowadził go do Győru biskup Demeter Náprági. Tam stoi do dziś i tam wynosi się go na ulicę dwudziestego siódmego czerwca, w rocznicę otwarcia grobu z 1192 roku.
- Relikwiarz otwierano kilkakrotnie; opisy oględzin czaszki różnią się między sobą.
- Ile z dzisiejszej roboty złotniczej pochodzi z czasu Zygmunta, a ile z późniejszych napraw, nie zostało rozstrzygnięte.
Skąd to wiadomoKronika ilustrowana z 1358 roku o wydarzeniach roku 1345; pożar relikwiarza 1406; przewiezienie do Győru w 1607; katedra w Győrze
Pościg za dziewczyną: co stoi w kronice
Zapis po fakcieRanny książę dogania jeźdźca wiozącego porwaną dziewczynę i nie może go zrzucić, więc woła, żeby ściągnęła go sama, za pas. Reszta dzieje się na ziemi.
Czytaj dalejWarto zobaczyć, co ta scena robi z rolami. Święty król nie wygrywa sam: bez ręki branki nie dałby rady, a rozstrzygające cięcie wykonuje kobieta. W średniowiecznym malarstwie tej części Europy niewiele jest obrazów, na których porwana bywa sprawczynią, a nie tylko nagrodą — i właśnie ten rozszedł się po Węgrzech szerzej niż jakikolwiek inny.
Scena rozgrywa się po bitwie pod Kerlés w Siedmiogrodzie w 1068 roku. Ranny w tej bitwie książę Władysław ściga jeźdźca wiozącego na koniu porwaną, a nie mogąc go dosięgnąć, woła do niej, żeby ściągnęła porywacza za pas; ona to robi, walka toczy się dalej pieszo, a kończy ją znów ona, podcinając leżącemu ścięgno.
Tekst kronikarski urywa się na zabiciu porywacza. Ostatni obraz tej opowieści — zwycięzca z głową na kolanach dziewczyny, ona przeglądająca mu włosy — pochodzi ze ściany, nie z pisma. Zapis zachował się w zbiorze kronikarskim złożonym w XIV wieku, blisko trzysta lat po bitwie, a malowidła są od kroniki ilustrowanej z 1358 roku starsze: te w Kakaslomnicu powstały około 1317 roku, czyli o pokolenie wcześniej, i to kronika pokazuje całą rzecz w zbrojach współczesnych malarzowi.
- Kronika nazywa napastników Kumanami, choć w 1068 roku pod Kerlés stali Pieczyngowie i Uzowie; Kumanów jeszcze wtedy w tej okolicy nie było.
- Dziewczyna bywa w odpisach córką biskupa waradyńskiego, bywa bezimienną branką — zależnie od rękopisu i od malowidła.
- Scena odpoczynku z głową na kolanach nie ma odpowiednika w tekście kroniki; ustala ją wyłącznie kolejność obrazów na ścianie.
Skąd to wiadomoZbiór kronikarski XIV wieku i kronika ilustrowana z 1358 roku, o bitwie pod Kerlés w 1068
Najszerzej rozpisany cykl malarski średniowiecznych Węgier
Zapis z tamtych czasówTen jeden pościg namalowano na ścianach kilkudziesięciu kościołów, od dzisiejszej Słowenii po Siedmiogród. Żadna inna opowieść nie rozeszła się tak szeroko.
Czytaj dalejCykl liczy zwykle od pięciu do ośmiu obrazów w jednym pasie, biegnie po ścianie północnej nawy z zachodu na wschód i wszędzie trzyma tę samą kolejność: wyjazd i błogosławieństwo, bitwa, pogoń, ściągnięcie z konia, walka pieszo, ścięcie, odpoczynek z głową na kolanach. Kto obejrzał jeden, rozpozna każdy następny bez podpisu.
Rachunek zależy od tego, co się liczy. Dziś daje się obejrzeć około trzydziestu takich ciągów; wliczając zamalowane, rozebrane i znane tylko z opisu dochodzi się do pięćdziesięciu, a w rachunkach najszerszych — do siedemdziesięciu miejsc. Rozbieżność bierze się stąd, że wiele kościołów rozebrano w XVIII i XIX wieku razem z tynkiem.
Większość tych malowideł przeleżała stulecia pod tynkiem i wróciła dopiero przy remontach XIX i XX wieku; w Kakaslomnicu odsłonięto je w 1957 roku, a w Székelyderzs na tej samej ścianie co cykl znaleziono krótki napis karbowany z 1431 roku, dwanaście lat młodszy od malowidła i zapisany zupełnie innym pismem.
Rozstęp w czasie i w przestrzeni jest ogromny. Najstarsze roboty, w spiskim Kakaslomnicu, powstały około 1317 roku; w Bántornya na dzisiejszym pograniczu słoweńskim malował Jan Aquila w latach 1383 i 1389, w Mártonhely w 1392, a w seklerskim Székelyderzs napis podaje rok 1419. Skupiska leżą na Spiszu i w Gemerze oraz w Kraju Seklerów, czyli na dwóch przeciwległych krańcach królestwa, a nie wokół jednego ośrodka.
- Liczby od trzydziestu do siedemdziesięciu krążą równolegle, bo jedne rachunki obejmują tylko zachowane malowidła, inne także zaginione i pojedyncze sceny.
- Fundatorów zna się tylko przy kilku robotach; dlaczego cykl rozszedł się właśnie po tych wsiach, nie zostało wykazane.
- Zasięg cyklu poza granicami dawnego królestwa nie został ustalony; pewne przykłady leżą w jego obrębie.
Skąd to wiadomoMalowidła w Kakaslomnicu (ok. 1317, odsłonięte 1957), Bántornya (1383 i 1389), Mártonhely (1392), Székelyderzs (1419) i kilkudziesięciu innych kościołach
Kamień zamiast złota, ziele i pęknięta skała
Zebrane z ustPieniądze rzucone pogoni miały skamienieć, a skała pod Tordą rozstąpić się za koniem. Takie kamienie pokazywano jeszcze w XX wieku i nadal noszą imię króla.
Czytaj dalejOpowieść zeszła ze ściany w krajobraz i obrosła w rzeczy, które da się podnieść z ziemi. Monety rzucone ścigającym miały skamienieć — i pokazywano je naprawdę: płaskie krążki leżące w siedmiogrodzkiej ziemi noszą po węgiersku nazwę pieniędzy świętego Władysława, choć są pancerzykami morskich stworzeń sprzed milionów lat.
Tym samym trybem przypisano mu szczelinę w skale pod Tordą, rozstąpioną rzekomo za końskim zadem, źródła bijące tam, gdzie kopyto uderzyło w kamień, oraz gencjanę zwaną zielem świętego Władysława, wskazaną podobno strzałą w czasie zarazy. Każde z tych podań przywiązuje świętego do miejsca, które można wskazać palcem, i na tym polega ich siła.
- Skamieniałe krążki noszą imię króla także tam, gdzie żadnej bitwy nie było; nazwa wędrowała za przedmiotem, nie za zdarzeniem.
- Podanie o zielu przypisywano również innym władcom, a jego najstarszy zapis nie jest średniowieczny.
Skąd to wiadomoPodania zapisywane od XVII do XX wieku; skamieniałe pancerzyki zwane pieniędzmi świętego Władysława; Szczelina Tordzka w Siedmiogrodzie
Słoneczna dziewica dopisana do pościgu
Ułożone przy biurkuOd połowy XIX wieku scenę czytano jako mit o odbiciu słońca z rąk ciemności. Ani kronika, ani napisy przy malowidłach nie mówią o tym ani słowa.
Czytaj dalejPowtarzalność cyklu domagała się wyjaśnienia i takie wyjaśnienie zaczęto podsuwać: że pod chrześcijańskim rycerzem stoi bohater słoneczny, pod porywaczem moc ciemności, a pod dziewczyną samo światło, odbijane co roku od nowa. Wykładnia ta narastała od połowy XIX wieku, a w stuleciu następnym dobudowano do niej stepowy rodowód całej sceny.
Rachunek wypada inaczej. Ani zbiór kronikarski, ani napisy przy malowidłach nie mówią nic o słońcu, o księżycu ani o corocznym powrocie światła; treść, którą da się wskazać na ścianie, to bitwa, porwanie, odbicie brańki i sen na kolanach. Wszystko ponadto jest dopowiedzeniem i ma swoją datę wydania.
- Sam motyw pogoni za porywaczem znany jest z pieśni wielu ludów; z podobieństwa nie wynika wspólne pochodzenie.
- Nie zostało wykazane, żeby którykolwiek z warsztatów malujących cykl znał inną treść niż ta, którą podaje kronika.
- Rachunek powyższy obejmuje kronikę i napisy przy malowidłach; średniowiecznych tekstów liturgicznych o Władysławie zachowało się na tyle wiele, że argument z ich milczenia byłby słabszy niż argument z obrazu.
Skąd to wiadomoWykładnie ogłaszane drukiem od połowy XIX wieku, wobec zapisu kronikarskiego z XIV wieku i malowideł z XIV i XV
Dziecko ślubowane w roku najazdu
Zapis z tamtych czasówUrodziła się 27 stycznia 1242 roku w twierdzy, do której rodzice uciekli przed Mongołami, i została ślubowana klasztorowi jeszcze przed urodzeniem.
Czytaj dalejCórka Béli IV przyszła na świat dwudziestego siódmego stycznia 1242 roku w dalmatyńskiej twierdzy Klis, dokąd dwór uciekł przed najazdem, a ślub oddania jej Bogu złożono, zanim się urodziła. W trzecim roku życia oddano ją dominikankom w Veszprémie, a w 1252 przeniesiono do klasztoru, który ojciec wystawił dla niej na wyspie na Dunaju powyżej Budy.
Z tego klasztoru już nie wyszła. Kiedy o jej rękę prosił król czeski Otakar, a rodzice zabiegali w kurii o zwolnienie ze ślubów, odpowiedziała, że raczej obetnie sobie nos i wargi, niż wyjdzie za mąż. Umarła osiemnastego stycznia 1270 roku, dziewięć dni przed dwudziestymi ósmymi urodzinami, a wyspa, zwana przedtem Zajęczą, z czasem przyjęła jej imię.
- Własnych słów królewny nie zapisał nikt na bieżąco; znamy je z zeznań złożonych sześć lat po jej śmierci.
- Zabiegi o dyspensę poświadcza korespondencja kurii, ale ich przebiegu w całości odtworzyć się nie da.
Skąd to wiadomoZeznania świadków z 1276 roku; korespondencja kurii w sprawie dyspensy; klasztor dominikanek na Wyspie Zajęczej, fundacja Béli IV z lat 1246–1252
Sto dziesięć zeznań z roku 1276
Zapis z tamtych czasówSześć lat po jej śmierci wysłannicy papiescy przesłuchali stu dziesięciu świadków. Nigdzie indziej węgierskie średniowiecze nie oddaje głosu tylu kobietom naraz.
Czytaj dalejDochodzenie prowadzono dwukrotnie: w 1271 roku siłami krajowego duchowieństwa, a w 1276 z ramienia papieża, przez wysłanników przybyłych z Italii. Drugie postępowanie objęło stu dziesięciu świadków, przesłuchiwanych pojedynczo, według spisanego wcześniej zestawu pytań; siostry z tej samej wspólnoty oraz służące klasztoru stanowią w nim grupę najliczniejszą.
Mówią o rzeczach, których żaden akt majątkowy nie zapisze: o nocnym klęczeniu, o włosiennicy i żelaznym pasku, o proszeniu sióstr, żeby ją biczowały, o myciu chorych, wynoszeniu nieczystości i robocie w kuchni, którą królewska córka brała na siebie z własnej woli. Podają przy tym, kto co widział, kiedy i przy kim.
Węgierskiego, w którym mówiły, nikt wtedy nie notował — pisarz przekładał od razu na łacinę. Dokument przetrwał w późniejszych odpisach i to jemu zawdzięczamy imiona, wiek oraz pochodzenie kilkudziesięciu kobiet z XIII wieku, o których poza tym protokołem nie wiadomo zupełnie nic.
- Pytania układano pod kanonizację; to, o co nie pytano, w protokole nie stoi, i nie wolno tego brać za brak rzeczy.
- Jeden odpis miał zostać włożony do trumny i wyjęty przy jej otwarciu w Pozsony w 1641 roku; tej drogi przekazu nie da się dziś sprawdzić.
Skąd to wiadomoProtokół dochodzenia kanonizacyjnego z 1276 roku, zachowany w późniejszych odpisach; wcześniejsze dochodzenie krajowe z 1271
Odpis z 1510 roku i kanonizacja w 1943
Zapis z tamtych czasówWęgierski żywot królewny przepisała około 1510 roku zakonnica z jej własnego klasztoru. Na ołtarze wyniesiono ją dopiero 19 listopada 1943 roku.
Czytaj dalejZ zeznań ułożono łaciński żywot, a z niego powstał tekst węgierski, przepisany około 1510 roku ręką siostry Lei Ráskai, w tym samym klasztorze na wyspie, w którym rzecz się działa. Rękopis jest jeden, a jego język należy do najstarszej warstwy węgierskiej prozy; kopistka zostawiła przy tym na marginesach noty o tym, co działo się wtedy w kraju.
Trzydzieści lat później wspólnota uciekła przed Turkami, zabierając kości i księgi. Klasztor rozebrano, szczątki wędrowały przez klasztory w Pozsony i dalej, aż pod koniec XVIII wieku trafiły do zbioru pewnego biskupa, a sprawa kanonizacji, podejmowana w 1276, potem w XIV stuleciu i jeszcze w XVII, za każdym razem stawała w miejscu.
Zamknięto ją dziewiętnastego listopada 1943 roku, w środku wojny, bez uroczystości i bez tłumu. Od papieskiego dochodzenia z 1276 roku upłynęło do tego dnia sześćset sześćdziesiąt siedem lat, a od pierwszego, krajowego z 1271 — sześćset siedemdziesiąt dwa; jedno i drugie jest miarą tego, jak długo dokument potrafi czekać na skutek.
- Które z rozproszonych kości pochodzą z pierwotnego grobu, nie da się dziś ustalić.
- Rok opuszczenia wyspy wyprowadza się z rachunku wydarzeń wojennych, nie z zapisu klasztornego.
Skąd to wiadomoKodeks z węgierskim żywotem przepisany około 1510 roku na Wyspie Zajęczej; kanonizacja 19 listopada 1943
Pustelnicy z Pilisu i reguła z przełomu 1308 i 1309
Zapis po fakcieJedyny zakon założony na Węgrzech zebrał pustelników z gór około 1250 roku, ale regułę na piśmie dostał dopiero na przełomie 1308 i 1309.
Czytaj dalejKanonik ostrzyhomski Özséb miał porzucić kapitułę i zejść do pustelników żyjących pojedynczo w lasach Pilisu, a potem zebrać ich w jednym domu przy Świętym Krzyżu. Datę tego zejścia, rok około 1250, podaje własna książka zakonu, spisana przez jednego z jego przełożonych dopiero około 1520 roku, czyli blisko trzy stulecia później.
Dokumentów jest mniej niż opowieści, ale stoją twardo. W 1262 roku posłano do Rzymu po regułę i jej nie otrzymano, odsyłając sprawę do zbadania na miejscu; regułę świętego Augustyna wraz ze zgodą na własne ustawy dał wspólnocie dopiero legat papieski Gentilis na przełomie 1308 i 1309 roku, i wtedy też utrwaliła się nazwa: zakon świętego Pawła Pierwszego Pustelnika.
Pierwszeństwo jest sporne i warto to powiedzieć wprost. Już w 1225 roku pustelników mieszkających pod Peczem zebrał w jeden dom tamtejszy biskup Bartłomiej, a ta fundacja bywa liczona jako początek. Rzecz w tym, że o Pilisie opowiada własna księga zakonu, a o domu pod Peczem mówi dokument biskupi z epoki.
- Rok 1250 pochodzi z księgi spisanej blisko trzysta lat później; współczesnego zapisu o Özsébie nie ma.
- Który dom był pierwszy — ten pod Peczem z 1225 roku czy zgromadzenie w Pilisie — nie zostało rozstrzygnięte.
Skąd to wiadomoDokument biskupa Peczu z 1225 roku; poselstwo do Rzymu 1262; reguła nadana przez legata Gentilisa na przełomie 1308 i 1309; własna historia zakonu spisana ok. 1520
Ciało patrona przywiezione z Wenecji w 1381
Zapis z tamtych czasówZakon wziął imię od pustelnika z Teb i w 1381 roku sprowadził jego ciało z Wenecji do domu głównego pod Budą. Zjeżdżano tam z całego królestwa.
Czytaj dalejPo pokoju zawartym z Wenecją w 1381 roku król Ludwik wytargował dla węgierskich pustelników rzecz, na której zależało im najbardziej: ciało Pawła z Teb, od którego wzięli imię. Złożono je w Budaszentlőrinc pod Budą, w domu głównym zakonu, i od tej pory jeżdżono tam pielgrzymką, a klasztor rósł aż do rozmiarów, jakich nie miał żaden inny węgierski dom zakonny.
Domów było wtedy wiele. U schyłku średniowiecza zakon liczył ponad sto pięćdziesiąt klasztorów rozsianych od Austrii po Dalmację i od Polski po Siedmiogród, a blisko połowa stała w samym Królestwie Węgier. Tam też powstały jego księgi: własna historia spisana około 1520 roku oraz najstarsza węgierska książka do modlitwy, przygotowana około 1493 roku w Nagyvázsony dla Benigny Magyar, żony Pála Kinizsiego.
Koniec przyszedł szybko. Dom główny spalono po klęsce z 1526 roku, a po zajęciu Budy w 1541 zakon stracił wszystko, co miał na równinie; utrzymał się na obrzeżach i poza granicami królestwa — i to tam, nie w Pilisie, przeżył następne dwa stulecia.
- Liczba klasztorów zależy od tego, czy liczyć domy istniejące krótko; podawane sumy różnią się o kilkadziesiąt.
- Losy ciała patrona po 1526 roku nie są udokumentowane.
Skąd to wiadomoSprowadzenie relikwii patrona do Budaszentlőrinc w 1381; modlitewnik z Nagyvázsony ok. 1493; własna historia zakonu ok. 1520
Z Márianosztry na Jasną Górę, 9 sierpnia 1382
Zapis z tamtych czasówOkoło szesnastu zakonników z węgierskiego domu objęło w 1382 roku wzgórze pod Częstochową. Po kasacie z 1786 roku to Polska oddała Węgrom ich zakon.
Czytaj dalejCiąg dalszy jest krótki i policzalny. W 1950 roku zakon rozwiązano, rok później wejście do kaplicy w skale zamurowano betonem, a mnichów rozpędzono i sądzono; ścianę rozbito po 1989 roku, a domy odtwarzano kolejno, poczynając od Márianosztry — tej samej, z której wyszli ludzie na Jasną Górę.
Dziewiątego sierpnia 1382 roku książę Władysław Opolczyk, wychowanek dworu węgierskiego i palatyn tamtejszego króla, osadził na wzgórzu pod Częstochową grupę około szesnastu pustelników sprowadzonych z Węgier, uposażając ich wsią, dziesięcinami i folwarkiem. Dom, z którego przyszli, wskazuje się na Márianosztrę w górach Börzsöny przy zakolu Dunaju, ufundowaną trzydzieści lat wcześniej przez Ludwika Wielkiego.
Po czterech wiekach role się odwróciły. W 1786 roku cesarz zniósł zakon w krajach habsburskich i węgierskie klasztory opustoszały, przetrwała zaś gałąź polska, oparta o Jasną Górę. Dwunastego maja 1934 roku wyruszyło stamtąd na Węgry czternastu zakonników, żeby odbudować zakon w kraju, w którym powstał: objęli nowy dom w Peczu i kaplicę wykutą w skale nad Dunajem w Budapeszcie.
- Dom, z którego przyszli pierwsi zakonnicy, wskazuje się i na Márianosztrę, i na Budaszentlőrinc; oba wskazania mają za sobą zapisy.
- Liczbę szesnastu bierze się z zapisu fundacyjnego; innego rachunku z tamtego roku nie ma.
- Liczba czternastu zakonników wracających w 1934 roku i dzień ich wyjazdu pochodzą z jednego przekazu; innego rachunku z tamtego roku nie ma.
Skąd to wiadomoAkt fundacyjny z 9 sierpnia 1382; kasata cesarska z 1786; wyjazd zakonników z Częstochowy na Węgry 12 maja 1934
Chazar, Słowianin, Niemiec, Kuman
Kumańscy poganie w chrześcijańskim królestwie
Węgrzy weszli do Kotliny Karpackiej z kręgu kaganatu chazarskiego i osiedli wśród ludności słowiańskiej, a w jednym stuleciu dosięgły ich dwa chrześcijaństwa: greckie od Bosforu i łacińskie od Bawarii. Dwieście lat później król wpuścił do kraju stepowy lud, który wewnątrz chrześcijańskiego państwa pozostał poganinem jeszcze przez stulecie, na mocy zaprzysiężonej umowy. W tej sekcji stoi to, co z owego przenikania dało się zapisać: tytuły, wyrazy, akty, przywileje, emalie i groby z koniem. Żaden z tych sąsiadów nie zostawił listy węgierskich bogów, bo takiej listy nigdzie nie było — imiona, które dziś uchodzą za panteon, ułożono dopiero w XIX wieku.
Chazarowie: godność księcia z ręki kagana
Zapis po fakcieGrecki traktat spisany około 950 roku podaje, że pierwszego węgierskiego księcia podniesiono na tarczy obyczajem Chazarów, a żonę wodzowi dał sam kagan.
Czytaj dalejTraktat o zarządzaniu państwem, który cesarz Konstantyn VII spisywał dla syna w Konstantynopolu między 948 a 952 rokiem, poświęca Węgrom trzy rozdziały i zaczyna ich dzieje od czasu, gdy mieszkali razem z Chazarami i bili się u ich boku we wszystkich wojnach. Wodzowi zwanemu Lewedim kagan dał za żonę znakomitą Chazarkę, a cesarski zapis osobno odnotowuje, że z tego małżeństwa nie urodziło się dziecko.
Kiedy kagan zaproponował Lewedimu pierwszeństwo nad całym ludem, ten odmówił i wskazał Almosa albo jego syna Arpada, a wybór padł na Arpada, którego — jak podaje ten sam tekst — podniesiono na tarczy wedle obyczaju i prawa Chazarów. Wysłannicy kagana wrócili do siebie, Węgrzy zaś mieli odtąd jedną głowę rodu, po której dziedziczyli synowie i wnukowie.
Z tego dokumentu wynika, kto komu dawał żonę i kto komu nadawał godność, a także to, że najwyższa władza u Węgrów została ustanowiona w cudzym ceremoniale i za cudzą zgodą. Zapis powstał jednak jakieś trzy pokolenia po opisanych zdarzeniach i opiera się na tym, co o swoich początkach opowiedzieli w Konstantynopolu węgierscy goście, jest więc świadectwem tego, co Węgrzy mówili o sobie w połowie X wieku, a nie protokołem z IX stulecia. O wierze nie wynika z niego nic: cesarski autor wyliczył plemiona, rzeki, sąsiadów i tytuły, opisał ceremoniał wyniesienia na tarczy, ale nie zapisał ani jednego imienia węgierskiego bóstwa ani jednego obrzędu religijnego.
- Trzy lata wspólnego mieszkania z Chazarami — liczba stoi w greckim tekście wyraźnie, lecz przy tak długim sąsiedztwie wygląda na skażony zapis liczebnika.
- Czy Lewedia była nazwą krainy, czy określeniem urobionym od imienia wodza dopiero przy cesarskim biurku.
- Czy podniesienie na tarczy jest obrzędem chazarskim, czy ceremoniałem dobrze znanym w Konstantynopolu i przez opisującego dopisanym do cudzej sceny.
- Ile z opowieści o Lewedim i Arpadzie jest pamięcią rodu, a ile porządkiem nadanym jej dopiero przy cesarskim biurku, na użytek wywodu o pochodzeniu władzy.
Skąd to wiadomoKonstantyn VII Porfirogeneta, traktat o zarządzaniu państwem, Konstantynopol, około 948–952, rozdziały 38–40
Kabarowie: trzy rody, które odeszły od kaganatu
Zapis z tamtych czasówTrzy rody zbuntowały się przeciw kaganowi, przegrały i przeszły do Węgrów. Szły potem w pierwszym szeregu i mówiły dwoma językami.
Czytaj dalejTen sam grecki traktat z połowy X wieku opowiada o wojnie domowej w kaganacie: trzy rody odpadły od władzy chazarskiej, poniosły klęskę i te, które ocalały, uszły do Węgrów, osiadły razem z nimi i zawarły z nimi przyjaźń. Nazwano je Kabarami i policzono jako pierwszy człon ośmioczłonowego związku, choć przyszły z zewnątrz.
Zapis podaje dwie rzeczy, których nie da się wyczytać z niczego innego: Kabarowie nauczyli Węgrów mowy chazarskiej, a sami przejęli węgierską, przez co obie były u nich w użyciu, oraz że jako najdzielniejsi szli na wojnie w pierwszym szeregu. To świadectwo dwujęzyczności w obrębie jednego związku plemiennego, spisane w czasie, gdy rzecz jeszcze trwała.
Po osiedleniu Kabarowie znikają z akt jako osobna wspólnota, a ślad po ludziach z kaganatu zostaje w nazwach wsi urobionych od słowa oznaczającego Chazara, takich jak Kazár i Kozárd w komitacie nógrádzkim czy Kozármisleny na południu. Nazwy te stoją w łacińskich dokumentach dopiero od XIII i XIV wieku, a więc o trzy stulecia później niż zdarzenia, do których się je przywiązuje, i to sąsiedztwo dat trzeba mieć na oku, czytając je jako pamiątkę po kaganacie. O tym, w co Kabarowie wierzyli, nie napisano ani zdania.
- Czy Seklerzy pochodzą od Kabarów — żaden dokument tego nie stwierdza, a zestawienie obu ludów jest operacją późniejszą.
- Czy zbuntowane rody były żydowskie, muzułmańskie, czy nie łączyła ich żadna wspólna wiara.
- Czy nazwy wsi z rdzeniem kazár upamiętniają właśnie tych przybyszów, czy późniejszych osadników i jeńców.
- Jak długo utrzymała się dwujęzyczność, o której mówi grecki zapis.
Skąd to wiadomotraktat Konstantyna VII, rozdziały 39–40, około 948–952; nazwy osad z rdzeniem kazár i kozár w aktach od XIII wieku
Kende i gyula: dwie głowy jednego ludu
Zapis z tamtych czasówArabska tradycja geograficzna z IX wieku opisuje u Węgrów dwóch zwierzchników: jednego tylko z nazwy i drugiego, którego słuchano na wojnie.
Czytaj dalejOba tytuły zostawiły ślad w kraju: gyula przeszedł w imię i godność pana Siedmiogrodu, pokonanego przez króla Stefana w 1003 roku, oraz w nazwę miasta Gyulafehérvár, a karchas i kende trwają w nazwach osad i rodów. Same urzędy gasną wraz z budową państwa kościelnego i nie występują już w prawach.
Z żadnego z tych zapisów nie wynika, by kende pełnił funkcję kapłańską albo by jego osoba była święta. Obraz władcy sakralnego, składany czasem z porównań z innymi ludami stepu, nie ma oparcia w dokumencie mówiącym o Węgrach; dokumenty mówią o podziale władzy, nie o kulcie.
Opis Węgrów jeszcze ze stepu znamy z dwóch stron naraz: z arabskiego kompendium geograficznego z początku X wieku i z perskiego zbioru z połowy XI, a oba czerpią ze wspólnego, dziś zaginionego dzieła wschodniego, którego autora i daty nie da się ustalić. Opis podaje dwie godności obok siebie: pierwsza, oddawana zapisem k.nd.h, jest tytułem króla, lecz jej nosiciel nie rozkazuje, druga zaś, j.l.h, należy do wodza, którego lud słucha w wojnie i pokoju i któremu przypisano dwadzieścia tysięcy jeźdźców.
Grecki traktat sprzed roku 952 potwierdza to od drugiej strony: wymienia obok księcia z rodu Arpada dwie godności o brzmieniu turkijskim, gylas i karchas, i zaznacza wyraźnie, że nie są to imiona ludzi, lecz urzędy sprawujące sąd. Bulcsú, którego poselstwo do Konstantynopola umieszcza się zwykle około roku 948, jest w tym tekście karchasem po ojcu.
- Odczytanie samogłosek w arabskim zapisie k.nd.h i stąd forma kende lub kündü.
- Czy dwadzieścia tysięcy jeźdźców to rachunek, czy liczba okrągła, wzięta z opisu innych ludów.
- Czy podwójne przywództwo jest kopią chazarskiej pary kagana i jego wodza, czy układem powstałym niezależnie.
- Czy siedmiogrodzki Gyula z 1003 roku nosił imię, czy tytuł.
- Kiedy i gdzie spisano zaginione dzieło, z którego czerpią obaj wschodni geografowie — wskazywano na Bucharę początku X wieku i na starszy opis z ostatniej ćwierci IX; jeżeli arabskie kompendium jest starsze od bucharskiego dzieła, nie mogło z niego czerpać.
- Rok poselstwa Bulcsú do Konstantynopola: sam traktat mówi tylko, że Węgrzy przybyli niedawno, a data roczna jest odtworzeniem z okoliczności.
Skąd to wiadomoarabskie kompendium geograficzne z początku X wieku i perski zbiór z połowy XI wieku, oba sięgające dzieła spisanego w Bucharze w IX wieku; traktat Konstantyna VII, około 948–952; zapisy o wyprawie na Gyulę z 1003 roku
Turkijskie słowa: od wołu do czarownicy
Zapis po fakciePszenica, jęczmień, wino, ser i sierp mają w węgierskim nazwy turkijskie. Tak samo smok, żałoba, trumna i czarownica.
Czytaj dalejW węgierskiej mowie o gospodarstwie siedzi gruba warstwa wyrazów turkijskich: ökör to wół, borjú cielę, disznó świnia, tyúk kura, búza pszenica, árpa jęczmień, alma jabłko, körte gruszka, szőlő winorośl, bor wino, sajt ser, sarló sierp, gyümölcs owoc. Nazwy uprawy zboża, winnicy i obróbki mleka przyszły razem z samymi rzeczami, od ludów, które siedziały na roli wcześniej i dłużej.
Druga wiązka słów tego samego pochodzenia dotyka strachu, czarów i śmierci: boszorkány to czarownica, sárkány smok, báj urok, bűn wina i grzech, gyász żałoba, koporsó trumna, tükör zwierciadło, tanú świadek. Rdzeń, od którego urobiono boszorkány, znaczy tyle co przyciskać i przygniatać, a chodzi o nocne duszenie śpiącego, znane w całej Europie pod wieloma imionami.
Z turkijskiej nazwy nie wynika turkijska wiara. Zjawa przygniatająca śpiącego siedzi w opowieściach od Islandii po Grecję, a węgierski wziął dla niej obce słowo dokładnie tak samo, jak wziął słowo na ser i na sierp, co dowodzi sąsiedztwa i wymiany, nie zaś wspólnego bóstwa ani wspólnego obrzędu.
Wyrazy te stoją w łacińskich aktach z węgierskimi wtrętami od XI wieku, potem w glosariuszach i w protokołach sądowych, natomiast sam moment zapożyczenia nie został nigdzie zapisany i odczytuje się go z kształtu słowa. Faktem jest zatem wyraz i jego postać, a wiek zapożyczenia pozostaje wnioskiem, którego żadna kronika nie potwierdza.
- Do której gałęzi turkijskiej należą te wyrazy i czy wzięto je nad Wołgą, czy już w Kotlinie Karpackiej od potomków ludności awarskiej.
- Pochodzenie słowa táltos, oznaczającego wieszcza, pozostaje nierozstrzygnięte.
- Isten, węgierskie słowo na Boga, nie ma ustalonego rodowodu: proponowano wywód irański, turkijski i wewnętrzny, a żadnego nie da się poprzeć dokumentem.
- Kilka wyrazów z listy gospodarskiej, między innymi nazwa pługa, bywa wywodzone inaczej.
Skąd to wiadomowyrazy poświadczone w łacińskich aktach z węgierskimi wtrętami od XI wieku, w glosariuszach od XV wieku i w protokołach sądowych XVI–XVIII wieku
Chrześcijaństwo przyszło po słowiańsku
Zapis po fakcieKrzyż, ksiądz, msza, święty, Boże Narodzenie, piekło i cztery dni tygodnia noszą w węgierskim nazwy wzięte od Słowian.
Czytaj dalejTydzień, instytucja na wskroś chrześcijańska, przyszedł do Węgrów policzony cudzą mową: szerda to środa, csütörtök czwartek, péntek piątek, szombat sobota, wszystkie ze słowiańskiego. Po węgiersku liczy się tylko początek tygodnia — hétfő znaczy głowa tygodnia, kedd drugi — a niedziela nazywa się vasárnap, czyli dzień targu.
Tak samo nazwano rzeczy najważniejsze: kereszt to krzyż, keresztény chrześcijanin, pap ksiądz, barát zakonnik, apáca zakonnica, szent święty, karácsony Boże Narodzenie, pünkösd Zielone Świątki, mise msza, malaszt łaska, vecsernye nieszpory, zarándok pielgrzym, pokol piekło. Łacina dała przy tym słowa uczone i budowlane, jak templom, oltár, ostya, prédikál czy iskola, ale codzienna religia mówiła po słowiańsku.
Imiona świętych weszły w wymowie zgiętej przez słowiańskie usta: István od Stefana, László od Włodzisława, Miklós od Mikołaja, do tego György i Demeter. Pierwszy król i król rycerski noszą więc imiona, które przeszły przez trzecie ręce, zanim trafiły do węgierskiego kalendarza.
Najstarszy ciągły tekst węgierski, kazanie pogrzebowe wpisane do łacińskiego kodeksu około 1192–1195 roku, ma w sobie słowo malaszt w postaci starszej od dzisiejszej. Blisko dwieście lat po koronacji pierwszego króla to słownictwo było już u siebie i nie wymagało tłumaczenia dla słuchaczy nad grobem.
Ze słowiańskiego przyszły też słowa urzędu kościelnego i słowa oceny: püspök to biskup, érsek arcybiskup, csoda cud, pogány poganin, bálvány bałwan. Co z tego wynika: pierwszych nauk o nowej wierze Węgrzy słuchali po słowiańsku, od ludzi mieszkających z nimi w tych samych dolinach, zanim kancelaria królewska zaczęła pisać po łacinie. Czego nie wynika: że Kościół w państwie Stefana był słowiański. Biskupstwa zakładano w obrządku łacińskim, a wyrazy łacińskie doszły później i położyły się na wierzchu.
- Od których Słowian: od morawsko-panońskich sąsiadów z zachodu i północy, czy od południowych, gdzie chrześcijaństwo miało już własną terminologię.
- Czy część tych wyrazów weszła jeszcze przed 895 rokiem, w kontaktach na stepie i nad dolnym Dunajem.
- Rodowód słowa karácsony, wywodzonego ze słowiańskiego rdzenia oznaczającego przesilenie.
- Czy mise przyszło przez pośrednictwo słowiańskie, czy wprost z łacińskiego missa.
Skąd to wiadomokazanie pogrzebowe w łacińskim kodeksie, około 1192–1195; akty, glosariusze i kodeksy XIII–XV wieku
Król, żupan i miedza: słowiańskie słowa państwa
Zapis po fakcieWęgierskie słowo na króla wzięło się z imienia Karola przez słowiańskie usta; z tego samego źródła ispán, nádor i megye.
Czytaj dalejSzkielet młodego państwa nazwano wyrazami przejętymi od Słowian: király, czyli król, wywodzi się z imienia Karola Wielkiego, ispán z żupana, nádor z tytułu urzędnika dworskiego, megye, dzisiejszy komitat, z miedzy, a vajda z wojewody. Władza, urząd, granica okręgu i sąd dostały nazwy z mowy ludzi, wśród których Węgrzy osiedli.
Podobnie nazwano dom i pole: gazda to gospodarz, szolga sługa, kasza kosa, széna siano, szalma słoma, rozs żyto, zab owies, barázda bruzda, mezsgye miedza, jászol żłób, asztal stół, ablak okno, konyha kuchnia, pince piwnica, kemence piec, ebéd obiad, vacsora wieczerza, pénz pieniądz. To słownictwo osiadłego gospodarstwa, nie obozu.
Ślad widać też na mapie: nazwa Balatonu wiąże się ze słowiańskim błotem, Csongrád znaczy czarny gród, a Nógrád, Visegrád, Beszterce i Zagyva zachowały słowiańskie brzmienie. Nazwy te stoją w łacińskich aktach od XI wieku, obok pierwszych węgierskich słów wplecionych w tekst dokumentu z Tihany z 1055 roku.
Cztery z tych zapożyczeń dotykają wprost spraw wewnętrznych: munka to praca, beszéd mowa, szerencse szczęście i los, csoda cud. Człowiek, który po węgiersku mówi o cudzie i o losie, używa słów, które przyszły z zewnątrz razem z nowym porządkiem świata.
- Czy király przyszło przez pośrednictwo słowiańskie, czy wprost od sąsiadów niemieckich.
- Pochodzenie słowa bálvány, oznaczającego bałwana i słup — wywodzone i ze słowiańskiego, i z turkijskiego.
- Chronologia poszczególnych zapożyczeń: tę samą warstwę datowano na wiek X i na wiek XII.
- Czy nádor jest złożeniem słowiańskiego tytułu z węgierskim wyrazem na żupana.
Skąd to wiadomołacińskie akty z XI wieku z węgierskimi i słowiańskimi nazwami miejsc, w tym akt fundacyjny z Tihany z 1055 roku; rejestry i glosariusze XIII–XV wieku
Wodzowie ochrzczeni w Konstantynopolu
Zapis po fakcieW 948 roku dwaj węgierscy możni stanęli przed cesarzem w Konstantynopolu, a kilka lat później siedmiogrodzki gyula wrócił znad Bosforu z greckim biskupem.
Czytaj dalejGrecki traktat z połowy X wieku wymienia dwóch Węgrów, którzy przybyli do cesarza jako jego przyjaciele: Termacsu, prawnuka Arpada, i Bulcsú, noszącego godność karchasa. Kompilacja kronikarska spisana w Konstantynopolu w XI wieku dodaje, że Bulcsú przyjął chrzest, że cesarz trzymał go do chrztu i dał mu godność patrycjusza, a on umowy nie dotrzymał; w 955 roku, po klęsce nad Lechem, powieszono go w Ratyzbonie.
Ta sama kompilacja podaje, że kilka lat po Bulcsú przyjechał do Konstantynopola gyula, ochrzcił się i wrócił z mnichem imieniem Hierotheos, którego patriarcha wyświęcił na biskupa Turkii, to jest Węgier. O gyuli napisano przy tym, że wiary dotrzymał i wykupywał chrześcijańskich jeńców.
Trzeci wypadek dotyczy Ajtonya, pana ziem nad Maroszem, który przyjął chrzest obrządku greckiego w Widyniu i sprowadził greckich mnichów do Oroszlámos; pokonano go za panowania króla Stefana, około 1028 roku. Zapis o tym przechowała legenda o biskupie Gerardzie, zachowana w odpisach o dwa i trzy stulecia późniejszych.
Z tych trzech wypadków wynika kolejność, o której łatwo zapomnieć: obrządek grecki dosięgnął węgierskich możnych o pokolenie wcześniej niż łaciński dosięgnął państwa. Ród gyuli został pokonany w 1003 roku, Ajtony około 1028, i wraz z ich upadkiem obrządek grecki stracił na Węgrzech własnych panów — nie zniknął jednak z kraju, bo greckie domy fundowali i potwierdzali jeszcze przez dwa stulecia królowie państwa już łacińskiego.
Osobne świadectwo bizantyjskiego złotnictwa na tych ziemiach wydobyto z ziemi w 1860 roku pod Nitrą: zestaw złotych płytek z emaliowanymi postaciami cesarza Konstantyna IX Monomacha, panującego w latach 1042–1055, oraz cesarzowych Zoe i Teodory. Rzecz nie jest dowodem obrzędu, tylko dowodem drogi — że wyroby z warsztatów nad Bosforem docierały tutaj i że ktoś miał czym za nie zapłacić.
- Rok chrztu gyuli; zapis podaje go bez daty rocznej, a wyliczenia wahają się w granicach kilku lat.
- Czy biskupstwo Turkii miało stałą siedzibę, czy było godnością bez stolicy.
- Czy opowieść o Ajtonyu oddaje stan z XI wieku, czy została uformowana przez późniejszych odpisywaczy legendy.
- Który z gyulów Siedmiogrodu jeździł do Konstantynopola i jak się miał do pokonanego w 1003 roku.
- Autentyczność zespołu znalezionego w 1860 roku bywa podawana w wątpliwość; podniesiono zarzut nowożytnej roboty.
Skąd to wiadomotraktat Konstantyna VII, około 948–952; grecka kompilacja kronikarska z XI wieku; legenda o biskupie Gerardzie w późniejszych odpisach; zapisy o wyprawie z 1003 roku
Grecki klasztor i grecki dokument w katolickim królestwie
Zapis z tamtych czasówNajstarszy akt fundacyjny dla klasztoru na Węgrzech spisano po grecku; domy obrządku greckiego stały w królestwie jeszcze w XIII wieku.
Czytaj dalejFundacja dla zakonnic w Veszprémvölgy dostała akt spisany po grecku w pierwszej tercji XI wieku, a więc w czasie, gdy państwo budowało łacińskie biskupstwa. Pergamin, który przetrwał, pochodzi z odnowienia dokonanego przez króla Kolomana w 1109 roku: grecki tekst przepisano tam w całości i potwierdzono po łacinie, jedno obok drugiego.
Domów tego obrządku było więcej: klasztor grecki w Visegrádzie z połowy XI wieku, opactwo nad Sawą w Szávaszentdemeter, Dunapentele, Pásztó oddane później cystersom, Oroszlámos nad Maroszem. Nie były to pojedyncze wyjątki, lecz sieć trwająca przez dwa stulecia w państwie, którego król koronował się z ręki Rzymu.
W 1204 roku papież Innocenty III pisał do króla Emeryka o greckim klasztorze w jego państwie i o tym, co należy z nim zrobić; w ciągu następnych kilkudziesięciu lat domy te przeszły w ręce zakonów łacińskich. Rozłam z 1054 roku dotarł więc na Węgry z opóźnieniem liczonym w pokoleniach i załatwiono go administracyjnie, dokument po dokumencie.
- Czy fundatorem klasztoru w Veszprémvölgy był książę Gejza, czy król Stefan.
- Czy zakonnice sprowadzono z myślą o bizantyjskiej żonie następcy tronu.
- Ilu domów greckich naprawdę było — część znana jest tylko z nazwy w jednym akcie.
- Czy odnowienie z 1109 roku oddaje pierwotny tekst wiernie, czy z poprawkami kancelarii.
Skąd to wiadomogrecki akt dla klasztoru w Veszprémvölgy, pierwsza tercja XI wieku, zachowany w odnowieniu króla Kolomana z 1109 roku; list papieża Innocentego III do króla Emeryka, 1204
Łacina od zachodu: poselstwo, żona, opactwo, prawo
Zapis z tamtych czasówW 973 roku węgierskie poselstwo stanęło na wielkanocnym dworze cesarza w Quedlinburgu; trzydzieści lat później działało opactwo i prawo o budowie kościołów.
Czytaj dalejNa wielkanocnym dworze cesarza Ottona I w Quedlinburgu w 973 roku stanęło poselstwo księcia Gejzy, a wkrótce potem ruszyli na Węgry duchowni z Pasawy. Biskup tego miasta pisał około 974 roku do papieża, chwaląc się kilkoma tysiącami ochrzczonych wśród znaczniejszych rodów — list powstał w sporze o zwierzchnictwo nad nową misją, więc liczba jest w nim argumentem.
W 996 roku książę Stefan poślubił Gizelę bawarską, a z nią przyjechali rycerze i kapelani; w tym samym roku benedyktyni osiedli w Pannonhalmie, a akt wystawiony w imieniu Stefana w 1002 roku nadał opactwu dziesięcinę z całego komitatu. Kościół dostał ziemię, ludzi i stały dochód, zanim zdążył zdobyć wiernych.
Zbiór praw Stefana pokazuje, jak to egzekwowano: dziesięć wsi ma zbudować jeden kościół, król daje szaty, biskup przysyła kapłana i księgi, a kto podczas mszy szepce i przeszkadza innym, tego się z kościoła wyrzuca, młodszego zaś każą wychłostać i ostrzyc. Karano też pracę w niedzielę.
W ciągu jednego życia ludzkiego łacińskie chrześcijaństwo dostało więc na Węgrzech prawo, ziemię i pieniądz. Greckie domy bywały uposażane tak samo, nadaniem z ręki króla albo możnego, ale za obrządkiem greckim nie stanęło nigdy to, co dostał łaciński: przymus budowy kościołów, dziesięcina ściągana z całego komitatu i kara sądowa za opuszczenie mszy. Różnica między dwoma chrześcijaństwami, które przyszły w jednym stuleciu, jest różnicą w oparciu prawnym, nie w dacie przybycia.
- Czy książę Gejza ochrzcił się w 973 roku, czy wcześniej lub później — zapisy nie są zgodne.
- Wiarygodność liczby ochrzczonych z listu biskupiego, napisanego dla poparcia roszczeń jednej stolicy.
- Czy akt dla Pannonhalmy z 1002 roku zachował się bez późniejszych uzupełnień.
- Które artykuły praw Stefana powstały za jego życia, a które dopisano przy porządkowaniu zbioru.
Skąd to wiadomoroczniki niemieckie o poselstwie w Quedlinburgu, 973; list biskupa Pasawy do papieża, około 974; akt dla opactwa w Pannonhalmie datowany na 1002; zbiór praw króla Stefana, zachowany w kodeksie z XII wieku
Pogaństwo nazwane cudzym słowem
Zapis z tamtych czasówPrawo z 1092 roku każe płacić wołu za ofiary przy studniach, drzewach i kamieniach, ale nie podaje ani jednego węgierskiego słowa na to, co zakazuje.
Czytaj dalejUchwały zjazdu w Szabolcs z 1092 roku, wydane za panowania króla Władysława, nakładają karę wołu na tego, kto składa ofiary przy studniach albo znosi dary pod drzewa, do źródeł i na kamienie. Zakaz jest krótki i konkretny co do kary, a wycena w bydle dowodzi tylko tego, że rzecz uznano za wartą wyceny; sama z siebie nie rozstrzyga, czy pisarz patrzył na węgierską wieś, czy przepisywał gotową formułę z zachodniego zbioru kanonów.
Prawa króla Kolomana, spisane około roku 1100, zawierają artykuł znany później w całej Europie: dochodzenia w sprawie strzyg zostają w nim zakazane, a jako powód podano nieistnienie takich istot. W tym samym zbiorze zostają jednak kary dla szkodzących czarami i truciznami, a sprawę oddano sądowi, w którym obok urzędnika świeckiego zasiada duchowny; prawo rozróżnia więc byt urojony od czynu karalnego.
Oba teksty znamy z jednego kodeksu z XII wieku, przechowywanego w opactwie w Admont w Styrii, przy czym miejsca, w którym go przepisano, sam kodeks nie podaje. Najstarsze węgierskie prawo o pogaństwie dotarło więc do nas w cudzym języku, w jednym tylko odpisie i o pokolenie albo dwa młodszym od samych uchwał.
Prawo pisano po to, żeby karać, zakłada zatem, że przy wodzie, drzewie i kamieniu ofiary w XI wieku jeszcze składano. Nie wynika z niego natomiast, jak nazywano po węgiersku te ofiary ani kto je składał, bo słowa strzyga i trucicielka pochodzą z łacińskich ksiąg prawa i z zachodnich spisów pokut; mówią, co widział pisarz, a nie co mówił człowiek ze wsi.
- Czy formuła o studniach, drzewach i kamieniach opisuje węgierską praktykę, czy powtarza gotowy zwrot z zachodnich kanonów.
- Czy strzyga i trucicielka to w tym prawie dwie istoty, czy dwie kategorie prawne.
- Czy odpis z Admont oddaje pierwotne brzmienie artykułów.
- Dlaczego w żadnym z tych zakazów nie pada imię ani jednego bóstwa, choć wymieniono miejsca i przedmioty kultu.
- Skład sądu, przed który prawa Kolomana oddają szkodzących czarami — wydania tekstu wymieniają obok urzędnika świeckiego raz archidiakona, raz biskupa.
- Miejsce powstania kodeksu z Admont: wskazywano zarówno skryptorium węgierskie, jak i styryjskie, a od tego zależy, czy odpis wykonano w kraju, czy poza nim.
Skąd to wiadomouchwały zjazdu w Szabolcs, 1092; prawa króla Kolomana, około 1100; oba teksty w kodeksie z opactwa w Admont, XII wiek
Niemieccy goście: przywilej z 1224 roku i miasta
Zapis z tamtych czasówW 1224 roku Andrzej II dał siedmiogrodzkim Sasom jeden przywilej na cały lud: własnych sędziów, wybór księży i las dzielony z Wołochami.
Czytaj dalejOsadnicy z ziem niemieckich zaczęli przychodzić do Siedmiogrodu za panowania Gejzy II, w latach 1141–1162, a w 1224 roku król Andrzej II wystawił im przywilej obejmujący cały lud od Szászváros po Barót. Sasi dostali jednego komesa, wolny wybór własnych księży, własny sąd, a w zamian zobowiązali się do rocznej opłaty w srebrze i do wystawiania oddziału na wyprawy królewskie; dokument pozwala im też korzystać z lasu Wołochów i Pieczyngów.
Ten sam król sprowadził w 1211 roku Krzyżaków do Barcaság, a w 1225 usunął ich siłą, gdy zaczęli budować własne państwo. Sasi spiscy otrzymali przywilej od króla Stefana V w 1271 roku, a miasta górnicze rosły jedno po drugim: Besztercebánya z prawem z 1255 roku, Selmecbánya z własnym prawem górniczym spisanym w XIII wieku, Körmöcbánya lokowana przez Karola Roberta w 1328 roku i bijąca złotą monetę.
W Budzie rada miejska mówiła po niemiecku, a księga prawa miejskiego powstała na początku XV wieku po niemiecku; po zatargu w mieście w 1439 roku urząd sędziego zaczęto obsadzać na przemian Niemcem i Węgrem. Podział języka był tu sprawą regulaminu, nie obyczaju.
Osadnicy przynieśli prawo miejskie, cechy i szkołę przy parafii, a wraz z nimi rok obrzędowy miasta cechowego: procesje, odpusty i zapusty. Murowanego kościoła królestwo im nie zawdzięcza, bo te stawiano tu z fundacji królewskich i biskupich od XI wieku, natomiast porządek świąt cechowych widać w ich własnych statutach i księgach miejskich, a nie w słowniku.
- Zakres pierwotnego osadnictwa za Gejzy II i to, skąd dokładnie przybyli pierwsi Sasi.
- Czy przywilej z 1224 roku objął wszystkie grupy saskie, czy tylko te z południa Siedmiogrodu.
- Czy księga prawa Budy powstała jednorazowo, czy narastała przez kilkadziesiąt lat.
- Jak długo utrzymał się porządek naprzemiennego obsadzania urzędu sędziego po 1439 roku.
Skąd to wiadomoprzywilej króla Andrzeja II dla Sasów siedmiogrodzkich, 1224; usunięcie Krzyżaków z Barcaság, 1225; przywilej Stefana V dla Sasów spiskich, 1271; akt lokacyjny Kremnicy, 1328; księga prawa miasta Budy, początek XV wieku
Farsang: zapusty z niemiecką nazwą
Zebrane z ustWęgierska nazwa zapustów pochodzi z bawarskiej mowy mieszczan, a najgłośniejsze maski przyniósł lud południowosłowiański osadzony po wojnach tureckich.
Czytaj dalejWęgierskie farsang, czyli zapusty, to wyraz przejęty z bawarsko-austriackiej nazwy karnawału i poświadczony w piśmie od XV wieku. Nazwa objęła cały czas od Trzech Króli do środy popielcowej, porę wesel, uczt i pochodów cechowych, a przyszła tą samą drogą co prawo miejskie: przez mieszczan mówiących po niemiecku.
Węgierskie zapusty są więc piętrowe: niemiecka nazwa, południowosłowiańskie maski, miejscowe obrzędy weselne i kościelny kalendarz postu. Opowieść, jakoby maski odstraszyły kiedyś Turków, jest podaniem zapisanym w XIX i XX wieku, a nie relacją z czasu wojen; wiek samego pochodu pozostaje nieustalony.
Najgłośniejszy węgierski pochód zapustny, busójárás w Mohácsu, należy do innej warstwy: chodzą w nim mężczyźni w kożuchach, w rogatych maskach z drewna i z klekotkami, a gospodarzami obrzędu są Szokcy, katoliccy Słowianie południowi, których osadnictwo w tych stronach wzmogło się po wojnach z Turkami. Czy przynieśli pochód gotowy, czy ułożył się on dopiero na miejscu, rozstrzygnąć się nie da, bo pierwsze opisy spisano w XIX i XX wieku, a starszych nie ma żadnych.
- Czy pochód w maskach jest starszy od osadnictwa Szokców w tych stronach.
- Jaką dokładnie drogą wyraz farsang wszedł do węgierskiego i kiedy po raz pierwszy został zapisany.
- Czy przed przyjęciem niemieckiej nazwy Węgrzy mieli własny zimowy pochód w maskach — brak na to zapisu sprzed XV wieku.
- Ile z dzisiejszej postaci obrzędu ukształtowano w XX wieku na potrzeby widowni.
Skąd to wiadomowyraz poświadczony w węgierskich glosariuszach i kodeksach od XV wieku; opisy pochodu z Mohácsu spisane w XIX i XX wieku
Jasowie: irański sąsiad i czterdzieści słów
Zapis z tamtych czasówRazem z Kumanami przyszedł lud mówiący językiem irańskim. Został po nim jeden spis, około czterdziestu słów zapisanych w XV wieku.
Czytaj dalejW XIII wieku, w tej samej fali co Kumanie, weszli do kraju Jasowie i osiedli w środku Niziny Węgierskiej, w okręgach z własnymi kapitanami; w łacińskich aktach występują pod własną nazwą, z własnymi wolnościami i obowiązkiem wojskowym, oddzieleni od sąsiadów z zewnątrz i od Węgrów. Ich język należał do rodziny irańskiej i nie był spokrewniony ani z węgierskim, ani z kumańskim.
Cały ten język przetrwał w jednym zabytku. Na karcie dokumentu z początku XV wieku ktoś wypisał około czterdziestu wyrazów wraz z objaśnieniami: nazwy chleba, mięsa, mleka, napojów i sprzętów domowych. Zapis rozpoznano dopiero w XX wieku, przy porządkowaniu archiwum, a wyrazy okazały się najbliższe mowie Osetyjczyków na Kaukazie.
Wniosek wykracza poza samych Jasów: w królestwie mówiono co najmniej przez półtora stulecia — od osiedlenia w XIII wieku po spis z początku XV — językiem, po którym została jedna zapisana strona, a kiedy zamilkł, nie odnotował nikt. Jeśli cały język potrafi zniknąć, zostawiając czterdzieści słów, to brak węgierskiej listy bogów sprzed chrztu nie jest zagadką wymagającą wyjaśnienia, tylko normalną miarą tego, co przetrwało z mowy niepisanej.
- Dokładna data karty ze spisem i to, w jakim celu urzędnik sporządził wykaz.
- Odczyt kilku wyrazów i ich znaczenia.
- Czy wszystkie królewskie nadania z XIV wieku dotyczą Jasów jako całości, czy pojedynczych grup.
- Kiedy język ten przestał być używany — żaden dokument tego nie odnotowuje.
Skąd to wiadomoakty królewskie o Jasach od XIII wieku i nadania z pierwszej połowy XIV wieku; karta ze spisem około czterdziestu słów z początku XV wieku, rozpoznana w archiwum w XX wieku
Kumanie wpuszczeni do państwa: 1239, 1241, 1246
Zapis z tamtych czasówKról przyjął stepowy lud w 1239 roku, dwa lata później chana zabito w Peszcie, a po najeździe mongolskim Kumanów sprowadzono z powrotem.
Czytaj dalejWiosną 1241 roku, w panice przed Mongołami, mieszkańcy Pesztu zabili Kötena, oskarżając Kumanów o szpiegostwo na rzecz najeźdźcy. Lud kumański opuścił kraj, paląc i grabiąc drogę na południe; opisał to naoczny świadek, duchowny, który sam dostał się w ręce Mongołów i swoją relację spisał w 1244 roku, a potwierdza go kronika z dalmatyńskiego wybrzeża z tego samego stulecia.
Po odejściu Mongołów król sprowadził Kumanów z powrotem, od 1246 roku osadzając ich między Dunajem a Cisą i nad Kereszem, i związał ich z dynastią: około 1253 roku jego syn Stefan poślubił córkę kumańskiego możnego, ochrzczoną jako Elżbieta. Ich syn, urodzony w 1262 roku, przeszedł do akt z przydomkiem Kumańczyka.
Państwo chrześcijańskie przyjęło więc wewnątrz swoich granic lud, który chrztu jeszcze nie przyjął, i zrobiło to dwa razy, świadomie, za cenę wojska. Kumanie byli potrzebni jako jazda i tak ich traktowano w nadaniach.
W 1239 roku król Bela IV wpuścił do kraju chana Kötena z jego ludem, uciekającego przed Mongołami, biorąc od niego obietnicę chrztu. Przybyszów rozmieszczono wraz ze stadami między węgierskimi wsiami, co niemal natychmiast wywołało skargi o szkody w zbożach i spory o pastwiska — wiadomo o nich jednak nie z ówczesnych akt, lecz z relacji spisanej już po najeździe przez człowieka, który te skargi pamiętał.
- Liczebność ludu Kötena — zapisy podają liczby okrągłe, nieweryfikowalne.
- Czy oskarżenie o szpiegostwo miało jakąkolwiek podstawę.
- Dokładny rok ślubu królewicza Stefana z Elżbietą.
- Jak daleko sięgało pierwsze osadzenie z 1239 roku i ile rodzin wróciło po 1246.
Skąd to wiadomorelacja spisana w 1244 roku przez duchownego, który był jeńcem Mongołów; kronika dalmatyńska z XIII wieku; królewskie akty o osadzeniu Kumanów z lat 1246–1279
Prawa kumańskie z 1279 roku
Zapis z tamtych czasówW 1279 roku Kumanie przyrzekli legatowi papieskiemu porzucić namioty i bałwany. Król, syn Kumanki, przyrzeczenia nie wyegzekwował.
Czytaj dalejLegat papieski Filip, biskup Fermo, przybył na Węgry pod koniec lat siedemdziesiątych XIII wieku właśnie w tej sprawie, a w 1279 roku, na zjeździe z udziałem króla i możnych, Kumanie złożyli przysięgę. Zobowiązali się porzucić filcowe namioty i zamieszkać w domach i wsiach, odstąpić od bałwanów i obrzędów, nie przelewać chrześcijańskiej krwi, wypuścić chrześcijańskich jeńców oraz zmienić strój i uczesanie; na poręczenie wydano zakładników, a król przysiągł, że tego dopilnuje.
Nie dopilnował. Na przełomie 1279 i 1280 roku legat obłożył króla klątwą i sam popadł w niewolę, w 1282 roku król bił się z buntującymi się Kumanami nad jeziorem Hód, w 1285 przez kraj przeszła druga armia mongolska, a w 1290 roku Kumanie zamordowali króla pod Körösszeg, przy czym akta wymieniają zabójców z imienia. Władysław IV nosił kumański strój, trzymał kumańskie towarzystwo i zostawił po sobie przydomek Kumańczyka.
Prawo z 1279 roku jest najpełniejszym spisem kumańskiego obyczaju, jaki sporządzono na Węgrzech — i trzeba czytać je z pamięcią o tym, kto je pisał. To lista rzeczy do porzucenia, ułożona po łacinie przez duchownego, więc namiot, bałwan i uczesanie występują w niej jako przedmioty zakazu, a nie jako opis wiary; nazw kumańskich bóstw nie ma w niej ani jednej.
- Czy zachowany tekst to jedno prawo, czy dwie redakcje z tego samego roku.
- Co pisarz rozumiał przez bałwany: figury, słupy nagrobne, czy w ogóle wszelkie obrzędy przy zmarłych.
- Ile z przysięgi kiedykolwiek wykonano i czy zakładników rzeczywiście wydano.
- Czy bunt z 1282 roku był sprzeciwem religijnym, czy sporem o ziemię i służbę wojskową.
- Rok bitwy nad jeziorem Hód: wskazywano zarówno 1280, jak i 1282.
- Czy klątwa i uwięzienie legata dzieliły się na dwa lata, czy zmieściły w jednym — przekazy układają te zdarzenia w różnej kolejności.
Skąd to wiadomoprawa kumańskie ogłoszone w obecności legata Filipa z Fermo, 1279; klątwa na króla z 1280 roku; akta o bitwie nad jeziorem Hód, 1282; dokumenty o zabójstwie króla pod Körösszeg, 1290
Kiedy Kumanie przestali być poganami
Zapis z tamtych czasówŻaden dokument nie podaje dnia chrztu Kumanów. Zmianę widać w grobach: koń i szabla znikają z pochówków w ciągu XIV wieku.
Czytaj dalejNa piaskach między Dunajem a Cisą odkopano w XIX i XX wieku groby z XIII i XIV wieku, w których leży mężczyzna z czaszką i kośćmi nóg konia, z siodłem, szablą i pasem nabijanym srebrem. W jednym wypadku, pod Csengele, taki pochówek z koniem znalazł się wewnątrz murów kościoła — obrzęd stepowy odprawiony w chrześcijańskim budynku, i to przy zachowaniu obu porządków naraz.
W ciągu XIV wieku takie pochówki ustają, w kumańskich okręgach pojawiają się kościoły parafialne, a kumańscy naczelnicy występują w aktach jako królewscy kapitanowie o chrześcijańskich imionach. Nie ma jednak dokumentu, który podawałby datę chrztu tego ludu; przysięga z 1279 roku nią nie była, a żaden późniejszy akt nie ogłasza rzeczy za zakończoną.
Język przeżył religię o kilka stuleci: kumańskie Ojcze Nasz spisano w XVII i XVIII wieku w postaci zniekształconej, uczonej już tylko z pamięci, a miejscowy przekaz wskazywał w Karcagu ostatniego człowieka, który je umiał, zmarłego w 1770 roku. Zachowany rękopis kumański, którego pierwsza, słownikowa część nosi datę 1303, a druga, z tekstami, powstała o kilkadziesiąt lat później, pochodzi natomiast znad Morza Czarnego i opisuje mowę tamtejszych Kumanów, nie tych z węgierskich okręgów.
- Datowanie poszczególnych grobów i to, czy pochówek w kościele oznacza chrześcijanina trzymającego się starego obrzędu, czy poganina złożonego w opuszczonej budowli.
- Czy zanik pochówków z koniem jest miarą wiary, czy zmiany zamożności i trybu życia.
- Status kumańskiego Ojcze Nasz: modlitwa powtarzana bez rozumienia, częściowo poprawiana przy zapisie.
- Rok śmierci ostatniego znającego modlitwę opiera się na miejscowym przekazie, nie na dokumencie kościelnym.
Skąd to wiadomogroby kumańskie z XIII–XIV wieku między Dunajem a Cisą, badane w XIX i XX wieku, w tym pochówek spod Csengele; kumańskie Ojcze Nasz zapisane w XVII–XVIII wieku; słownik i teksty kumańskie z 1303 roku, powstałe na Krymie
Ármány: perski demon dopisany w 1822 roku
Ułożone przy biurkuImię przeciwnika Hadúra wzięto z perskiego Arymana i wpisano do wyobrażeń o wierze praojców w 1822 roku. Średniowiecze go nie znało.
Czytaj dalejW 1822 roku ukazał się epos o Seklerach w Siedmiogrodzie, w którym po raz pierwszy stanęła para imion: Hadúr, pan wojny, i Ármány, jego przeciwnik. Drugie z nich urobiono z perskiego Arymana, znanego wówczas z modnych lektur o wierze dawnej Persji; trzy lata później wielki poemat o zajęciu kraju rozniósł Hadúra wśród czytelników, a stamtąd oba imiona weszły do podręczników, kalendarzy i albumów.
Ani grecki traktat z X wieku, ani łacińskie prawa z XI i XII, ani kroniki, ani akta procesów nie znają żadnego z tych imion. Teksty, które zakazują pogańskich praktyk, wymieniają studnię, drzewo i kamień, ale nie podają imienia ani jednego węgierskiego bóstwa — nie dlatego, że je przemilczały, lecz dlatego, że nie miały czego wymienić.
Najczęściej cytowany węgierski panteon jest zatem tworem literackim z lat dwudziestych XIX wieku, a jego demon pochodzi z Persji. To także zapożyczenie od sąsiadów, tylko dokonane w bibliotece zamiast na pastwisku — i jedyne w tej sekcji, którego datę można podać z dokładnością do roku.
- Zwykły węgierski rzeczownik ármány, oznaczający intrygę, to osobna sprawa i jego własny rodowód bywa sporny.
- Czy Hadúr został złożony z węgierskich wyrazów na wojsko i pana przez autora eposu, czy podchwycony z wcześniejszego druku.
- Ile z późniejszej wiary praojców wyrosło właśnie z tej pary imion, a ile z innych XIX-wiecznych pomysłów.
- Czy któryś z XIX-wiecznych zbieraczy zanotował te imiona z ust ludzi — jeżeli tak, byłby to zapis wtórny wobec druku.
- Rok druku eposu o Seklerach bywa podawany jako 1822 i jako 1823, bo almanach z datą kolejnego rocznika ukazywał się jeszcze przed końcem roku poprzedniego.
- Czy oba imiona weszły do obiegu wprost z eposu, czy dopiero za pośrednictwem poematu z 1825 roku, który jeden z nich rozniósł szerzej niż pierwodruk.
Skąd to wiadomoepos o Seklerach w Siedmiogrodzie, 1822; poemat o zajęciu kraju, 1825; brak poświadczenia obu imion w jakimkolwiek źródle sprzed XIX wieku
Półksiężyc nad Budą, 1541–1686
Meczet z kamienia rozebranego kościoła
Przez sto czterdzieści pięć lat, od zajęcia Budy dwudziestego dziewiątego sierpnia 1541 roku po szturm drugiego września 1686, środek Węgier należał do państwa, które rządziło własnym prawem, liczyło lata od hidżry i stawiało meczety z kamienia rozebranych kościołów. Dział zna już rachunek, wedle którego po pogańskich Węgrach nie został żaden spis bóstw; tutaj rzecz stoi odwrotnie, bo została i księga podatkowa z imionami gospodarzy, i kalendarz, i budynki, w których do dziś gotuje się woda. Sekcja idzie od Mohacza i od kaznodziejów, którzy wytłumaczyli klęskę grzechem własnego narodu, przez turbe derwisza, meczety Peczu i łaźnie Budy, aż po rzeczy późniejsze niż odsiecz: pierwszą turecką tłocznię założoną przez Węgra i ustawę z 1916 roku.
Dwie godziny pod Mohaczem, 29 sierpnia 1526
Zapis z tamtych czasówBitwa zaczęła się po południu i skończyła przed nocą, a zginęli w niej dwudziestoletni król, dwaj arcybiskupi i pięciu biskupów królestwa.
Czytaj dalejDwudziestego dziewiątego sierpnia 1526 roku pod Mohaczem nad Dunajem wojsko królestwa stanęło naprzeciw armii sułtana Sulejmana i rozsypało się w ciągu jednego popołudnia. Ludwik II, król Węgier i Czech, miał wtedy dwadzieścia lat; uszedł z pola i utonął w rozlewisku strumienia Csele. Ciało odnaleziono dopiero w październiku i złożono w Székesfehérvárze, w grobach jego poprzedników.
Klęska zabrała krajowi nie tylko króla. Na polu zostali arcybiskup kaloczański Pál Tomori, który dowodził, arcybiskup ostrzyhomski László Szalkai oraz pięciu biskupów, czyli niemal cały zarząd węgierskiego Kościoła naraz. Obsadzanie opróżnionych stolic ciągnęło się potem dziesiątki lat, a w części diecezji nie dokonało się już nigdy.
O tym, co zaszło, napisał człowiek, który stał w szyku: kanclerz i biskup sremski István Brodarics przeżył i ogłosił swoją relację drukiem w Krakowie w 1527 roku, w niespełna rok po bitwie. Z drugiej strony pola zachował się dziennik wyprawy sułtańskiej, notujący dzień po dniu ulewę, hołd dowódców i wybicie jeńców, do którego doszło dwa dni po bitwie.
- Liczebność obu wojsk podaje się w granicach od dwudziestu pięciu do sześćdziesięciu tysięcy; żaden rachunek z epoki nie jest pełny.
- Kapelan Ludwika II napisał dwadzieścia lat później, że króla zamordowano, zamiast że utonął; poza jego pismem nie ma na to nic.
- Liczba poległej szlachty krąży w tysiącach i pochodzi z szacunków, nie ze spisu.
Skąd to wiadomoRelacja uczestnika bitwy, kanclerza i biskupa sremskiego, drukowana w Krakowie w 1527 roku; dziennik wyprawy sułtańskiej z sierpnia i września 1526 roku
Turek jest rózgą Bożą: druk krakowski z 1538 roku
Zapis z tamtych czasówDwanaście lat po Mohaczu wyszła w Krakowie węgierska pieśń, która postawiła obok siebie Żydów wyprowadzonych z Egiptu i Węgrów przywiedzionych ze wschodu.
Czytaj dalejW 1538 roku tłoczono w Krakowie węgierski utwór Andrása Farkasa o narodzie żydowskim i węgierskim. Rzecz stoi na jednym porównaniu prowadzonym przez cały tekst: Bóg wywiódł Żydów z Egiptu i dał im dobrą ziemię, tak samo wywiódł Węgrów ze wschodu i dał im Panonię; obu ludom postawił prawo, oba prawo złamały, oba dostały karę cudzą ręką.
Wniosek z tego porównania jest praktyczny i bardzo niewygodny. Skoro Babilon był narzędziem w ręku Boga, a nie samodzielną potęgą, to i Turek jest rózgą, którą Bóg karze swoich, a przeciw rózdze nie pomaga ani liczniejsze wojsko, ani cudzy sojusz, tylko poprawa obyczajów. Wina leży zatem nie u najeźdźcy, lecz u panów, księży i ludu królestwa.
Ten sam wykład poszedł wkrótce w śpiew. Kancjonały tłoczone w Siedmiogrodzie w połowie XVI wieku podają pieśni, które wyliczają grzechy stanów węgierskich po kolei i zapowiadają dalsze spustoszenie, jeżeli nie nastąpi opamiętanie. Śpiewano je po obu stronach granicy, także w zborach leżących już pod władzą sułtana.
- O samym Farkasu wiadomo niewiele ponad to, że był kaznodzieją; szczegóły życiorysu bywają wyprowadzane z jego własnego tekstu.
- Podobny wykład głoszono wtedy w Rzeszy o najazdach na Austrię; kto od kogo wziął ten schemat, nie zostało wykazane.
- Czy pieśni pokutne śpiewano w zborach po tureckiej stronie granicy, wnosi się z zasięgu kancjonałów, a nie z zapisu o samym wykonaniu.
Skąd to wiadomoWęgierski druk o narodzie żydowskim i węgierskim, Kraków 1538; kancjonały siedmiogrodzkie z połowy XVI wieku
Debreczyn 1563, Sárvár 1602 i odpowiedź z 1603
Zapis z tamtych czasówWykład o karze za grzechy narodu drukowano przez osiemdziesiąt lat, a spór toczył się nie o to, czy Turek jest karą, tylko o to, czyj grzech ją ściągnął.
Czytaj dalejW 1563 roku wyszły w Debreczynie dwie księgi Gáspára Károlyiego o przyczynach pomyślnego i złego losu krajów oraz królów. Kaznodzieja z Gönc wylicza w nich węgierskie grzechy stan po stanie i zapowiada dalsze spustoszenie kraju. Ten sam człowiek dał później Węgrom pełną Biblię w ich własnej mowie, tłoczoną w Vizsoly w 1590 roku.
W 1602 roku István Magyari, kaznodzieja luterański w Sárvárze, ogłosił rzecz o przyczynach licznych upadków w krajach i wskazał winnego: stara wiara wraz z jej nadużyciami sprowadziła karę na Węgry. Rok później odpowiedział mu drukiem z Trnawy jezuita Péter Pázmány i odwrócił rachunek, dowodząc, że spustoszenie przyszło razem z nową nauką.
Dla dziejów wierzeń ważniejsze od samego sporu jest to, co obie strony przyjmowały bez dowodzenia. Ani luteranin, ani jezuita nie traktował sułtana jako przeciwnika politycznego, którego da się zmierzyć liczbą dział; obaj widzieli w nim narzędzie sądu Bożego nad węgierskim narodem. Ta rama utrzymała się w kazaniu i w pieśni dłużej niż samo panowanie osmańskie.
- Czy kazanie zmieniło cokolwiek w postępowaniu stanów, nie zostało wykazane; dowód musiałby wyjść z akt sejmowych, a te mówią o podatkach.
- Datowanie kilku druków polemicznych z lat 1602-1604 opiera się na kartach tytułowych, nie na aktach cenzury.
Skąd to wiadomoDruk debreczyński z 1563 roku; druk sárvárski z 1602; odpowiedź trnawska z 1603; Biblia z Vizsoly z 1590 roku
Muzułmanie w królestwie Arpadów, XI-XIII wiek
Zapis z tamtych czasówIslam nie przypłynął na Węgry z Sulejmanem. Prawo Kolomana z około 1100 roku reguluje życie muzułmańskich poddanych, a Złota Bulla z 1222 zamyka im urzędy skarbowe.
Czytaj dalejDekrety króla Kolomana z około 1100 roku mają osobne przepisy o izmaelitach, czyli o muzułmanach osiadłych w królestwie. Nakazują im spożywać wieprzowinę, wydawać córki za chrześcijan i stawiać kościół w każdej wsi, w której mieszkają, a połowę takiej wsi przenosić gdzie indziej. Prawo tak szczegółowe pisze się dla ludzi, którzy są, a nie dla wyobrażenia.
Złota Bulla Andrzeja II z 1222 roku zamyka Żydom i izmaelitom urząd komory, żupy solnej i mennicy. Ten sam zakaz powtarza przysięga bereska z 1233 roku, co znaczy tyle, że pierwszego nie przestrzegano. Muzułmańscy poddani królestwa byli więc kupcami, poborcami i menniczymi, a nie wyłącznie żołnierzami najemnymi.
Około połowy XII wieku spędził na Węgrzech trzy lata podróżnik z Grenady, Abu Hamid, i zostawił opis tamtejszych muzułmanów: jedni wywodzili się od przybyszów z zachodu, służyli królowi w wojsku i wiary nie kryli, drudzy przyszli ze wschodu i trzymali się jej po cichu. Po tej ludności zostały nazwy miejscowe z rdzeniem böszörmény, który znaczy po prostu muzułmanina.
- Skąd przyszli izmaelici, znad Wołgi, z Chorezmu czy ze stepu pieczyńskiego, nie zostało rozstrzygnięte.
- Kiedy dokładnie zniknęli, nie wiadomo; ostatnie wzmianki są czternastowieczne, a nazwy miejscowe trwają dłużej niż ludzie.
- Wywód nazwy böszörmény od słowa oznaczającego muzułmanina bywa przyjmowany, ale nie ma średniowiecznego tekstu, który by go objaśniał.
Skąd to wiadomoDekrety Kolomana z około 1100 roku; Złota Bulla z 1222; przysięga bereska z 1233; relacja podróżnika z Grenady z lat 1150-1153
29 sierpnia 1541: Buda wzięta bez wystrzału
Zapis z tamtych czasówW piętnastą rocznicę Mohacza janczarzy weszli do Budy w czasie rozmów. Od tego dnia kraj miał trzy stolice, trzech panów i trzy osobne rachunki podatkowe.
Czytaj dalejDwudziestego dziewiątego sierpnia 1541 roku, dokładnie w piętnastą rocznicę Mohacza, oddziały sułtana weszły do Budy bez walki, podczas gdy węgierscy panowie bawili w obozie na rozmowach. Małoletniego Jana Zygmunta odesłano wraz z matką na wschód, za Cisę, a Buda stała się siedzibą namiestnika i stolicą osmańskiej prowincji.
Od tej chwili jedno królestwo miało trzy zarządy: Węgry Królewskie z Pozsony, dzisiejszej Bratysławy, prowincję osmańską w środku kraju oraz Siedmiogród płacący Porcie trybut. Prowincji osmańskich z czasem przybywało: Temeszwar w 1552 roku, Eger w 1596, Kanizsa w 1600, Wielki Waradyn w 1660, Nowe Zamki w 1663.
Węgierskie pisma nazwały zajętą strefę hódoltság, od czasownika hódol, czyli hołdować, poddawać się. Granica nie biegła linią, lecz przez wsie: setki osad hołdowały sułtanowi i równocześnie odsyłały czynsz dawnemu panu, siedzącemu już po drugiej stronie. Jedna wieś potrafiła stać naraz w dwóch spisach podatkowych, tureckim i królewskim.
- Zasięg hódoltságu zmieniał się co pokolenie; każda mapa tej strefy pokazuje stan z jednego roku, choć bywa podpisywana jako obraz stu pięćdziesięciu lat.
- Czy Budy dało się w 1541 roku obronić, nie da się rozstrzygnąć z dokumentów; spierano się o to już wtedy.
Skąd to wiadomoOsmańskie akty ustanowienia prowincji budzińskiej z 1541 roku; uchwały sejmów węgierskich o wsiach hołdowniczych; spisy podatkowe obu stron
Gül Baba: śmierć 1 września 1541, grobowiec 1543-1548
Zapis z tamtych czasówDerwisz umarł dwa dni po zajęciu Budy, a ośmioboczny grobowiec postawiono mu w ciągu pięciu lat. To najdalej na północ wysunięte miejsce pielgrzymki muzułmańskiej w Europie.
Czytaj dalejGül Baba był derwiszem bektaszyckim i zmarł w Budzie pierwszego września 1541 roku, w drugim dniu po zajęciu miasta. Grobowiec, czyli turbe, wzniesiono nad jego mogiłą na wzgórzu ponad Dunajem między 1543 a 1548 rokiem, z fundacji trzeciego z kolei namiestnika Budy. Jest to budowla ośmioboczna, kamienna, kryta kopułą, niewielka i prosta w rysunku.
Po odbiciu Budy w 1686 roku budynku nie rozebrano: jezuici urządzili w nim kaplicę świętego Józefa i to ocaliło mury. W drugiej połowie XIX wieku dwór sułtański opłacił odnowienie grobowca, który pozostał własnością węgierską, a kolejne remonty szły odtąd jeden po drugim; ostatni zamknięto w październiku 2018 roku, otwierając turbe dla odwiedzających i dla modlących się.
Podróżnik osmański, który objeżdżał Węgry w latach sześćdziesiątych XVII wieku, opisał turbe wraz z ogrodem róż wokół niego. Wzgórze nosi do dziś nazwę Rózsadomb, czyli Wzgórze Róż, a samo imię derwisza znaczy po turecku Ojciec Róża. Do kamiennego ośmioboku przychodzą się modlić muzułmanie z Węgier i spoza nich, a żaden inny grobowiec z czasów osmańskich nie stoi w Europie dalej na północ.
- Opowieść, że derwisz padł podczas dziękczynnej modlitwy w kościele zamienionym właśnie na meczet, pochodzi z pism osmańskich spisanych później niż sam dzień.
- Czy to on przyniósł do Budy róże, czy raczej róże przyniosły mu przydomek, nie zostało rozstrzygnięte; nazwa wzgórza jest poświadczona później niż grobowiec.
- Dzień śmierci derwisza, pierwszy września 1541 roku, podają pisma osmańskie spisane później; dokumentu z tamtego dnia nie ma.
- Powtarzane zdanie o najdalej na północ wysuniętym celu pielgrzymki muzułmańskiej w Europie pomija groby czczone nad Wołgą i u Tatarów dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, leżące znacznie dalej na północ.
Skąd to wiadomoFundacja namiestnika Budy z lat 1543-1548; opis podróżnika osmańskiego z lat sześćdziesiątych XVII wieku; sam budynek na Rózsadomb, otwarty po odnowieniu w październiku 2018 roku
Meczet Gazi Kasima w Peczu i kamień świętego Bartłomieja
Zapis z tamtych czasówNajwiększą turecką budowlę na Węgrzech postawiono z ciosów rozebranego gotyckiego kościoła. W 1702 roku wróciła do chrześcijan, a na kopule stanął krzyż nad półksiężycem.
Czytaj dalejMeczet Gazi Kasima paszy stanął przy głównym placu Peczu w drugiej połowie XVI wieku, a materiał wzięto na niego z rozebranego gotyckiego kościoła świętego Bartłomieja, który stał w tym samym miejscu. Budowla jest kwadratowa, przykryta wielką kopułą, z niszą modlitewną zwróconą ku Mekce, i do dziś pozostaje największym zachowanym dziełem osmańskim na Węgrzech.
Pecz odbito w 1686 roku, a w 1702 meczet oddano jezuitom i poświęcono na kościół katolicki. Funkcję tę pełni nieprzerwanie do dzisiaj, jako świątynia parafialna śródmieścia. Ten sam kamień, obrobiony raz dla kościoła gotyckiego, obsłużył zatem kolejno trzy urządzenia religijne i przetrwał każde z nich o kilka stuleci.
We wnętrzu zachowała się nisza modlitewna oraz tureckie obramienia okien, odsłonięte przy pracach w XX wieku. Na szczycie kopuły stoi krzyż, a pod nim półksiężyc. Znak ten wieńczy w tym kraju niejedną wieżę kościelną, ale tutaj siedzi na kopule wzniesionej dla modlitwy muzułmańskiej i przez to czyta się go jako zapis kolejności, a nie jako ozdobę.
- Datowanie budowy waha się o trzydzieści lat, bo aktów fundacyjnych nie ma, a przekazy osmańskie podają tylko imię fundatora.
- Czy cały materiał pochodzi z jednego rozebranego kościoła, czy także z innych budowli miasta, nie zostało wykazane.
- Krzyż nad półksiężycem wieńczy na Węgrzech wiele świątyń chrześcijańskich i sam w sobie nie świadczy o tureckiej przeszłości budynku.
Skąd to wiadomoBudynek przy głównym placu Peczu; przekazanie jezuitom w 1702 roku; opis podróżnika osmańskiego z lat sześćdziesiątych XVII wieku
Jakovali Hasan: jedyny meczet, który ma jeszcze minaret
Zapis z tamtych czasówZe wszystkich meczetów hódoltságu został jeden zachowany w komplecie wraz z minaretem: dwadzieścia parę metrów wysokości i ponad osiemdziesiąt stopni w środku.
Czytaj dalejMeczet Jakovali Hasana postawiono w Peczu w drugiej połowie XVI wieku, a obok niego stanęło turbe fundatora. Jest to jedyny meczet na Węgrzech zachowany razem ze swoim minaretem, smukłą wieżą wysoką na dwadzieścia kilka metrów, z kręconymi schodami liczącymi ponad osiemdziesiąt stopni i z galeryjką, z której wołano na modlitwę.
Po odbiciu miasta budynek obrócono na kaplicę przy szpitalu i to właśnie go ocaliło. Odnowienie przeprowadzone w latach pięćdziesiątych XX wieku odsłoniło niszę modlitewną z pierwotnym malowaniem, a w drugiej połowie tego stulecia wróciła pod tę kopułę modlitwa muzułmańska. Budynek jest więc zabytkiem i czynnym meczetem naraz.
Reszta zachowanego zasobu jest krótka: turbe Idrisa Baby w Peczu, meczet w Szigetvárze służący dziś za kościół katolicki, meczet w Siklós wydobyty z murów późniejszego domu i odnowiony w latach dziewięćdziesiątych, samotny minaret w Érd oraz minaret w Egerze, wysoki na czterdzieści metrów, czternastoboczny, o dziewięćdziesięciu siedmiu stopniach. Meczet u jego stóp rozebrano w 1841 roku, wieżę zaś zostawiono i stoi do dziś.
- Rok budowy meczetu peczańskiego podaje się w rozpiętości dwóch dziesięcioleci; fundator znany jest z imienia, nie z daty.
- Ile meczetów istniało w hódoltságu, nie wiadomo: jedyne wyliczenia pochodzą z relacji podróżniczej, która liczby zaokrągla w górę.
- Minaret egerski nazywa się często najdalej na północ wysuniętym minaretem osmańskim, choć wieża przy katedrze w Kamieńcu Podolskim, wzniesiona za tureckiego panowania po 1672 roku, stoi jeszcze dalej na północ.
Skąd to wiadomoBudynki w Peczu, Siklós i Egerze; odnowienie peczańskie z lat pięćdziesiątych XX wieku; rozbiórka meczetu egerskiego w 1841 roku
Łaźnie namiestnika Budy, 1565-1578
Zapis z tamtych czasówNamiestnik Sokollu Mustafa rządził Budą dwanaście lat i zostawił kopuły nad gorącymi źródłami. Ośmioboczny basen na ośmiu filarach napełnia się dziś tak samo jak wtedy.
Czytaj dalejŁaźnia nie była w tym mieście zbytkiem, lecz urządzeniem wymaganym przez wiarę: obmycie poprzedza każdą z pięciu modlitw dnia, a w wyliczonych wypadkach obowiązuje obmycie całego ciała. Buda leży na gorących źródłach, więc garnizon i ludność muzułmańska dostały to, czego prawo żądało, niemal za darmo, i budowano tu łaźnie od pierwszych lat panowania.
Łaźnię zwaną dziś Király zaczął w 1565 roku namiestnik Arslan, a dokończył jego następca Sokollu Mustafa, rządzący Budą od 1566 do 1578 roku. Postawiono ją wewnątrz murów, choć źródło bije poza nimi, po to żeby załoga miała gdzie dopełniać obmycia także w czasie oblężenia. Wodę doprowadzono rurami spod muru.
Temu samemu namiestnikowi przypisuje się ośmioboczny basen kryty kopułą wspartą na ośmiu filarach w łaźni Rudas oraz łaźnię odsłoniętą w murach późniejszego gmachu i otwartą na nowo w 2012 roku. Są to najstarsze czynne łaźnie miasta: woda napełnia te baseny dalej, a osmański układ sal pozostał w nich czytelny mimo późniejszych przebudów.
- Przypisanie poszczególnych łaźni konkretnym fundatorom opiera się w części na relacji podróżniczej, nie na aktach fundacyjnych.
- Ile z dzisiejszych murów jest szesnastowieczne, a ile pochodzi z przebudów XIX i XX wieku, rozstrzyga się osobno dla każdej sali.
Skąd to wiadomoFundacje namiestników Budy z lat 1565-1578; czynne łaźnie w Budzie; łaźnia odkopana i otwarta na nowo w 2012 roku
Defter: wieś po wsi, gospodarz po gospodarzu
Zapis z tamtych czasówOsmański spis podatkowy wymienia z imienia głowę każdego domu i wylicza, ile daje zboża, wina i owiec. Gęstszego źródła o ludziach XVI wieku na Węgrzech nie ma.
Czytaj dalejDefter szczegółowy sporządzano po to, żeby rozdzielić dochody między posiadaczy nadań wojskowych, i dlatego jest tak drobiazgowy. Idzie wieś po wsi, wymienia z imienia własnego i imienia ojca każdego gospodarza płacącego podatek, po czym wylicza dziesięcinę ze zboża, z wina, z owiec i z uli oraz opłatę od domu. Dla sandżaku budzińskiego pierwszy taki spis pochodzi z 1546 roku.
Czego z niego wyprowadzić nie wolno, widać równie wyraźnie. Spis liczy domy podatkowe, a nie ludzi, i pomija tych, którzy podatku nie płacili; węgierskie imiona zapisano pismem arabskim, które krótkich samogłosek nie oddaje, więc odczyt bywa sporny; opuszczona wieś potrafi tkwić w rejestrze latami, bo skreślenie wymagało osobnej decyzji. Za granicą prowincji spis się po prostu urywa.
Osobno ciekawa jest w tych księgach rachuba czasu. Rejestry datowano latami hidżry, czyli kalendarzem księżycowym, ale dwa terminy poboru wyznaczono w nich na dzień świętego Jerzego i dzień świętego Dymitra. Nie był to ukłon wobec węgierskiej wsi: na te same dwa dni dzielił rok skarbowy cały urząd sułtański, bo danina musiała iść za rokiem rolniczym, a nie za księżycem.
- Mnożnik, przez który przelicza się domy podatkowe na ludzi, bywa przyjmowany od czterech do sześciu i rozstrzygnięcia nie ma.
- Czy spisy zaniżają liczbę ludności z powodu ucieczek przed poborcą, czy zawyżają, bo trzymają w rejestrze martwe wsie, zależy od okolicy i od roku.
Skąd to wiadomoSzczegółowe spisy sandżaku budzińskiego od 1546 roku; rejestry pogłównego; terminy poboru w dniu świętego Jerzego i świętego Dymitra
Pogłówne, milczące dzwony i miasta, które kupiły sobie spokój
Zapis z tamtych czasówChrześcijanin płacił pogłówne od domu i nie miał prawa stawiać nowej świątyni ani bić w dzwony. Mimo to właśnie w tej strefie reformacja rozrosła się najbujniej.
Czytaj dalejKilka węgierskich miast targowych, wśród nich Debreczyn, Kecskemét, Nagykőrös i Cegléd, należało do dóbr sułtańskich i płaciło skarbowi jedną sumę ryczałtem, z pominięciem miejscowego poborcy. Za to zachowały wybieranych przez siebie sędziów, własne księgi i względny spokój. Rachunki Debreczyna pokazują przy tym rzecz osobliwą: miasto opłacało się równocześnie sułtanowi, cesarzowi i księciu siedmiogrodzkiemu.
Niemuzułmański poddany sułtana miał w tym państwie miejsce opisane prawem: płacił pogłówne od gospodarstwa, oddawał dziesięcinę ze zbiorów i osobną daninę posiadaczowi nadania, w zamian zaś dostawał opiekę oraz własne sądownictwo w sprawach wewnętrznych. Nowych świątyń stawiać nie było wolno, naprawa starej wymagała pozwolenia, a dzwony miały milczeć. Pozwolenie wszakże miało cenę i bywało kupowane.
W lutym 1567 roku zebrał się w Debreczynie synod, który przyjął drugie wyznanie helweckie i dał węgierskiemu Kościołowi reformowanemu jego ustrój. Stało się to w strefie podległej sułtanowi, w mieście, którego szkoła protestancka liczy początki od 1538 roku, a więc z czasów, gdy wyboru między Wittenbergą a Genewą jeszcze nie dokonano. Wyznanie rozstrzygające dla połowy węgierskiego chrześcijaństwa uchwalono zatem pod muzułmańskim zwierzchnictwem.
- Czy władza osmańska popierała protestantów rozmyślnie, czy tylko jednakowo opodatkowała wszystkich niemuzułmanów, nie zostało wykazane; przywileju z takim uzasadnieniem nie znaleziono.
- Zakaz budowy nowych świątyń stoi w prawie, a w hódoltságu znane są kościoły stawiane mimo niego; jak często robiono wyjątek, nie policzono.
Skąd to wiadomoRejestry pogłównego; księgi rachunkowe i protokoły magistratów Debreczyna, Kecskemétu i Nagykőrös; uchwały synodu debreczyńskiego z lutego 1567 roku
Podróżnik osmański objeżdża Węgry, 1660-1666
Zapis z tamtych czasówNajpełniejszy opis tureckich Węgier od środka zostawił człowiek, który liczył meczety, łaźnie i szkoły miasto po mieście, a liczby regularnie zaokrąglał w górę.
Czytaj dalejEwlija Czelebi przejechał węgierskie prowincje między 1660 a 1666 rokiem, był pod Wielkim Waradynem w 1660 i pod Nowymi Zamkami w 1663, a rzecz zapisał w szóstej i siódmej księdze swojego opisu podróży. Jest to jedyny obszerny obraz hódoltságu widziany od strony rządzących, a nie zza granicy, przez cudzego posła albo jeńca.
Podaje meczety wraz z imionami fundatorów, łaźnie, przytułki derwiszów, szkoły, targi i mosty; opisuje turbe budzińskiego derwisza z ogrodem róż wokół niego oraz osadę pielgrzymią przy grobie sułtana pod Szigetvárem. Nie pomija węgierskiego wina, węgierskiej broni ani tego, co sądził o węgierskim przeciwniku, którego traktuje z wyraźnym szacunkiem.
Ostrożność jest jednak konieczna. Pisał z notatek po latach, liczby podaje okrągłe i wyraźnie zawyżone, całe ustępy przejmuje z cudzych opisów, a podania powtarza jak fakty. Tam, gdzie opisuje budynek, który stoi, zgadza się co do układu i wymiaru; tam, gdzie podaje liczbę domów albo żołnierzy, rozmija się z rejestrami skarbowymi wielokrotnie.
- Które miejsca widział sam, a które opisał z drugiej ręki, rozstrzyga się fragment po fragmencie i nie dla wszystkich się to udaje.
- O ile trzeba dzielić jego liczby, żeby zbliżyć je do rejestrów, podaje się różnie; wspólnego przelicznika nie ma.
Skąd to wiadomoOsmański opis podróży, księgi szósta i siódma, powstałe po wędrówkach z lat 1660-1666
Grób Sulejmana pod Szigetvárem i osada, która przy nim wyrosła
Zapis z tamtych czasówSułtan zmarł pod oblężoną twierdzą w nocy z szóstego na siódmy września 1566 roku. Ciało odesłano do Stambułu, wnętrzności zostały w ziemi, a nad nimi stanął grobowiec.
Czytaj dalejSulejman umarł w obozie pod Szigetvárem w nocy z szóstego na siódmy września 1566 roku, w przeddzień upadku twierdzy. Śmierć zatajono przed wojskiem do czasu, aż następca dojedzie z Azji Mniejszej, żeby nie rozprzęgła się karność w obozie. Ciało powieziono do Stambułu, wnętrzności zaś pochowano na miejscu obozowiska, kilka kilometrów od murów.
Nad tym grobem postawiono turbe, a przy nim meczet, przytułek derwiszów, zajazd i niewielką załogę; osada wzięła od grobowca nazwę Turbék. Podróżnik osmański opisał ją w latach sześćdziesiątych XVII wieku jako czynne miejsce pielgrzymki. Po odbiciu okolicy zrównano ją z ziemią w 1692 roku, a położenia grobu szukano potem przez trzy stulecia; odnaleziono je na winnicznym wzgórzu po 2015 roku.
Pielgrzymka jednak nie ustała, tylko zmieniła wyznanie. Na Turbéku zbudowano w XVIII wieku kaplicę maryjną i miejsce to jest czynnym sanktuarium katolickim po dziś dzień, z odpustem i procesją. Nazwa osady wzięła się wprost od tureckiego grobowca, choć sam grób leżał opodal i wskazały go dopiero prace ziemne; ciągłe jest tu więc miejsce i czynność, a nie jeden punkt w ziemi.
- Co dokładnie złożono w ziemi, serce, wnętrzności czy jedno i drugie, podają rozmaicie już przekazy osmańskie.
- Położenie grobu wskazywano w XIX i XX wieku w trzech różnych miejscach; rozstrzygnęły dopiero prace ziemne po 2015 roku.
- Data założenia kaplicy maryjnej bywa podawana w rozpiętości dwóch dziesięcioleci początku XVIII wieku.
- Dzień upadku Szigetváru podaje się jako siódmy albo ósmy września 1566 roku.
Skąd to wiadomoFundacje osmańskie przy Szigetvárze z lat siedemdziesiątych XVI wieku; opis podróżnika osmańskiego z lat sześćdziesiątych XVII wieku; zniszczenie osady w 1692 roku; stanowisko odnalezione po 2015 roku
2 września 1686: koniec, rachunek i zwój spisany przez ocalałego
Zapis z tamtych czasówOblężenie ciągnęło się od czerwca, a szturm rozstrzygnął się drugiego września. Ostatni pasza zginął z bronią w ręku na wyłomie, a kamień z jego imieniem stoi tam do dziś.
Czytaj dalejWojska sprzymierzone obległy Budę w czerwcu 1686 roku i wzięły ją szturmem drugiego września. Ostatni namiestnik miasta, blisko siedemdziesięcioletni Abdurrahman, padł z bronią w ręku na wyłomie. W miejscu jego śmierci postawiono w XX wieku kamień z węgierskim napisem, który nazywa go dzielnym przeciwnikiem, co jest przypadkiem rzadkim, bo napisy rzadko chwalą stronę przegraną.
Ten właśnie człowiek spisał po hebrajsku dzieje oblężenia jako naoczny świadek: dzień po dniu, z liczbami zabitych i z nazwiskami. Zwój leżał w rękopisie i trafił do druku dopiero w XIX wieku. W ciągu jednego pokolenia po 1686 roku muzułmanów na Węgrzech nie było już wcale, ani gminy, ani kaznodziei, ani jednego czynnego meczetu.
Po zdobyciu miasto splądrowano. Ludność muzułmańską wybito albo sprzedano, a żydowska gmina Budy, licząca około tysiąca osób, straciła w tych dniach mniej więcej połowę; resztę uprowadzono, a wykupywały ją potem gminy z innych krajów. Jeden z ocalałych, uczony tamtejszej gminy, przeżył szturm, stracił żonę i ośmioletniego syna, wykupiony zaś wyjechał na północ.
- Opowieść o figurze Matki Boskiej odsłoniętej w murze kościoła zamienionego na meczet krąży od XVII wieku, ale w relacjach spisanych w dniach szturmu jej nie ma.
- Liczby zabitych podczas plądrowania podaje się w rozpiętości kilku tysięcy i pochodzą z szacunków obu stron, nie ze spisu.
Skąd to wiadomoHebrajski zwój o oblężeniu Budy, spisany przez ocalałego rabina miasta, ogłoszony drukiem w XIX wieku; kamień z imieniem ostatniego paszy na murach Budy
Ibrahim Müteferrika z Kolozsváru i pierwsza turecka tłocznia, 1729
Zapis z tamtych czasówChłopak urodzony w Siedmiogrodzie przeszedł na islam, dosłużył się urzędu przy dworze sułtana i w 1729 roku wytłoczył pierwszą książkę po turecku osmańsku.
Czytaj dalejIbrahim Müteferrika przyszedł na świat w Kolozsvárze około 1674 roku, w rodzinie chrześcijańskiej, a życie skończył w Stambule jako urzędnik dworski i poseł. Przydomek wziął od samego urzędu, który sprawował. Droga z Siedmiogrodu na dwór sułtański nie była w tym stuleciu rzadka, lecz tylko w jego wypadku daje się opisać dokumentem po dokumencie.
W 1727 roku uzyskał orzeczenie prawne i rozkaz sułtański zezwalające na druk, a w 1729 wyszedł spod jego prasy pierwszy tom: słownik arabsko-turecki. Do 1742 roku wytłoczył siedemnaście dzieł w dwudziestu dwóch tomach, wśród nich geografię, historię i gramatykę, a w 1731 własne pismo o naprawie porządku państw i wojska, z rozdziałami o ustrojach europejskich.
Zezwolenie miało wszakże granicę zapisaną wprost: ksiąg religijnych drukować nie było wolno. Koran i dzieła prawa muzułmańskiego zostały przy kopistach, prasa zaś dostała to, co świeckie. Ruch między Węgrami a islamem szedł więc w obie strony, a to jest najlepiej udokumentowany kierunek powrotny, z datami, tytułami i pieczęcią kancelarii.
- Wyznanie rodziny przed jego przejściem na islam podaje się jako unitariańskie albo kalwińskie; rozstrzygnięcia nie ma.
- Czy trafił do Stambułu jako jeniec, czy przyjechał z własnej woli, opowiada się na dwa sposoby, a oba opierają się na relacjach późniejszych.
- Nakładów tłoczni nie da się ustalić; podawane liczby egzemplarzy pochodzą z rachunku pośredniego.
- Rok śmierci drukarza podaje się jako 1745 albo 1747, a liczbę tomów, w jakich zmieściło się owych siedemnaście dzieł, jako dwadzieścia dwa albo dwadzieścia trzy.
Skąd to wiadomoOrzeczenie prawne i rozkaz sułtański z 1727 roku; słownik arabsko-turecki tłoczony w Stambule w 1729; siedemnaście druków tej oficyny do 1742 roku
Co zostało w mowie i ustawa z 1916 roku
Zapis po fakciePrzez dwa stulecia po 1686 roku nie było na Węgrzech muzułmanów. Ustawa siedemnasta z 1916 roku uznała islam za wyznanie prawnie uznane w królestwie.
Czytaj dalejPo 1686 roku islam zniknął z Węgier jako żywa wspólnota, a został jako osad: budynki, nazwy miejscowe i około trzydziestu wyrazów codziennej mowy. Papucs to pantofel, kávé kawa, dohány tytoń, zseb kieszeń, pamut bawełna, tepsi blacha do pieczenia, findzsa filiżanka, korbács bicz. Budziańska dzielnica Tabán nosi nazwę wziętą od garbarni.
Prawny powrót przyszedł z zupełnie innej strony. Monarchia wzięła Bośnię pod zarząd w 1878 roku, a wcieliła ją do swojego państwa w 1908, przez co kilkaset tysięcy muzułmanów stało się jej poddanymi; Austria uchwaliła wobec tego osobną ustawę w 1912 roku, a Węgry poszły za nią ustawą siedemnastą z 1916. Od tamtego roku islam jest na Węgrzech wyznaniem uznanym z mocy prawa, a nie tylko wspomnieniem po wojnie.
Najstarszy z tutejszych budynków islamu robi zaś dalej to, po co go postawiono. Grobowiec derwisza na wzgórzu nad Dunajem, wzniesiony w latach czterdziestych XVI wieku i otwarty na nowo po odnowieniu w październiku 2018 roku, przyjmuje modlących się i odwiedzających. Od zajęcia Budy dzieli ten dzień blisko pięć stuleci.
- Ile tureckich wyrazów weszło do węgierskiego w XVI i XVII wieku, a ile przyszło ze stepu setki lat wcześniej, rozstrzyga się wyraz po wyrazie.
- Wywód nazwy Tabán od tureckiego określenia garbarni bywa przyjmowany, lecz nie ma dokumentu, który by go zapisywał wprost.
- Czy ustawa z 1916 roku była krokiem prawnym, czy gestem wobec wojennego sojusznika, wynika z okoliczności jej uchwalenia, nie z jej treści.
- Zdanie o dwóch stuleciach bez muzułmanów pomija jeńców i osiadłych, którzy po 1686 roku przyjęli chrzest i zostali; ilu ich było, nie da się policzyć.
Skąd to wiadomoUstawa siedemnasta z 1916 roku o uznaniu wyznania islamskiego; ustawa austriacka z 1912 roku; grobowiec na wzgórzu w Budzie, otwarty po odnowieniu w październiku 2018 roku
Od Tordy 1568 do Bözödújfalu
Cztery religie przyjęte i wieś, która święciła sobotę
Po 1526 roku kraj rozpadł się na trzy części, a wiara przestała przychodzić z góry razem z koroną: o wyznaniu wsi rozstrzygały odtąd uchwała sejmu, wola dworu i kaznodzieja, którego gromada zgodziła się słuchać. Siedmiogród uznał prawem cztery wyznania, zostawiając prawosławie poza nawiasem, a w jednym zakątku Kraju Seklerów wyrosła wspólnota, która przeniosła święto z niedzieli na sobotę i przetrwała z tym trzysta pięćdziesiąt lat. Karty poniżej idą za dokumentem: za artykułem sejmowym, wyrokiem, metryką druku i protokołem wizytacji. To także jedyne miejsce tego działu, gdzie widać, skąd naprawdę wzięła się wiejska pobożność, którą dziewiętnastowieczni zbieracze zastali już gotową.
Torda, 28 stycznia 1568: wolno głosić, jak się rozumie
Zapis z tamtych czasówSejm zebrany w Tordzie 6 stycznia 1568 roku uchwalił 28 stycznia, że kaznodzieja głosi ewangelię wedle własnego rozumienia, a gromada wybiera, kogo słucha.
Czytaj dalejCzego w tej uchwale nie ma, waży tyle samo. Nie wymienia ona czterech wyznań z nazwy, nie zna prawa sumienia dla pojedynczego człowieka i nie mówi ani słowa o prawosławnych Rumunach, którzy stanowili wtedy znaczną część ludności kraju. Chroni kaznodzieję i gromadę, a więc instytucję, nie zaś przekonanie, i obowiązuje w Siedmiogrodzie oraz na przyległych ziemiach wschodniowęgierskich, nie zaś w królestwie pod Habsburgami i nie na ziemiach zajętych przez Turków.
Rzecz działała dopóty, dopóki wolno było się zmieniać. Cztery lata później sejm w Marosvásárhely zakazał nowinek w rzeczach wiary, czyli zamroził naukę w kształcie z tamtego roku, i od tej chwili wolność z Tordy dotyczyła już tylko tego, co zdążono uznać przed 1572 rokiem. Na tym właśnie prawie oparto później wyrok na pierwszego biskupa unitarian, a potem wyroki na tych, którzy przenieśli święto na sobotę.
Sejm siedmiogrodzki obradował w Tordzie od 6 stycznia 1568 roku, za panowania Jana Zygmunta Zápolyi, i w styczniu tego roku przyjął uchwałę, o którą chodzi. Postanowiono w niej, że kaznodzieja ma głosić ewangelię tak, jak ją rozumie, a gromada, która jego nauki nie przyjmie, może trzymać kaznodzieję po swojej myśli; nikomu za samą naukę nie wolno grozić więzieniem ani odebraniem miejsca.
- Uchwała nie wymienia czterech wyznań z nazwy — ten podział ustalił się w praktyce sejmowej dopiero później.
- Zasięg obejmował Siedmiogród i ziemie wschodniowęgierskie, nie całe Królestwo Węgier.
- Chłop szedł za wyborem pana i gromady; osobnego prawa sumienia dla poddanego uchwała nie zna.
- Data dzienna bywa podawana dwojako: 6 stycznia jako początek obrad, 28 stycznia jako dzień uchwały.
- Dzień uchwały podaje się dwojako: węgierskie zestawienia obrad zamykają sejm 13 stycznia 1568 roku i na ten dzień datują artykuł, piśmiennictwo zachodnie powtarza 28 stycznia. Zgodna jest tylko data rozpoczęcia obrad, 6 stycznia.
Skąd to wiadomoArtykuł sejmu siedmiogrodzkiego w Tordzie; obrady od 6 stycznia, uchwała z 28 stycznia 1568 roku
Cztery przyjęte i piąte tylko cierpiane
Zapis z tamtych czasówZbiór praw zatwierdzony 15 marca 1653 roku wymienia z nazwy katolików, luteran, kalwinów i unitarian jako wyznania przyjęte; prawosławie Rumunów jest w nim jedynie cierpiane.
Czytaj dalejPrawosławie Rumunów stoi obok tej czwórki jako wyznanie cierpiane, i różnica nie była słowna. Wyznanie przyjęte miało swoje miejsce w ustroju stanowym, własne szkoły i zabezpieczone uposażenie, cierpiane zaś żyło z woli księcia i mogło ją stracić na każdym następnym sejmie. Rumuńscy chłopi płacili przy tym dziesięcinę kościołom, do których nie należeli.
Książęta kalwińscy nie poprzestali na cierpieniu obcego obrządku. W 1648 roku wytłoczono w Gyulafehérvárze Nowy Testament po rumuńsku, a prawosławnym metropolitom wpisywano do nominacji warunki dotyczące kazania, katechizmu i języka nabożeństwa. Pod panowaniem habsburskim ten sam Kościół poszedł w drugą stronę: na przełomie XVII i XVIII wieku zawarto unię z Rzymem, a przywileje cesarskie z 1699 i 1701 roku wyprowadziły Rumunów ze stanu cierpianych.
Zbiór praw Siedmiogrodu, przyjęty przez sejm obradujący w Gyulafehérvárze w 1653 roku, sankcjonowany przez Jerzego Rakoczego II i ogłoszony drukiem 15 marca tego roku w oficynie Ábraháma Szencziego Kertésza w Nagyvárad, zbiera ustawy od 1541 roku i wymienia z nazwy cztery wyznania przyjęte: rzymskokatolickie, luterańskie, kalwińskie i unitariańskie. Ich praktyka w miejscach zwyczajowych jest wolna, a jezuitom wjazd do kraju pozostaje wzbroniony.
- Określenie religio recepta krystalizowało się przez blisko sto lat; zbiór z 1653 roku jest kodyfikacją, nie początkiem.
- Cierpiane prawosławie nie miało jednego statusu — zmieniał się z nominacji na nominację i z sejmu na sejm.
- Jak dalece rumuńskie druki kalwińskich książąt trafiały do cerkwi wiejskiej, z zachowanych spisów nie wynika.
- Data 15 marca 1653 roku jest datą ogłoszenia zbioru; sejm, który dał na niego zgodę, obradował wcześniej w tym samym roku.
Skąd to wiadomoApprobatae Constitutiones Regni Transylvaniae, zatwierdzone 15 marca 1653 roku, druk w Nagyvárad; rumuński Nowy Testament z Gyulafehérváru, 1648
Ferenc Dávid: zakaz nowinek z 1572 i śmierć w Dévie
Zapis z tamtych czasówPierwszy biskup unitarian umarł 15 listopada 1579 roku w więzieniu w Dévie, skazany nie za herezję, lecz za nowinkarstwo z ustawy uchwalonej siedem lat wcześniej.
Czytaj dalejPo śmierci Jana Zygmunta w 1571 roku tron objęli katoliccy Batorowie, a sejm w Marosvásárhely zakazał w 1572 roku nowinkarstwa w rzeczach wiary. Dávid poszedł wtedy dalej, niż pozwalała zamrożona nauka: przestał uznawać modlitwę kierowaną do Chrystusa. Przysłany do Kolozsváru Fausto Sozzini mieszkał u niego i przez kilka miesięcy namawiał go do ustępstwa, bez żadnego skutku.
Sądzono go w 1579 roku nie za herezję, lecz za wprowadzenie nowinki wbrew ustawie sprzed siedmiu lat, a wyrok brzmiał: dożywotnie więzienie. Osadzono go w zamku w Dévie, gdzie umarł 15 listopada 1579 roku; miejsca pochówku nikt nie zapisał. Kościół, który założył, przetrwał skazanie swojego biskupa i stoi do dziś.
Urodzony około 1520 roku w Kolozsvárze syn saskiego rzemieślnika przeszedł kolejno przez wszystkie wyznania swojego kraju: był księdzem katolickim, od 1557 roku zwierzchnikiem węgierskich luteran, w 1559 przeszedł na stronę kalwińską, a w 1564 objął zwierzchnictwo nad kalwinami węgierskimi w Siedmiogrodzie i został kaznodzieją nadwornym księcia. Dwudziestego stycznia 1566 roku wygłosił w farze świętego Michała pierwsze kazanie odrzucające Trójcę, a w 1568 i 1569 roku spierał się o to publicznie w Gyulafehérvárze i w Nagyvárad, przy księciu jako słuchaczu.
- Zarzut brzmiał: nowinkarstwo, a nie fałszywa nauka o Bogu — to rozróżnienie w późniejszych opowieściach zwykle znika.
- Zakres jego nauki o modlitwie do Chrystusa rekonstruuje się z pism przeciwników; własnych druków z tego okresu zostało niewiele.
- Grobu nie ma i nigdy nie było wskazane miejsce; wszystkie wskazania są późniejsze.
- Rok 1559 znaczy u Dávida przejście na stronę kalwińską, a nie objęcie nad nią zwierzchnictwa; zwierzchnikiem został w 1564 roku i obie daty bywają w opowieściach mylone.
Skąd to wiadomoArtykuł sejmu w Marosvásárhely z 1572 roku, wyrok sejmu z 1579 roku, data śmierci 15 listopada 1579 w Dévie
Jedyny na świecie uznany kościół antytrynitarski
Zapis z tamtych czasówNigdzie indziej odrzucenie Trójcy nie dało kościoła uznanego prawem państwa. W Kolozsvárze trwał od 1566 roku, aż 30 marca 1716 wojsko odebrało mu farę.
Czytaj dalejW tym samym stuleciu odrzucenie Trójcy kończyło się gdzie indziej stosem albo wygnaniem: w Genewie spalono za nie Michała Serweta 27 października 1553 roku, a polskich braci wygnano z kraju uchwałą z 1658, po tym jak wcześniej zamknięto ich szkołę i drukarnię w Rakowie. Siedmiogród jest jedynym miejscem na świecie, gdzie taka wspólnota stała się kościołem uznanym przez prawo państwowe — i takim została.
Nazwa przyszła później niż rzecz. Określenie unitariusz notuje się dopiero od 1600 roku, a kościół używa go urzędowo od 1638, czyli od ugody, która w tym samym posiedzeniu złamała święcących sobotę. W Kolozsvárze farę świętego Michała trzymali unitarianie od 1566 roku aż do 30 marca 1716, kiedy odebrało im ją wojsko na rozkaz cesarskiego komendanta Stephana von Steinville; odszkodowanie przyznane w 1783 roku nigdy nie zostało wypłacone.
Do tego kościoła należy najsławniejszy zabytek pisma rowasz — strop z 1668 roku w Énlace z napisem o jedyności Boga, opisany w tym dziale osobno. Warto przy nim pamiętać dwie rzeczy: wycięto go sto lat po Tordzie, a stoi w świątyni wyznania uznanego prawem, nie w zakątku ocalałego pogaństwa. Pismo rżnięte w drewnie i wiara odrzucająca Trójcę spotkały się tu jako dwie nowożytne rzeczy, nie jako dwa zabytki.
- Liczbę parafii unitariańskich XVII wieku podaje się rozmaicie, bo spisy powstawały w chwilach nacisku i zaniżały stan.
- Ile z zamienionych wyznań było szczere, a ile wymuszone, z metryk nie wynika w ogóle.
- Polskie i siedmiogrodzkie antytrynitaryzmy rozeszły się w nauce o modlitwie do Chrystusa i nie były jednym ruchem.
Skąd to wiadomoZapisy miasta Kolozsvár i rozkaz z 30 marca 1716 roku; nazwa wyznania poświadczona od 1600, urzędowa od 1638
Debreczyn: synod 1567, tłocznia od 1561, długo bez plebana
Zapis z tamtych czasówW 1561 roku stanęła w mieście tłocznia i pracuje do dziś, w 1567 synod przyjął wyznanie wiary, a kościół katolicki postawiono tam dopiero w XVIII wieku.
Czytaj dalejPéter Melius Juhász był kaznodzieją w Debreczynie od 1558 roku, a od 1561 aż do śmierci w 1572 zwierzchnikiem kościoła zatysiańskiego. Synod zebrany w mieście w 1567 roku przyjął wyznanie wiary i porządek kościelny, które ustawiły życie węgierskich kalwinów na stulecia i oddzieliły ich ostatecznie od luteran, z którymi dotąd szli jedną drogą.
W 1561 roku Melius przyjął do miasta wędrownego drukarza Gála Huszára i od tamtego roku tłoczy się w Debreczynie bez przerwy — to najstarsza czynna oficyna w kraju. Obok niej rosło kolegium, do którego ściągali żacy z całego Zatysia i które przez dwa stulecia wysyłało wychowanków na uniwersytety niderlandzkie i niemieckie, skąd wracali z książkami i z gotowym porządkiem nabożeństwa.
Miasto poszło za tym całym ciałem: rada miejska egzekwowała wyznanie własnymi wyrokami, a katolicy przez długi czas nie mieli w Debreczynie ani kościoła, ani plebana — świątynię katolicką postawiono tam dopiero w XVIII wieku, po osiedleniu zakonników. Przydomek kalwiński Rzym jest znacznie późniejszy od samej rzeczy i nie stoi w żadnym dokumencie z XVI wieku.
- Data osiedlenia zakonników i budowy pierwszego katolickiego kościoła w mieście bywa podawana w kilku wariantach z lat 1715–1746.
- Ciągłość tłoczni liczy się od 1561 roku, ale oficyna kilka razy zmieniała właściciela i miejsce w obrębie miasta.
- Ten sam Debreczyn wraca w tym dziale jako miasto procesów o czary z lat 1626–1726 — to dwa różne porządki tego samego magistratu.
Skąd to wiadomoUchwały synodu debreczyńskiego z 1567 roku; druki tłoczni czynnej od 1561 roku
Pierwsze węgierskie książki wyszły spod pras reformacji
Zapis z tamtych czasówNowy Testament po węgiersku wytłoczono na Węgrzech w 1541 roku; przez następne półwiecze niemal całe piśmiennictwo w tym języku wychodziło z pras protestanckich.
Czytaj dalejPierwszą książkę po węgiersku wytłoczono w Krakowie w 1533 roku, drugą w Wiedniu w 1536, a pierwszym drukiem powstałym już na Węgrzech i po węgiersku był Nowy Testament wydany w 1541 roku w Sárvár-Újsziget. Wszystkie trzy wyszły z kręgu, który czytał Pismo na nowo, i wszystkie trzy powstały dlatego, że znalazł się ktoś gotów zapłacić za papier i za czcionki.
Przez następne półwiecze prasy szły za protektorem i za sporem. W Kolozsvárze Gáspár Heltai tłoczył od lat pięćdziesiątych XVI wieku całą Biblię częściami, w Debreczynie od 1561 roku stała oficyna Huszára, pracowały następne w Bártfie i w Nagyszombat. Węgierski język literacki ustalił się nie w kancelarii i nie na dworze, lecz w tych warsztatach, przy składaniu wiersza po wierszu.
Strona katolicka musiała odpowiedzieć tym samym narzędziem i odpowiedziała: własnymi oficynami, własnymi śpiewnikami i katechizmami, a w 1635 roku uniwersytetem w Nagyszombat. Spór o wiarę przeniósł się na papier, i to jest powód, dla którego o szesnastowiecznych Węgrzech wiadomo nieporównanie więcej niż o którymkolwiek stuleciu wcześniejszym.
- Liczby zachowanych druków szesnastowiecznych są liczbami ocalałych egzemplarzy, nie liczbami wydań.
- Podział na druk protestancki i katolicki bywa nieostry: te same warsztaty pracowały kolejno dla obu stron.
- Pierwszeństwo Krakowa z 1533 roku dotyczy książki po węgiersku, a nie książki wydrukowanej na Węgrzech.
- Dwie pierwsze książki po węgiersku, krakowska z 1533 i wiedeńska z 1536 roku, wyszły z kręgu humanistów czytających Pismo na nowo i nie były drukami protestanckimi; wspólna nazwa pras reformacji obejmuje je tylko z grubsza.
Skąd to wiadomoMetryki druków: Kraków 1533, Wiedeń 1536, Sárvár-Újsziget 1541, Kolozsvár od lat pięćdziesiątych XVI wieku
Biblia z Vizsoly: 18 lutego 1589 – 20 lipca 1590
Zapis z tamtych czasówPierwszą pełną Biblię po węgiersku tłoczono rok i pięć miesięcy: dwa tysiące czterysta dwanaście stron, sześć kilogramów, kilkaset egzemplarzy, z czego przetrwało około pięćdziesięciu.
Czytaj dalejWyszła księga na dwa tysiące czterysta dwanaście stron, w trzech osobno oprawianych częściach, ważąca około sześciu kilogramów. Nakład szacuje się na siedemset do ośmiuset egzemplarzy, co jak na tamten czas było bardzo dużo — rzecz miała trafić do parafii i do dworów, nie do jednej biblioteki.
Druk zaczęto 18 lutego 1589 roku, a skończono 20 lipca 1590, czyli po roku i pięciu miesiącach pracy. Tłoczył Bálint Mantskovit, drukarz polskiego pochodzenia, we wsi Vizsoly w komitacie Abaúj, a przekład przygotował Gáspár Károlyi, pastor z pobliskiego Gönc. Koszty wzięli na siebie panowie okolicznych dóbr: Zsigmond Rákóczi, ówczesny pan Vizsoly, oraz rodzina Mágocsy, w której dworze stanęła przywieziona z Galgóc prasa; obok nich przekazy wymieniają jeszcze kilku możnych z sąsiedztwa.
Do dziś doliczono się kilkudziesięciu egzemplarzy całych i ułamkowych. Jedno z zestawień rozkłada pięćdziesiąt jeden sztuk na dwadzieścia na Węgrzech, czternaście w Siedmiogrodzie, trzynaście na Górnych Węgrzech, dwie w Czechach oraz po jednej w Austrii i w Danii, nowsze rachunki dochodzą do blisko sześćdziesięciu. Egzemplarz stojący w kościele w Vizsoly skradziono 10 lutego 2002 roku, a odnaleziono we wrześniu 2003 w Komárnie, owinięty w folię i wciśnięty pod kontener.
Gáspár Károlyi umarł w roku następnym po ukończeniu druku. Odpowiedź katolicka, pełne Pismo w przekładzie Györgya Káldiego, wyszła w Wiedniu w 1626 roku i przez następne stulecia obie księgi stały obok siebie, każda w swoim kościele. Tym tomem, a nie żadną rekonstrukcją dawnej wiary, mówi węgierska pobożność od czterech stuleci: wzięte z niego zwroty siedzą w mowie potocznej, w przysłowiach i w pieśni, i to on ustalił kształt literackiej węgierszczyzny.
- Nakład siedmiuset do ośmiuset egzemplarzy jest szacunkiem z rachunków druku, nie liczbą z kolofonu.
- Rachunek ocalałych egzemplarzy zmienia się przy każdym nowym odnalezieniu i bywa podawany od czterdziestu kilku do pięćdziesięciu kilku.
- Udział pomocników Károlyiego w przekładzie ksiąg Starego Testamentu nie został rozdzielony imiennie.
- Lista płacących za druk różni się między przekazami: pewni są Rákóczi i Mágocsy, pozostałe nazwiska wracają w rozmaitych zestawieniach i nie da się ich rozdzielić.
- Pierwotnego nakładu nie podaje żaden zapis z epoki; siedemset do ośmiuset egzemplarzy to szacunek piśmiennictwa, nie liczba z rachunku ani z kolofonu.
Skąd to wiadomoKolofon druku z Vizsoly, 18 lutego 1589 – 20 lipca 1590; akta kradzieży z 10 lutego 2002 i odzyskania we wrześniu 2003
Eőssi András i ci, którzy przenieśli święto na sobotę
Zapis po fakcieZamożny szlachcic seklerski po stracie żony i trzech synów zaczął pod koniec lat osiemdziesiątych XVI wieku uczyć, że obowiązuje sobota i prawo Mojżesza.
Czytaj dalejZamożny szlachcic seklerski z Székelyszenterzsébet w stolicy udvarhelyskiej stracił żonę i trzech synów, a po tej stracie zabrał się do Starego Testamentu. Pod koniec lat osiemdziesiątych XVI wieku zaczął uczyć, że świętem jest sobota, że Bóg jest jeden i nierozdzielony, że Mesjasz dopiero przyjdzie, a prawo Mojżesza wiąże również chrześcijan.
Ludzie ci nazywali sami siebie po prostu zachowującymi sobotę; nazwa szombatos, od węgierskiego słowa na ten dzień, przylgnęła do nich z zewnątrz. Nie przestali być przy tym Węgrami ani Seklerami: mówili po węgiersku, nosili swoje nazwiska i siedzieli na swojej ziemi, a od sąsiadów różnili się dniem świątecznym, świętami roku i tym, czego nie brali do ust.
Ruch wyrósł z lewego skrzydła kościoła unitariańskiego już po tym, jak sejm zakazał nowinek, więc od pierwszego dnia był z prawnego punktu widzenia nie do przyjęcia. Eőssi wziął na wychowanie i na dziedzica Simona Péchiego, i to przez niego rzecz weszła w następnym pokoleniu na sam szczyt państwa, zamiast zniknąć w jednej wsi.
- Roku założenia nie podaje żaden dokument z epoki; koniec lat osiemdziesiątych XVI wieku to wniosek z późniejszych zapisów.
- Najstarsze pisma szombatosów znamy z odpisów XVII-wiecznych, nie z autografów.
- Nazwa szombatos jest nazwą nadaną przez przeciwników i przez sądy, nie własną.
Skąd to wiadomoAkta majątkowe i sejmowe Siedmiogrodu z końca XVI wieku; rękopiśmienne kancjonały szombatosów w odpisach XVII-wiecznych
Simon Péchi: kanclerz, więzień, tłumacz z hebrajskiego
Zapis z tamtych czasówPrzybrany syn Eőssiego doszedł do kanclerstwa Siedmiogrodu, siedział w więzieniu od maja 1621 do listopada 1624 i przełożył na węgierski żydowskie modlitewniki.
Czytaj dalejZa młodu objechał pół świata: dwa lata w Bukareszcie, półtora roku w Stambule, pobyt w Afryce Północnej, a do tego wieloletnia włóczęga po Europie. Wrócił z językami, między innymi z hebrajskim opanowanym na tyle, że czytał bez niczyjej pomocy, i doszedł na dworze Gábora Bethlena do godności kanclerza Siedmiogrodu.
Upadł w maju 1621 roku, oskarżony o zamiary sięgające tronu, i siedział do listopada 1624, kiedy wypuszczono go po wpłaceniu przez szlachtę osiemdziesięciu trzech i pół tysiąca forintów. Osiadł wtedy w Szenterzsébet i zajął się pisaniem, czyli tym, co po nim naprawdę zostało — bo z kanclerstwa nie zostało nic prócz kilku podpisów pod dokumentami.
Przełożył na węgierski żydowskie modlitewniki na sobotę i na święta roku oraz psalmy prosto z hebrajskiego, a w 1634 roku skończył przekład części ksiąg biblijnych; całego Pisma nie przełożył. Żadna z tych rzeczy nie poszła pod prasę; krążyły w odpisach rękopiśmiennych po dworach i po wsiach, i właśnie dlatego przetrwały tam, gdzie druk zostałby wyśledzony i spalony.
- Lata jego kanclerstwa podaje się rozmaicie; pewna jest data aresztowania w maju 1621 i uwolnienia w listopadzie 1624.
- Zarzut z 1621 roku był polityczny, nie wyznaniowy — łączenie go z szombatosami to skrót późniejszy.
- Autorstwo części pieśni z kancjonałów szombatoskich przypisuje mu się bez podstawy w rękopisie.
- Trasa młodzieńczych podróży, dwa lata w Bukareszcie, półtora roku w Stambule i pobyt w Afryce Północnej, pochodzi z życiorysów spisanych później, nie z jego własnych zapisek.
Skąd to wiadomoRękopisy przekładów Péchiego, przekład biblijny ukończony w 1634 roku; akta uwięzienia z lat 1621–1624
Prawo, którego święcący sobotę nie mogli spełnić
Zapis z tamtych czasówLista wyznań przyjętych zamknęła się, zanim szombatosi powstali, więc każdy z nich był z urzędu nowinkarzem. Od 1618 roku sejm żąda, by wybrali jedno z czterech.
Czytaj dalejSzombatosi nie mieli i nie mogli mieć statusu wyznania przyjętego, bo lista zamknęła się przed ich powstaniem, a ustawa z 1572 roku zabraniała wszelkich nowinek. Prawnie rzecz biorąc, każdy z nich był nowinkarzem od pierwszego dnia; praktycznie przez całe pokolenie nikt tego nie egzekwował, bo siedzieli na własnej ziemi, a ich obrońca sprawował urząd kanclerza kraju.
Od 1618 roku sejmy siedmiogrodzkie zaczynają żądać wprost, żeby judaizanci zapisali się do jednego z czterech wyznań, i wracają do tej sprawy na kolejnych zjazdach. Żądanie było dla nich niewykonalne inaczej niż przez kłamstwo, i to właśnie stało się z czasem zwyczajem: podpis pod cudzym wyznaniem, a sobota w domu, za zamkniętymi okiennicami.
Do liczb ta sprawa się nie sprowadza. Z uchwał sejmowych wiadomo tyle, że problem był dość poważny, żeby wracać do niego przez dwadzieścia lat, natomiast ilu ludzi obejmował, w ilu wsiach i z jakim majątkiem — tego z akt zachowanych sprzed 1638 roku wyliczyć nie sposób.
- Brzmienie artykułu z 1618 roku znane jest z późniejszych zbiorów praw, nie z oryginału sejmowego.
- Terminu judaizant używały sądy szeroko i obejmowały nim także skrajnych unitarian, którzy soboty nie święcili.
- Liczebności wspólnoty przed 1638 rokiem nie da się z zachowanych akt wyprowadzić.
Skąd to wiadomoArtykuł sejmu w Marosvásárhely z 1572 roku oraz uchwały sejmów siedmiogrodzkich od 1618 do 1635
Dés, 1638: ugoda, która skończyła z sobotą
Zapis z tamtych czasówSejm zebrany w Dés w 1638 roku pod Jerzym Rakoczym I kazał święcącym sobotę przejść na jedno z czterech wyznań; majątki skonfiskowano, opornych osadzono w więzieniach.
Czytaj dalejW 1638 roku pod Jerzym Rakoczym I zebrano w Dés nad Samoszem sąd i ugodę, które załatwiły sprawę w jednym posiedzeniu. Święcącym sobotę kazano przejść na jedno z czterech wyznań przyjętych, majątki opornych skonfiskowano, a ich samych osadzono w twierdzach; ugoda weszła do zapisu pod nazwą, którą nosi do dziś.
Ta sama ugoda związała kościół unitariański: ustaliła jego wyznanie wiary, zakazała dalszych nowinek i przesądziła o nazwie, którą kościół nosi urzędowo właśnie od 1638 roku. Państwo nie zniosło wtedy żadnego z czterech wyznań przyjętych — ono je unieruchomiło, każde w kształcie z tamtego roku, i wolność z Tordy przestała być wolnością zmiany.
Simona Péchiego skazano jako judaizanta, odebrano mu majątek i trzymano w więzieniu do maja 1639 roku, kiedy przeszedł na kalwinizm i został wypuszczony; umarł około 1642. Nawrócenia były w większości takie same jak jego, czyli papierowe. Wspólnota nie zniknęła, tylko schowała się na następne dwieście pięćdziesiąt lat.
- Liczby skazanych i skonfiskowanych majątków podaje się w rozmaitych rachunkach i żaden nie opiera się na pełnym poszycie akt.
- Nazwa ugody utrwaliła się w piśmiennictwie późniejszym; w aktach z 1638 roku mowa jest o terminie sądowym w Dés.
- Czy część skazanych sprzedano w poddaństwo, zapisy oddają niejednoznacznie.
- Rok śmierci Péchiego podaje się rozmaicie, od 1639 do 1643 roku.
Skąd to wiadomoUgoda i wyroki sejmu w Dés z 1638 roku; akt uwolnienia Péchiego z maja 1639 roku
Bözödújfalu: trzydzieści dziewięć rodzin przechodzi w 1868 roku na judaizm
Zapis z tamtych czasówOstatni siedmiogrodzcy szombatosi żyli w jednej wsi. Gdy prawo zrównało wyznania, w 1868 roku trzydzieści dziewięć rodzin, około stu siedemdziesięciu osób, przystąpiło do gminy żydowskiej.
Czytaj dalejPo 1638 roku szombatosi figurowali w metrykach jako unitarianie albo katolicy, a sobotę święcili w domu. Skupili się z czasem w jednej wsi w Siedmiogrodzie, w Bözödújfalu pod Erdőszentgyörgy, i tam przetrwali ćwierć tysiąclecia bez świątyni, bez duchownego i bez ani jednej własnej drukowanej książki.
Kiedy prawo zrównało wyznania, przestali się ukrywać. W 1868 roku trzydzieści dziewięć rodzin, około stu siedemdziesięciu osób, przystąpiło formalnie do wiary żydowskiej, postawiło bożnicę i sprowadziło nauczyciela. Zostali przy węgierskiej mowie i przy seklerskich nazwiskach, więc powstała rzecz w Europie jedyna: węgierskojęzyczna gmina żydowska o rodowodzie seklerskim.
Wieś była pod koniec XIX wieku zbiorem, jakiego nie miał żaden inny zakątek Kotliny Karpackiej: obok siebie katolicy, kalwini, unitarianie, grekokatolicy i ta gmina, wszyscy mówiący tym samym językiem i w większości ze sobą spokrewnieni. Sąsiedzi nazywali ich po prostu sobotnikami i nie prowadzili z nimi sporu o teologię.
- Liczba trzydziestu dziewięciu rodzin i stu siedemdziesięciu osób pochodzi z zapisu gminnego i nie obejmuje tych, którzy zostali przy dawnym ukryciu.
- Ile z dawnej nauki szombatoskiej przetrwało do XIX wieku, a ile zostało wtedy przejęte od nauczyciela z zewnątrz, nie da się rozdzielić.
- Rok budowy bożnicy podaje się niejednakowo.
- Liczba trzydziestu dziewięciu rodzin i około stu siedemdziesięciu osób pochodzi z leksykonu zestawionego u schyłku XIX wieku, nie z zapisu samej gminy.
- Przechodzenie na wiarę żydowską rozciągnęło się na lata 1868–1874; na koniec tego okresu wskazuje się też budowę bożnicy.
Skąd to wiadomoZapisy gminy wyznaniowej w Bözödújfalu z 1868 roku; ustawodawstwo o zrównaniu wyznań z lat 1867–1868
Getto w 1944 roku, woda w 1988
Zapis z tamtych czasówW maju 1944 mieszkańców wywieziono do getta w Marosvásárhely; około sześćdziesięciu wyprowadził stamtąd miejscowy proboszcz. Wieś zaczęto zalewać w 1988 roku.
Czytaj dalejPo wojnie część ocalałych wyjechała, część została na miejscu i gospodarowała jak przedtem. W latach osiemdziesiątych zapadła decyzja o zbiorniku na potoku pod wsią: wysiedlanie zaczęto w 1985 roku, zalewanie w 1988, a do 1994 pod wodą znalazła się cała wieś razem z dwoma kościołami, cmentarzem i bożnicą.
Nad lustrem wody sterczy wieża. W 2017 roku, przy niskim stanie zbiornika, wyszły spod niej mury domów i grobowce, więc miejsce da się dziś obejrzeć jako plan wsi, a nie jako opowieść. Wspólnota, której nie złamał wyrok z 1638 roku ani rok 1944, skończyła się razem z gruntem, na którym stała.
W kwietniu i maju 1944 roku mieszkańców zwieziono do getta w Marosvásárhely. Miejscowy proboszcz István László Ráduly jeździł tam z papierami wyproszonymi w urzędzie komitatu i dowodził, że sobotnicy nie są potomkami przybyszów, lecz Seklerami, którzy przyjęli tę wiarę; około sześćdziesięciu osób wyszło z getta na rozkaz, który podpisał na własną odpowiedzialność oficer żandarmerii w randze podpułkownika, Lóránt Botskor. Ci, których nie zdążono wyprowadzić, poszli dalej i nie wrócili.
- Liczby wywiezionych i tych, którzy nie wrócili, podawane są w relacjach rozbieżnie.
- Data zamknięcia zapory i pełnego zalania bywa podawana między 1988 a 1994 rokiem, bo woda podnosiła się latami.
- Rola proboszcza znana jest głównie ze świadectw ocalałych i z zapisów powojennych, nie z akt getta.
- Podział zasług między proboszczem a oficerem żandarmerii przekazy oddają rozmaicie; liczba około sześćdziesięciu wyprowadzonych wraca w obu.
Skąd to wiadomoAkta deportacji do getta w Marosvásárhely, kwiecień i maj 1944; dokumentacja zbiornika: wysiedlenie od 1985, zalewanie od 1988
Galery, miejsca artykularne i przysięga przez Pannę
Zapis z tamtych czasówW 1674 roku pozwano do Pozsony ponad siedmiuset pastorów, w 1675 czterdziestu dwóch sprzedano na galery, a od 1731 urzędnik przysięgał wyraźnie przez Pannę i świętych.
Czytaj dalejCzterdziestu dwóch wysłano w 1675 roku pieszo i wozami do Neapolu; dotarło trzydziestu, może trzydziestu dwóch. Jedenastego i dwunastego lutego 1676 roku przekazano ich holenderskiemu admirałowi Michielowi de Ruyterowi, który uwolnił dwudziestu sześciu, a resztę wykupiono do maja tego samego roku.
Potem przyszły ustawy, trwalsze od wyroków. Sejm w Sopron w 1681 roku zamknął protestanckie nabożeństwo do wyznaczonych miejsc artykularnych, po dwa na komitat, a rozporządzenie z 21 marca 1731 roku oddało sprawy małżeńskie biskupom katolickim, ograniczyło szkoły i kazało urzędnikowi przysięgać wyraźnie przez Bogurodzicę i świętych — czym odcięło protestantów od urzędów aż do patentu tolerancyjnego z 1781 roku.
W Królestwie Węgier pod Habsburgami poszło inaczej niż w Siedmiogrodzie. W 1673 roku pozwano przed nadzwyczajny sąd w Pozsony trzydzieści trzy osoby, a rok później siedmiuset trzydziestu pięciu pastorów i nauczycieli; stawiło się trzystu trzydziestu sześciu, w tym osiemdziesięciu kalwinów, a reszta luteran. Czwartego kwietnia 1674 roku zapadł wyrok utraty życia i mienia, z łaską dla tych, którzy zrzekną się urzędu albo przejdą na katolicyzm; opornych trzymano po więzieniach, a na galery posłano ich dopiero wyrokami z następnego roku.
- Liczby wezwanych, stawających i skazanych różnią się między spisami wyznaniowymi a aktami sądu.
- Ilu galerników umarło w drodze przed Neapolem, nie zostało policzone.
- Liczba miejsc artykularnych w poszczególnych komitatach zmieniała się przez cały XVIII wiek.
Skąd to wiadomoWyroki sądu w Pozsony z kwietnia 1674, wykazy galerników z 1675, uwolnienie 11 i 12 lutego 1676; rozporządzenie z 21 marca 1731
Wiejska pobożność, którą zbieracze zastali gotową, ma metrykę XVII-wieczną
Zapis z tamtych czasówPasterka, odpust i przydomki świąt Pani stoją na dokumentach XVII i XVIII wieku: na śpiewnikach, bractwach, wizytacjach i cesarskim ślubie z 1693 roku.
Czytaj dalejPo 1600 roku strona katolicka odbudowywała wieś tymi samymi narzędziami, którymi zdobyli ją byli protestanci. Poszły w ruch drukowane śpiewniki — w 1651 roku wytłoczono w Lőcse wielki zbiór pieśni katolickich, ułożony wprost przeciw śpiewowi protestanckiemu — poszły bractwa różańcowe i inne, misje zakonne, a tam, gdzie nie było księdza, świeccy licencjaci z prawem chrzczenia i grzebania.
Do tego doszły akty państwa, każdy z datą. Leopold I ponowił w 1693 roku ofiarowanie kraju Bogurodzicy, a przysięga urzędnicza z 1731 wymieniała Pannę i świętych z nazwy, robiąc z pobożności maryjnej warunek dostępu do urzędu. Wizytacje parafialne z XVII i XVIII wieku opisują przy okazji wieś po wsi, co się w niej śpiewa, gdzie chodzi procesja i którego dnia; to są dokumenty budowy, nie zapisy pamięci.
Stąd wniosek dla czytania zapisów terenowych. Że po pogańskich Węgrach nie został spis bóstw, powiedziano w tym dziale gdzie indziej; tu chodzi o rzecz osobną — o to, że nawet chrześcijańska warstwa wiejskiej pobożności, pasterka, odpust i przydomki świąt Pani, ma datowanych budowniczych i własne papiery. Zapis z XIX wieku poświadcza zwyczaj w XIX wieku; żeby sięgnąć głębiej, potrzebny jest dokument z drogi pośredniej.
- Nie każdy element tej pobożności jest siedemnastowieczny; część nazw świąt jest starsza i poświadczona w kodeksach XV wieku.
- Wizytacje opisują to, o co pytał formularz, więc milczą o wszystkim, czego formularz nie przewidywał.
- Zasięg działania licencjatów świeckich różnił się między ziemiami pod Turkami, Siedmiogrodem i królestwem habsburskim.
Skąd to wiadomoŚpiewnik katolicki wytłoczony w Lőcse w 1651 roku, ofiarowanie kraju z 1693, formuła przysięgi z 1731, wizytacje parafialne XVII i XVIII wieku
Łzy wpisane do protokołu
Unia z 1646 i płacząca ikona z Pócs
Grecki obrządek nie skończył się na Węgrzech w trzynastym wieku razem z ostatnim klasztorem wymienionym w łacińskim dokumencie: trwał w górskich wsiach północnego wschodu, a dwudziestego czwartego kwietnia 1646 roku sześćdziesięciu trzech kapłanów przyjęło w zamkowej kaplicy w Użhorodzie jedność z Rzymem, zachowując własny ryt. Pięćdziesiąt lat później w drewnianej cerkwi we wsi Pócs zapłakała ikona, a biskup egerski zrobił z tego to, co w tym królestwie robiono ze wszystkim: dochodzenie, przysięgę i protokół. Ta sekcja idzie za papierem — za aktem unii, za bullą, za zeznaniem świadka i za przywilejem dla wsi zakładanej na prawie wołoskim — i pokazuje przy okazji, kto właściwie mieszkał w komitatach, z których pochodzą najgłośniejsze węgierskie sprawy sądowe o tátosów.
Kaplica zamkowa w Użhorodzie, 24 kwietnia 1646
Zapis po fakcieDwudziestego czwartego kwietnia 1646 roku w kaplicy zamkowej w Użhorodzie sześćdziesięciu trzech kapłanów obrządku wschodniego przyjęło jedność z Rzymem, zachowując własny ryt.
Czytaj dalejWarunki były trzy i wszystkie dotyczyły duchownych, nie wiary prostych ludzi: obrządek miał zostać nienaruszony, biskupa mieli wybierać sami, a papież tylko zatwierdzać, wolności zaś i zwolnienia od ciężarów miały im przysługiwać takie same jak księżom łacińskim. O języku nabożeństwa, o kalendarzu i o poddaństwie samych wsi nie mówiono w tej umowie nic.
Zamek w Użhorodzie, węgierskim Ungvárze, należał wtedy do rodu Drugethów, a gospodarowała w nim owdowiała Anna Jakusich, siostra egerskiego biskupa Jerzego Jakusicha. To on stanął dwudziestego czwartego kwietnia 1646 roku w zamkowej kaplicy przed sześćdziesięcioma trzema kapłanami obrządku wschodniego, którzy przyjęli jedność z Rzymem, zachowując własny ryt. Biskup zmarł w następnym roku i sprawa nie dobiegła wtedy Rzymu: potwierdzenie dla zjednoczonego duchowieństwa i dla wybranego przez nie władyki przyszło dopiero po latach, za następców obu stron.
Rzecz działa się na pograniczu dwóch władz: dzień drogi dalej stał zamek w Munkaczu, dzisiejszym Mukaczewie, trzymany przez rodzinę kalwińskiego księcia siedmiogrodzkiego, dla której związanie górskich parafii z Rzymem było stratą polityczną. Dlatego podpisywano w kaplicy prywatnego zamku pod opieką katolickiej pani, a nie na zjeździe całej eparchii.
- Z aktu nie wynika, ilu wiernych stało za tymi kapłanami: podpisywali się duchowni, nie wsie.
- Liczba sześćdziesięciu trzech dotyczy jednego dnia i jednej kaplicy, a nie całej eparchii mukaczewskiej.
- Brzmienia trzech warunków ani liczby sześćdziesięciu trzech nie zna się z oryginalnego pergaminu: jedno i drugie krąży w odpisach.
Skąd to wiadomoAkt unii użhorodzkiej z 24 kwietnia 1646 roku i pisma biskupa egerskiego do Rzymu z tego samego roku
Trzy warunki znane z odpisów, nie z pergaminu
Zapis po fakcieOryginalnego dokumentu unii użhorodzkiej nikt nie ogląda: i liczba kapłanów, i treść trzech warunków znane są z odpisów oraz z pism o pokolenia późniejszych.
Czytaj dalejPo dniu, od którego liczy się cała ta historia, nie został oryginalny akt. Brzmienie trzech warunków i liczbę sześćdziesięciu trzech znamy z odpisów oraz z pism biskupów mukaczewskich z XVIII wieku, którzy przywoływali je w sporach o samodzielność eparchii. Zapis jest więc najpierw świadectwem tego, czego domagano się w XVIII stuleciu, a dopiero przez to świadectwem roku 1646.
Miało to wagę całkiem praktyczną. Gdy biskup egerski dowodził, że władyka mukaczewski jest wyłącznie jego wikariuszem do spraw obrządku, druga strona odpowiadała warunkami z Użhorodu i musiała je przedstawiać w odpisie, bo innego przedstawić nie mogła. Spór o pergamin był w istocie sporem o to, kto w górskich parafiach mianuje, kto sądzi i kto pobiera.
Unia nie wzięła się z niczego i nie obeszła się bez przemocy. W 1640 roku władyka Bazyli Tarasowicz, skłaniający się ku Rzymowi, został w Munkaczu pojmany z rozkazu dworu siedmiogrodzkiego i osadzony w zamku, a po uwolnieniu złożył w 1642 roku katolickie wyznanie wiary. Sześć lat po jego pojmaniu duchowni podpisywali jedność już nie w Munkaczu i nie przy własnym władyce, lecz w kaplicy prywatnego zamku po drugiej stronie granicy dwóch władz.
- Nie wiadomo, czy odpisy oddają brzmienie z 1646 roku, czy brzmienie, jakiego potrzebowano sto lat później.
- Z braku oryginału nie wynika, że zjazdu nie było: o samym dniu piszą pisma powstałe wtedy, gdy rzecz się działa.
- Dalsze losy władyki podają dopiero źródła późniejsze i nie zgadzają się co do tego, gdzie i jako kto dokończył życia.
Skąd to wiadomoOdpisy warunków unii w aktach eparchii mukaczewskiej; pisma biskupów mukaczewskich z XVIII wieku; sprawa władyki Tarasowicza z lat 1640–1642
Od Użhorodu do Marmaroszu upłynęło siedemdziesiąt pięć lat
Zapis z tamtych czasówJedność podpisana w 1646 roku objęła część duchowieństwa; w komitacie Marmarosz kapłani obrządku wschodniego przystąpili do niej dopiero w 1721 roku.
Czytaj dalejSześćdziesiąt trzy podpisy to nie była jeszcze eparchia. Parafie obrządku wschodniego liczono w tych stronach na setki, rozrzucone po dolinach komitatów Bereg, Ung, Ugocsa, Zemplen i Marmarosz, a przystępowanie do jedności szło przez całą drugą połowę XVII wieku parafia po parafii, z nawrotami i z okresami, w których dwaj władycy naraz uważali się za prawowitych.
Przeważyła nie teologia, lecz podatek. Dyplom cesarza Leopolda z 1692 roku zwolnił zjednoczone duchowieństwo obrządku wschodniego z ciężarów, które dotąd ciążyły na nim jak na poddanych: kapłan wsi przestawał odrabiać pańszczyznę i płacić czynsz, a w wolnościach zrównywał się z proboszczem łacińskim. Od tej daty przystąpienie oznaczało zmianę stanu, a nie tylko zmianę zwierzchnika.
W Marmaroszu, najdalszym i najbardziej górskim z tych komitatów, duchowieństwo obrządku wschodniego weszło do jedności dopiero w 1721 roku, siedemdziesiąt pięć lat po Użhorodzie. Przez ten czas ludzie chodzili tam do cerkwi, w których nie dokonała się żadna z opisywanych zmian, a o wybór nikt ich nie pytał ani wtedy, ani później.
- Data przystąpienia dotyczy duchowieństwa komitatu, nie poszczególnych wsi ani ich mieszkańców.
- Z dyplomu o zwolnieniach nie wynika, że zwolnienia rzeczywiście wszędzie stosowano: panowie ziemscy bywali innego zdania niż kancelaria.
Skąd to wiadomoDyplom cesarza Leopolda I dla zjednoczonego duchowieństwa z 1692 roku; akta przystąpienia duchowieństwa Marmaroszu z 1721 roku
Klasztor świętego Mikołaja i nadanie z datą 8 marca 1360
Zapis po fakcieSiedzibą władyków mukaczewskich był klasztor nad Munkaczem, a jego nadanie nosi datę o trzy dziesięciolecia wcześniejszą niż pierwsze węgierskie akta jego fundatora.
Czytaj dalejNad Munkaczem, na wzgórzu zwanym Czernieczą Górą, stał klasztor świętego Mikołaja, w którym mieszkali władycy mukaczewscy i przy którym trzymano archiwum, księgi oraz szkołę. Przez stulecia to on, a nie żadna katedra, był rzeczywistym środkiem obrządku wschodniego w tej części królestwa i to stamtąd wychodziły pisma w sprawach górskich parafii.
Dokument fundacyjny, na który klasztor się powoływał, nosi datę ósmego marca 1360 roku i imię księcia Fedora Koriatowicza, oddającego mnichom wsie i dziesięciny. Kłopot polega na tym, że ten sam książę wchodzi do węgierskich akt królewskich dopiero w latach dziewięćdziesiątych XIV wieku, gdy dostał dobra munkaczewskie, a pergaminu z 1360 roku nikt nie oglądał: krąży w odpisach.
Liczba, która przylgnęła do jego imienia — czterdzieści tysięcy Rusinów przyprowadzonych zza Karpat — nie stoi w żadnym akcie średniowiecznym. Pojawia się w drukowanej książce bazylianina z tego właśnie klasztoru, wydanej na przełomie XVIII i XIX wieku, i dopiero od niej rozeszła się po wszystkim, co o początkach osadnictwa rusińskiego pisano później.
- Z wątpliwej daty nie wynika, że klasztoru wtedy nie było: mury i ruch mniszy bywają starsze od papieru, który je opisuje.
- Czterdzieści tysięcy to liczba z osiemnastowiecznego druku, nie z żadnego spisu ludności ani rejestru podatkowego.
Skąd to wiadomoNadanie datowane na 8 marca 1360 roku, znane z odpisów; nadanie dóbr munkaczewskich księciu w latach dziewięćdziesiątych XIV wieku
Bulla z 19 września 1771 i przeprowadzka do Użhorodu
Zapis z tamtych czasówDo 1771 roku władykę mukaczewskiego traktowano w Egerze jak wikariusza od obrządku; bulla Klemensa XIV ustanowiła eparchię jako osobną i podległą wprost Rzymowi.
Czytaj dalejWarunki z 1646 roku obiecywały własnego biskupa, lecz przez sto dwadzieścia pięć lat biskupi egerscy uważali władykę mukaczewskiego za swojego wikariusza do spraw obrządku greckiego, którego wolno im zatwierdzać i któremu wolno odmówić. Spór ciągnął się przez cały XVIII wiek i rozstrzygnął się ostatecznie nie w Egerze, lecz w Wiedniu i w Rzymie.
Na wniosek Marii Teresy papież Klemens XIV wydał dziewiętnastego września 1771 roku bullę ustanawiającą eparchię mukaczewską jako osobną, podległą wprost Stolicy Apostolskiej. Od tego dnia władyka przestawał być czyimkolwiek zastępcą, a w kancelariach królestwa jego podpis ważył dokładnie tyle, co podpis biskupa łacińskiego.
Cztery lata później cesarzowa oddała eparchii opuszczone zabudowania jezuickie w Użhorodzie, bo zakon został właśnie zniesiony, a biskup Andrzej Baczyński przeniósł tam w 1780 roku stolicę z klasztoru nad Munkaczem. Przy nowej siedzibie kształcono już kandydatów do kapłaństwa, a biskup zgromadził przy niej księgozbiór, z którego uczyli się kapłani górskich parafii. Ośrodek obrządku wschodniego wrócił po stu trzydziestu czterech latach do miasta, w którym podpisano unię.
- Bulla rozstrzygała zależność od Egeru, a nie stosunek wsi do własnego kapłana ani sposób odprawiania.
- Z przeniesienia stolicy nie wynika opustoszenie klasztoru: bazylianie zostali nad Munkaczem i prowadzili szkołę dalej.
Skąd to wiadomoBulla Eximia regalium principum z 19 września 1771 roku; nadanie domu pojezuickiego w Użhorodzie z 1775 roku
Katechizm z Nagyszombatu 1698 i elementarz rok później
Zapis z tamtych czasówPierwsze książki drukowane dla Rusinów Królestwa Węgier wyszły w Nagyszombacie, dzisiejszej Trnawie: katechizm w 1698 roku i elementarz w 1699.
Czytaj dalejBiskupem mukaczewskim został w 1689 roku Józef de Camillis, Grek z wyspy Chios, bazylianin wykształcony w Rzymie, człowiek z zewnątrz i bez krewnych w komitacie. Objął eparchię, w której większość kapłanów odprawiała z pamięci, mało kto miał własną księgę, a wsie dzieliły się na te, które do jedności przystąpiły, i te, do których wiadomość o niej nie doszła.
W 1698 roku kazał wydrukować w Nagyszombacie katechizm dla ruskiego ludu Węgier, a rok później elementarz do czytania. To pierwsze książki tłoczone dla tej ludności i przeznaczone do jej rąk, nie do rąk urzędu, a wyszły z tej samej oficyny, z której szły łacińskie i węgierskie druki kościelne całego królestwa.
Objeżdżał przy tym parafie i spisywał je po kolei: ile dusz, jaka cerkiew, czy kapłan ma księgi, z czego żyje i czy jego wieś odrabia mu powinności. Z takich objazdów, powtarzanych przez następców w połowie XVIII wieku, został najlepszy obraz religijnego życia górskich wsi, jaki z tamtego stulecia w ogóle mamy.
- Druk poświadcza, czego chciano nauczyć, a nie tego, w co wieś wierzyła i co robiła.
- Nakład i zasięg obu książek nie są znane; z faktu wydania nie wynika, że trafiły do każdej parafii.
Skąd to wiadomoKatechizm drukowany w Nagyszombacie w 1698 roku i elementarz z 1699 roku; protokoły wizytacji eparchii mukaczewskiej
Obraz zamówiony za wyjście z tureckiej niewoli
Zapis po fakcieIkonę z Pócs zamówił w 1675 roku człowiek wypuszczony z tureckiej niewoli; nie zebrał zapłaty, więc obraz wykupił ktoś inny i oddał go cerkwi.
Czytaj dalejWe wsi Pócs w komitacie Szabolcs stała drewniana cerkiew obrządku wschodniego, a w niej niewielki obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, malowany na desce, z literami cerkiewnosłowiańskimi. Namalował go w 1675 roku Stefan Papp, brat miejscowego kapłana, na zamówienie Władysława Csigriego, który złożył taki ślub, wychodząc z tureckiej niewoli.
Zamawiający nie zebrał umówionej sumy, więc obraz wykupił inny gospodarz ze wsi i ofiarował go cerkwi. Przez dwadzieścia lat wisiał na ikonostasie jako jeden z wielu: rzecz wiejskiego warsztatu, bez odpustu, bez pielgrzymów i bez sławy, w parafii, o której poza własnym komitatem nikt nie słyszał.
Wszystko, co o tym zamówieniu wiadomo, pochodzi z zeznań złożonych przed komisją w 1696 roku, czyli dwadzieścia jeden lat później. Mówili jednak ludzie, którzy przy tym byli, a część z nich mieszkała wtedy nadal w tej samej wsi. Data 1675 stoi w protokole przesłuchania, nie na desce i nie na odwrociu obrazu.
- Okoliczności zamówienia znamy wyłącznie z pamięci świadków po dwudziestu jeden latach.
- Z wiejskiego pochodzenia obrazu nie wynika nic o jego wzorze: ikony tego typu malowano w setkach warsztatów po obu stronach Karpat.
Skąd to wiadomoZeznania złożone przed komisją w Pócs w grudniu 1696 roku, dotyczące zamówienia z 1675 roku
Od 4 listopada do 8 grudnia 1696 roku
Zapis z tamtych czasówCzwartego listopada 1696 roku, w czasie liturgii w drewnianej cerkwi w Pócs, ludzie zobaczyli łzy na obrazie; płacz wracał i ustawał aż do ósmego grudnia.
Czytaj dalejCzwartego listopada 1696 roku, podczas liturgii odprawianej przez miejscowego kapłana Daniela Pappa, zgromadzeni zobaczyli wilgoć spływającą z oka ikony po desce. Ludzie wychodzili i wracali z sąsiadami, wiadomość obiegła okoliczne wsie jeszcze tego samego dnia, a przez następne tygodnie zjawisko to wracało, to ustawało na kilka dni.
Ostatni dzień płaczu zapisano na ósmy grudnia. W okolicy stały wtedy wojska cesarskie, bo wojna z Turkami jeszcze trwała, a do twierdzy w pobliskim Kálló było ze wsi pół dnia drogi. Do cerkwi przyszli oficerowie, przyszedł też dowodzący w tych stronach generał cesarski Corbelli, który dał o sprawie znać wyżej.
Wieś, w której to się stało, była mała i mieszana: cerkiew obrządku wschodniego pośrodku, dokoła osady z kościołem łacińskim i wsie kalwińskie, a wszystko na ziemi, o którą przez sto lat spierały się trzy władze i która wciąż stała niedoludniona. To ostatnia okolica królestwa, w której ktokolwiek spodziewałby się sprawy oglądanej wkrótce w Wiedniu.
- Daty początku i końca pochodzą z protokołu spisanego w grudniu 1696 roku, a nie z zapisków prowadzonych na bieżąco.
- Obecność wojska tłumaczy szybkość, z jaką rzecz poszła w górę, ale nie mówi nic o samym zdarzeniu.
Skąd to wiadomoProtokół dochodzenia biskupa egerskiego, Pócs, grudzień 1696 roku
Przysięga, deska obejrzana z obu stron, świadkowie trzech wyznań
Zapis z tamtych czasówBiskup egerski nie ogłosił cudu, tylko wysłał komisję: świadków przesłuchano pod przysięgą pojedynczo, a deskę zdejmowano i oglądano z obu stron.
Czytaj dalejWśród przesłuchanych byli ludzie obrządku wschodniego i łacińskiego, byli kalwini z sąsiednich wsi, byli żołnierze garnizonu. Taki dobór jest w dochodzeniu argumentem sam w sobie, ponieważ świadek innego wyznania nie miał żadnego powodu potwierdzać cudzej świętości. Obraz przy tym zdejmowano, ocierano i oglądano deskę od tyłu.
Biskup egerski nie zaczął od ogłoszenia czegokolwiek, tylko wysłał do Pócs komisję. Świadków wzywano pojedynczo i odbierano od nich przysięgę, pytano o dzień, o godzinę, o miejsce, w którym stali, i o to, co dokładnie widzieli, a odpowiedzi zapisywano po łacinie, w formie używanej w sprawie o granicę gruntu albo o kradzież.
To najlepszy węgierski przykład tego, jak wydarzenie wierzeniowe zamienia się w urzędowy papier. Protokół nie orzeka o przyczynie i nie musi: podaje datę, nazwisko, przysięgę, pytanie i odpowiedź. Tak samo zbudowane akta sporządzano wtedy w komitatach przeciw ludziom oskarżonym o czary, z tą różnicą, że tamte kończyły się wyrokiem.
- Protokół poświadcza, co zeznali świadkowie i kiedy, a nie to, co działo się z deską.
- Z doboru świadków różnych wyznań nie wynika zgodność ich zeznań; wynika tylko tyle, że pytano także ich.
- W jakim języku padały same zeznania, z akt nie wynika: zapisano je po łacinie, a język przesłuchiwanego nie był w takim protokole notowany.
Skąd to wiadomoAkta dochodzenia z 1696 roku, spisane po łacinie na polecenie biskupa egerskiego
Wywieziony w 1697 roku, do dziś w katedrze świętego Szczepana
Zapis z tamtych czasówW 1697 roku cesarz kazał przewieźć obraz do Wiednia; stoi tam do dziś w katedrze świętego Szczepana, a do Pócs odesłano kopię.
Czytaj dalejCesarz Leopold I kazał obraz sprowadzić do stolicy i w 1697 roku zabrano go ze wsi. Droga trwała miesiące, bo w mijanych miastach wychodziły po niego procesje, a na końcu stanął w katedrze świętego Szczepana, gdzie znajduje się do dziś i gdzie nazywa się go Madonną z Pócs: pod obcą nazwą, o kilkaset kilometrów od cerkwi, dla której go namalowano.
Jedenastego września 1697 roku wojska cesarskie rozbiły armię turecką pod Zentą, a zwycięstwo powiązano z obrazem, który od kilku tygodni stał w Wiedniu. Tak sprawa z podkarpackiej wsi weszła do polityki dynastii — już nie jako kłopot jednej parafii obrządku wschodniego, lecz jako znak dany domowi panującemu w roku wielkiej wygranej.
Do Pócs odesłano kopię i to ona wisi w tamtejszej świątyni. Oryginał, wywieziony na rozkaz, nigdy nie wrócił, a wieś, która straciła obraz, zyskała za to wszystko, co przyszło potem: odpust, klasztor, murowaną cerkiew i drogę pielgrzymią, którą chodzi się tam nieprzerwanie od trzystu lat.
- Powiązanie zwycięstwa pod Zentą z obrazem jest wykładnią dworu i kaznodziejów, nie treścią żadnego dokumentu wojskowego.
- Z faktu wywiezienia nie wynika, że zabrano rzecz uznaną urzędowo za cudowną: rozstrzygnięcia w tej sprawie nie ogłoszono.
Skąd to wiadomoRozkaz cesarski i akta przewiezienia obrazu do Wiednia z 1697 roku; bitwa pod Zentą, 11 września 1697
Kopia płacze od 1 do 5 sierpnia 1715 roku
Zapis z tamtych czasówOdesłana do Pócs kopia zapłakała w pierwszych dniach sierpnia 1715 roku; komisja zjechała po raz drugi i po raz drugi odebrała od świadków przysięgę.
Czytaj dalejPostąpiono dokładnie tak samo jak dziewiętnaście lat wcześniej: zjechała komisja, odebrano przysięgę, przesłuchano po kolei, spisano po łacinie. Powtórzenie procedury jest tutaj ciekawsze od samego zdarzenia, bo pokazuje, że urzędowe dochodzenie w takiej sprawie przestało być czymś nadzwyczajnym, a stało się zwykłym trybem postępowania.
Od tego roku ruch pielgrzymi ustalił się na stałe. Drewniana cerkiew przestała mieścić przybywających i zaczęto zbierać na murowaną, a wieś Pócs dostała z czasem do nazwy imię Marii i pod nim występuje do dziś. Zmiana nazwy jest miarą dokładniejszą niż każde zdanie o pobożności: nazwę zmienia się wtedy, gdy zmieniło się, po co ludzie do miejsca jadą.
Osiemnaście lat po wywiezieniu oryginału zapłakała kopia. Zaczęło się pierwszego sierpnia 1715 roku i trwało do piątego, a zeznający przed komisją mówili o tłumach, bo wiadomość obiegła okolicę w ciągu jednego dnia i ludzie schodzili się do wsi sami, nikim nie wezwani i nikomu nie zapowiedziani.
- Zapisy nie rozstrzygają, czy płacząca kopia była tą samą deską, którą przysłano z Wiednia, czy jedną z kilku kopii krążących wtedy po okolicy.
- Liczby przybyłych nie podaje żaden rejestr; słowo o tłumach pochodzi z zeznań.
Skąd to wiadomoProtokół dochodzenia z sierpnia 1715 roku, spisany w Pócs
Trzeci płacz w grudniu 1905 roku, tym razem przed obiektywem
Zapis z tamtych czasówW grudniu 1905 roku płacz powtórzył się po raz trzeci; obok protokołu i przysięgi powstały tym razem fotografie, a pielgrzymów przywoziła już kolej.
Czytaj dalejTrzeci raz obraz płakał w grudniu 1905 roku, od trzeciego do dziewiętnastego. Postępowanie było znowu to samo — komisja, przysięga, zeznania odbierane po kolei — z tą jedyną różnicą, że po dwustu latach zmieniły się narzędzia: obraz zdjęto z ołtarza i fotografowano, a świadków przybywało tylu, ilu zdołała przywieźć kolej.
Ta data waży w całym dziale z osobnego powodu. Węgierskie opowieści o dawnej wierze urywają się zwykle na procesach o czary z XVIII wieku, jak gdyby życie religijne wsi kończyło się wraz z ostatnim stosem; tymczasem tutaj, w roku 1905, urzędowy protokół w sprawie wierzeniowej spisuje się dalej, w tej samej formie i w tym samym miejscu.
Ten sam obraz wisi w Máriapócs nadal, w świątyni podniesionej w 1948 roku do godności bazyliki mniejszej, a osiemnastego sierpnia 1991 roku odprawiono przed nim liturgię obrządku wschodniego z udziałem papieża. Od pierwszego płaczu w drewnianej cerkwi minęło wtedy dwieście dziewięćdziesiąt pięć lat.
- Fotografia utrwala stan powierzchni obrazu w chwili zdjęcia, a nie przyczynę tego stanu.
- Z trzech płaczów rozdzielonych stuleciami nie wynika żadna prawidłowość: to trzy osobne sprawy, każda z własnym protokołem.
Skąd to wiadomoAkta dochodzenia z grudnia 1905 roku i fotografie obrazu z tego czasu
Szentkút, czyli święta studnia obok cerkwi
Zebrane z ustPielgrzymi do Máriapócs czerpią wodę ze studni obok świątyni — szentkút znaczy świętą studnię — i obchodzą cerkiew dokoła, wieś po wsi, z chorągwiami.
Czytaj dalejWęgierskie słowo szentkút znaczy dosłownie świętą studnię i oznacza źródło albo studnię przy miejscu pielgrzymkowym, z której czerpie się wodę do domu. W Máriapócs taka studnia stoi obok świątyni, a woda z niej wraca do wsi w butlach i dzbanach — do chorych, do bydła i do skropienia obejścia, zgodnie z zapisami z XIX i XX wieku.
Pielgrzymki przychodziły i przychodzą całymi wsiami, każda ze swoją chorągwią, swoim przewodnikiem i swoim porządkiem pieśni, ostatni odcinek drogi pokonując pieszo. Przy cerkwi obchodzi się świątynię dokoła, niekiedy na kolanach, a noc spędza w obejściu klasztornym lub pod gołym niebem; bazylianie osiedli tutaj w 1731 roku i oni ten ruch prowadzili.
Murowaną świątynię stawiano od 1731 do 1756 roku, a chodzą do niej ludzie obu obrządków: greckiego, do którego miejsce należy, i łacińskiego, z komitatów dokoła, w tym z okolic czysto węgierskich i kalwińskich. To rzadki przypadek, w którym granica obrządku, tak pilnie strzeżona w dokumentach, w praktyce po prostu nie działa.
- Zwyczaje studni i obchodzenia świątyni spisano z ust w XIX i XX wieku; jak daleko sięgają wstecz, z tych zapisów nie wynika.
- Święte studnie znane są przy wielu miejscach pielgrzymkowych obu obrządków, więc sam zwyczaj nie jest cechą wschodnią.
Skąd to wiadomoZapisy zwyczaju pielgrzymiego z XIX i XX wieku; budowa murowanej świątyni w latach 1731–1756
Wsie na prawie wołoskim i pięćdziesiąta owca
Zapis z tamtych czasówGórskie wsie komitatów Marmarosz, Bereg i Ung zakładano na prawie wołoskim: zasadźcą był kenéz, a daninę liczono w owcach, co pięćdziesiątą sztukę ze stada.
Czytaj dalejW takiej wsi stała cerkiew, a kapłan obrządku wschodniego bywał zwykle synem kapłana i siedział na gruncie zwolnionym od części ciężarów, ale wobec pana pozostawał poddanym jak wszyscy. Właśnie tę zależność zniósł dyplom z 1692 roku i dlatego znaczył on w tych stronach więcej niż to, co postanowiono w zamkowej kaplicy w 1646.
Od XIV wieku kancelaria królewska wystawiała w komitatach górskich przywileje na zakładanie wsi prawem wołoskim: zasadźca, zwany po węgiersku kenéz, dostawał wolne łany, młyn i część danin, a w zamian miał sprowadzić ludzi i osadzić ich na karczunku. W Marmaroszu szli tą drogą przede wszystkim Wołosi, w dolinach Beregu i Ungu przede wszystkim Rusini, a przywilej nie nazywa ani jednych, ani drugich: mówi o warunkach osadzenia, nie o ludzie.
Danina takiej wsi szła nie w zbożu, którego w górach nie było, lecz w owcach: co pięćdziesiąta sztuka ze stada, do tego jagnię i ser, i tak liczono to przez stulecia w rejestrach komitackich. Rachunek jest dla nas cenniejszy niż niejedno zdanie kronikarskie, bo mówi wprost, czym ci ludzie żyli i gdzie chodzili latem z bydłem.
- Przywilej mówi o warunkach zakładania wsi, a nie o tym, ilu ludzi faktycznie przyszło i skąd.
- Prawo wołoskie jest nazwą ustroju gospodarczego, nie nazwą ludu: osadzano na nim także Rusinów i ludność miejscową.
Skąd to wiadomoPrzywileje kenezjalne i nadania dla komitatu Marmarosz z drugiej połowy XIV wieku; rejestry danin owczych
Kto mieszkał w komitatach, z których są sprawy o tátosów
Zapis z tamtych czasówDwie głośne sprawy sądowe o tátosów pochodzą z komitatów Ugocsa i Bereg, gdzie górskie wsie były rusińskie, a druga toczyła się już w dobrach Schönbornów.
Czytaj dalejMunkacz i jego zamek przeszły w tych latach przez wszystko, co było do przejścia: oblężenie, które Helena Zrinyi trzymała od 1685 roku do kapitulacji siedemnastego stycznia 1688, konfiskatę dóbr po powstaniu, wreszcie nadanie ich w 1728 roku rodzinie Schönbornów, która sprowadziła osadników z Rzeszy i zaczęła gospodarować po nowemu.
Sprawa z komitatu Ugocsa z 1729 roku i sprawa z komitatu Bereg z 1735 roku należą do najczęściej przywoływanych węgierskich akt o tátosach. Warto wiedzieć, czyje to były komitaty: doliny i grzbiety zajmowały wsie rusińskie obrządku wschodniego, na równinie i w miasteczkach, choćby w Beregszászu wśród winnic, mieszkali Węgrzy.
Zeznania padały więc w komitatach, których górskie wsie modliły się po cerkiewnosłowiańsku, a sąsiednie po węgiersku, i w tych samych latach, gdy największe dobra Beregu przechodziły w ręce obcego rodu. Żadnej z tych warstw nie widać, gdy sprawę cytuje się osobno, jako świadectwo dawnej wiary samych Węgrów.
- Z tego, że komitat był w górach rusiński, nie wynika, że oskarżeni i świadkowie byli Rusinami: akta podają imiona węgierskie.
- Rozkład ludności znamy ze spisów o kilkadziesiąt lat późniejszych niż same sprawy sądowe.
- Z tego, że dobra munkaczewskie należały od 1728 roku do Schönbornów, nie wynika, że sprawa z 1735 roku toczyła się właśnie w tych dobrach: akta wskazują komitat, nie majątek.
Skąd to wiadomoAkta komitatów Ugocsa z 1729 i Bereg z 1735 roku; nadanie dóbr munkaczewskich Schönbornom w 1728 roku
Bulla z 8 czerwca 1912 i język, którego w niej nie ma
Zapis z tamtych czasówWęgierskojęzyczni grekokatolicy dostali własną eparchię ósmego czerwca 1912 roku; bulla nakazywała im liturgię po grecku, czego nigdy nie wykonano.
Czytaj dalejObrządek wschodni przestał z czasem być na Węgrzech obrządkiem jednego języka: w komitatach na wschód od Cisy całe parafie greckokatolickie mówiły po węgiersku i tak też chciały się modlić. W 1868 roku zjazd w Hajdúdorogu wystąpił o węgierską liturgię, a w 1900 roku blisko pół tysiąca ludzi pojechało z tą samą prośbą do Rzymu.
Ósmego czerwca 1912 roku papież Pius X erygował dla nich eparchię z siedzibą w Hajdúdorogu, złożoną z parafii wyłączonych z eparchii mukaczewskiej, preszowskiej i innych, a wśród nich znalazł się Máriapócs. W tekście bulli językiem liturgii ustanowiono grekę starożytną, z trzyletnim terminem na przejście na nią.
Terminu nie dotrzymano i nigdy go nie wyegzekwowano: w cerkwiach nowej eparchii śpiewano dalej po węgiersku, a wojna zamknęła sprawę na dobre. Jest to jeden z czystszych przykładów tego, jak dokument rozstrzyga rzecz na papierze, podczas gdy życie idzie obok niego, i jak mylące bywa czytanie samej bulli bez tego, co po niej.
- Bulla świadczy o rozstrzygnięciu kancelarii, a nie o praktyce parafii; praktykę znamy skądinąd.
- Z powstania eparchii węgierskojęzycznej nie wynika, że parafie rusińskie zmieniły wtedy język: zostały w eparchiach dawnych.
- Do nowej eparchii weszły także parafie odjęte diecezjom rumuńskim, a ich wierni nie mówili po węgiersku i przeciw włączeniu protestowali: sam akt erekcyjny nie rozstrzyga, kto w nich jakim językiem śpiewał.
Skąd to wiadomoBulla Christifideles graeci z 8 czerwca 1912 roku; memoriał pielgrzymki rzymskiej z 1900 roku; zjazd w Hajdúdorogu z 1868 roku
Piąta wiara królestwa
Kniaziowie i dwa kalendarze w jednej wsi
Największa grupa niewęgierska królestwa wchodzi do jego dokumentów w 1223 roku jako ziemia odjęta Wołochom, a wychodzi z nich w 1910 roku jako blisko trzy miliony osób z rumuńską mową ojczystą w rubryce spisu. Między jedną a drugą datą stoją kniaziowie z własnym prawem, cerkiew podległa patriarsze w Konstantynopolu, pierwsze książki drukowane po rumuńsku na saskich i książęcych tłoczniach oraz kalendarz juliański utrzymywany w tych samych wsiach, w których sąsiad liczył już po gregoriańsku. Ta sekcja podaje te rzeczy po kolei, z datą dokumentu przy każdej, a osobno zestawia rumuńskiego strigoi z łacińską strigą węgierskich praw — bez wyprowadzania z podobieństwa nazw wspólnego rodowodu wyobrażeń.
Rubryka mowy ojczystej, 31 grudnia 1910
Zapis z tamtych czasówSpis z ostatniego dnia 1910 roku wykazał blisko trzy miliony osób mówiących po rumuńsku: szesnaście na sto mieszkańców królestwa i najliczniejszą grupę poza Węgrami.
Czytaj dalejPytanie o mowę ojczystą wprowadzono do węgierskich spisów dopiero w 1880 roku, a rachuby wcześniejsze liczyły stany, domy i podatki, nie języki. Liczba z 1910 roku mierzy zatem odpowiedź udzieloną komisarzowi spisowemu, nie poczucie przynależności i nie wyznanie, a te trzy rzeczy w jednej i tej samej wsi bywały rozbieżne.
Spis powszechny przeprowadzony na dzień 31 grudnia 1910 roku objął Królestwo Węgier bez Chorwacji i Slawonii, a więc osiemnaście milionów dwieście sześćdziesiąt cztery tysiące mieszkańców. Rubryka mowy ojczystej dała blisko trzy miliony odpowiedzi rumuńskich, czyli szesnaście na sto. Słowaków naliczono około milion dziewięćset pięćdziesiąt tysięcy, Niemców o kilkadziesiąt tysięcy mniej.
Ta sama księga ma kolumnę wyznania i ona tłumaczy więcej niż kolumna mowy. Obrządek wschodni, prawosławny i grekokatolicki razem, obejmował blisko czwartą część mieszkańców królestwa, a w samym Siedmiogrodzie był wyznaniem większości mieszkańców. Dwie cerkwie tego samego obrządku dzieliły między siebie niemal całą ludność rumuńską.
- Rubryka pytała o mowę ojczystą, nie o narodowość ani o wyznanie; z liczby mówiących nie wynika wprost liczba wiernych którejkolwiek z cerkwi.
- Spis zbierali urzędnicy państwa, którego język był w rubryce jedną z odpowiedzi, a sposób zadawania pytania stawał się przedmiotem skargi już wtedy.
- Liczby spisowe podaje się tu w zaokrągleniu: poszczególne zestawienia tej samej księgi różnią się w rubryce rumuńskiej o kilkaset osób.
Skąd to wiadomoWęgierski spis powszechny na dzień 31 grudnia 1910, rubryki mowy ojczystej i wyznania
Ziemia odjęta Wołochom, 1223
Zapis z tamtych czasówNajstarsze siedmiogrodzkie karty z Wołochami to nadanie dla opactwa w Kercu z 1223 roku i przywilej dla Sasów z 1224, gdzie las noszą wspólnie z Pieczyngami.
Czytaj dalejRok później, w przywileju wydanym siedmiogrodzkim Sasom, król zapisał im użytkowanie lasu wspólnie z Wołochami i Pieczyngami. Dokument z 1224 roku stawia to obok prawa do własnych sędziów i wyboru księży, czyli w jednym rzędzie z uprawnieniami, o które potem procesowano się przez stulecia.
Obie karty mówią o posiadaniu i o pożytkach, nigdy o wierze. Żadna z nich nie podaje, w jakim obrządku chrzczono w tych wsiach ani komu podlegał tamtejszy pop, a pismo, które to wreszcie rozstrzyga, przyjdzie dopiero w następnym stuleciu i nie wyjdzie z kancelarii królewskiej.
W 1223 roku Andrzej II potwierdził cystersom z Kercu nad Alutem ziemię, którą kancelaria królewska opisała jako odjętą Wołochom. Jest to najstarsze siedmiogrodzkie nadanie, w którym występują oni nie jako sama nazwa w opowieści, lecz jako ludzie siedzący na gruncie opisanym granicami.
- Zwrot o ziemi odjętej Wołochom mówi o tytule prawnym do gruntu, nie o wysiedleniu ludzi; z aktu nie wynika, co się stało z dotychczasowymi mieszkańcami.
- Nazwa wołoska w dokumentach XIII wieku oznacza porządek prawny i sposób gospodarowania równie często jak mowę; sama w sobie nie rozstrzyga o języku wsi.
- Nazwa wołoska pojawia się w królewskich kartach jeszcze przed 1223 rokiem; nadanie kerckie jest natomiast najstarszym, które wiąże ją z konkretnym, odgraniczonym gruntem.
Skąd to wiadomoNadanie Andrzeja II dla opactwa w Kercu, 1223; przywilej dla Sasów siedmiogrodzkich, 1224
Wojewoda Seneslau w akcie z 2 czerwca 1247
Zapis z tamtych czasówAkt Beli IV dla joannitów z 2 czerwca 1247 wymienia z imienia kniaziaty Jana i Farkasza, ziemię wojewody Litowoja oraz Seneslaua, nazwanego wojewodą Wołochów.
Czytaj dalejDrugiego czerwca 1247 roku Bela IV nadał joannitom ziemie na południe od Karpat i przy tej okazji wyliczył, co tam zastał: kniaziaty Jana i Farkasza, ziemię wojewody Litowoja oraz ziemię Seneslaua, nazwanego wprost wojewodą Wołochów. Cztery wołoskie władztwa stoją w tym akcie po imieniu, prawie sto lat przed powstaniem osobnych hospodarstw za górami.
Kniaź jest w węgierskich kartach urzędem wiejskim i dziedzictwem rodowym zarazem: zakłada osadę, sądzi swoich, prowadzi ich na wojnę i odpowiada za daninę. Od XIV wieku karty królewskie wymieniają przy wołoskich wsiach pięćdziesiątą owcę, daninę liczoną od stada, nie od łanu, i to ona odróżnia prawo wołoskie od prawa wsi zbożowej.
Ten sam porządek osadniczy szedł grzbietem Karpat na północ, ale rozkładał się na kilka stuleci. W czternastym i piętnastym wieku na prawie wołoskim lokowano wsie w Marmaroszu, na Rusi i w Małopolsce; na Śląsk i na Morawy ten sposób gospodarowania dotarł dopiero w szesnastym i siedemnastym stuleciu, a nazwa Wołochów przylgnęła tam do krainy i do pasterstwa, choć mowa tamtych wsi była już inna.
- Akt z 1247 roku wylicza władztwa jako przedmiot nadania i pożytku; o wierze ich mieszkańców, o cerkwiach i o podległości kościelnej nie mówi ani słowa.
- Z obecności nazwy wołoskiej w karpackich lokacjach nie wynika, że osadnicy każdej takiej wsi mówili po rumuńsku; prawo wędrowało dalej i szybciej niż mowa.
Skąd to wiadomoAkt Beli IV dla zakonu joannitów, 2 czerwca 1247
Patriarcha nad Marmaroszem, sierpień 1391
Zapis z tamtych czasówW sierpniu 1391 roku patriarcha Konstantynopola wyjął monaster w Peri spod władzy biskupów i dał mu zwierzchność nad prawosławnymi kilku węgierskich komitatów.
Czytaj dalejW sierpniu 1391 roku patriarcha Antoni IV wystawił pismo dla monasteru świętego Michała w Peri nad Cisą, w komitacie Marmarosz. Klasztor otrzymał stauropigię, czyli podległość wprost patriarsze, a jego przełożony władzę nad cerkwiami i księżmi prawosławnymi w Marmaroszu oraz w kilku komitatach sąsiednich, z prawem sądzenia w sprawach małżeńskich.
Akt z 1391 roku jest najmocniejszym dowodem, że wewnątrz katolickiego królestwa działała zorganizowana struktura cerkiewna z własnym sądem i własnym zwierzchnikiem poza granicą. Nie było to zjawisko przemilczane: zakres tej władzy wyliczono w piśmie równie dokładnie jak w aktach biskupstw łacińskich.
O pismo prosili Balk i Drag, dziedzice wołoskiego rodu, który w tym samym czasie sprawował w Marmaroszu urząd z ramienia króla Węgier. Ci sami ludzie występują zatem w łacińskich kartach królewskich jako urzędnicy korony, a w greckim akcie patriarszym jako proszący o przywilej dla monasteru, i jedno nie przeszkadzało drugiemu przez całe pokolenie.
- Zasięg władzy przełożonego z Peri zapisano w akcie patriarszym; ile z niej dawało się wykonać wobec królewskich starostów i biskupów łacińskich, dokumenty nie mówią.
- Monaster utracił stauropigię w następnym stuleciu, a okoliczności tej utraty nie stoją w żadnym zachowanym akcie.
Skąd to wiadomoPismo patriarchy Antoniego IV dla monasteru w Peri, sierpień 1391
Turda, 28 czerwca 1366: szlachectwo po katolicku
Zapis z tamtych czasówDekret Ludwika I z Turdy wiąże posiadanie szlacheckie z wiarą łacińską, a kniaziowi zostawia rangę tylko wtedy, gdy ma na kniaziatwo kartę królewską.
Czytaj dalejDwudziestego ósmego czerwca 1366 roku Ludwik I ogłosił w Turdzie zbiór postanowień dla Siedmiogrodu. Kniaź zachowywał rangę szlachecką, jeśli miał na swoje kniaziatwo kartę królewską; kto jej nie miał, spadał do rzędu kniaziów wiejskich. Osobny artykuł nakazywał tępić złoczyńców jakiegokolwiek narodu i wymieniał przy tym Wołochów z nazwy.
Warunkiem wejścia i utrzymania się w szlachcie królestwa stało się wyznanie łacińskie. Dekret nie kasował cerkwi i nie zabraniał nabożeństwa, odcinał natomiast od ziemi i od urzędu tych, którzy przy dawnym obrządku zostali. To on rozdzielił wołoskie rody na dwie drogi na następne cztery stulecia.
Jak wyglądała droga pierwsza, widać w karcie z 18 października 1409 roku: Zygmunt Luksemburski nadał wtedy dobra hunedoarskie Wojkowi, jego braciom, krewnemu oraz synowi Janowi. Ten syn dowodził później wojskami królestwa przeciw Turkom, a wnuk Wojka zasiadł na tronie węgierskim i panował trzydzieści dwa lata.
- Dekret mówi o posiadaniu i o urzędzie, nie o sumieniu; z jego brzmienia nie wynika, ilu kniaziów istotnie zmieniło obrządek, a ilu po prostu przestało pojawiać się w kartach.
- Karta z 1409 roku nie podaje wyznania obdarowanych; o obrządku tego rodu wnioskuje się z imion i z późniejszych nadań, nie z samego nadania.
Skąd to wiadomoDekret Ludwika I wydany w Turdzie, 28 czerwca 1366; nadanie zamku Hunyad, 18 października 1409
Kniaziowie wymalowani we własnych cerkwiach
Zapis z tamtych czasówW kamiennych cerkwiach ziemi hunedoarskiej fundator stoi na ścianie z modelem świątyni w dłoniach, w stroju szlachty królestwa, pod napisem cerkiewnosłowiańskim.
Czytaj dalejKilkanaście murowanych cerkwi w ziemi hunedoarskiej i w Zarandzie zachowało malowidła fundacyjne z czternastego i piętnastego wieku. Fundator stoi na ścianie zachodniej z modelem cerkwi w dłoniach, obok żona i dzieci, wszyscy w stroju, jaki nosiła wówczas szlachta królestwa, a napis nad ich głowami jest cerkiewnosłowiański.
Te ściany są jedynym miejscem, w którym wołoski kniaź średniowiecznego królestwa pokazuje się sam, na własne zamówienie i pod własnym imieniem. Wszystko inne, co o nim wiadomo, przeszło przez łacińską kancelarię i zostało zapisane cudzą ręką, w cudzym języku i w cudzej sprawie.
W Ribicy napis fundacyjny nosi datę 1417 i wymienia z imienia dwóch kniaziów, w pobliskim Kriszczorze malowidła powstały w tym samym pokoleniu. Najstarszy napis stoi jednak dalej, po północnej stronie Marosu, w Rymecie: wyszedł spod ręki malarza, podaje dzień i rok liczony od stworzenia świata, czyli według rachuby cerkiewnej, a przelicza się go na drugiego lipca 1377 roku.
- Daty napisów fundacyjnych bywają odczytywane rozmaicie, bo tynk jest miejscami zniszczony, a rok od stworzenia świata wymaga przeliczenia.
- Strój na malowidle mówi o pozycji fundatora w królestwie, nie o jego obrządku; obrządek rozstrzyga układ malowideł i język napisu.
- Rymet leży poza ziemią hunedoarską i poza Zarandem; z bliskości dat nie wynika wspólny warsztat ani wspólne środowisko fundatorów.
Skąd to wiadomoMalowidła i napisy fundacyjne cerkwi w Ribicy (1417), Kriszczorze i Rymecie (1377)
Sybin 1544: książka znana z rachunku
Zapis z tamtych czasówPierwszą książkę wydrukowaną po rumuńsku zamówiła luterańska rada Sybinu w 1544 roku. Nie ocalał z niej ani jeden egzemplarz, tylko wpis w rachunkach miasta.
Czytaj dalejW 1544 roku rada miejska Sybinu opłaciła druk katechizmu w języku rumuńskim. Wiadomość o tej książce nie pochodzi z żadnego zachowanego egzemplarza, bo nie ocalał ani jeden: stoi w księdze rachunkowej miasta, między wydatkami, i tam też znajduje się jedyna pewna data pierwszego druku rumuńskiego.
Piętnaście lat później w Braszowie osiadł diakon Coresi, przybysz z Wołoszczyzny, i przez ponad dwadzieścia lat tłoczył księgi cerkiewne po cerkiewnosłowiańsku oraz po rumuńsku. Jego czteroewangeliarz z 1561 roku wymienia w zakończeniu sędziego miasta jako tego, kto druk opłacił, a psałterz i mszał wyszły spod tej samej prasy w 1570.
Zamówienie płynęło zatem od luteranów i kalwinów, a tłumaczyli i składali ludzie obrządku wschodniego. Jako płatnicy stoją w tych księgach rada miejska i sędziowie saskich miast, nie cerkiew: pierwsze rumuńskie słowo drukowane powstało tam, gdzie reformacja chciała mówić do prawosławnych ich własnym językiem, i za pieniądze tej właśnie strony.
- Katechizmu z 1544 roku nikt nie widział od stuleci; jego treść jest nieznana, a wszystko, co się o niej mówi ponad datę i tytuł, jest wnioskiem z druków późniejszych.
- Z tego, że druk opłacił magistrat protestancki, nie wynika, jak te księgi przyjęto w cerkwiach; o ich obiegu mówią dopiero inwentarze następnego stulecia.
- Po co drukowano po rumuńsku, odczytuje się z tych ksiąg rozmaicie; karta tytułowa mówi, kto zapłacił, nie w jakim zamiarze.
Skąd to wiadomoKsięga rachunkowa miasta Sybina, 1544; druki Coresiego w Braszowie, 1559–1581
Palia z Orastie, 1582
Zapis z tamtych czasówPierwsze rumuńskie Księgi Rodzaju i Wyjścia wyszły w Orastie w 1582 roku: przełożył je prawosławny władyka, a druk opłacił kapitan Dewy.
Czytaj dalejW 1582 roku w Orastie, mieście na południe od Marosu, wyszła drukiem rumuńska Palia, czyli Księga Rodzaju i Księga Wyjścia. Na jej kartach stoją nazwiska tłumaczy, z prawosławnym władyką Siedmiogrodu na czele, oraz nazwisko kapitana Dewy, który przedsięwzięcie opłacił. Skład wykonał syn tego samego Coresiego, który drukował w Braszowie.
Sześćdziesiąt sześć lat później, w 1648 roku, w Białogrodzie nad Marosem wyszedł rumuński Nowy Testament, przygotowany ręką tamtejszego metropolity, a wytłoczony na prasie księcia Siedmiogrodu. Ten sam dwór wręczał metropolitom spisane warunki nominacji i ten sam dwór dawał im czcionkę oraz papier.
Rachunek daje się sprawdzić na kartach tytułowych: przez pierwsze stulecie druku rumuńskiego niemal wszystkie większe księgi w tym języku wyszły na ziemi korony węgierskiej, a płacili za nie ludzie innego wyznania niż ci, dla których je drukowano. Za Karpatami prasa ruszyła po rumuńsku dopiero w latach czterdziestych siedemnastego wieku.
- Z tego, że książę opłacał druk, nie wynika, że narzucał treść; zakres jego wpływu na przekład bywa rozmaicie odczytywany z samych przedmów.
- Nakłady tych druków nie są znane, więc o zasięgu czytania po rumuńsku w XVI wieku nie da się z nich wnioskować.
- Zestawienia druków rumuńskich różnią się tym, co liczą jako księgę większą; granica stulecia jest tu rachunkiem z kart tytułowych, nie datą z dokumentu.
Skąd to wiadomoPalia, Orastie 1582; Nowy Testament, Białogród 1648 — karty tytułowe i przedmowy
Cztery religie przyjęte i piąta cierpiana
Zapis z tamtych czasówSiedmiogród uznał cztery religie przyjęte: katolicką, luterańską, kalwińską i unitariańską. Wiary Rumunów między nie nie wpuszczono; zbiór praw z 1653 zwie ją cierpianą do czasu.
Czytaj dalejSejm w Turdzie w styczniu 1568 roku ogłosił wolność głoszenia słowa, a w ciągu następnego pokolenia ustalił się w Siedmiogrodzie zamknięty poczet czterech religii przyjętych: katolickiej, luterańskiej, kalwińskiej i unitariańskiej. Prawosławie nie weszło do tego pocztu ani wtedy, ani później, choć było wyznaniem najliczniejszym.
Książęta obsadzali natomiast prawosławnych władyków sami i wręczali im przy nominacji spisane warunki: co mają głosić, czego zaniechać, w jakim języku odprawiać i komu zdawać sprawę. Tolerowanie oznaczało tu nie obojętność władzy, lecz zwierzchność bez uznania, i to właśnie ono przygotowało unię z końca stulecia.
Zbiór praw księstwa, wydrukowany w Białogrodzie w 1653 roku, stawia rzecz wprost: wiara Rumunów jest w kraju cierpiana, i to do czasu. Skutki tego zapisu były wymierne. Cerkiew nie miała miejsca na sejmie, jej duchowieństwo utrzymywali sami parafianie, a pop nie był wolny od powinności wobec pana wsi — inaczej niż ksiądz którejkolwiek z czterech religii przyjętych.
- Formuła o wierze cierpianej opisuje stan prawny, nie liczbę wiernych; w wielu stolicach i komitatach była to wiara większości mieszkańców.
- Nie wiadomo, jak konsekwentnie egzekwowano warunki wręczane władykom poza zasięgiem dworu książęcego.
- Powinności ciążące na prawosławnym duchowieństwie różniły się od komitatu do komitatu i od pana do pana; zbiór praw podaje zasadę, nie praktykę.
Skąd to wiadomoUchwała sejmu w Turdzie, styczeń 1568; Approbatae Constitutiones, Białogród 1653
Dwa kalendarze w jednej wsi
Zapis z tamtych czasówWęgry przyjęły kalendarz gregoriański w 1587 roku, Siedmiogród w 1590, a cerkiew została przy juliańskim do 1924. W mieszanej wsi to samo święto wypadało dwa razy.
Czytaj dalejNowy kalendarz ogłoszono w Rzymie w 1582 roku. W Królestwie Węgier wprowadzono go w 1587, w Siedmiogrodzie u schyłku 1590 roku, a parafie prawosławne zostały przy rachubie juliańskiej. Różnica wynosiła wówczas dziesięć dni, od 1700 roku jedenaście, od 1800 dwanaście, a od 1900 trzynaście, i rosła na oczach jednego pokolenia.
We wsi, gdzie stały obok siebie dwie świątynie, rok pracy rozchodził się na dwie kolejności. Węgierski pierwszy wypęd bydła na świętego Jerzego wypadał dwudziestego czwartego kwietnia nowego stylu, rumuński Sângiorz dwudziestego trzeciego starego, czyli w dziewiętnastym wieku piątego maja. Między jednym a drugim mijało jedenaście dni terminu najemniczego i pierwszego wygonu.
Tak samo rozchodziły się gody, zapusty i posty, a przy Wielkanocy dochodziła jeszcze różnica rachuby paschalnej, przez którą obie strony świętowały czasem w odstępie kilku tygodni. Rumunia zmieniła kalendarz cywilny w 1919 roku, a cerkiew w październiku 1924; dopiero wtedy sąsiedzi zaczęli liczyć dni tak samo.
- Data Wielkanocy rozchodzi się nie tylko przez kalendarz, ale i przez rachubę paschalną; zrównanie kalendarzy w 1924 roku tej różnicy nie zniosło.
- O tym, jak w mieszanych wsiach godzono dwa terminy najmu i dwa terminy odpustu, mówią zapisy dopiero z dziewiętnastego wieku.
Skąd to wiadomoWprowadzenie kalendarza gregoriańskiego: Węgry 1587, Siedmiogród 1590; zmiana rachuby w cerkwi rumuńskiej, październik 1924
Unia z Rzymem, 1697–1701
Zapis z tamtych czasówMiędzy synodem z 1697 roku a drugim dyplomem cesarskim z 19 marca 1701 część siedmiogrodzkiego prawosławia przeszła pod Rzym, zachowując obrządek, kalendarz i żonatych księży.
Czytaj dalejW lutym 1697 roku synod w Białogrodzie oświadczył gotowość do unii. Siódmego października 1698 roku deklarację podpisał władyka Atanazy wraz z protopopami, szesnastego lutego 1699 Leopold I wystawił pierwszy dyplom, czwartego września 1700 zebrał się w Białogrodzie synod z pięćdziesięcioma czterema protopopami, a dziewiętnastego marca 1701 przyszedł dyplom drugi.
Przyjęto cztery punkty: zwierzchność papieża, pochodzenie Ducha także od Syna, chleb przaśny i czyściec. Zachowano natomiast obrządek wschodni, kalendarz juliański, posty i żonate duchowieństwo. Cena była wypisana w dyplomie: ksiądz unicki miał odtąd te same swobody co łaciński, czyli wychodził spod powinności wobec pana wsi.
Dokumenty tej unii są aktami państwa, nie zapisem przekonań. Wyliczają warunki, przywileje i liczbę podpisów, a o tym, co z czterech punktów rozumieli księża w górskich parafiach i ich parafianie, nie mówią nic. Właśnie ta luka okazała się w następnym pokoleniu najważniejsza ze wszystkiego, co zapisano.
- Liczbę protopopów podpisanych pod aktami unii podaje się rozmaicie, bo zachowane listy podpisów różnią się między odpisami.
- Z podpisu protopopa nie wynika zgoda jego parafii; o tym, co wiedziano we wsiach, akta unijne milczą zupełnie.
Skąd to wiadomoDeklaracja unijna z 7 października 1698; dyplomy Leopolda I z 16 lutego 1699 i 19 marca 1701; synod białogrodzki z 4 września 1700
Visarion, Sofronie i wojsko: 1744–1761
Zapis z tamtych czasówWędrowni mnisi z 1744 i 1759 roku poderwali wsie przeciw unii. Skończyło się zezwoleniem cesarzowej, wojskowym spisem i dwiema cerkwiami zamiast jednej.
Czytaj dalejW lipcu 1759 roku dwór wiedeński pozwolił wreszcie na publiczne nabożeństwo prawosławne. Dwa lata później przyjechał do Siedmiogrodu generał Bukow: przeprowadził spis cerkwi, księży i dusz po obu stronach, kazał wojsku zburzyć i spalić prawosławne monastery, a nowemu władyce prawosławnemu wyznaczył siedzibę w Reszynarze pod Sybinem.
Od 1761 roku ten sam lud miał dwie hierarchie tego samego obrządku, dwie siatki parafii i dwa komplety ksiąg metrykalnych. Podział przetrwał aż po wiek dwudziesty i to on, a nie sama unia z 1700 roku, wyznaczył kształt życia religijnego rumuńskich wsi królestwa na następne dwieście lat.
Wiosną 1744 roku przez Banat i południowy Siedmiogród przeszedł mnich Visarion, wzywając, by unii nie przyjmować. Pojmano go jeszcze tej samej wiosny, przetrzymano w więzieniu w Dewie, a stamtąd odesłano do twierdzy Kufstein, gdzie zmarł. Po nim, w latach 1759–1761, ruch podniósł mnich Sofronie z Cioary: zwoływał zgromadzenia, żądał zwrotu cerkwi i doprowadził do zjazdu w Białogrodzie.
- Liczbę zburzonych w 1761 roku monasterów i pustelni podaje się rozmaicie; sam nakaz i udział wojska stoją w rozkazach, rachunek zniszczeń pochodzi z zestawień późniejszych.
- Spis Bukowa liczył deklaracje składane przed komisją wojskową, a te bywały odwoływane po jej odjeździe.
- Miejsce pojmania Visariona podaje się rozmaicie; pewne są więzienie w Dewie i śmierć w Kufsteinie.
Skąd to wiadomoAkta sprawy Visariona, 1744; zezwolenie cesarskie na nabożeństwo prawosławne, lipiec 1759; spis i rozkazy generała Bukowa, 1761–1762
Blaj i prośba z marca 1791
Zapis z tamtych czasówZ miasteczka, w którym w 1754 roku otwarto pierwsze rumuńskie szkoły, wyszła w 1791 prośba do cesarza o uznanie Rumunów za czwarty naród Siedmiogrodu.
Czytaj dalejW marcu 1791 roku duchowni obu cerkwi rumuńskich złożyli Leopoldowi II prośbę o uznanie Rumunów za naród Siedmiogrodu na równi z Węgrami, Seklerami i Sasami, a obu ich wyznań za religie przyjęte. Podpierali ją rachunkiem podatkowym i liczbą mieszkańców, nie opowieścią o dawnych bogach ani o pradawnym panteonie.
Cesarz przesłał prośbę sejmowi siedmiogrodzkiemu, a sejm odrzucił ją w 1792 roku. Odmowa sprawy jednak nie zamknęła: w tym samym piśmie zapisano po raz pierwszy językiem urzędowym żądania, które przez następne sto trzydzieści lat wracały na każdy sejm, do każdej petycji i do każdego memoriału.
W 1737 roku biskupstwo unickie dostało od cesarza dobra w Blaju nad Tarnawą i tam przeniosło swoją stolicę. Jedenastego października 1754 roku otwarto w miasteczku trzy szkoły: początkową, łacińską i kapłańską, wszystkie bez opłaty i otwarte dla synów chłopskich oraz popowskich. Z tych ławek wyszło pokolenie, które sięgnęło po łacinę, żeby dowodzić dawności rumuńskiej mowy i rumuńskiego osadnictwa w królestwie.
- Dzień złożenia prośby podaje się na marzec 1791, ale zachowane odpisy różnią się datą dzienną.
- Autorstwo tekstu przypisuje się kilku osobom naraz, sam dokument podpisano zaś zbiorowo, w imieniu duchowieństwa obu cerkwi.
- Przeniesienie stolicy biskupiej do Blaju datuje się na rok 1737 albo 1738; nadanie dóbr i faktyczna przeprowadzka nie przypadły na ten sam rok.
Skąd to wiadomoFundacja szkół w Blaju, 11 października 1754; prośba do Leopolda II, marzec 1791; odpowiedź sejmu siedmiogrodzkiego, 1792
Czym było prawosławie wokół Czangów
Zapis z tamtych czasówMołdawia, w której Czangowie byli katolicką wyspą, miała własną metropolię od 1401 roku, sobór w Jassach w 1642, drukowany kodeks z 1646 i liturgię po rumuńsku od 1679.
Czytaj dalejMetropolię mołdawską uznał patriarcha Konstantynopola w 1401 roku, po długim sporze o obsadę. Przez następne dwa i pół stulecia nabożeństwo odprawiano tam po cerkiewnosłowiańsku, w języku, którego wierni nie używali poza cerkwią, dokładnie tak samo, jak łaciny używano po drugiej stronie tej samej wsi.
Jesienią 1642 roku zebrał się w Jassach sobór, który rozpatrzył i przyjął wyznanie wiary ułożone dla całego Kościoła wschodniego. Rok później z prasy przywiezionej z Kijowa wyszła pierwsza mołdawska księga po rumuńsku, kazania na cały rok, a w 1646 wydrukowano tam kodeks praw, sądzący między innymi czary, wróżbę i rozkopywanie grobów.
W 1679 roku metropolita Dosoftej wydał w Jassach liturgię po rumuńsku i od tej książki język mołdawskiej cerkwi zaczął się zmieniać. Czangowie żyli więc nie wśród bezimiennego prawosławia, lecz obok Kościoła, który właśnie wtedy przechodził na mowę potoczną i który sądził ich sąsiadów z drukowanego kodeksu.
- Przejście z cerkiewnosłowiańskiego na rumuński nie dokonało się jedną książką; o tempie zmiany w wiejskich cerkwiach mówią dopiero inwentarze osiemnastowieczne.
- Kodeks z 1646 roku przełożono z prawa cesarskiego i z ksiąg pokutnych; ile jego artykułów rzeczywiście stosowano, widać dopiero w księgach sądowych.
Skąd to wiadomoAkt patriarszy o metropolii mołdawskiej, 1401; sobór w Jassach, jesień 1642; kodeks praw, Jassy 1646; liturgia po rumuńsku, Jassy 1679
Jodła, zorze i stypa po czterdziestu dniach
Zebrane z ustNad rumuńskim grobem śpiewano pieśń do zorzy, przy zmarłym kawalerze stawiano jodłę i sprawiano mu wesele, a jałmużnę za duszę dawano w dniach liczonych od pogrzebu.
Czytaj dalejZapisy z dziewiętnastego i dwudziestego wieku z Oltenii, Banatu oraz ziemi hunedoarskiej podają przy pogrzebie pieśń śpiewaną o świtaniu przez kobiety, która prosi zorzę, by nie wschodziła zbyt prędko, i prowadzi zmarłego w drogę. Osobna pieśń towarzyszy ścięciu jodły, którą stawia się na grobie tego, kto umarł nieożeniony.
Przy zmarłym kawalerze albo pannie odprawiano pogrzeb ułożony jak wesele, z drużbami, z chorągwią i z pierścieniem. Za duszę dawano jałmużnę w dniach odliczonych od pogrzebu: trzeciego, dziewiątego i czterdziestego, potem w półrocze i w rocznicę, a w wyznaczone soboty roku, zwane Moşi, wynoszono jedzenie na groby całej wsi.
Wszystkie te obrzędy mieszczą się w kalendarzu i w porządku cerkiewnym: dni jałmużny liczy się tak, jak liczy je cerkiew, soboty zmarłych stoją w kalendarzu liturgicznym, a pieśń do zorzy śpiewa się obok czytania księdza, nie zamiast niego. Tak wyglądają one w zapisach z dziewiętnastego i dwudziestego wieku, robionych we wsiach, w których obok siebie mieszkali ludzie dwóch obrządków.
- Pieśni pogrzebowe zapisano dopiero w dziewiętnastym i dwudziestym wieku; ich wcześniejszej postaci nie poświadcza żaden dokument.
- Z podobieństwa obrzędów po obu stronach miedzy nie wynika zapożyczenie w którymś kierunku; te same czynności notowano na całym łuku Karpat.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe pieśni pogrzebowych i obrzędów za zmarłych z Oltenii, Banatu i ziemi hunedoarskiej, XIX i XX wiek
Strigoi i striga: jeden łaciński rdzeń, dwa różne strachy
Zebrane z ustRumuński strigoi i striga węgierskich praw mają ten sam łaciński rdzeń, ale znaczą co innego: jeden wraca z grobu, druga lata za życia. Nazwa nie dowodzi wspólnego rodowodu.
Czytaj dalejStriga węgierskich praw jest słowem łacińskim, przyniesionym razem z prawem kościelnym. Ta sama striga stoi prawie czterysta lat wcześniej w prawie longobardzkim z 643 roku, które zabrania zabijać kobietę jako strigę i samą wiarę w pożeranie człowieka od wewnątrz uznaje za niedorzeczną. Węgierskie dekrety podają w tym miejscu wyłącznie łacinę.
Rumuński strigoi zbudowano na miejscu: ten sam łaciński rdzeń co w strigi, ale rumuński przyrostek. Znaczy natomiast co innego, bo na pierwszym miejscu jest to zmarły, który wraca do swojej zagrody, a dopiero na drugim człowiek żywy, urodzony w czepku, którego dusza wychodzi nocą z ciała. Środki zaradcze dotyczą grobu: rozkopania, kołka, spalenia serca.
Zestawienie obu słów pokazuje więc rozejście, a nie pokrewieństwo wyobrażeń. Potoczna węgierska nazwa czarownicy ma zupełnie inny rodowód, bo jest zapożyczeniem z języka turkijskiego, przyjętym jeszcze przed osiedleniem się w Kotlinie Karpackiej, a w węgierskich procesach o czary oskarża się ludzi żywych, nie zwłoki. Wspólny jest łaciński rdzeń i sąsiedztwo, nie obraz, który za tymi słowami stoi.
- Wyprowadzenie strigoi z łacińskiego rdzenia nie budzi wątpliwości co do formy wyrazu, ale z rodowodu słowa nie wynika rodowód wyobrażenia, które to słowo nazywa.
- Zapisy rumuńskiego strigoi w znaczeniu powracającego zmarłego pochodzą z czasów nowożytnych; starszej metryki tego słowa w tym właśnie znaczeniu nie ma.
- Rozkopywanie grobów notowano w całym regionie i po obu stronach miedzy; z samego obrzędu nie da się odczytać, kto go od kogo przejął.
- Rozkopywanie grobów notowano także wewnątrz granic królestwa, w osiemnastowiecznych sprawach urzędowych; z akt procesów o czary nie wynika, że nigdzie nie tykano zwłok.
Skąd to wiadomoEdykt Rotara, 643; dekrety Stefana I i Kolomana, XI i przełom XI i XII wieku; zapisy terenowe oraz akta urzędowe XVIII–XX wieku
Sąsiad, który chowa inaczej
Wielka wędrówka 1690 i pogrzeb widziany zza płotu
Dwa urzędowe raporty, na których stoi europejska kariera wampira, spisano po niemiecku we wsiach mówiących po serbsku, i dlatego zwykło się je odsuwać za granicę jako sprawę cudzą. Rachunek jednak tej granicy nie potwierdza: od jesieni 1690 roku, gdy patriarcha z Peci przeprawił swoich ludzi przez Dunaj pod traconym właśnie Belgradem, kilkadziesiąt tysięcy rodzin prawosławnych osiadło wewnątrz Królestwa Węgier, z cesarskim przywilejem na własnego arcybiskupa, na siedem biskupstw i na starą rachubę świąt. Ta sekcja pokazuje, kto tamte raporty pisał i z jakiego urzędu, a przede wszystkim to, co katolicki gospodarz z sąsiedniej zagrody mógł zobaczyć na własne oczy: otwartą trumnę, pocałunek dawany zmarłemu, gotowaną pszenicę na grobie i czterdziesty dzień, w którym po zmarłego wracano ponownie.
Pismo cesarza z 6 kwietnia 1690 i to, co w nim stoi
Zapis z tamtych czasówLeopold I wezwał ludy bałkańskie do powstania przeciw Turkom i obiecał wolność wiary. Łacina tego pisma radzi im jednak zostać na swoim, a nie iść na północ.
Czytaj dalejSzóstego kwietnia 1690 roku kancelaria wiedeńska wystawiła pismo skierowane do ludów bałkańskich, wyliczające je po kolei i wzywające, by chwyciły za broń przeciw sułtanowi. W zamian obiecano wolne wyznawanie wiary wschodniej, zwolnienie od danin i prawo obierania sobie własnych zwierzchników, świeckich i duchownych.
Pismo nosi w nazwie słowo o zapraszaniu, lecz łacina mówi co innego niż potoczne streszczenie: mieszkańcom radzi się trwać przy ojcowiźnie i nie opuszczać jej, a powstanie ma wybuchnąć tam, gdzie stoją ich domy. Ruch na północ, który nastąpił pół roku później, był następstwem klęski cesarskiego oręża, nie wykonaniem zaproszenia.
Wagę tego arkusza widać dopiero po latach, kiedy zaczął pracować jako początek drogi. W sporach o dziesięcinę i o zwierzchność gminy prawosławne w Królestwie Węgier zasłaniały się jednak nie kwietniowym wezwaniem, lecz dyplomami przywilejowymi wydanymi po nim, i to je okazywano jeszcze w głębi osiemnastego wieku, ilekroć komitat albo miejscowy biskup próbował ściągnąć daninę.
- Czy pismo miało być zaproszeniem do przesiedlenia, czy wyłącznie odezwą powstańczą — spór idzie o wykładnię jednego łacińskiego zdania.
- Obietnica zwolnienia z danin dotyczyła ziem, które dopiero miano zdobyć; po ich utracie jesienią 1690 roku trzeba było pisać zobowiązanie od nowa.
- Z tego, że dyplomy przywilejowe przyszły po odezwie, nie wynika, że się na nią powoływały; ich bezpośrednią podstawą były żądania zgromadzenia belgradzkiego z czerwca 1690 roku.
Skąd to wiadomoPismo zapraszające Leopolda I, 6 kwietnia 1690
Zgromadzenie w Belgradzie i przeprawa 29 września 1690
Zapis z tamtych czasówW czerwcu 1690 zgromadzenie w Belgradzie uznało cesarza za swojego króla, a dwudziestego dziewiątego września ruszyła przeprawa. W październiku Belgrad wrócił do Turków.
Czytaj dalejArseniusz Czarnojević, patriarcha stolicy w Peci od 1674 roku, stanął latem 1690 przed wyborem, który przestał już być wyborem: wojska cesarskie cofały się znad Niszu i Skopja, a odwet osmański szedł ich śladem. Zwołane w czerwcu zgromadzenie duchowieństwa i starszyzny uznało w Belgradzie Leopolda za swojego władcę i wyprawiło do Wiednia posłów z listą żądań.
Patriarcha przeżył tamtą jesień o szesnaście lat i umarł w Wiedniu dwudziestego siódmego października 1706 roku, po tym jak dwór stopniowo przycinał mu tytuł i zasięg władzy. Zdążył jednak wyświęcić biskupów dla nowych diecezji i osadzić swoją stolicę pod Budą, w miasteczku nad zakolem Dunaju, gdzie siedziba władyki stoi do dziś.
Przeprawa przez Sawę i Dunaj przypadła na przełom września i października 1690 roku, a największe gromady ruszyły dopiero wtedy, gdy Belgrad wrócił w ręce osmańskie na początku października. Ludzie, którzy przeszli, znaleźli się po wewnętrznej stronie granicy Królestwa Węgier — nie jako uchodźcy przechodzący dalej, lecz jako poddani, dla których trzeba było dopiero wymyślić miejsce w prawie i w podatku.
- Dzień zgromadzenia belgradzkiego podawany bywa jako jedenasty albo jako osiemnasty czerwca 1690 roku.
- Czy patriarcha prowadził wędrówkę osobiście przez całą drogę, czy dołączył do niej dopiero po przeprawie — relacje się różnią.
- Dnia, w którym przeprawa się zaczęła, nie da się ustalić: jedne przekazy wiążą jej początek z końcem września, inne dopiero z upadkiem Belgradu na początku października 1690 roku.
- Obok jedenastego i osiemnastego czerwca w obiegu jest także szesnasty czerwca 1690 jako dzień zgromadzenia belgradzkiego.
Skąd to wiadomoAkta zgromadzenia belgradzkiego z czerwca 1690; korespondencja patriarchy z dworem wiedeńskim, 1690–1706
Ilu ich przeszło: trzy liczby, które się nie schodzą
Zapis z tamtych czasówSam patriarcha pisał raz o trzydziestu tysiącach dusz, sześć lat później o czterdziestu. Liczba trzydziestu siedmiu tysięcy rodzin pochodzi z przekazu późniejszego.
Czytaj dalejW pismach samego patriarchy stoją dwie różne liczby: w 1690 roku mowa o przeszło trzydziestu tysiącach dusz, w 1696 o przeszło czterdziestu. Obie padają w listach do dworu, obie służą wyproszeniu czegoś — chleba, zwolnień, biskupstw — i obie są liczbami podanymi przez stronę zainteresowaną wynikiem.
Najgłośniejsza liczba, trzydzieści siedem tysięcy rodzin, nie stoi w żadnym piśmie z tamtej jesieni; weszła do obiegu z przekazów spisanych później i bywa powtarzana raz jako liczba rodzin, raz jako liczba ludzi. Kto czyta ją jako rodziny, dochodzi przy zwykłej rachubie do blisko dwustu tysięcy osób, kto jako ludzi — zostaje przy trzydziestu siedmiu tysiącach, a więc w grę wchodzi rząd wielkości, nie odcień.
Twarde jest co innego, bo spisane dla podatku, a nie dla prośby. Rachuba mieszkańców Budy z drugiego dziesięciolecia osiemnastego wieku dawała Niemcom ponad połowę miasta, Serbom skupionym w dzielnicy rackiej pod zamkiem około dwóch piątych, Węgrom zaś ledwie kilka na sto. Tak wyglądało ćwierć wieku po przeprawie miasto leżące naprzeciw zamku królewskiego.
- Szacunki całej wędrówki rozciągają się od dwudziestu tysięcy do pół miliona ludzi i żaden z nich nie ma oparcia w spisie z epoki.
- Nie wiadomo, jaka część przybyłych została na Węgrzech na stałe, a jaka wróciła na południe po pokoju karłowickim z 1699 roku.
- Rachunki Budy z początku osiemnastego wieku prowadzono raz po domach, raz po mieszkańcach, i obie miary dają inne odsetki, przez co udział Serbów bywa podawany raz jako dwie piąte, raz jako połowa.
Skąd to wiadomoListy patriarchy do dworu, 1690 i 1696; spis domów Budy z 1715 roku
Trzy dyplomy: 1690, 1691 i 1695
Zapis z tamtych czasówPrzybysze dostali własnego arcybiskupa, siedem biskupstw, starą rachubę świąt i zwolnienie z dziesięciny na rzecz kleru katolickiego. Wszystko na piśmie cesarskim.
Czytaj dalejPierwszy dyplom nosi datę dwudziestego pierwszego sierpnia 1690 roku i stanowi w tamtym królestwie rzecz nową: wolne odprawianie nabożeństwa obrządku wschodniego, arcybiskupa obieranego przez duchowieństwo i lud, podległość spraw kościelnych jemu, a nie miejscowemu ordynariuszowi, wreszcie zachowanie starej rachuby świąt i zwolnienie z dziesięciny.
Przywileje potwierdzano potem raz po raz: przez Karola szóstego w 1732, przez Marię Teresę w 1743, następnie regulaminem z 1770 i reskryptem z 1779 roku. Każde potwierdzenie nieco je przycinało, żadne jednak nie zniosło rzeczy najważniejszej — że w tym samym komitacie stały odtąd obok siebie dwie parafie, dwa cmentarze i dwa porządki roku.
Rok później przyszło rozszerzenie na sprawy świeckie, a w 1695 roku trzeci dyplom potwierdził siedmiu biskupów. Cztery z ich stolic leżały wewnątrz Węgier: Buda ze Stołecznym Białogrodem, Szeged, Mohacz z Szigetem oraz Wielki Waradyn z Egrem; pozostałe przypadły ziemiom jeszcze osmańskim albo chorwackiemu pograniczu. Te cztery nie były placówkami misyjnymi przy granicy, lecz stolicami biskupimi obrządku wschodniego w środku katolickiego królestwa.
- Zakres władzy arcybiskupa nad świeckimi sprawami gminy był przedmiotem sporu przez cały XVIII wiek i to jego dotyczą kolejne redakcje przywilejów.
- Dzień dyplomu z 1695 roku bywa podawany rozmaicie, podobnie jak liczba diecezji: w rachubę wchodzi siedem albo osiem stolic.
- Stolicę aradską dopisuje się do rachuby z 1695 roku wstecz, choć w tamtym dyplomie stoi Jenopole razem z Temeszwarem, a osobna diecezja aradska bierze się z układów późniejszych.
Skąd to wiadomoDyplomy Leopolda I z 21 sierpnia 1690, z 1691 i z 1695 roku; konfirmacje z 1732, 1743, 1770 i 1779
Przywilej zostawił im starą rachubę czasu
Zapis z tamtych czasówPrzywilej zostawił przybyszom starą rachubę czasu. Przez cały XVIII wiek sąsiad zza płotu pościł, świętował i odprawiał żałobę jedenaście dni później.
Czytaj dalejWęgry przeszły na nową rachubę czasu jeszcze w szesnastym stuleciu, w 1587 roku, a przybysze z południa zachowali starą na mocy przywileju. Różnica między obiema wynosiła przez cały wiek osiemnasty jedenaście dni, wobec czego prawosławne Boże Narodzenie wypadało wtedy piątego stycznia według kalendarza sąsiadów zza miedzy.
Wielkanoc rozjeżdżała się jeszcze mocniej, ponieważ liczono ją inną tablicą paschalną i potrafiła odbiec od zachodniej nawet o pięć tygodni. Wraz z nią przesuwał się cały post wielki, a za nim soboty zaduszne, w które gminy prawosławne szły na cmentarz gromadnie, z gotowaną pszenicą, kadzidłem i świecami.
Skutek był całkiem praktyczny i całkiem widoczny. W jednej wsi młócono i wożono, kiedy w drugiej jej części trwało święto, a obrzędy przy grobach odprawiano w dniach, które katolickiemu gospodarzowi nic nie mówiły. Obcość dnia waży tu tyle samo co obcość obrzędu, ponieważ to ona kazała przystanąć i popatrzeć.
- Nie każda gmina trzymała się starej rachuby w sprawach świeckich; targi, terminy pańszczyźniane i sądy szły według kalendarza krajowego.
- O tym, jak często katolicy naprawdę przyglądali się obcym nabożeństwom, nie mówi żaden spis — wiadomo tylko, że święta obu stron wypadały osobno.
- Rok 1587 dotyczy Węgier królewskich; sejm przyjął nową rachubę niechętnie i dopiero rok później, a Siedmiogród przeszedł na nią osobno, w 1590 roku.
Skąd to wiadomoDyplom z 21 sierpnia 1690 w części o zachowaniu starego kalendarza; kalendarze i wykazy diecezjalne XVIII wieku
Cerkiew w Ráckeve stoi od 1487 roku
Zapis z tamtych czasówNajstarsza cerkiew prawosławna na Węgrzech nosi datę 1487 i stoi o dzień drogi od Budy. Serbowie byli w królestwie dwieście lat przed wielką wędrówką.
Czytaj dalejNa wyspie Csepel, w miasteczku nazwanym od naddunajskiego Kovina, stoi gotycka cerkiew wzniesiona w 1487 roku, najstarsza świątynia prawosławna w dzisiejszych granicach Węgier. Postawili ją uchodźcy z tamtego Kovina, którzy przeszli na północ w połowie piętnastego wieku, gdy państwo serbskie dogorywało pod naporem osmańskim.
Węgierska nazwa tych ludzi, rác, wzięła się od Raszki, rdzennej ziemi serbskiej, i osiadła w nazwach miejscowości oraz dzielnic: Ráckeve, Rácalmás, a także kwartały rackie w Budzie, Szegedzie i Baji. Nazwa dzielnicy jest świadectwem twardszym od kroniki, ponieważ zapisywano ją w rejestrach podatkowych i w aktach miejskich.
Dla całej sprawy wampira ma to następstwo ścisłe: rok 1690 nie jest początkiem serbskiej obecności na Węgrzech, lecz jej gwałtownym powiększeniem. Wnętrze cerkwi w Ráckeve przemalowano w latach 1765 i 1771, kładąc nowe malowidła na warstwie średniowiecznej, z której zostały ledwie drobne fragmenty, a wolno stojącą dzwonnicę postawiono obok w 1758 roku. Są to prace pokolenia, które sprawozdania o upiorach pamiętało z opowieści rodziców, nie prace z lat, w których je pisano.
- Rok przybycia uchodźców z Kovina podawany bywa w granicach lat czterdziestych i pięćdziesiątych XV wieku; pewna jest data budowy cerkwi.
- Z obecności cerkwi nie wynika nic o tym, co sąsiedzi sądzili o tamtejszych obrzędach — z piętnastego wieku nie ma o tym ani jednego zapisu.
- Dzisiejszy widok wnętrza nie pokazuje ani stanu z 1487 roku, ani stanu z czasu, gdy krążyły urzędowe sprawozdania: starszą warstwę malowideł zakryto w drugiej połowie osiemnastego wieku.
Skąd to wiadomoCerkiew w Ráckeve, data budowy 1487; węgierskie rejestry podatkowe i nazwy kwartałów rackich
Szentendre: miasto biskupie i jego cerkwie
Zapis z tamtych czasówMiasteczko nad Dunajem stało się siedzibą biskupa i w ciągu stulecia postawiło kilka cerkwi. Dwie z nich służą dziś innym wyznaniom, a mury stoją nadal.
Czytaj dalejSzentendre nad zakolem Dunaju przyjęło w 1690 roku najliczniejszą grupę przybyszów i stało się stolicą biskupa budzińskiego. W ciągu następnego stulecia tamtejsze gminy rzemieślnicze i kupieckie postawiły kilka świątyń: cerkiew opowacką w 1746 roku, pożarewacką ukończoną w 1763, ciprowacką doprowadzoną do końca w 1791.
Nazwy nie są ozdobą, bo każda mówi, skąd przyszli ci, którzy składali się na budowę: z Opowa, z Pożarewca, z Ciprowca. Cerkiew przy rynku wzniosła gmina kupiecka w połowie osiemnastego wieku, garbarze postawili swoją bliżej wody, a sobór przy rezydencji biskupiej pozostaje do dziś siedzibą władyki.
Dalszy los tych budynków jest najlepszą miarą tego, co się z gminą stało. Cerkiew opowacka służy obecnie zborowi reformowanemu, ciprowacka rzymskim katolikom pod wezwaniem Piotra i Pawła. Mury zostały na miejscu, a wyznanie, dla którego je stawiano, wyprowadziło się z nich w ciągu dwóch stuleci.
- Datowanie soboru bywa wiązane z murami starszej świątyni stojącej w tym miejscu, przez co dwie budowy zlewają się w jedną datę.
- Liczba cerkwi w Szentendre podawana jest różnie, ponieważ kaplice i budynki gminne zaliczano do nich zamiennie.
- Cerkiew ciprowacka rosła etapami: wieżę ukończono w latach pięćdziesiątych osiemnastego wieku, wiernym zaczęła służyć w 1791 roku, a poświęcono ją jeszcze później, stąd trzy różne daty w obiegu.
- Przypisanie poszczególnych cerkwi konkretnym cechom rzemieślniczym bywa mylone, ponieważ te same gminy nazywano raz od rzemiosła, raz od stron, z których przyszły.
Skąd to wiadomoCerkwie Szentendre: opowacka 1746, pożarewacka 1763, ciprowacka 1791; akta gminne eparchii budzińskiej
Co katolik widział, kiedy wszedł do cerkwi
Zapis z tamtych czasówŚciana obrazów zamiast widocznego ołtarza, brak ławek i organów, brodaty i żonaty ksiądz, obcy język nabożeństwa — a wszystko o kilka ulic od kościoła parafialnego.
Czytaj dalejWnętrze cerkwi zbudowane było wokół rzeczy, której w kościele katolickim nie ma: wokół ikonostasu, czyli ściany obrazów odgradzającej ołtarz od wiernych, z trojgiem drzwi i z ustalonym porządkiem przedstawień. Najważniejsza część nabożeństwa odprawiała się za tą ścianą, poza zasięgiem oczu zgromadzonych.
Ikonostasy węgierskich cerkwi malowano przeważnie w drugiej połowie osiemnastego i na początku dziewiętnastego wieku, a większość z nich stoi na swoim miejscu do dziś. Są zatem jedynym elementem tej opowieści, który można obejrzeć bez pośrednictwa papieru, i stały tam także wtedy, gdy krążyły urzędowe sprawozdania o upiorach.
Reszta różnic była równie namacalna. Stało się przez całe nabożeństwo, bo rzędów ław zwróconych ku ołtarzowi nie stawiano, a siedzenia pod ścianami zostawiano starym i słabym; nie grały organy, bo śpiewano bez instrumentów; język był cerkiewnosłowiański, a ksiądz parafialny nosił brodę i miał żonę oraz dzieci, co w sąsiedniej parafii katolickiej było nie do pomyślenia.
- Z odmienności obrzędu nie wynika, że sąsiedzi rozumieli, co widzą; opisu cerkwi okiem katolickiego chłopa z XVIII wieku nie ma w żadnym zbiorze.
- Część ikonostasów przeniesiono i przebudowano w XIX wieku, więc nie każdy dzisiejszy widok jest widokiem osiemnastowiecznym.
- Żonaty był ksiądz parafialny; biskupi pochodzili ze stanu mniszego, więc różnica nie obejmowała całego duchowieństwa.
Skąd to wiadomoZachowane ikonostasy cerkwi węgierskich, XVIII–XIX wiek; zbiór sztuki cerkiewnej w Szentendre
Szeged i Baja: kompania, kwartał i cerkiew
Zapis z tamtych czasówOd 1702 do 1751 nad Cisą i Marusią stało pogranicze wojskowe obsadzone milicją prawosławną. Szeged, Szentes i Csongrád miały swoje kompanie i swoje kwartały rackie.
Czytaj dalejPo pokoju karłowickim dwór wytyczył nad Cisą i Marusią odrębne pogranicze wojskowe i obsadził je milicją złożoną w znacznej części z przybyszów prawosławnych. Kompanie stały w Szegedzie, Szentes, Csongrádzie, Zencie i Szabadce, a więc w węgierskich miastach targowych, nie w pustych stanicach nad rzeką graniczną.
Pogranicze zniesiono w 1751 roku. Część milicjantów przeniosła się wtedy do Banatu, część wyszła na wschód w służbę rosyjską, a część została na miejscu i przeszła w stan mieszczański. Cerkiew Świętego Mikołaja w Szegedzie, wzniesiona w ostatniej ćwierci osiemnastego wieku, jest budowlą tych, którzy zostali i zdążyli się dorobić.
Baja miała nad odnogą Dunaju własny kwartał racki i własną cerkiew pod tym samym wezwaniem, a obok niej żyły katolickie grupy południowosłowiańskie: Bunjewcy i Szokcy. W 1768 roku obrany burmistrz Baji składał przysięgę po bunjewacku, co mówi o składzie miasta więcej niż niejeden opis: wielojęzyczność była tam rachunkiem ludności, nie ozdobą.
- Skład milicji nie był jednolity: obok Serbów służyli w niej Węgrzy, Wołosi i Bunjewcy, a akta nie zawsze je rozróżniają.
- Z sąsiedztwa kompanii i miasta nie wynika nic dla procesu szegedzkiego z 1728 roku: w tamtych aktach nie pada ani jeden zarzut o powracającego zmarłego.
Skąd to wiadomoAkta pogranicza cisańsko-maruskiego 1702–1751; przysięga burmistrza Baji z 1768 roku; cerkwie Szegedu i Baji
Dwadzieścia jeden lat, w których Wiedeń rządził tamtymi wsiami
Zapis z tamtych czasówPokój w Pożarewcu z 21 lipca 1718 oddał cesarzowi północną Serbię, pokój belgradzki z 18 września 1739 zabrał ją z powrotem. Oba raporty mieszczą się w tym oknie.
Czytaj dalejDwudziestego pierwszego lipca 1718 roku pokój zawarty w Pożarewcu oddał cesarzowi Belgrad, północną Serbię, Banat i skrawek Wołoszczyzny. Osiemnastego września 1739 roku pokój belgradzki zabrał te ziemie z powrotem. Między jedną a drugą datą mieści się dwadzieścia jeden lat cesarskiej administracji, a w środku tego okna leżą obie głośne sprawy o upiory.
Wniosek jest przykry dla każdego, kto chciałby z tych akt wyczytać mapę wierzeń. Dokument powstawał tam, gdzie stał aparat urzędniczy, a nie tam, gdzie obyczaj był najmocniejszy, wobec czego gęstość zapisu mierzy zasięg cesarskiej administracji lat 1718–1739, a nie zasięg samego wyobrażenia.
To właśnie tłumaczy, dlaczego tamte dwie wsie w ogóle zostawiły po sobie papier. Siedział w nich urzędnik kameralny, w pobliżu kwaterowały pułki z własnymi felczerami, a każdy nadzwyczajny wypadek szedł drogą służbową w górę, do komendy i do Wiednia. Ze wsi po osmańskiej stronie nie ma z tych lat ani jednej takiej karty, wobec czego nie da się nawet stwierdzić, czy działo się w nich to samo.
- Nie wiadomo, ile podobnych spraw załatwiono na miejscu bez pisma; zachowały się te, które trafiły wyżej.
- Po 1739 roku ziemie te wróciły pod panowanie osmańskie, więc ciągłość zapisu urywa się z powodu zmiany urzędu, nie z powodu zmiany obyczaju.
Skąd to wiadomoTraktat pożarewacki, 21 lipca 1718; traktat belgradzki, 18 września 1739
Kto pisał raport z 1725 roku
Zapis z tamtych czasówAutorem był prowizor kameralny, urzędnik od rachunków i zaopatrzenia. Pisał jako świadek, który nie zdołał wsi powstrzymać, i prosił, by mu tego nie policzono za winę.
Czytaj dalejSprawa zaczęła się od śmierci gospodarza z Kisilovej, wsi w dystrykcie gradiszkańskim. W ciągu ośmiu dni umarło tam dziewięcioro ludzi, a każde z nich zdążyło przed śmiercią powiedzieć, że dusił je nocą niedawno pochowany sąsiad. Wieś zażądała wtedy otwarcia grobu i przebicia ciała kołkiem, a żądanie skierowała do cesarskiego urzędnika.
Urzędnik ten nosił tytuł prowizora kameralnego i zajmował się rachunkami, magazynami oraz poborem, nie zaś duszami. Poszedł jednak na cmentarz, obejrzał wydobyte ciało i zapisał, co widział: zwłoki nietknięte rozkładem, odrosłe włosy i paznokcie, krew w ustach. Zaznaczył przy tym wyraźnie, że wsi powstrzymać nie zdołał, i prosił, by mu tego nie poczytano za winę.
Pismo poszło drogą służbową, a w lipcu 1725 roku przedrukowała je gazeta wiedeńska i stąd ruszyło w świat słowo, które dziś zna każdy. Warto jednak trzymać się tego, czym ten papier naprawdę jest: sprawozdaniem urzędnika od rachunków, tłumaczącego się przełożonym z tego, że pozwolił poddanym rozkopać grób na cmentarzu.
- Nazwisko urzędnika zapisywano rozmaicie i poza tym jednym pismem nie wiadomo o nim prawie nic.
- Nazwa wsi brzmi w dokumencie inaczej niż dzisiejsza; utożsamienie jej z konkretną miejscowością opiera się na podobieństwie brzmienia i na położeniu dystryktu.
Skąd to wiadomoRaport prowizora kameralnego z 1725 roku; przedruk w gazecie wiedeńskiej, lipiec 1725
Oględziny w Medvedji, styczeń 1732
Zapis z tamtych czasówKomisja wojskowa rozkopała groby siódmego stycznia 1732, a sprawozdanie podpisano w Belgradzie dwudziestego szóstego. Wydrukowano je jeszcze tego samego roku.
Czytaj dalejPunktem wyjścia był hajduk zmarły około 1726 roku po upadku z wozu z sianem, o którym we wsi mówiono, że wraca. Kiedy zimą 1731 roku w Medvedji znów zaczęto umierać, komenda przysłała najpierw lekarza od chorób zaraźliwych, a wkrótce potem komisję: felczera pułkowego Flückingera, dwóch felczerów z sąsiednich pułków i dwóch oficerów.
Siódmego stycznia 1732 roku komisja rozkopała groby i obejrzała ciała po kolei, zapisując przy każdym imię, wiek, zajęcie i czas przeleżany w ziemi. Sprawozdanie, zatytułowane po łacinie jako to, co obejrzano i co znaleziono, podpisano w Belgradzie dwudziestego szóstego stycznia, a jeszcze tego samego roku wytłoczono je w Norymberdze.
Papier ten jest protokołem oględzin, nie opisem wierzenia. Felczerzy notowali stan zwłok tak samo, jak notowali rany po bitwie, i użyli na określenie tego stanu terminu, którego nauczyli się od miejscowych; treść samego wyobrażenia trzeba z ich pisma wyłuskać z zeznań świadków, których komisja nie zapisywała po kolei, lecz streszczała własnymi słowami.
- Dzień oględzin i dzień podpisania sprawozdania bywają mylone ze sobą, a dzieli je blisko trzy tygodnie.
- Liczba wydobytych ciał podawana jest rozmaicie, ponieważ część rachunków liczy wyłącznie te, które komisja uznała za nietknięte rozkładem.
Skąd to wiadomoSprawozdanie z oględzin: rozkopanie grobów 7 stycznia 1732, podpis w Belgradzie 26 stycznia 1732, druk norymberski z 1732
Czterdzieści dni: obrzęd i termin
Zapis z tamtych czasówObrządek wschodni odprawia nabożeństwa za zmarłego w trzecim, dziewiątym i czterdziestym dniu. Ten sam termin wraca w aktach urzędowych o upiorach.
Czytaj dalejPorządek nabożeństw żałobnych obrządku wschodniego rozpisany jest na dni i znała go we wsi każda gospodyni: trzeci dzień po śmierci, dziewiąty, czterdziesty, następnie pół roku, rok i każda kolejna rocznica. Do tego dochodzą soboty zaduszne, w które modlono się za wszystkich zmarłych naraz, całą gminą i na cmentarzu.
Przy każdym takim nabożeństwie stoi kolywo, czyli gotowana pszenica z miodem i orzechami, poświęcona i rozdawana obecnym. Świece trzyma się w rękach i gasi na końcu, a cały obrzęd powtarza się przez pierwszy rok kilkakrotnie, tak że rodzina wraca nad grób w terminach z góry wyznaczonych, a nie wtedy, gdy przyjdzie jej ochota.
Czterdziesty dzień jest w tym rachunku dniem granicznym. W sprawozdaniu z 1732 roku stoi, że pierwszego podejrzanego odkopano w czterdzieści dni po pogrzebie, a nabożeństwo żałobne liczy czterdziesty dzień od śmierci, wobec czego oba terminy biegną obok siebie, rozsunięte o tyle dni, ile ciało leżało w domu. Tyle jednak wystarczy, by powiedzieć, że liczba, która zachodniemu czytelnikowi wygląda na okrągły termin rodem z bajki, była w tamtej wsi zwyczajną datą w kalendarzu.
- Z tego, że liczba się zgadza, nie wynika, że obrzęd żałobny wytworzył wyobrażenie o powrocie zmarłego; wynika tyle, że dostarczał mu terminu i okazji.
- Sam porządek nabożeństw ani nie przewiduje, ani nie dopuszcza otwierania grobu.
- Sprawozdanie liczy czterdzieści dni od pogrzebu, a porządek nabożeństw od śmierci; równości obu dat na tym dokumencie wykazać się nie da.
Skąd to wiadomoPorządek nabożeństw żałobnych obrządku wschodniego w księgach używanych w XVIII wieku; sprawozdanie z oględzin z 1732 roku
Pogrzeb widziany zza płotu
Zebrane z ustCiało myła i ubierała rodzina, trumnę niesiono otwartą, a żałobnicy całowali zmarłego na pożegnanie. Dla katolickiego sąsiada każda z tych rzeczy była nowa.
Czytaj dalejW obrządku wschodnim zmarłego obmywa i ubiera rodzina, nie najęty grabarz, a ciało zostaje przez noc w domu, przy zapalonych świecach i przy ludziach, którzy przy nim czuwają. Trumnę niesie się do cerkwi otwartą i otwartą stawia przed ikonostasem, tak że przez całe nabożeństwo twarz zmarłego pozostaje widoczna dla wszystkich obecnych.
Obrzęd kończy się pożegnaniem, w którym obecni podchodzą kolejno i całują zmarłego, ikonę złożoną mu na piersi albo czoło. Do ręki wkłada się kartkę z modlitwą rozgrzeszenia, na ciało wylewa się olej albo wino, przy grobie zaś rozdaje się gotowaną pszenicę i pije za spokój duszy odchodzącego.
Węgierski gospodarz z sąsiedniej zagrody chował swoich inaczej: przy trumnie zamkniętej, bez dotykania ciała, według porządku prowadzonego przez plebana. Nie trzeba zakładać, że rozumiał, co widzi, ani że o cokolwiek pytał; wystarczy, że widywał ludzi obchodzących się ze zmarłym bez lęku i wracających do niego w kolejnych wyznaczonych dniach.
W sprawie z 1725 roku grób rozkopali sami mieszkańcy, a urzędnik od rachunków stał przy tym i spisywał, tłumacząc się potem, że ich nie powstrzymał. W Medvedji siedem lat później było inaczej: groby otwierała w styczniu 1732 roku komisja przysłana przez komendę, choć wcześniejsze rozkopywanie w tej samej wsi wieś załatwiła sama, bez niczyjego pozwolenia. Różnica jest istotna, bo tylko pierwszy z tych papierów pokazuje ludzi przy własnym grobie, drugi zaś pokazuje już urząd przy cudzym.
- Nie ma zapisu, w którym katolicki mieszkaniec Węgier opisywałby prawosławny pogrzeb własnymi słowami w XVIII wieku; drogę wpływu wyprowadza się z sąsiedztwa, nie z relacji naocznej.
- Znaczna część wymienionych zwyczajów była wspólna wielu ludom prawosławnym i nie stanowi znaku rozpoznawczego samych Serbów.
- Rdzeń obrzędu — obmycie ciała przez rodzinę, otwarta trumna, pożegnalny pocałunek, kartka z modlitwą w dłoni — stoi w księgach używanych w XVIII wieku, natomiast to, co działo się przy samym grobie, znane jest głównie z zapisów dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych.
Skąd to wiadomoWschodni porządek pogrzebowy w użyciu XVIII wieku; raporty z 1725 i 1732 roku, w których grób otwierają mieszkańcy wsi
Druga wędrówka, rok 1737
Zapis z tamtych czasówPięć lat po oględzinach w Medvedji przyszła druga fala, z kolejnym patriarchą peckim na czele. Droga nie zamknęła się na drukach z Norymbergi.
Czytaj dalejTo jest właśnie ten kanał, o który chodzi: nie zachodnia gazeta i nie rozprawa drukowana w Lipsku, lecz sąsiedztwo przez płot. Druk robił z tego sensację czytaną w Paryżu i Londynie, na Węgry natomiast rzecz weszła piechotą, przez granicę, którą przekroczyły całe gminy z własnym księdzem i własnym cmentarzem.
Kiedy w 1737 roku wybuchła nowa wojna z Turcją i cesarskie wojska znów cofnęły się znad Morawy, powtórzyła się rzecz sprzed pokolenia. Patriarcha pecki Arseniusz czwarty opuścił Peć, zatrzymał się w cesarskim jeszcze wtedy Belgradzie i objął metropolię karłowicką, a po utracie Belgradu w 1739 roku przeszedł za rzekę na dobre; przed nim i za nim szły całe wsie z własnym duchownym.
Ma to dla naszej sprawy znaczenie ścisłe. Druga fala ruszyła pięć lat po oględzinach w Medvedji i szła z tych samych stron, z których przyszły sprawozdania, czyli z doliny Morawy i spod Belgradu. Ludzie, którzy pamiętali tamte pogrzeby i tamte rozkopane groby, osiedli w komitatach Bács i Csongrád oraz w Banacie, rządzonym wówczas wprost z Wiednia i na komitaty podzielonym dopiero pod koniec stulecia.
- Rozmiar drugiej wędrówki jest gorzej udokumentowany od pierwszej i podawany w szerokich widełkach.
- Z sąsiedztwa nie wynika samo przez się przejęcie wyobrażenia; wynika tyle, że droga stała otworem i że nie prowadziła przez drukowaną książkę.
- Metropolia karłowicka nie powstała w 1737 roku: jej stolica stała w Karłowicach od 1713, a patriarcha pecki objął katedrę gotową.
Skąd to wiadomoAkta wojny lat 1737–1739; przeniesienie stolicy metropolitalnej do Karłowic, 1737
Co z tej ludności zostało
Zapis z tamtych czasówPo 1920 roku umowa o optacji wyprowadziła około dwóch trzecich węgierskich Serbów. Spis z 2022 naliczył 11 622 osoby, cerkwi stoi trzydzieści cztery.
Czytaj dalejSpis powszechny z 2022 roku naliczył na Węgrzech jedenaście tysięcy sześćset dwadzieścia dwie osoby deklarujące serbskie pochodzenie, czyli jedną tysięczną ludności kraju. Eparchia budzińska ze stolicą w Szentendre prowadzi jedenaście parafii z duchownymi i sprawuje pieczę nad trzydziestoma czterema cerkwiami oraz dwoma klasztorami.
Granice wytyczone w 1920 roku zostawiły większość serbskich skupisk po drugiej stronie, a zawarta wówczas umowa o optacji pozwoliła tym, którzy znaleźli się wewnątrz Węgier, wybrać obywatelstwo i wyjechać. Obie rzeczy trzeba liczyć osobno: samo przesunięcie granicy odebrało krajowi większą część dawnej ludności serbskiej, zanim ktokolwiek ruszył się z domu, a optacja wyprowadziła w ciągu następnej dekady znaczną część tych, co zostali. W samym Szentendre wyprowadziła się wtedy większość gminy.
Rachunek wygląda więc tak: ludzi zostało niewielu, budynków znacznie więcej, choć i w murach są wyrwy — serbski sobór wzniesiony w 1775 roku w budzińskim Tabánie rozebrano w 1949, razem z całą dzielnicą. Mimo to odsunięcie sprawy wampira za granicę jest połowiczne, a przez to mylące, ponieważ przez półtora stulecia parafie obrządku wschodniego stały w środku węgierskich komitatów, a większość ich murów stoi tam nadal, zwykle o kilka ulic od kościoła parafialnego.
- Liczby spisowe zależą od tego, o co pytano: deklaracja narodowości, języka ojczystego i przynależności wyznaniowej dają na Węgrzech trzy różne wyniki.
- Część cerkwi jest dziś obiektami zabytkowymi bez stałej gminy, więc odprawiane w nich nabożeństwo nie zawsze oznacza żywą parafię.
- Liczby parafii i świątyń eparchii budzińskiej podawane są rozmaicie, ponieważ osobno liczy się parafie obsadzone duchownym, świątynie czynne i budynki pod opieką bez własnej gminy.
Skąd to wiadomoUmowa o optacji po 1920 roku; węgierski spis powszechny 2022; wykaz świątyń eparchii budzińskiej
Sąsiad, protokół, wyrok
Od praw Kolomana po uniewinnienie w 1883
Żydzi mieszkali w Kotlinie Karpackiej wcześniej niż Węgrzy, a osobne przepisy o nich stoją już w prawie Kolomana z około 1100 roku — w tym samym zbiorze, z którego bierze się słynne zdanie o strzygach, których nie ma. Osiem wieków później, wiosną 1882 roku, w podcisańskiej wsi zniknęła czternastoletnia służąca, a sąsiedzi zbudowali z tego oskarżenie dokładnie tak samo, jak ich pradziadowie budowali sprawy o czary: z opowieści, z dziecka postawionego przed protokolantem i z ciała, którego nikt nie chciał rozpoznać. Karty poniżej idą od rzymskiego kamienia nad Dunajem po salę sądową w Nyíregyházie i pokazują, że wyrok z 3 sierpnia 1883 roku zamknął proces, lecz nie zamknął sprawy.
Kamień z Intercisy, III wiek
Zapis z tamtych czasówNajstarszy ślad żydowskiej wspólnoty w Kotlinie Karpackiej to kamień z naddunajskiego obozu, postawiony sześć wieków przed przybyciem Węgrów.
Czytaj dalejW Intercisie, rzymskim obozie nad Dunajem w miejscu dzisiejszego Dunaújváros, znaleziono łacińską inskrypcję postawioną za panowania Sewera Aleksandra, czyli między 222 a 235 rokiem. Fundator, zwierzchnik tamtejszego posterunku celnego, nazwał w niej sam siebie przełożonym synagogi Żydów i złożył dar za pomyślność cesarza. Kamień jest w tonie urzędowy i o obrzędzie nie mówi ani słowa.
Ta data ma znaczenie rachunkowe, bo ustawia całą dalszą opowieść. Pierwsza poświadczona wspólnota żydowska na tej ziemi jest starsza od węgierskiej obecności o sześć i pół stulecia. Nie wynika z niej jednak trwanie: między rzymskim kamieniem a pierwszymi węgierskimi zapisami o Żydach nie ma tutejszego świadectwa o żadnej wspólnocie, więc kamień dowodzi, że była tu wcześniej, a nie że była tu bez przerwy.
- Między kamieniem z III wieku a zapisami z XI stulecia nie ma ciągłego łańcucha świadectw; czy wspólnota przetrwała w tym samym miejscu wędrówki ludów, nie rozstrzyga żaden dokument.
- Inskrypcja nie mówi, ilu ludzi liczyła wspólnota ani gdzie stał jej dom modlitwy; podaje urząd celny i tytuł fundatora, nic ponadto.
Skąd to wiadomoInskrypcja łacińska z Intercisy (Dunaújváros), z lat panowania Sewera Aleksandra, 222–235
Ten sam zjazd, rozdział, którego się nie przywołuje
Zapis z tamtych czasówZjazd w Szabolcs znany jest z wołu płaconego za ofiarę przy studni, a prawo Kolomana z tego, że strzyg nie ma. Oba zbiory mają też rozdziały o Żydach.
Czytaj dalejZjazd zwołany w Szabolcs w 1092 roku zapisał się kanonem dwudziestym drugim, tym o wole płaconym za ofiarę przy studni albo za dary znoszone pod drzewa. Ten sam zbiór zabrania jednak Żydom brać chrześcijańskie żony i trzymać chrześcijańską czeladź, a osoby takie każe od nich odebrać. Jedno postanowienie dotyczy pogaństwa, drugie sąsiada zza płotu, i oba spisano na tym samym zjeździe.
Prawo Kolomana z około 1100 roku ma osobny zbiorek przepisów o Żydach. Mieszkać wolno im tam, gdzie siedzi biskup; kupno, sprzedaż i pożyczka między chrześcijaninem a Żydem mają się odbywać wobec dwóch świadków, po jednym z każdej strony, a rzecz, cenę oraz imiona świadków należy wpisać do dokumentu, który obie strony pieczętują i przechowują u siebie.
Wymóg pisma jest w węgierskim prawie tamtego stulecia rzeczą rzadką i nadzwyczaj konkretną, bo spór ma rozstrzygać kartka, a nie przysięga ani próba wody. Ten sam król kazał nie wszczynać dochodzeń o strzygi, ponieważ takich istot nie ma, i kazał sąsiadom różnej wiary spisywać ze sobą umowy na piśmie. Rozdziały o jednym i o drugim stoją w osobnych zbiorach, ale wyszły z tej samej kancelarii i z tych samych lat.
- Numeracja rozdziałów w odpisach praw Arpadów bywa różna, a najstarsze przekazy są o pokolenia młodsze od samych zjazdów; treść przepisów jest stabilna, ich kolejność nie.
- Z zakazu trzymania chrześcijańskiej czeladzi nie wynika, ilu Żydów wtedy w królestwie mieszkało ani w których miastach; prawo opisuje sytuacje, a nie liczy ludzi.
- Zdanie o strzygach i przepisy o Żydach przekazano osobno: jedno w dekrecie królewskim, drugie w krótkim zbiorku o Żydach; łączy je panowanie i kancelaria, a nie kolejność rozdziałów.
Skąd to wiadomoKanony zjazdu w Szabolcs, 1092; przepisy o Żydach w prawie Kolomana, około 1100
Artykuł dwudziesty czwarty i przysięga w lesie beregskim
Zapis z tamtych czasówZłota Bulla z 1222 roku zamknęła Żydom drogę do urzędów skarbowych, a jedenaście lat później król przysiągł to samo raz jeszcze, przed legatem, w lesie nad Beregiem.
Czytaj dalejZłota Bulla, wystawiona w 1222 roku, w artykule dwudziestym czwartym stanowi, że hrabiami komory, mincerzami, żupnikami solnymi i poborcami mają być szlachta królestwa, a Żydzi i Izmaelici takich urzędów sprawować nie mogą. Przepis jest gospodarczy w formie i wyznaniowy w treści, ponieważ wyklucza z aparatu skarbowego według wiary, a nie według rachunków.
Że go nie przestrzegano, wiadomo stąd, że trzeba go było powtarzać. Dwudziestego sierpnia 1233 roku Andrzej II złożył w lesie beregskim przysięgę wobec legata papieskiego: żadnych urzędów solnych i skarbowych w rękach Żydów i muzułmanów, żadnej chrześcijańskiej niewolnej służby u nich, a sami mają nosić znak odróżniający. Umowa beregska ma datę dzienną, miejsce i imię odbierającego przysięgę.
Nakaz noszenia znaku wrócił w królestwie pół wieku później i tym razem został opisany co do barwy. Synod zwołany do Budy w 1279 roku przez legata papieskiego kazał Żydom nosić na wierzchnim odzieniu okrągły znak z czerwonego sukna, a muzułmanom żółty. Przepis, który trzeba stanowić po raz drugi i trzeci, zwykle znaczy przepis, którego nikt nie wyegzekwował.
Świadectwo to jest podwójne. Mówi, czego żądał legat, i mówi zarazem, że na urzędach skarbowych królestwa naprawdę siedzieli ludzie dwóch innych wyznań. Chrześcijańskie królestwo połowy trzynastego wieku było miejscem, w którym obok siebie żyli łacinnicy, wyznawcy obrządku greckiego, muzułmanie i Żydzi, a wkrótce potem wpuszczono do środka jeszcze Kumanów, których chrzest długo pozostawał sprawą otwartą. Obrazu tego nie widać ani w kronice, ani w aktach późniejszych procesów o czary.
- Umowa beregska dotyczyła przede wszystkim dochodów solnych i przywilejów kościelnych; sprawa żydowska stoi w niej jako jeden z warunków, nie jako główny przedmiot układu.
- Nie zachował się żaden węgierski opis tego, jak znak odróżniający miał wyglądać, ani rachunek pokazujący, że go kiedykolwiek wyegzekwowano.
- Umowa beregska z 1233 roku nakazuje znak, ale go nie opisuje; barwę i kształt podaje dopiero uchwała synodu budzińskiego z 1279 roku, a rachunku pokazującego, że którykolwiek z tych przepisów wyegzekwowano poza większymi miastami, nie ma.
Skąd to wiadomoZłota Bulla, artykuł 24, rok 1222; przysięga Andrzeja II w lesie beregskim, 20 sierpnia 1233
Przywilej z 5 grudnia 1251 i oskarżenie o zabite dziecko
Zapis z tamtych czasówSześć wieków przed Tiszaeszlárem węgierski król wpisał do prawa, że oskarżenie Żyda o zabicie chrześcijańskiego dziecka wymaga dowodu, a oskarżyciel bez dowodu bierze karę na siebie.
Czytaj dalejPiątego grudnia 1251 roku Béla IV wystawił przywilej dla Żydów królestwa, wzorowany na akcie austriackim sprzed siedmiu lat. Stawia ich pod bezpośrednią opieką skarbu królewskiego, zabezpiecza cmentarze i bóżnice, reguluje zastaw i oprocentowanie, a spory między chrześcijaninem a Żydem każe rozstrzygać wobec świadków z obu stron naraz.
Jeden artykuł dotyczy wprost zarzutu mordu na dziecku. Jeśli chrześcijanin postawi go Żydowi, sprawy nie wolno prowadzić bez świadków chrześcijańskich i żydowskich zarazem, a gdy oskarżyciel nie dowiedzie swego, spada na niego kara, którą poniósłby oskarżony. Jest to przepis napisany przeciw pomówieniu, w kraju i w stuleciu, w którym takie pomówienie było już znane z sąsiedztwa.
Stąd wniosek ważny dla całej dalszej opowieści. Oskarżenie, które w 1882 roku podniosła wieś nad Cisą, nie było w węgierskim prawie ani nowością, ani odkryciem; miało w tym samym prawie o sześć stuleci starszą odpowiedź, sformułowaną przez króla i jego kancelarię, a nie przez obrońcę na sali sądowej.
- Przywilej z 1251 roku bywał w następnych wiekach potwierdzany i zawieszany zależnie od panującego; z jego treści nie wynika, jak często sądy go stosowały.
- Wzorem był akt austriacki z 1244 roku, więc artykuł o oskarżeniu przyszedł na Węgry z zewnątrz — razem z samym oskarżeniem, przeciw któremu go napisano.
Skąd to wiadomoPrzywilej Béli IV dla Żydów królestwa, 5 grudnia 1251, wzorowany na akcie austriackim z 1244
Nagyszombat 1494 i Bazin 1529: dwa stosy
Zapis z tamtych czasówDwa razy na przełomie XV i XVI wieku oskarżenie o zabite dziecko skończyło się na Węgrzech stosem. W Bazinie wszczął je pan miasta, który był oskarżonym winien pieniądze.
Czytaj dalejW 1494 roku w Nagyszombacie, po zniknięciu chłopca, spalono kilkunastu Żydów, a sprawa poszła drogą miejską, bez udziału jakiegokolwiek sądu duchownego. Trzydzieści pięć lat później, dwudziestego pierwszego maja 1529 roku, w Bazinie spalono po takim samym zarzucie około trzydziestu osób, tym razem na oczach ściągniętego z okolicy tłumu.
Sprawę bazińską wszczął hrabia, do którego miasto należało i który u tamtejszych Żydów zaciągnął długi. Egzekucja odbyła się publicznie, a jeszcze w tym samym roku wyszedł o niej niemiecki druk ulotny — rzecz dla dziejów oskarżenia ważniejsza, niż się wydaje, bo pokazuje, że opowieść rozchodziła się prasą drukarską szybciej, niż wędrował odpis protokołu.
Obie sprawy toczyły się w miastach rządzących się prawem niemieckim, wśród sąsiadów, bez inkwizycji, legata i instrukcji z Rzymu. Różnił je sąd: w Nagyszombacie prowadziło rzecz miasto, w Bazinie pan miasta, który był oskarżonym winien pieniądze. Nad Cisą po trzech i pół wieku wrócą dwa z tych składników — zniknione dziecko i sąsiedzka pogłoska — ale trafią już na sąd państwowy, nie na ławę własnego miasta.
- Zapisy o Nagyszombacie z 1494 roku są krótkie i rozbieżne co do liczby spalonych; mówią raz o dwunastu, raz o czternastu osobach.
- Motyw długu w sprawie bazińskiej znany jest z relacji spisanych po egzekucji i z późniejszego sporu o majątek, nie z protokołu samego postępowania.
- Motyw długu wiąże się z Bazinem, nie z Nagyszombatem; dla sprawy z 1494 roku zapisy podają zniknięcie chłopca i wyrok miasta, o zobowiązaniach pieniężnych nie mówią nic.
Skąd to wiadomoZapisy o spaleniu w Nagyszombacie, 1494; egzekucja w Bazinie 21 maja 1529 i niemiecki druk ulotny z tego roku
Wygnanie około 1360 i koniec gminy budzińskiej
Zapis po fakcieLudwik Wielki wygnał Żydów z kraju około 1360 roku i po kilku latach ich odwołał. Aktu wygnania nie ma; widać je po przerwie w dokumentach.
Czytaj dalejSto trzydzieści lat przed stosem w Nagyszombacie doszło do rzeczy, po której nie został żaden akt. O wygnaniu z czasów Ludwika Wielkiego wiadomo z kroniki spisanej pod koniec XIV wieku przez człowieka służącego na dworze oraz z tego, czego dokumenty nagle przestają notować: z luki w zapisach o żydowskich długach i domach w miastach królewskich. Powrót nastąpił w ciągu kilku lat, ponieważ dochody z tych długów były królewskie.
Zostało po tym stanowisko sędziego Żydów, a od 1482 roku urząd prefekta, sprawowany w Budzie przez jedną rodzinę aż do lat trzydziestych XVI wieku. Prefekt pośredniczył między gminą a skarbem, co znaczy tyle, że państwo traktowało ludność żydowską jako osobną jednostkę podatkową z własnym przedstawicielem przy dworze.
Koniec tej ciągłości ma datę dzienną. Drugiego września 1686 roku wojska cesarskie zdobyły Budę, dzielnica żydowska poszła z dymem, część mieszkańców zginęła w szturmie, a ocalałych wyprowadzono jako jeńców i wykupywały ich potem gminy z zagranicy. Wspólnota budzińska, istniejąca od średniowiecza, przestała wówczas istnieć jako całość i odbudowała się dopiero w następnym stuleciu.
- Datę wygnania zapisy podają jako 1360 albo 1361, a powrót jako 1364; żadna z tych liczb nie stoi w dokumencie wystawionym przez kancelarię królewską.
- Liczby zabitych i wziętych w niewolę w Budzie w 1686 roku pochodzą z relacji spisanych po oblężeniu i różnią się między sobą wielokrotnie.
Skąd to wiadomoKronika dworska z końca XIV wieku i luka w aktach miejskich; zdobycie Budy 2 września 1686
Od podatku za pobyt do uznania wyznania, 1749–1895
Zapis z tamtych czasówSeminarium rabinackie w Budapeszcie otwarto 4 października 1877 roku z pieniędzy kary, którą nałożono na gminy za poparcie powstania.
Czytaj dalejDwudziestego ósmego lipca 1849 roku sejm obradujący w Szegedzie uchwalił równouprawnienie Żydów. Była to jedna z jego ostatnich uchwał i nigdy nie weszła w życie, bo za kilka tygodni nie było już ani sejmu, ani rządu. Zamiast niej przyszła kontrybucja: gminy obłożono zbiorową karą za udział w wojnie.
W 1850 roku cesarz zamienił tę karę na fundusz szkolny. Z tego funduszu, czyli z własnych pieniędzy zabranych za powstanie, otwarto czwartego października 1877 roku w Budapeszcie krajowe seminarium rabinackie — zakład, który działał potem bez przerwy aż do 1944 roku i został po wojnie wznowiony.
Równouprawnienie wróciło ustawą przyjętą przez sejm w grudniu 1867 roku: Żydzi zostali uznani za równych w prawach cywilnych i politycznych mieszkańcom chrześcijańskim. Dopełnienie przyszło w 1895 roku, gdy wyznanie izraelickie zaliczono do wyznań przyjętych, na równi z katolickim i ewangelickimi. Między jedną ustawą a drugą leży Tiszaeszlár.
Podatek tolerancyjny wprowadziła Maria Teresa w 1749 roku: opłata należała się skarbowi za samo przebywanie w kraju, rozkładano ją na gminy, a te ściągały ją od swoich. Trwał blisko sto lat i zniesiono go w 1846 roku, gdy gminy zgodziły się wykupić go ryczałtem za milion dwieście tysięcy forintów.
Wcześniej przyszło otwarcie. Trzydziestego pierwszego marca 1783 roku Józef II ogłosił rozporządzenie wpuszczające Żydów do wolnych miast królewskich poza górniczymi, do szkół, na uniwersytet i do rzemiosła, a zarazem nakazujące prowadzić księgi i umowy po niemiecku zamiast po hebrajsku. Nakaz przybrania stałych nazwisk wyszedł osobnym patentem kilka lat później.
- Wysokość kontrybucji z 1849 roku podają zapisy w kilku wersjach, bo pierwotną kwotę obniżono, a część ściągnięto w naturze.
- Ustawa z 1867 roku dawała prawa jednostkom, nie wyznaniu; status samej religii rozstrzygnięto dopiero ustawą z 1895 roku i to rozróżnienie bywa zacierane.
Skąd to wiadomoPodatek tolerancyjny 1749–1846; rozporządzenie Józefa II z 31 marca 1783; uchwała sejmu w Szegedzie z 28 lipca 1849; otwarcie seminarium 4 października 1877; ustawy z 1867 i 1895
Cadyk z Nagykálló i pieśń śpiewana po węgiersku
Zebrane z ustW tym samym komitacie, w którym sto lat później sądzono sprawę z Tiszaeszlár, od 1781 roku siedział cadyk, któremu przypisuje się chasydzką pieśń o węgierskich słowach.
Czytaj dalejData rabinatu jest pewna, autorstwo pieśni nie. Jej brzmienie znamy z zapisów o wiele późniejszych, a opowieść o pasterzu należy do rodzaju, który notowano z ust ludzi w XIX i XX wieku. Rzecz warto jednak zważyć od innej strony niż autorstwo: w komitacie Szabolcs chasydzka melodia chodziła w węgierskich słowach na dwa pokolenia przed tym, nim sąsiedzi ze wsi nad Cisą zaczęli mówić o obcych.
Dwór w Nagykálló nie był w tej okolicy odosobniony. Od 1808 roku w Sátoraljaújhely siedział rabin, od którego wywodzi się rodzina znana później ze Szatmáru, a chasydyzm wszedł na północny wschód królestwa z Galicji i przez cały XIX wiek trzymał tam kilkanaście dworów, każdy z własnym obyczajem i własnym sporem z sąsiednim.
Izaak Taub objął rabinat w Nagykálló w 1781 roku i sprawował go do śmierci w 1821. Do niego przywiązała się pieśń śpiewana po węgiersku, o pianiu koguta przed świtem, o lesie, o czekaniu i o powrocie, który ma nadejść. Opowieść głosi, że rabin usłyszał melodię od pasterskiego chłopca i odkupił ją od niego, a chłopiec po tej transakcji nie umiał już jej sobie przypomnieć.
- Przypisanie pieśni rabinowi z Nagykálló jest tradycją gminną, a nie zapisem współczesnym jego życiu.
- Melodia i tekst krążą w kilku wariantach, a najstarsze zapisy nutowe są o ponad sto lat młodsze od jego śmierci.
Skąd to wiadomoRabinat w Nagykálló od 1781 do 1821; pieśń i opowieść o pasterzu zanotowane z ust ludzi w XIX i XX wieku
Dziewięć zakazów z 1865 roku i kongres, który rozciął gminę na trzy
Zapis z tamtych czasówWęgry są jedynym krajem, w którym ta sama religia doczekała się trzech osobno uznanych przez państwo organizacji. Podział zapadł w Peszcie zimą 1868 i 1869 roku.
Czytaj dalejW 1865 roku zjazd rabinów w Nagymihályu na Górnych Węgrzech ogłosił orzeczenie wyliczające dziewięć rzeczy zakazanych: kazanie w języku krajowym, chór, bóżnicę bez podwyższenia pośrodku, ślub pod dachem zamiast pod gołym niebem, szaty krojone na wzór duchowieństwa chrześcijańskiego i dalsze nowości tego rodzaju. Podpisało je kilkudziesięciu rabinów, a wymierzone było w gminy miejskie, które te zwyczaje dawno już u siebie wprowadziły.
Trzy lata później minister wyznań zwołał do Pesztu ogólny kongres żydowski, żeby ludność żydowska miała wobec państwa jedną reprezentację. Obrady toczyły się od grudnia 1868 do lutego 1869 roku, a mniejszość ortodoksyjna opuściła je, gdy większość uchwaliła wspólny statut. Od 1871 roku sejm uznał osobną organizację ortodoksyjną, gminy zaś, które nie przystąpiły do żadnej, zostały przy stanie dawniejszym i tak też je odtąd nazywano.
Skutek trwał aż do wojny: kongresowi, ortodoksi i status quo ante prowadzili osobne rejestry, osobne szkoły i osobne bóżnice. Podział ma nawet adres, bo w Peszcie trzy domy modlitwy trzech nurtów stanęły w promieniu kilkuset kroków — ulica Dohány w 1859, Rumbach w 1872, Kazinczego w 1913 roku.
- Liczbę rabinów podpisanych pod orzeczeniem z Nagymihályu zapisy podają różnie, a lista rosła jeszcze po samym zjeździe.
- Nazwa status quo ante nie oznaczała jednolitego nurtu, lecz zbiorczą rubrykę dla gmin, które nie przyjęły żadnego z dwóch statutów.
- Poświadczone są trzy osobno uznane przez państwo organizacje jednego wyznania na Węgrzech; że podobnego trójpodziału nie miał żaden inny kraj, nie wynika z tych zapisów, bo nikt nie prowadził takiego zestawienia.
Skąd to wiadomoOrzeczenie zjazdu rabinów w Nagymihályu, 1865; kongres w Peszcie, grudzień 1868 – luty 1869; uchwała sejmu z 1871
Munkacz i Szatmár: dwór, spór i wesele sfilmowane w 1933 roku
Zapis z tamtych czasówDwory chasydzkie północnego wschodu nie były przeżytkiem: w marcu 1933 roku na wesele córki rabina Munkacza zjechały tysiące ludzi, a kamera to nakręciła.
Czytaj dalejChaim Elazar Spira objął rabinat w Munkaczu w 1913 roku i prowadził go do śmierci w 1937. Był najgłośniejszym religijnym przeciwnikiem osadnictwa w Palestynie, toczył wieloletni spór z dworem z Bełza, a jego odezwy i pisma krążyły drukiem po Węgrzech, Galicji i dalej, bo każdy taki spór rozstrzygano wtedy prasą i broszurą.
Sto kilkadziesiąt kilometrów na południe, w Szatmárnémeti, rabinem został w 1934 roku Joel Teitelbaum, potomek rodziny osiadłej w Sátoraljaújhely jeszcze w 1808 roku. Dwa dwory, dwie linie, jedna okolica — i jest to dokładnie ten sam północny wschód, z którego pochodzi wieś Tiszaeszlár i miasto Nyíregyháza.
W marcu 1933 roku wydawał za mąż córkę. Na wesele zjechały do Munkacza tysiące ludzi, przyjechały pociągi specjalne, a operator nakręcił z tego film — jedno z nielicznych ruchomych świadectw życia chasydzkiego dworu w Europie Środkowej. Ten sam rabin zwalczał wtedy u siebie szkoły uczące po nowemu, a po jego śmierci w 1937 roku dwór objął właśnie ów zięć, którego wesele sfilmowano.
- Relacje z dnia wesela mówią o liczbie gości od kilku do dwudziestu tysięcy; z zachowanego filmu policzyć jej nie sposób.
- Zasięg obu dworów mierzy się liczbą uczniów i drukowanych odezw, a nie spisem wyznawców, bo takiego spisu nikt nie prowadził.
- Po 1919 roku Munkacz leżał w granicach Czechosłowacji, a Szatmárnémeti w granicach Rumunii; oba dwory należą do dziejów tego samego żydostwa i tej samej okolicy, lecz nie do jednego państwa.
Skąd to wiadomoRabinat w Munkaczu od 1913; wesele w Munkaczu w marcu 1933 i film z tego dnia; rabinat w Szatmárnémeti od 1934
1 kwietnia 1882: dziewczyna wysłana po farbkę
Zapis z tamtych czasówCzternastoletnia Eszter Solymosi wyszła po farbkę do bielizny i nie wróciła. Tego samego dnia w bóżnicy próbowano przyjezdnych kandydatów na rzezaka.
Czytaj dalejPierwszego kwietnia 1882 roku, w sobotę, gospodyni posłała czternastoletnią służącą Eszter Solymosi do wiejskiego sklepu po farbkę do bielizny. Dziewczyna nie wróciła. Wieś liczyła wtedy blisko trzy tysiące mieszkańców, z czego kilkadziesiąt rodzin żydowskich, a rzeka płynęła o kilkaset kroków od ostatnich domów, co w kwietniu, przy wysokiej wodzie, znaczyło wiele.
Zbieg okoliczności, który rozstrzygnął o kształcie całej sprawy, był drobny i całkiem zwyczajny. Tego samego dnia gmina żydowska próbowała w bóżnicy trzech przyjezdnych kandydatów na rzezaka, ponieważ miejsce było wolne. Obcy ludzie w bóżnicy, nadchodzące święto i zniknięta dziewczyna złożyły się w wiejskiej rozmowie w jedno zdanie, zanim ktokolwiek zaczął szukać ciała.
Matka złożyła doniesienie, a śledztwo przejął sędzia śledczy z Nyíregyházy. Od maja podejrzanymi byli trzej rzezacy, stróż bóżnicy i kilku dalszych mężczyzn z gminy, oskarżenie zaś brzmiało tak: zabito ją w bóżnicy po to, żeby wytoczyć z niej krew. Od tej chwili śledztwo nie szukało już dziewczyny, lecz dowodu na zdanie, które wieś miała gotowe.
- Nie ustalono nigdy, co się z dziewczyną stało; relacje o jej ostatnich godzinach są ze sobą sprzeczne i żadnej nie potwierdza drugi świadek.
- Liczbę mieszkańców wsi i liczbę rodzin żydowskich podają różne spisy i różnią się one między sobą o kilkaset osób.
Skąd to wiadomoDoniesienie matki i akta śledztwa sędziego śledczego w Nyíregyházie, od kwietnia 1882
Czternastoletni świadek i dziurka od klucza, 21 maja 1882
Zapis z tamtych czasówCałe oskarżenie stanęło na zeznaniu czternastoletniego syna stróża bóżnicy, który powiedział, że widział zabójstwo przez dziurkę od klucza.
Czytaj dalejNajpierw odezwał się pięcioletni Samu, syn stróża bóżnicy, który powtórzył sąsiadce zdanie zasłyszane w domu. Potem wzięto jego starszego brata, czternastoletniego Móricza: odłączono go od rodziny, umieszczono pod dozorem urzędnika w sąsiedniej wsi i przesłuchiwano przez kilka tygodni. Dwudziestego pierwszego maja 1882 roku zeznał, że stał w przedsionku i przez dziurkę od klucza widział, jak przyjezdni rzezacy podcinają dziewczynie gardło i zbierają krew do naczynia.
Zeznanie miało jedną cechę, która ostatecznie rozstrzygnęła o wszystkim: było drobiazgowe. Chłopiec podawał rozmieszczenie ludzi w izbie, kolejność czynności i naczynie, w które zbierano krew, a tak szczegółowa relacja daje się sprawdzić na miejscu, czego z pogłoską zrobić się nie da. Śledztwo uznało tę dokładność za dowód prawdomówności i oparło na niej akt oskarżenia.
Ojciec, stróż bóżnicy, przeczył od pierwszego przesłuchania do ostatniego. Syn pozostał w rękach śledztwa aż do rozprawy i przed sądem zeznawał w obecności ojca, którego oskarżał, a dla sali sądowej właśnie ten obraz — dziecko świadczące przeciw własnemu ojcu — był najmocniejszym argumentem oskarżenia.
- Sposób, w jaki chłopca przesłuchiwano i trzymano poza domem, znany jest z akt obrony i z protokołów rozprawy; śledztwo opisywało to inaczej i obie wersje stoją w tych samych aktach.
- Późniejsze wypowiedzi chłopca o tym, jak powstało jego zeznanie, pochodzą z lat następnych i są świadectwem człowieka dorosłego o własnym dzieciństwie.
Skąd to wiadomoProtokół przesłuchania z 21 maja 1882 i zeznania na rozprawie w Nyíregyházie, lato 1883
Ciało wyłowione 18 czerwca 1882 i tratwiarze
Zapis z tamtych czasówGdy rzeka wydała ciało w sukni zaginionej, śledztwo nie umorzyło sprawy, lecz dorobiło drugą: że zwłoki podstawiono i spławiono Cisą.
Czytaj dalejOsiemnastego czerwca 1882 roku wyłowiono z Cisy pod Tiszadadą zwłoki młodej kobiety ubrane w rzeczy zaginionej. Rzecz, która powinna była sprawę zamknąć, otworzyła nową, ponieważ matka oświadczyła, że to nie jej córka, a śledztwo przyjęło, że ciało jest podstawione. Wersja brzmiała następująco: obcego trupa ubrano w suknię dziewczyny i spławiono rzeką, żeby zatrzeć morderstwo.
Z tej wersji wyrosło drugie postępowanie, tym razem przeciw flisakom spławiającym tratwy po Cisie. Oskarżono ich o to, że obce zwłoki przewieźli i podrzucili, a część z nich przyznała się w śledztwie, po czym przed sądem przyznania odwołała, twierdząc, że wymuszono je biciem. Sprawa rozrosła się w ten sposób z jednej wsi na całą rzekę i objęła ludzi, którzy pierwszego kwietnia byli o kilkadziesiąt kilometrów dalej.
Pierwsze oględziny wykonali lekarze miejscowi i orzekli, że ciało należy do kobiety osiemnasto- lub dwudziestoletniej, która rodziła. Sąd wezwał potem lekarzy ze stolicy, a ci w grudniu 1882 roku tamto orzeczenie podważyli. Tak powstała w aktach para sprzecznych opinii lekarskich, z których każda strona brała swoją i żadna nie zamykała pytania o tożsamość zmarłej.
- Tożsamości wyłowionego ciała nie ustalono nigdy; nie ustalono też, czy było to ciało zaginionej.
- Przyznania flisaków padły w śledztwie, a zostały odwołane na rozprawie; protokoły nie rozstrzygają, w jaki sposób je uzyskano.
Skąd to wiadomoProtokół oględzin z 18 czerwca 1882, opinie lekarskie z lata i grudnia 1882, akta sprawy o podstawienie zwłok
Nyíregyháza, 19 czerwca – 3 sierpnia 1883
Zapis z tamtych czasówRozprawa trwała sześć tygodni, sąd pojechał obejrzeć drzwi bóżnicy, a oskarżyciel publiczny w mowie końcowej sam zażądał uniewinnienia.
Czytaj dalejRozprawa przed sądem królewskim w Nyíregyházie ruszyła dziewiętnastego czerwca 1883 roku. Na ławie zasiadło piętnastu ludzi: trzej przyjezdni rzezacy i mieszkańcy wsi pod zarzutem zabójstwa, flisacy pod zarzutem podstawienia zwłok. Obronę prowadził poseł i adwokat Károly Eötvös z czterema kolegami, przewodniczył Ferenc Korniss, a sala była pełna dziennikarzy z kraju i z zagranicy, bo sprawa od roku stała w gazetach całej Europy.
W lipcu sąd wyjechał na oględziny do Tiszaeszláru i obejrzał drzwi, o których mówił chłopiec. Tego, co opisywał, z miejsca, w którym miał stać, zobaczyć się nie dało. Wraz z tym rozsypała się reszta: sprzeczne opinie lekarskie, odwołane przyznania flisaków i całkowity brak śladu po samej zbrodni — ani narzędzia, ani krwi, ani ciała, o którym można by powiedzieć, że jest jej ciałem.
Zastępca prokuratora w mowie końcowej odstąpił od oskarżenia i wniósł o uniewinnienie wszystkich. Wyrok zapadł trzeciego sierpnia 1883 roku i uniewinniał w całości. Sąd nie orzekł, co się stało z dziewczyną, bo nie taka była jego rzecz; orzekł tylko, że postawionego zarzutu utrzymać się nie da.
Warto zauważyć rzecz proceduralną, bo to ona odróżnia tę sprawę od procesów o czary sprzed stu pięćdziesięciu lat. Obowiązujący od pierwszego września 1880 roku kodeks karny nie znał przestępstwa mordu obrzędowego, znał zabójstwo. Oskarżenie musiało więc dowieść zwykłego zabójstwa zwykłymi środkami, oskarżeni mieli obrońców, a rozprawa była jawna i codziennie opisywana.
- Prokurator odstąpił od oskarżenia z powodu stanu dowodów, a nie z powodu stanowiska wobec samego zarzutu; z protokołu nie wynika nic ponadto.
- Uniewinnienie nie odpowiedziało na pytanie, co się stało z Eszter Solymosi, i tej odpowiedzi nie ma do dzisiaj.
Skąd to wiadomoAkta i protokoły rozprawy przed sądem królewskim w Nyíregyházie, 19 czerwca – 3 sierpnia 1883
Co przyszło po wyroku: rozruchy, mandaty, dalszy ciąg
Zapis z tamtych czasówSprawa wyszła ze wsi na salę sejmową już w maju 1882 roku, a po wyroku dała rozruchy, stan wyjątkowy i siedemnaście mandatów poselskich.
Czytaj dalejZanim zapadł wyrok, sprawa zdążyła obejść politykę. W maju 1882 roku Géza Ónody, poseł z tego właśnie okręgu i dziedzic w Tiszaeszlárze, przedstawił ją w izbie, a poparł go Győző Istóczy, który od 1875 roku mówił z tej mównicy przeciw Żydom. We wrześniu 1882 roku obaj pojechali do Drezna na pierwszy międzynarodowy zjazd antyżydowski i tam sprawa węgierskiej wsi stała się argumentem o zasięgu europejskim.
Po uniewinnieniu przyszły rozruchy: w sierpniu i wrześniu 1883 roku bito i rabowano w Budapeszcie, w Pozsony i w kilku komitatach, a rząd musiał wprowadzić stan wyjątkowy. W październiku 1883 roku powstała Krajowa Partia Antysemicka, w wyborach czerwcowych 1884 roku wzięła siedemnaście mandatów, a w ciągu dekady rozpadła się i zniknęła z izby.
Gdzie leży Eszter Solymosi, nie ustalono nigdy. Sprawa wróciła natomiast do tej samej izby w kwietniu 2012 roku, gdy w sto trzydziestą rocznicę jeden z posłów powtórzył oskarżenie z mównicy, co wywołało sprzeciw pozostałych klubów i oświadczenia prostujące. Między jedną datą a drugą leży rok 1944: od piętnastego maja do dziewiątego lipca wywieziono z Węgier ponad czterysta trzydzieści tysięcy ludzi, a wśród miejsc, z których szły transporty, było getto w Nyíregyházie.
- Zasięg rozruchów z 1883 roku znany jest z doniesień prasowych i raportów komitackich, a liczby poszkodowanych i strat są w tych źródłach rozbieżne.
- Siedemnaście mandatów w 1884 roku to wynik jednych wyborów przy wąskim prawie głosu i kurialnej ordynacji, nie miara nastrojów całego kraju.
Skąd to wiadomoSprawozdania sejmowe z maja 1882 i z kwietnia 2012; doniesienia o rozruchach z sierpnia i września 1883; wyniki wyborów z czerwca 1884
Ten sam materiał, co w Szegedzie w 1728 roku
Ułożone przy biurkuSusza i sprzedany Turkom deszcz, zniknięta dziewczyna i krew w naczyniu: dwie sprawy złożone z tych samych trzech składników. Różni je rok, w którym się skończyły.
Czytaj dalejPodobieństwo idzie dalej niż sam układ. W Szegedzie zarzut brzmiał, że oskarżeni sprzedali Turkom deszcz i rosę kraju, za pieniądze i na siedem lat; nad Cisą, że zwłoki podstawiono i spławiono rzeką. Oba wyjaśnienia są konstrukcjami, które biorą fakt trudny do zniesienia — suszę albo ciało w sukni zaginionej — i przypisują mu cudzą rękę. Obie zajęły w aktach więcej miejsca niż czyn, o który toczyła się sprawa.
Różnica jest jedna i daje się zapisać datą. Dwudziestego trzeciego lipca 1728 roku spalono dwanaście osób; trzeciego sierpnia 1883 roku uniewinniono piętnaście. Między tymi dwoma dniami leży kodeks karny nieznający przestępstwa obrzędowego, obrońca na sali, jawna rozprawa i prasa opisująca ją dzień po dniu. Mechanizm oskarżenia się nie zmienił — zmieniło się to, na co trafiał.
Zestawienie jest nasze, ale oba komplety akt powstały współcześnie swoim sprawom i dają się porównać punkt po punkcie. Składniki są trzy i te same. Pierwszy to sąsiad zeznający o szkodzie widzialnej: w Szegedzie o suszy i zdechłym bydle, nad Cisą o dziewczynie, która nie wróciła. Drugi to protokół, który tę szkodę porządkuje w opowieść o czyjejś woli i żąda wskazania sprawcy. Trzeci to sąsiedztwo, które dostarcza świadków i domaga się wyroku — raz miasto nad Cisą, raz wieś nad tą samą rzeką.
- Porównanie dotyczy budowy postępowania, a nie treści zarzutów; z podobieństwa mechanizmu nie wynika, że oba oskarżenia miały wspólne źródło.
- Akta szegedzkie i nyíregyházskie powstały w innych porządkach prawnych i mają inną strukturę; porównywalne są zeznania sąsiadów i tok dowodzenia, nie formularze.
- Sądy w obu sprawach były różnego rodzaju: w Szegedzie orzekała ława własnego miasta, w Nyíregyházie sąd królewski z zawodowymi sędziami; ława przysięgłych w sprawie z 1883 roku nie orzekała.
Skąd to wiadomoAkta procesu szegedzkiego z 1728 roku i akta sprawy w Nyíregyházie z lat 1882–1883
Od listu żelaznego do dekretu
Kto wróżył zawodowo
Przez czterysta lat wróżbę sprzedawali w Królestwie Węgier ludzie, których do rachunku węgierskich wierzeń zwykle się nie wlicza, a ta sama epoka wpuściła do Siedmiogrodu wspólnotę, która kupiła ziemię od skarbu, zbudowała dwa miasta i w dwa pokolenia stała się węgierska. Jedni mają za sobą list żelazny z 1423 roku, trzy dekrety osiedleńcze i spis z 31 stycznia 1893, drudzy pisma księcia Apafiego, unię z Rzymem i regularną siatkę ulic nad Samoszem. O imionach dawnych bogów nie ma tu ani słowa nowego; jest za to rachunek, kto naprawdę wróżył za pieniądze, kto go za to karał i co się dzieje z obcym obrządkiem, gdy przestaje być powodem, żeby trzymać się osobno.
Brassó 1416: zboże i drób dla pana Emausa z Egiptu
Zapis z tamtych czasówNajstarszy ślad Romów w Kotlinie Karpackiej to pozycja w księdze wydatków: zboże, drób i gotówka dla przybysza z Egiptu i stu dwudziestu jego ludzi.
Czytaj dalejZapis wart jest tyle, ile waży rachunek: poświadcza rok, miasto, wydatek i liczbę żywionych, a nie mówi nic o tym, skąd przybysze naprawdę przyszli ani czym się trudnili. Egipt w tytule nie jest miejscem urodzenia, lecz formułą, którą wędrowne gromady same podawały urzędom i która w tych samych latach wraca w rachunkach miast niemieckich, włoskich i francuskich.
Najstarszy tutejszy ślad obecności Romów nie jest kroniką ani legendą, lecz pozycją w księdze wydatków. Rachmistrz saskiego Brassó zanotował w 1416 roku, ile zboża, drobiu i gotówki wydano przybyszowi tytułowanemu panem Emausem z Egiptu oraz towarzyszącej mu gromadzie stu dwudziestu ludzi. Miasto ich nie przepędziło, lecz zaopatrzyło i wydatek wpisało do rachunku obok innych wydatków na przyjezdnych.
- Sto dwadzieścia osób to liczba z rachunku, czyli liczba tych, których miasto żywiło, a nie spis całej gromady.
- Z formuły „z Egiptu” nie wynika żadna droga wędrówki; jest to tytuł podawany urzędom, nie świadectwo pochodzenia.
- W starszych dokumentach królestwa to samo słowo pojawia się jako przezwisko i nazwa osobowa; z takiego zapisu nie wynika obecność gromady.
Skąd to wiadomoKsięga rachunkowa saskiego miasta Brassó, zapis pod rokiem 1416
Kwiecień 1423: list żelazny Zygmunta dla wojewody
Zapis z tamtych czasówNa Spiszu w 1423 roku Zygmunt Luksemburski dał wojewodzie Władysławowi i jego gromadzie wolny przejazd przez królestwo oraz własny sąd wewnątrz gromady.
Czytaj dalejW kwietniu 1423 roku, przebywając na Spiszu, Zygmunt Luksemburski wystawił dokument dla człowieka tytułowanego wojewodą Cyganów i dla podległej mu gromady. Pismo zapewniało im swobodny przejazd przez ziemie królestwa, nakazywało urzędnikom nie czynić im przeszkód, a spory wewnątrz gromady oddawało pod sąd samego wojewody, nie pod sąd miejscowy ani pański.
Węgierskie dzieje tej grupy zaczynają się zatem od przywileju, a nie od zakazu. List królewski stał się wzorem powielanym przez następne stulecia: podobne glejty wystawiali książęta siedmiogrodzcy, a wojewodowie gromad — z prawem rozsądzania swoich i pobierania od nich należności — wracają w aktach królestwa aż po dekret, który odebrał im sądownictwo w 1767 roku. Trzysta czterdzieści cztery lata dzielą oba pisma, choć nieprzerwanej ciągłości jednego urzędu dokumenty przez ten czas nie pokazują; pokazują powtarzalność rozwiązania.
- Dzienna data wystawienia bywa podawana rozmaicie; pewne są rok, miejsce i treść przywileju.
- Tytuł wojewody nie oznacza władzy nad wszystkimi Romami królestwa, lecz nad jedną gromadą wymienioną w dokumencie.
- Dokument z 1423 roku zastaje tytuł wojewody już używanym: potwierdza władzę sądową jego posiadacza, a nie ustanawia urzędu.
Skąd to wiadomoList żelazny Zygmunta Luksemburskiego wystawiony na Spiszu w kwietniu 1423 roku, znany z potwierdzeń i odpisów
Sierpień 1427: kobieta, która patrzy w dłoń
Zapis z tamtych czasówObraz wróżki patrzącej w dłoń wchodzi do europejskiego piśmiennictwa w sierpniu 1427 roku, gdy paryski mieszczanin opisał obozowisko pod Saint-Denis.
Czytaj dalejZanotował, że paryżanie tłumnie chodzili oglądać obozowisko, że kobiety z gromady patrzyły ludziom w dłoń i mówiły, co ich czeka, oraz że niejeden wracał stamtąd bez trzosa. Biskup paryski kazał ogłosić klątwę na tych, którzy dali sobie wróżyć, i posłał kaznodzieję, żeby wyłożył rzecz z ambony; gromada wkrótce odeszła spod miasta.
Wróżby z ręki nie wymyślono nad Dunajem, a pierwszy obszerny opis takiej wróżby uprawianej przez wędrowną gromadę ma dobrze uchwytną datę. W sierpniu 1427 roku pod Paryżem, przy Saint-Denis, stanęła niewielka gromada przybyszów — z tej samej fali wędrówki, która w tych samych latach doszła do Kotliny Karpackiej — a bezimienny mieszczanin prowadzący dziennik miasta poświęcił jej najobszerniejszy zapis, jaki zostawiło po niej ówczesne piśmiennictwo francuskie.
Od tego zapisu wróżba z dłoni ma w Europie stałą nosicielkę — kobietę z wędrownej gromady — i stałą odpowiedź władzy duchownej, czyli klątwę i kazanie. Na Węgrzech powtórzy się jedno i drugie, tyle że w druku o półtora wieku późniejszym, a potem w księgach sądów komitackich.
- Dziennik paryski opisuje jedną gromadę i jeden sierpień; nie wolno z niego wyprowadzać, że wróżenie z dłoni było u wszystkich przybyszów powszechne.
- Chiromancja miała w Europie własne, starsze piśmiennictwo łacińskie; rok 1427 datuje spotkanie obu tradycji, a nie narodziny samej sztuki.
Skąd to wiadomoDziennik mieszczanina paryskiego, zapis pod sierpniem 1427 roku
Sempte 1578 i siedmiogrodzkie prawo z 1653 roku
Zapis z tamtych czasówWęgierski druk z 1578 roku wylicza cygańską wróżbę wśród diabelskich pokus, a drukowane prawo Siedmiogrodu z 1653 stawia wróżbitów obok czarownic.
Czytaj dalejKiedy węgierskie piśmiennictwo zaczyna wyliczać, do kogo ludzie chodzą po radę, wędrowna gromada stoi już na tej liście. Obszerny druk, który kaznodzieja Péter Bornemisza ogłosił w Sempte w 1578 roku pod tytułem mówiącym o diabelskich pokusach, wymienia po kolei zamawiaczy, patrzących w wodę, mierzących sznurem i cygańskie wróżby, a całość układa w rejestr sideł, którym wierny ma się opierać.
Osobliwość leży gdzie indziej: w zachowanych aktach procesów o czary oskarżeni Romowie są rzadkością. Zawodowy dostawca wróżby stawał przed sądem najczęściej nie za wróżbę, lecz za włóczęgostwo, kradzież albo za samo przebywanie bez glejtu — i tej różnicy sam rejestr zarzutów nie tłumaczy.
Prawo poszło tą samą drogą. Zbiór ustaw Siedmiogrodu wydrukowany w 1653 roku stawia wróżbitów w jednym szeregu z czarownicami i zamawiaczami, a sądy komitackie sądzą wróżbę przez cały wiek XVII i XVIII. Litera rozróżnia jednak stopnie: najciężej karano szkodę wyrządzoną sztuką, samo wróżenie zaś karą lżejszą, i to rozróżnienie stoi w prawie od początku.
- Z tego, że druk wylicza wróżbę cygańską, nie wynika, ilu ludzi z niej korzystało; kaznodziejski rejestr pokus wymienia także rzeczy rzadkie.
- Rzadkość Romów w aktach o czary może znaczyć i to, że rzadziej ich oskarżano, i to, że ich sprawy szły innym trybem i osobno się nie zachowały.
- Czy druk z 1578 roku nazywa wróżbę wprost cygańską, czy opisuje ją przez samą praktykę, rozstrzyga brzmienie zapisu, którego streszczenie rejestru nie zastąpi.
Skąd to wiadomoDruk kaznodziejski wydany w Sempte w 1578 roku; drukowany zbiór praw Siedmiogrodu z 1653 roku; akta sądów komitackich XVII i XVIII wieku
Kuźnia, lutnia i osobna rubryka podatkowa
Zapis z tamtych czasówRachunki dworu królowej Beatrycze zapisały w 1489 roku cygańskich lutnistów na Csepel, a tureckie rejestry Budy liczyły Romów w osobnej rubryce podatkowej.
Czytaj dalejTrzeci zawód, o którym akta mówią beznamiętnie, to kat. W miastach węgierskich XVII i XVIII wieku urząd mistrza sprawiedliwości powierzano nierzadko człowiekowi z romskiej rodziny, bo nikt inny go nie chciał. Ten sam magistrat, który sądził wróżbę, kupował więc usługę u tych, którym wróżenia zakazywał.
Wróżba była jednym z kilku zawodów i wcale nie najlepiej udokumentowanym. Rachunki dworu królowej Beatrycze odnotowały w 1489 roku, że na wyspie Csepel grali dla niej cygańscy lutniści; to najstarszy węgierski zapis o romskiej muzyce zamówionej i opłaconej. Sto lat później romscy kowale kuli gwoździe, podkowy i żelastwo dla załóg twierdz po obu stronach granicy tureckiej.
W rejestrach podatkowych tureckiej Budy Romowie mają własną rubrykę, osobną od chrześcijańskiej i osobną od muzułmańskiej, a obciążenie liczono im od gospodarstwa. Rubryka szła więc za grupą, nie za wyznaniem, i to jest w tych rejestrach rzecz najosobliwsza. Po stronie królewskiej robiły to samo komitaty, wpisując ich osobnym pismem obok kmieci i zagrodników.
- Zapis o lutnistach z 1489 roku nie mówi, co grali; określenie „cygański” dotyczy w nim wykonawców, nie repertuaru.
- Z osobnej rubryki podatkowej nie wynika osobne prawo, lecz osobna ewidencja, a to dwie różne rzeczy.
Skąd to wiadomoRachunki dworu królowej Beatrycze z 1489 roku; tureckie rejestry podatkowe sandżaku budzińskiego z XVI wieku; rachunki twierdz i księgi miejskie XVI–XVIII wieku
Trzy dekrety: 1761, 1767 i 1773
Zapis z tamtych czasówDekret z 1761 roku kazał ich osiedlić i przemianować, dekret z 1767 zniósł urząd wojewody, dekret z 1773 sięgnął po małżeństwa i po dzieci.
Czytaj dalejTrzy rozporządzenia wydane w ciągu dwunastu lat zmieniły w Królestwie Węgier położenie całej grupy, i to nie wyrokiem sądu, lecz piórem urzędu. Pierwsze, z 1761 roku, nakazało porzucić wędrówkę, osiąść w wyznaczonych miejscach i nazywać osiadłych nowymi Węgrami albo nowymi chłopami; dawnej nazwy urzędy miały odtąd nie używać wcale.
Drugie, z 1767 roku, odebrało gromadom własne sądownictwo. Wojewodowie, których władzę sądową królewski list potwierdzał jeszcze w 1423 roku, stracili ją na rzecz zwykłej władzy komitatu i pana gruntowego. Temu samemu rozporządzeniu towarzyszyły ograniczenia w trzymaniu koni i w handlu nimi oraz nakaz spisania wszystkich co do głowy.
Trzecie, z 1773 roku, sięgnęło po rodzinę. Zabroniło zawierania małżeństw wewnątrz grupy bez zgody urzędu i nakazało oddawać dzieci, ledwie wyjdą z najmłodszego wieku, do chłopskich gospodarstw, na wychowanie opłacane z kasy komitatu. Wykonanie było nierówne, opór powszechny, a nakazy trzeba było w następnych latach ponawiać — i to jest najlepsza miara ich skuteczności.
- Teksty dekretów mówią, co nakazano; o tym, ile z tego wykonano, mówią dopiero późniejsze ponowienia i skargi komitatów.
- Granica wieku przy odbieraniu dzieci bywa w odpisach podawana rozmaicie; sam nakaz odbierania stoi we wszystkich.
Skąd to wiadomoRozporządzenia dworskie dla Królestwa Węgier z lat 1761, 1767 i 1773
Nazwa odjęta dekretem i nazwa przyjęta uchwałą
Zapis po fakcieW 1761 roku urząd kazał mówić o nich „nowi Węgrzy”, w 1971 zjazd w Londynie przyjął nazwę Roma, a węgierskie prawo wymieniło ich wśród mniejszości w 1993 roku.
Czytaj dalejSprawa nazwy jest tutaj sprawą dokumentu, nie uczucia. Dekret z 1761 roku zabraniał urzędom dawnego określenia i wprowadzał w jego miejsce nowego Węgra oraz nowego chłopa; zmiana miała być dowodem, że grupa przestała istnieć jako grupa. Nie przyjęła się ani w mowie, ani w kancelariach, a stare słowo wróciło do akt w ciągu jednego pokolenia.
Sama mowa potoczna zachowała po tych stuleciach garść zwrotów, w których dawne słowo znaczy już tylko „nie tak, jak trzeba”: po węgiersku jedzenie idzie cygańską drogą, gdy ktoś się zakrztusi. Takie wyrażenia notowano w słownikach od XIX wieku i one również są dokumentem, tyle że dokumentem stosunku, nie faktu.
Drugą datę dało zgromadzenie, nie urząd. Ósmego kwietnia 1971 roku zjazd w Londynie przyjął wspólną nazwę, flagę i pieśń. Do węgierskiego prawa nazwa weszła dopiero ustawą o prawach mniejszości narodowych i etnicznych z 1993 roku, która wymienia Romów wśród uznanych wspólnot kraju.
- Z tego, że dekret zmienił nazwę urzędową, nie wynika, że zmienił mowę; zapisy komitackie używają starego słowa dalej.
- Nazwa przyjęta w 1971 roku nie obejmuje wszystkich wspólnot węgierskich; część z nich używa własnych określeń także dziś.
- Udziału delegatów z Węgier w zjeździe z 1971 roku uchwały nie poświadczają; skład delegacji podaje się w zestawieniach rozmaicie.
Skąd to wiadomoDekret z 1761 roku; uchwały zjazdu londyńskiego z 8 kwietnia 1971 roku; węgierska ustawa o prawach mniejszości narodowych i etnicznych z 1993 roku
1783: pięćdziesiąt dziewięć punktów Józefa II
Zapis z tamtych czasówDekret Józefa II o urządzeniu Cyganów liczy pięćdziesiąt dziewięć punktów: reguluje mowę, strój, dach nad głową, szkołę, konie i to, komu wolno grać.
Czytaj dalejNajdokładniejszy z tych aktów wydano w 1783 roku i rozpisano na pięćdziesiąt dziewięć punktów. Zakazywał używania własnej mowy, noszenia odrębnego stroju i mieszkania w namiocie, a nakazywał chodzić do kościoła, posyłać dzieci do szkoły, brać się do roli i meldować się przy każdej zmianie miejsca pobytu.
Zakaz mowy, stroju i namiotu ma tę samą logikę co odjęcie nazwy dwadzieścia dwa lata wcześniej: usunąć oznaki, a grupa zniknie razem z nimi. Spisy następnego stulecia pokazują, że nie zniknęła, a jedna z odjętych rzeczy — muzyka — była akurat tym, czego kraj od niej chciał najbardziej.
Osobny punkt dotyczył muzyki: grać wolno było tam, gdzie nie brakowało rąk do innej roboty, a zawodowe muzykowanie traktowano jako zajęcie wymagające osobnej zgody. Przepis sięga więc wprost po pracę romskiej kapeli, i to w tym samym stuleciu, w którym kapela stała się wyposażeniem dworu i karczmy w całym kraju.
- Punkty dekretu opisują zamiar prawodawcy; o skutkach mówią dopiero spisy i skargi komitatów z lat następnych.
- Zakaz języka dotyczył mowy publicznej i urzędowej; z brzmienia przepisu nie wynika, by dało się go wyegzekwować w domu.
Skąd to wiadomoDekret Józefa II o urządzeniu Cyganów z 1783 roku, rozpisany na pięćdziesiąt dziewięć punktów
Hont 1782: proces o ludożerstwo i rewizja cesarska
Zapis z tamtych czasówW 1782 roku sąd komitatu Hont skazał na śmierć kilkudziesięciu Romów za ludożerstwo; nakazana z Wiednia rewizja odnalazła rzekome ofiary żywe.
Czytaj dalejNajwiększy proces przeciw Romom w dziejach Królestwa Węgier toczył się w komitacie Hont w 1782 roku, pół wieku po stosach szegedzkich i już w czasie, gdy o czary nie sądzono. Zarzut brzmiał inaczej i gorzej: że oskarżeni napadali podróżnych i jedli ich ciała. Zeznania wydobyto torturami, a wyroki wykonano na kilkudziesięciu osobach — łamaniem kołem, powieszeniem i ścięciem.
Wieść doszła do Wiednia i cesarz wstrzymał dalsze egzekucje, nakazując zbadać sprawę od początku. Wysłani urzędnicy odnaleźli część ludzi, których oskarżeni mieli rzekomo zjeść — żywych i zdrowych. Pozostałych podsądnych zwolniono, a komitat został z wyrokami, których cofnąć się już nie dało.
Sprawa hontańska pokazuje, gdzie naprawdę biegła w tym stuleciu granica bezpieczeństwa. Procesy o czary gasły, bo dwór kazał odsyłać wyroki śmierci do zatwierdzenia wyżej; przeciw Romom postawiono więc zarzut świecki, dowodzony tą samą torturą, i znowu jedynym hamulcem okazał się ten sam dwór.
- Liczba straconych bywa podawana rozmaicie; wszystkie przekazy mówią o kilkudziesięciu wyrokach wykonanych przed wstrzymaniem egzekucji.
- Z odnalezienia rzekomych ofiar wynika fałszywość tego jednego zarzutu, a nie to, że podsądnym nie stawiano żadnych innych.
Skąd to wiadomoAkta sądu komitatu Hont z 1782 roku oraz nakaz rewizyjny dworu wiedeńskiego z tego samego roku
31 stycznia 1893: policzono wszystkich
Zapis z tamtych czasówJednodniowy spis z 31 stycznia 1893 roku dał blisko dwieście siedemdziesiąt pięć tysięcy osób, wędrownych niecałe dziewięć tysięcy, muzyków blisko siedemnaście tysięcy.
Czytaj dalejTrzydziestego pierwszego stycznia 1893 roku przeprowadzono na Węgrzech osobny, jednodniowy spis Romów — przedsięwzięcie w ówczesnej Europie odosobnione. Wynik zamknął się liczbą bliską dwustu siedemdziesięciu pięciu tysiącom osób: na stałe osiadłych było przeszło dwieście czterdzieści tysięcy, osiadłych połowicznie około dwudziestu tysięcy, a wędrujących przez okrągły rok niecałe dziewięć tysięcy.
Liczby te rozbijają obraz odziedziczony po dekretach osiedleńczych, bo po stu trzydziestu latach od pierwszego z nich wędrowała już tylko jedna trzydziesta grupy. Jako mowę ojczystą najwięcej osób podało węgierski, za nim szedł język romski, a niewiele dalej rumuński — co samo rysuje mapę, ponieważ rumuńskojęzyczni siedzieli głównie w Siedmiogrodzie.
Osobna rubryka wyliczała zajęcia. Muzyków zawodowych naliczono blisko siedemnaście tysięcy i to oni tworzą w spisie największą grupę rzemieślniczą; zaraz za nimi idą kowale, a reszta rozkłada się na wyrób cegły, koszykarstwo, handel końmi i pracę najemną. Wróżenie nie tworzy w tym rachunku pozycji, która by się liczyła, i to jest najtwardsza dostępna miara tego, czym grupa naprawdę żyła.
- Spis liczył tych, których miejscowa władza uznała za Cyganów; kryterium było urzędowe, a nie deklaracja spisywanego.
- Brak wróżenia w rubryce zajęć mówi o tym, co zgłaszano spisującemu, a nie o tym, ile takiej pracy wykonywano ubocznie.
- Policzeni w 1893 roku nie są potomstwem jednej fali: obok gromad osiadłych w królestwie od stuleci weszły do rachunku rodziny, które przeszły Karpaty dopiero w XIX wieku.
Skąd to wiadomoKrajowy spis Cyganów przeprowadzony w Królestwie Węgier 31 stycznia 1893 roku i ogłoszony drukiem przez urząd statystyczny
Czyja jest ta muzyka: spór otwarty w 1859 roku
Zapis po fakcieW 1859 roku wyszła w Paryżu książka dowodząca, że muzyka uchodząca za węgierską jest cygańska; odpowiedzi szukano potem przez pół wieku, aż dał ją fonograf.
Czytaj dalejW 1859 roku wyszła w Paryżu obszerna książka węgierskiego pianisty światowej sławy, dowodząca, że to, co Węgry uważają za swoją muzykę narodową, jest w istocie dziełem Cyganów. Odpowiedź przyszła natychmiast: w Peszcie ogłoszono w ciągu dwóch lat kilkanaście broszur i artykułów, a spór o autorstwo stylu ciągnął się przez resztę stulecia bez rozstrzygnięcia.
Z tego rozdzielenia nie wynika jednak, że kapela grała cudze. Wynika, że grała inne: repertuar komponowany, w większości przez Węgrów, wykonywany przez Romów i przez sto lat uchodzący u obu stron za wspólny. Spór dotyczył więc własności czegoś, co powstało z wkładu obu stron naraz, i tak też bywa dziś rozliczany.
Przez cały wiek XVIII i pierwszą połowę XIX romska kapela była na Węgrzech instytucją: grała przy werbunku do wojska, na weselach szlacheckich i w karczmie, a jej pierwsi skrzypkowie — Czinka Panna, zmarła w 1772 roku, czy János Bihari, grający w Wiedniu w czasie kongresu — cieszyli się sławą porównywalną ze sławą aktorów pierwszych scen.
Rozstrzygnięcia nie dał zresztą argument, tylko wałek fonografu. Od 1905 roku dwaj młodzi kompozytorzy zaczęli zbierać śpiew wiejski na miejscu, we wsiach, a wkrótce potem utrwalać go na wałkach; w 1906 wydali w Budapeszcie pierwszy wspólny zeszyt pieśni. Zebrany materiał pokazał, że pieśń chłopska i repertuar miejskiej kapeli to dwie różne rzeczy, i od tej pory węgierszczyzna rozróżnia je osobnymi nazwami.
- Rozdzielenie dwóch repertuarów opiera się na materiale nagranym po 1905 roku; o tym, co grano w karczmie w roku 1780, nagrania nie mówią nic.
- Autorstwa stylu werbunkowego nie da się rozpisać na wykonawców i kompozytorów tak, żeby rachunek się domknął po jednej stronie.
- Fonograf służył do zbierania pieśni w królestwie już od schyłku XIX wieku; rok 1905 otwiera pracę dwóch kompozytorów, a nie użycie samego narzędzia.
Skąd to wiadomoKsiążka wydana w Paryżu w 1859 roku; broszury i artykuły peszteńskie z lat 1859–1861; wałki fonograficzne nagrywane od 1905 roku i zeszyt pieśni wydany w Budapeszcie w 1906
Csatka: szentkút i odpust ósmego września
Zebrane z ustPrzy źródle w Csatce, gdzie kaplicę postawiono w latach sześćdziesiątych XIX wieku, zbiera się na ósmego września największa doroczna pielgrzymka Romów węgierskich.
Czytaj dalejPielgrzymka ma własny porządek, którego nie znajdzie się w żadnym przepisie kościelnym: nocleg pod gołym niebem i przy wozach, obmycie w wodzie źródła, zawieszanie chust i tkanin na drzewach wokół kaplicy, muzyka przez całą noc oraz odwiedziny grobów. Msza i procesja idą obok tego wszystkiego, a nie zamiast tego.
W lesistym Bakony, przy wsi Csatka, bije źródło zwane tam szentkút, czyli święta studnia. Kaplicę postawiono obok niego w latach sześćdziesiątych XIX wieku, a odpust przypada na ósmy września, w święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny. W ciągu XX wieku miejsce stało się największym dorocznym zjazdem węgierskich Romów i jest nim do dziś.
Dar składany przy źródle i przy drzewie to zachowanie, za które jedenastowieczne prawo kazało płacić wołem, tyle że tutaj składa się go przy kaplicy i za wiedzą proboszcza. Dwie rzeczy trzeba jednak trzymać osobno: świadectwo jest tu współczesne i mocne, a jego rodowód już nie. Zwyczaj poświadczony od XIX wieku nie staje się przez samo podobieństwo dziedzictwem po wieku dziesiątym.
- Podobieństwo do zakazów z 1092 roku dotyczy formy — woda, drzewo, dar zawieszony — a nie ciągłości; między jednym a drugim leży osiemset lat bez zapisu.
- Porządek pielgrzymki spisano z ust uczestników dopiero w XX wieku; starsze warstwy tej praktyki nie mają dokumentu.
Skąd to wiadomoKaplica i źródło w Csatce, budowa z lat sześćdziesiątych XIX wieku; zapisy o pielgrzymce od przełomu XIX i XX wieku oraz relacje uczestników z XX i XXI wieku
1668 i 1672: ormiańskie gromady zza Karpat
Zapis z tamtych czasówOrmianie, którzy uszli z Mołdawii w latach 1668 i 1672, dostali od księcia Michała Apafiego pismo pozwalające osiąść, handlować i sprawować własne obrzędy.
Czytaj dalejOrmiańskie osadnictwo w Siedmiogrodzie zaczyna się od ucieczki, nie od zaproszenia. W latach 1668 i 1672 gromady ormiańskich kupców i rzemieślników przeszły Karpaty z Mołdawii, gdzie siedziały od stuleci, uchodząc przed zamieszkami i naciskiem na wiarę. Książę Michał Apafi przyjął przybyszów i wydał pismo pozwalające im osiąść, prowadzić handel i sprawować własne obrzędy.
Rozsadzono ich w kilku miejscach naraz: w Besztercze, w Ebesfalvie, w seklerskich Gyergyószentmiklós i Csíkszépvíz, a także w Petele. Przynieśli ze sobą własnego biskupa, księgi pisane alfabetem ormiańskim oraz handel, który natychmiast okazał się potrzebny, bo obejmował skup bydła, skóry, tkaniny i kredyt.
Umowa była prosta i obie strony ją rozumiały: kraj wyniszczony wojną dostawał kupców, a kupcy dostawali bezpieczeństwo i prawo. Zapisano ją jednak nie jednym przywilejem obejmującym całą wspólnotę, jak czterysta pięćdziesiąt lat wcześniej uczyniono z częścią Sasów, lecz szeregiem osobnych pism dla osobnych miejsc — i to zaważy na wszystkim, co stanie się potem.
- Daty 1668 i 1672 oznaczają dwie większe fale, a nie początek i koniec; pojedyncze rodziny ormiańskie siedziały w Siedmiogrodzie wcześniej.
- Liczby przybyłych podawane w późniejszych zestawieniach są szacunkami; pism książęcych zachowało się za mało, by je sprawdzić.
Skąd to wiadomoPisma księcia Michała Apafiego z lat siedemdziesiątych XVII wieku oraz akta miejskie Besztercze i Ebesfalvy
Oxendio Virziresco i unia zawarta około 1690 roku
Zapis z tamtych czasówOrmianin kształcony w Rzymie wrócił w 1685 roku, w 1690 przyjął sakrę we Lwowie i przeprowadził siedmiogrodzkich Ormian do jedności z Rzymem.
Czytaj dalejOrmianie przyszli do Siedmiogrodu jako wyznawcy Kościoła ormiańskiego, który jedności z Rzymem nie miał. Zmianę przeprowadził jeden człowiek: Oxendio Virziresco, wysłany na naukę do Rzymu, wrócił stamtąd w 1685 roku, a w 1690 przyjął we Lwowie sakrę biskupią z rąk ormiańskiego arcybiskupa, który sam przebył tę samą drogę pokolenie wcześniej.
Opór był spory i trwał latami. Starszyzna gromad broniła dawnego porządku, a sprawa rozstrzygnęła się dopiero wtedy, gdy unię poparła władza świecka, widząca w niej warunek przywilejów handlowych i miejskich. Virziresco umarł w Wiedniu w 1715 roku, zostawiając wspólnotę katolicką obrządku ormiańskiego: z Rzymem w jedności, z liturgią po dawnemu.
Rozwiązanie okazało się trwalsze, niż ktokolwiek wtedy przewidywał, a zarazem zawierało w sobie zapowiedź końca odrębności. Wspólnota, która zachowała własny obrządek, ale weszła do tego samego Kościoła co reszta kraju, przestała mieć twardy powód, by trzymać się osobno — i przez następne stulecia takiego powodu już nie znalazła.
- Datowanie samej unii wiąże się z rokiem 1689, 1690 albo z późniejszym zatwierdzeniem rzymskim; pewne są sakra lwowska i jej skutek.
- Z przyjęcia unii przez starszyznę nie wynika, że wszystkie gromady poszły za nią równocześnie; opór ciągnął się jeszcze przez lata dziewięćdziesiąte XVII wieku.
Skąd to wiadomoAkta sakry lwowskiej z 1690 roku, korespondencja rzymskiej Kongregacji Rozkrzewiania Wiary oraz zapisy z lat 1685–1715
Szamosújvár i Erzsébetváros: dwa miasta od zera
Zapis z tamtych czasówOrmianie kupili grunt od skarbu i od około 1700 roku zbudowali Szamosújvár na regularnej siatce ulic; Ebesfalvę przemianowano w 1733 roku na Erzsébetváros.
Czytaj dalejRzecz w dziejach królestwa rzadka: wspólnota kupiła ziemię i postawiła na niej miasto od pierwszej ulicy. Grunt pod Szamosújvár nabyto od skarbu, budowę zaczęto około 1700 roku, a rozplanowano ją na regularnej siatce prostokątnych kwartałów, bez krzywizn narosłej osady, ponieważ osady w tym miejscu wcześniej nie było. Przywileje potwierdził Karol VI w 1726 roku.
Drugie miasto powstało przez przemianowanie. Ebesfalva, gdzie Ormianie siedzieli od lat siedemdziesiątych XVII wieku, dostała w 1733 roku nazwę Erzsébetváros, od imienia cesarzowej. Prawa wolnego miasta królewskiego oba ośrodki otrzymały pod koniec XVIII wieku, co w praktyce znaczyło własny magistrat, własny sąd i brak pana gruntowego nad głową.
Widać to do dziś w kamieniu. W Szamosújvár stanął najpierw niewielki kościół ormiański w latach dwudziestych XVIII wieku, potem zaś wielka świątynia budowana od 1748 roku i poświęcona dopiero na początku następnego stulecia; w Erzsébetváros kościół ormiański stawiano od 1766 roku. Na nagrobkach i fasadach obu miast biegną napisy pisane alfabetem ormiańskim.
- Rok nadania praw wolnego miasta bywa w zestawieniach podawany rozmaicie, bo przywilej dworski i jego zatwierdzenie sejmowe dzieli kilka lat.
- Regularny plan Szamosújvár bywa przypisywany różnym zamysłom; sam plan jest faktem widocznym w zabudowie, jego autorstwo już nie.
- Daty nabycia gruntu od skarbu i początku budowy bywają podawane rozmaicie: zapisy mówią i o dzierżawie majętności, i o jej późniejszym wykupie.
Skąd to wiadomoPrzywilej Karola VI z 1726 roku, akt przemianowania Ebesfalvy z 1733 roku oraz księgi budowy kościołów ormiańskich z lat 1723–1804
Grabar w kościele, węgierski w gazecie
Zapis po fakcieLiturgię sprawowano po staroormiańsku jeszcze w XX wieku, ale już spis z 1910 roku znalazł w całym kraju niecały tysiąc osób z ormiańską mową ojczystą.
Czytaj dalejZanik nie ma jednej daty, ma za to dobrze widoczne stopnie. Kazanie przeszło na węgierski w ciągu XIX wieku, kancelaria gromad również, a miesięcznik wydawany w Szamosújvár od 1887 roku i poświęcony w całości sprawom ormiańskim drukowano już po węgiersku. Liturgia trwała po dawnemu, w grabarze, czyli w staroormiańskim języku ksiąg.
Najdłużej trzymają się kuchnia i pogrzeb. Po pogrzebie podaje się wciąż zupę zwaną angadzabur, a do potraw dodaje hurut, suszoną przyprawę z kwaśnego mleka i ziół — słowa, których węgierszczyzna nie zna nigdzie indziej. Liturgia w grabarze urywa się w drugiej połowie XX wieku, a dziś bywa sprawowana okazjonalnie, w Szamosújvár i w Gyergyószentmiklós.
Spis z 1910 roku policzył w całym królestwie niecały tysiąc osób podających ormiański za mowę ojczystą, przy wielokrotnie liczniejszej gromadzie ochrzczonych w tym obrządku. Rachunek jest wymowniejszy od każdego opisu: wspólnota nie zniknęła, zniknął język, którym mówiła poza kościołem.
Zmadziaryzowały się także nazwiska — Lukács, Gorove, Csiky, Kabdebó, Issekutz, Placsintár — a ludzie z tych rodzin zasiadali w sejmie, w ministerstwach i w korpusie oficerskim. Dwaj spośród trzynastu generałów straconych w Aradzie szóstego października 1849 roku wywodzili się z rodzin ormiańskich, choć obaj przyszli na świat już poza Siedmiogrodem; sto siedemdziesiąt kilka lat po przejściu Karpat wspólnota dawała krajowi ludzi, których od reszty odróżniało już tylko nazwisko.
- Data ostatniej regularnej liturgii w grabarze nie ma jednej metryki; parafie gasły w różnym czasie, a samą regularność liczono rozmaicie.
- Ormiańskie pochodzenie rodzin o zmadziaryzowanych nazwiskach bywa dokumentowane nierówno; przy części opiera się na tradycji rodzinnej, nie na metryce.
- Rodziny obu generałów wiąże się z ormiańskimi gromadami siedmiogrodzkimi przez tradycję rodową; sami urodzili się w komitatach południowych.
Skąd to wiadomoMiesięcznik wydawany w Szamosújvár od 1887 roku; spis powszechny z 1910 roku; księgi metrykalne parafii ormiańskokatolickich XVIII–XX wieku
Zeznania z lat 1626–1735
Táltos przed sądem
O táltosie wiadomo tyle, ile powiedzieli o sobie ludzie postawieni przed sądem w siedemnastym i osiemnastym wieku, oraz tyle, ile zapisano z ust ich prawnuków sto lat później. Przed szesnastym wiekiem nie ma o nim ani jednego opisu: prawa znają strzygę i truciciela, kroniki wróżbitów czytających z wnętrzności, a samo słowo wchodzi do opowieści o Attyli dopiero ręką tłumacza. Ta sekcja podaje sprawy z nazwiskami, miastami i datami, a osobno wylicza to, czego w tych aktach nie ma.
Słowo, które znaczy także konia
Zebrane z ustW bajkach táltos to najczęściej nie człowiek, lecz cudowny koń. Wyprowadzenia samego słowa są trzy i żadne nie zostało wykazane.
Czytaj dalejDla słowa táltos, zapisywanego również jako tátos, podano trzy różne wyprowadzenia: od czasownika oznaczającego szerokie otwarcie ust, od wyrazów ugryjskich znad Obu, w których mieści się lekkość albo posiadanie mocy, wreszcie od tureckiego wyrazu na utratę przytomności. Żadne z nich nie zostało wykazane, a spór o pierwszeństwo trwa do dziś.
W bajkach zapisywanych w dziewiętnastym i dwudziestym wieku słowo najczęściej oznacza konia: wychudłą szkapę, która po zjedzeniu żaru staje się wierzchowcem o nadliczbowych nogach i niesie bohatera prędzej niż myśl, przy czym liczba tych nóg bywa w poszczególnych zapisach różna i żadnej jednej miary w niej nie ma. Człowiek nazwany tym samym wyrazem należy do podań wierzeniowych, nie do bajki magicznej, i od tego rozróżnienia zależy, co wolno z zapisów wyciągnąć.
- Wyprowadzenie słowa datuje wyraz, a nie obrzęd: nawet gdyby ugryjski rodowód został wykazany, nie mówiłby nic o wieku znaku urodzenia ani o pojedynku byków.
- Przewaga znaczenia zwierzęcego w bajkach nie dowodzi, że znaczenie ludzkie jest wtórne; dowodzi tylko, że policzalne zapisy dotyczą w większości konia.
- Liczba nóg cudownego konia jest ozdobnikiem bajki i zmienia się z opowieścią; podana jako stała, przebiera się za szczegół wierzenia i zaczyna być liczona jak dowód.
Skąd to wiadomoZapisy bajek i podań wierzeniowych z XIX i XX wieku; trzy konkurencyjne wyprowadzenia słowa, nierozstrzygnięte.
Czaszki z dziesiątego wieku i nieznana ręka
Zapis z tamtych czasówTrepanacje z cmentarzysk dziesiątego wieku są faktem i mają ślady gojenia. Imienia operatora nie podaje żaden grób ani żaden zapis.
Czytaj dalejNa cmentarzyskach z dziesiątego wieku w Kotlinie Karpackiej znajdowane są czaszki z otworem wyciętym za życia oraz takie, w których kość została jedynie zeskrobana, bez przebicia. Brzegi ran bywają zagojone, co znaczy, że operowani żyli potem miesiącami albo latami, a zabieg powtarzano na tyle często, by stał się rzeczą rozpoznawalną, a nie wypadkiem.
Zdanie, że trepanacje wykonywali táltosowie, dokłada do znaleziska wykonawcę, którego w znalezisku nie ma. Żaden grób, żaden przedmiot ani żaden zapis z tego stulecia nie nazywa uzdrowiciela, a samo słowo pojawi się w dokumencie sądowym dopiero po siedmiuset latach, w 1626 roku, w zupełnie innym porządku prawnym i religijnym.
- Z zagojonej rany wynika udany zabieg, a nie urząd religijny tego, kto go wykonał.
- Trepanacja zwana symboliczną występuje w Kotlinie Karpackiej u różnych grup, więc nie wydziela ludności węgierskiej ani jej specjalistów.
- Między czaszką a pierwszym dokumentem leży siedem stuleci bez jednego ogniwa; każde połączenie obu rzeczy jest domysłem, choćby brzmiało jak wniosek z wykopalisk.
Skąd to wiadomoCmentarzyska z X wieku w Kotlinie Karpackiej; czaszki z trepanacją pełną i symboliczną, ze śladami gojenia.
Czego pilnuje prawo z jedenastego wieku
Zapis z tamtych czasówDekrety królewskie znają strzygę, truciciela i szkodnika, a jeden z nich zakazuje dochodzeń w sprawie strzyg. Słowa táltos nie znają wcale.
Czytaj dalejDekret z przełomu jedenastego i dwunastego wieku rozstrzyga rzecz inaczej: o strzygach, których nie ma, nie wszczyna się dochodzenia, natomiast szkodliwa magia pozostaje karalna. Prawo rozdziela więc istotę urojoną od czynu, o który można pozwać, i właśnie to rozdzielenie będzie później decydowało o wyrokach w sprawach tátosów.
W żadnym z tych tekstów nie stoi ani słowo táltos, ani nic, co by opisywało człowieka naznaczonego przy urodzeniu, walczącego o pogodę albo wpadającego w trans. Karane są czyny i szkody, nie właściwości wrodzone, a katalog wyliczonych zabobonów obejmuje ofiary przy wodzie i kamieniu, nie zaś urząd żadnego specjalisty.
Najstarsze węgierskie prawodawstwo chrześcijańskie mieści strzygę i truciciela w sąsiadujących rozdziałach tej samej księgi, a nie w dwóch warstwach czasu: jeden karze zabójstwo dokonane trucizną i czarem, drugi wprowadza wobec strzygi stopniowanie, najpierw post i pokutę u księdza, przy powtórzeniu napiętnowanie kluczem kościelnym, a przy trzecim razie wydanie sędziom. Zakaz składania ofiar przy studniach oraz darów niesionych drzewom, źródłom i kamieniom pochodzi dopiero z dekretu późniejszego króla.
- Prawo nazywa to, co chce karać, więc jego milczenie nie dowodzi, że rzeczy nie było.
- Striga i maleficus to słownik łacińskiego chrześcijaństwa, a nie zapis miejscowej praktyki: z tych dekretów nie odczyta się, co robiono nad studnią i kto to robił.
- Z kolejności rozdziałów w jednej księdze nie da się odczytać żadnego rozwoju poglądów; następstwo w czasie zaczyna się dopiero tam, gdzie zmienia się panujący, który dekret wydał.
Skąd to wiadomoDekrety królewskie z XI i początku XII wieku, w tym zakaz dochodzeń w sprawie strzyg.
Bunty pogańskie i słowo dopisane w przekładzie
Zapis po fakcieBunty z 1046 i 1061 roku znamy z kroniki złożonej trzysta lat później. Nie pada w niej ani słowo táltos, ani nazwa żadnego urzędu.
Czytaj dalejLatem i jesienią 1046 roku wybuchł bunt, którego uczestnicy domagali się, by wolno im było żyć po pogańsku, zabijać księży i burzyć kościoły; dwudziestego czwartego września zginął biskup Gellért, strącony ze wzgórza nad Dunajem. Drugi bunt wybuchł podczas zjazdu w Székesfehérvárze w 1061 roku i został stłumiony trzeciego dnia, wojskiem ściągniętym z sąsiednich komitatów.
W łacińskiej kronice wydanej drukiem w 1488 roku Attyla przed bitwą na Polach Katalaunijskich każe wróżyć z wnętrzności zwierząt i słyszy zapowiedź klęski. Wróżbici mają tam nazwę łacińską; węgierskie słowo táltos wchodzi do tej sceny dopiero w przekładach, czyli pochodzi od tłumacza, a nie od kronikarza.
Oba opisy pochodzą z kroniki złożonej dopiero w czternastym wieku, znanej z ozdobnej kopii z 1358 roku; źródła współczesnego wydarzeniom, które opowiadałoby ich przebieg, nie ma. Kronika wymienia żądania tłumu i śmierć biskupa, lecz nie nazywa ani táltosa, ani żadnego urzędu: ludzi parających się czarami określa wyrazami łacińskimi, należącymi do słownika kronikarza, a nie do mowy buntowników.
- Kronika z czternastego wieku opisująca bunt z jedenastego nie jest świadkiem tego buntu, choć bywa tak używana.
- Z obecności táltosa w przekładzie sceny o Attyli nie wynika nic o tekście łacińskim, a tym bardziej nic o piątym wieku.
- Milczenie kroniki dotyczy jednego wyrazu i jednej godności, nie całego zjawiska; z braku nazwy nie wynika brak ludzi, tak jak z obecności łacińskiego czarownika nie wynika obecność táltosa.
Skąd to wiadomoKronika złożona w XIV wieku, kopia ozdobna z 1358 roku; kronika łacińska wydana drukiem w 1488 roku.
Debreczyn 1626: stos odłożony z powodu ciąży
Zapis z tamtych czasówNajstarszy znany zapis, w którym kogoś nazwano tátosem. Skazana na spalenie ocalała, bo okazała się brzemienna, i musiała się słowa wyrzec.
Czytaj dalejÓsmego czerwca 1626 roku sąd miejski Debreczyna rozstrzygnął sprawę Györgya Tarthyego i jego siostry Erzsébet Ormos, podejrzanych o zabicie jej męża, Istvána Fejesa, na drodze pod winnicami bihalskimi; kobietę obciążało nadto oskarżenie o czary. Wyrok brzmiał: oboje na tortury, a ją potem spalić niezależnie od tego, czy przyzna się, czy nie.
Pod trzynastym czerwca dopisano, że Erzsébet, którą ludzie nazywają tátosem, okazała się brzemienna i dostała łaskę za pisemnym zobowiązaniem. Zobowiązała się, że nigdy więcej nie będzie żyła z takiego rzemiosła, nie będzie zmyślała, że jest tátosem i że smoki są jej wspólnikami, oraz że nigdy nie wspomni o zadanych jej mękach.
Zastrzeżono przy tym, że gdyby jej udział w śmierci męża wyszedł na jaw później, odżyje pierwotny wyrok; brat oczyścił się przysięgą wraz z sześcioma współprzysiężnikami. Sąd żądał od niej trojga naraz: porzucenia rzemiosła, wyrzeczenia się samej nazwy i milczenia o zadanych mękach, a towarzyszami tátosa są w tym zapisie smoki, nie byki.
- Zapis pokazuje, jak nazywali kobietę sąsiedzi i czego zażądał od niej sąd, a nie to, co robiła.
- Smoki jako wspólnicy wracają później w podaniach o garabonciásu, więc już w 1626 roku obraz jest mieszany, a nie czysty.
- Rodzeństwo występuje w zapisie pod dwoma różnymi nazwiskami, a kobieta ani pod nazwiskiem męża, ani brata; siedemnastowieczne protokoły zapisywały ludzi rozmaicie, więc samego pokrewieństwa z nazwisk potwierdzić się nie da.
- W 1626 roku Debreczyn nie był jeszcze wolnym miastem królewskim ani nie podlegał władzy z Wiednia: leżał w orbicie księstwa siedmiogrodzkiego, a prawa miasta królewskiego otrzymał dopiero pod koniec siedemnastego wieku, więc ten wyrok zapadł w innym porządku prawnym niż sprawy osiemnastowieczne z tej samej listy.
Skąd to wiadomoProtokół sądu miejskiego Debreczyna, wyrok z 8 czerwca i zapis z 13 czerwca 1626 roku.
Debreczyn 1702: zwierzchnik tátosów i doły do zasypania
Zapis z tamtych czasówKtoś podawał się za zwierzchnika tátosów, żeby zebrać kopaczy skarbów. Sąd kazał sprawcom zasypać wszystkie doły w trzy dni.
Czytaj dalejDrugiego maja 1702 roku postawiono w Debreczynie zarzut Péterowi Kécsinálemu: że zadawał się z człowiekiem parającym się czarami i zataił przed miastem jego obecność. Oskarżony tłumaczył, że pewien młodzian mamił go zapewnieniem, iż jest zwierzchnikiem tátosów, że sam niezbyt w to wierzył, a pozostali wyciągnęli go na kopanie pieniędzy.
Dziesiątego lipca zapadł wyrok: Kécsináló i sześciu jego towarzyszy mają w ciągu trzech dni zasypać wszystkie doły, które w poszukiwaniu pieniędzy wykopali wokół miasta. Kara dosięgła szkody w gruncie, choć zarzut wyjściowy mówił o zadawaniu się z człowiekiem parającym się czarami i o zatajeniu go przed miastem; z zachowanego zapisu nie wynika, by sąd badał czyjąkolwiek moc, ale też nie wynika, żeby przestał ją uważać za rzecz karalną.
- Z akt nie wynika, czy ktokolwiek wierzył w zwierzchnika tátosów; wynika, że tak się przedstawiano, żeby zebrać ludzi z łopatami.
- Ta sama zwierzchność, z kapitanem i porucznikami, wraca w Debreczynie dziewięć lat później, co może świadczyć o obiegu miejscowej opowieści, a nie o istnieniu urzędu.
- Sprowadzenie sprawy do zasypanych dołów jest odczytaniem samego wyroku; postępowanie zaczęło się od zarzutu o czary i to on kazał miastu w ogóle się tym zająć.
Skąd to wiadomoProtokół sądu miejskiego Debreczyna, sprawy z 2 maja i 10 lipca 1702 roku.
Debreczyn 1711: trzy wygrane walki z niemieckimi tátosami
Zapis z tamtych czasówBácsi Anna sama nazywała siebie tátosem, wróżyła zagładę miasta i brała udział w kopaniu skarbów. Skończyła napiętnowana przez kata.
Czytaj dalejDwudziestego sierpnia 1711 roku przesłuchano w Debreczynie świadków przeciwko Annie Bácsi, żonie Mihálya Szaniszlaiego. Zeznali zgodnie, że mówiła o sobie, iż jest tátosem, że przepowiadała spalenie i zagładę miasta, że wypatrywała pieniędzy na drewnianym talerzu z chlebem, solą i igłą, a także z podrapanego paznokcia, i że sztuki wypatrywania uczyła się w Turcji.
Jeden ze świadków zapamiętał jej słowa, że trzykrotnie już stoczyła walkę z niemieckimi tátosami i za każdym razem wygrała. Kopiących zaprzysięgano przed robotą, że z wydobytych pieniędzy oddadzą część kapitanowi tátosów i jego porucznikom, ponieważ tak samo postąpić mieli ci, którzy skarb zakopali.
Dwunastego września sąd uznał za dowiedzione zarówno z zeznań, jak i z jej własnych ust, że nazywała siebie tátosem, mamiła ludzi wypatrywaniem pieniędzy, rzucała rózgi, z gwiazd wywodziła pożogę, wojnę i rozlew krwi. Zasłużyła według sądu na śmierć, lecz ze względu na długie więzienie, małoletnią sierotę i obietnicę poprawy darowano jej życie: kat miał ją napiętnować i wypędzić.
- Walka z niemieckimi tátosami brzmi jak późniejszy pojedynek o pogodę, ale w aktach nie ma ani byka, ani deszczu, ani transu: jest skarb i los miasta.
- Kapitan i porucznicy to porządek wojskowy epoki; nie wiadomo, czy to obraz oskarżonej, czy sformułowanie protokolanta.
- Niemieccy tátosowie padają w zeznaniu z roku, w którym kończyła się wojna z cesarzem, więc trzykrotna wygrana może odbijać podział polityczny miasta, a nie żadną rolę obrzędową.
- Wypatrywanie pieniędzy z talerza, z chleba, soli i igły oraz nauka wzięta w Turcji to repertuar wróżbiarski epoki, wspólny wielu oskarżonym niezależnie od nazwy; sama nazwa nie wnosi tu osobnej techniki.
Skąd to wiadomoProtokół sądu miejskiego Debreczyna nr 30, zeznania z 20 sierpnia i wyrok z 12 września 1711 roku.
Komitat Békés 1721: tátos oskarżony o pieśni
Zapis z tamtych czasówAndrás Suppuny uchodził za tátosa, a zarzut wyliczał jego pieśni i rozpalony ogień. Wyrok zależał od tego, czy wytrzyma tortury.
Czytaj dalejSprawa Andrása Suppunyego, zwanego też Harangöntő, toczyła się w komitacie Békés od stycznia 1721 roku do maja tegoż roku. Uchodził za tátosa, a akt oskarżenia kładł nacisk na to, że ma pieśni czartowskie oraz że rozpaliwszy pogański ogień prosił o pomoc księcia ciemności; sam zarzut mówi więc o śpiewie i ogniu, nie o locie ani o zwierzęcej postaci.
Wyrok z maja 1721 roku uzależnił karę od tortur: jeżeli przyzna się do winy, ma być spalony, jeżeli nie przyzna się, ma być wypędzony z komitatu. Wyniku badania nie zapisano w zachowanym przekazie, więc nie wiadomo, czy ogień się dopełnił, czy sprawa skończyła się wygnaniem.
- Zdanie o czartowskich pieśniach jest sformułowaniem oskarżyciela i może opisywać zwykłe zamawianie choroby, a nie żaden obrzęd.
- To jedna z nielicznych spraw męskich: w zapisach z tym słowem mężczyźni występują w trzech sprawach i zwykle na drugim planie.
- Mężczyźni nie są w tych aktach tylko tłem: w dwóch z trzech spraw, w których pada to słowo, mężczyzna jest głównym oskarżonym albo głównym oszustem, a nie postacią poboczną — przewaga kobiet w całym zbiorze procesów nie przenosi się wprost na sprawy z tą nazwą.
- Czartowskie pieśni i pogański ogień to formuły aktu oskarżenia, powtarzane w setkach spraw bez związku z jakąkolwiek nazwą miejscową; z samego zarzutu nie odczyta się, co ten człowiek robił.
Skąd to wiadomoAkta komitatu Békés, sprawa tocząca się od stycznia do maja 1721 roku.
Debreczyn 1724: o co ją oskarżono
Zapis z tamtych czasówSzept nad chorym, żuki latające zimą i zdanie, że ona i jej córka są tátosami. Z tego zbudowano akt oskarżenia i żądanie stosu.
Czytaj dalejPrzeciwko Erzsébet Balázsi, w aktach zapisywanej jako żona Andrása Barthy, oskarżyciel miejski wyliczył: leczenie szeptem i nacieraniem, zamknięte drzwi otwierające się same z łoskotem, tłuczenie sprzętów w komorze, wielkie bzykające żuki latające w środku zimy. Gdy chorzy pytali, co to znaczy, odpowiadała, że psy się gniewają.
Dalej zarzucono jej, że mówiła, iż nocami dręczą ją czarownice za to, że leczy chorych, że rozgłaszała, iż ona i jej córka są tátosami, i że namawiała ludzi do kopania w ogrodach za pieniędzmi, z których część miała oddawać wspólnikom. Oskarżyciel żądał najpierw tortur na wydanie towarzyszy, a potem spalenia żywcem, powołując się na wiersz z Księgi Wyjścia i na artykuł ustawy z 1527 roku.
Obrońca Ferenc Budaházi odpowiadał, że żaden świadek nie zeznał o zepsuciu komukolwiek zdrowia, że lekarz nie staje się czarownicą przez to, iż chory umarł, że świadkowie skłóceni z oskarżoną nie są dopuszczalni według obowiązującego podręcznika procesowego i że bez jasnego dowodu nie wolno nawet żądać tortur. Oskarżyciel odparł, że nazywanie siebie tátosem było wabikiem na pacjentów.
- Sąd nie rozpatrywał tátosa jako odrębnego urzędu: całość szła pod czary, oszustwo i konszachty z diabłem.
- Zdanie oskarżyciela, że nazwa służyła za wabik, jest chwytem procesowym, a nie ustaleniem o wierzeniach miasta.
- Przepisy przywołane przez oskarżyciela mówią o czarach i o zabójstwie czarem, a nie o tátosach: żadna węgierska ustawa tej nazwy nie zna, więc podstawa prawna została do sprawy dobrana, a nie w niej znaleziona.
- Spór toczył się o to, czy komukolwiek zepsuto zdrowie, a nie o to, kim jest tátos; obie strony traktowały nazwę jako okoliczność sprawy, nie jako przedmiot rozstrzygnięcia.
Skąd to wiadomoAkta sprawy Erzsébet Balázsi w Debreczynie, postępowanie z lat 1724-1726.
Co powiedziała pod torturą
Zapis z tamtych czasówTátosem robi Bóg w łonie matki, nauczyć tego nie można, a walczy się w niebie o panowanie. Tak brzmią odpowiedzi z protokołu tortur.
Czytaj dalejZapytana, jaką moc i jaki urząd mają tátosowie, odpowiedziała, że walczą w niebie o panowanie. Walczyła i ona, ponieważ Bóg wyznaczył im zwierzchników; towarzyszem był Nagy János z Újfalu, walka odbyła się na Hortobágy przy kopcu zwanym Szendelik, zeszłego roku w czasie winobrania, a wyruszyli o jedenastej za dnia i dotarli na miejsce pod wieczór.
Przesłuchana w obecności rajcy i dwóch notariuszy zeznała, że leczenia nauczył ją brat, Pál Balázsi, że sama jest tátosem i że jest nim także jej dwunastoletnia córka Ersók, urodzona z dwoma zębami w dziąśle. Na pytanie, kogo tego uczyła, odpowiedziała, że nikogo, ponieważ tátosa formuje Bóg w łonie matki.
Na pytanie, czy szła pieszo, odpowiedziała, że niósł ją Bóg pod swoimi skrzydłami i że daje skrzydła jak ptakowi. W tych odpowiedziach nie ma ani byka, ani ogiera, ani bębna, ani drzewa: jest imię towarzysza, nazwa kopca, termin liczony winobraniem i zwierzchność wyznaczona z góry. Nie pada też żaden wyraz na trans ani na odejście duszy, choć samo przeniesienie w powietrzu zostało opisane, i tej różnicy między brakiem słowa a brakiem rzeczy nie wolno zacierać w żadną stronę.
- Pytania układał sąd i to one wyznaczają, co dało się usłyszeć; odpowiedzi padły pod torturą.
- Miejsce i pora są podane aż nazbyt dokładnie, lecz nie ma świadka, który potwierdziłby cokolwiek poza tym, że kobieta tak mówiła.
- Nazwa kopca pada wyłącznie w tym protokole i nie potwierdza jej żaden inny zapis miejsca; brzmi konkretnie, lecz sprawdzić jej nie ma na czym.
Skąd to wiadomoProtokół przesłuchania pod torturą w Debreczynie, akta sprawy z lat 1724-1726.
Wyrok z 19 stycznia 1726: dom zrównany z ziemią
Zapis z tamtych czasówObstawała przy tym, że jest tátosem i że lata powietrzem na zgromadzenia, gotowa potwierdzić to śmiercią. Darowano jej życie, rozebrano dom.
Czytaj dalejNa rozprawie końcowej dziewiętnastego stycznia 1726 roku odnotowano, że oskarżona zaprzeczyła wszystkim obciążającym punktom z zeznań świadków, przyznała natomiast zarówno w badaniu łagodnym, jak i podczas tortur, że należy do tych, których pospolicie zwie się tátosami, i że latając powietrzem bywała na zgromadzeniach towarzyszy dotkniętych tym samym zabobonem.
Zapisano też jej oświadczenie, że gotowa jest potwierdzić to wyznanie własną śmiercią. Sąd uznał, że dowodu zasługującego na karę gardła nie przedstawiono, więc darował karę zwyczajną, ale żeby występek nie został bez kary, skazał ją na wieczyste wygnanie, a dom, w którym mieszkała, kazał rozebrać i zrównać z ziemią jako warsztat złych uczynków i przestrogę dla innych.
Rachunek jest tu wyraźny: sąd nie uwierzył na tyle, by zabić, i uwierzył na tyle, by zburzyć dom. Do wyroku końcowego weszły z jej wyznania tylko lot i zgromadzenie, bez walki zwierząt o deszcz; szersze odpowiedzi, o walce w niebie i o towarzyszu, zapisano wcześniej, w protokole badania, a oba zapisy powstały pod przymusem i czytać je trzeba osobno.
- Gotowość na śmierć zapisał protokolant w streszczeniu, nie zaś sama oskarżona własnym pismem.
- Rozbiórka domu była na Węgrzech karą stosowaną także w sprawach niezwiązanych z czarami, więc nie mierzy grozy samego zarzutu.
- Wyrok i protokół badania podają różny zakres wyznania, więc mówiąc o jej własnych słowach należy za każdym razem wskazać dokument; inaczej zeznanie wymuszone torturą zaczyna uchodzić za potwierdzone.
Skąd to wiadomoWyrok sądu miejskiego Debreczyna z 19 stycznia 1726 roku, wpisany do protokołu zwanego czarnym.
Komitat Ugocsa 1729: cały tátos i pół tátosa
Zapis z tamtych czasówFéltátos, czyli pół tátosa, znany jest z jednego zdania zasłyszanego przez współwięźniarkę i powtórzonego w urzędowym liście z 1729 roku.
Czytaj dalejPrzeciwko Anók Fejér toczyło się w komitacie Ugocsa postępowanie, w którym najciężej ważyło to, że po jej znachorskich zabiegach zdarzały się zgony. Wyrok brzmiał: wypędzenie z komitatu i dożywotni zakaz powrotu; w pisemnym zobowiązaniu sama przyznała, że jedna z leczonych kobiet umarła u niej i że rzecz zataiła.
Dwudziestego ósmego czerwca 1729 roku rada miasta Nagykálló zawiadomiła wicekomesa komitatu, że badała sprawę i że ani żywi, ani skazani i już spaleni wyrokiem tamtejszego sądu nie powiedzieli nic o jej czarach. Jedna wszakże z uwięzionych, Sófia Horváth, podająca się również za znachorkę, zeznała, że słyszała od Anók Fejér zdanie o stopniu: zanim zaszkodził jej tatar, była całym tátosem, teraz jest już tylko połowicznym.
Słowo féltátos pada w tym liście jako rzecz oczywista dla mówiącej i nigdzie nie jest objaśnione. Nie wiadomo, co odbiera stopień, ani czy mowa o najeździe, o człowieku, czy o chorobie tak nazwanej, a przekazicielką jest kobieta siedząca w tym samym areszcie i mająca powód, by mówić. Sześć lat później, w sąsiadującym komitacie, o połowicznym tátosie mówi o sobie inna oskarżona, więc to stopniowanie nie jest jednorazową odzywką jednej więźniarki.
- Zdanie pochodzi z drugiej ręki, z listu pisanego po to, by uzasadnić decyzję władzy przed wyższą instancją.
- Stopniowanie mocy nie występuje w żadnej innej sprawie z tym słowem, więc nie wiadomo, czy było powszechne, czy jednostkowe.
- Połowiczny tátos pada w aktach dwa razy, w odstępie sześciu lat i w sąsiadujących komitatach, co równie dobrze świadczy o wędrującej formule mowy, jak o jakimkolwiek stopniu mocy.
Skąd to wiadomoList rady miasta Nagykálló do wicekomesa komitatu Ugocsa z 28 czerwca 1729 roku, w aktach sprawy 1728/1729.
Komitat Bereg 1735: urodzony i wyuczony
Zapis po fakcieBorsi Ilona nazwała siebie tátosem urodzonym, dodając, że bywają też tátosowie wyuczeni. Innego takiego rozróżnienia w aktach nie ma.
Czytaj dalejW 1735 roku sąd patrymonialny dóbr munkaczewskich prowadził w komitacie Bereg śledztwo przeciwko kobiecie imieniem Ilona Borsi, która mówiła o sobie, że jest połowicznym tátosem, a przy tym tátosem urodzonym, oraz że istnieją również tátosowie wyuczeni. Wyniku śledztwa nie znamy; najprawdopodobniej skończyło się wypędzeniem z komitatu.
Rozróżnienie ma wagę, bo folklor zapisany sto i sto pięćdziesiąt lat później upiera się, że roli tej nie można się nauczyć i że nadaje ją wyłącznie urodzenie. W protokole rozróżnienie wprowadza sama oskarżona, i jest to u niej podział praktyczny, nie zasada wiary, której ktoś miałby bronić.
- Sprawa znana jest z krótkiego sprawozdania, a samych akt dziś się nie wskazuje.
- Podział na urodzonych i wyuczonych może pochodzić z sąsiedztwa garabonciása, o którym mówiono wprost, że swojej sztuki się uczył.
- To drugi w tych aktach zapis połowicznego tátosa, po sprawie ugocsańskiej z 1729 roku; dwa wystąpienia w sześciu latach i w sąsiadujących komitatach mogą znaczyć jedną wędrującą odzywkę, a nie ustalony stopień.
- Z podziału na urodzonych i wyuczonych, zapisanego bez akt i bez świadka, nie da się zbudować żadnej reguły: jest to jedno zdanie oskarżonej, przekazane w streszczeniu.
Skąd to wiadomoSprawozdanie ze śledztwa sądu patrymonialnego dóbr munkaczewskich w komitacie Bereg, 1735 rok.
Czego w aktach nie ma
Zapis z tamtych czasówW drukowanym zbiorze akt słowo pada w siedmiu sprawach, między 1626 a 1735 rokiem. Transu nie ma tam ani razu, pojedynku byków też nie.
Czytaj dalejUrodzenie z zębem pojawia się w całym tomie jeden raz i dotyczy dziecka, nie oskarżonej. Słów na trans i na odejście duszy, które później staną się rdzeniem obrazu szamana, nie ma w tych aktach wcale. Nie ma też pojedynku dwóch byków o deszcz: byk występuje tam wyłącznie jako postać, w którą miały się przemieniać czarownice.
Sprawy, w których pada to słowo, układają się w krótki szereg: Debreczyn w 1626, 1702, 1711 oraz w postępowaniu z lat 1724-1726, komitat Békés w 1721, komitat Ugocsa w latach 1728-1729 i komitat Bereg w 1735. Wszystkie leżą na wschodzie, wokół Debreczyna i wzdłuż górnej Cisy, i mieszczą się w stu dziewięciu latach, lecz nie w jednym państwie: sprawa z 1626 roku zapadła, gdy miasto leżało w orbicie księstwa siedmiogrodzkiego, pozostałe po przejściu tych ziem pod panowanie habsburskie.
Dla skali: z lat 1520-1780 zestawienia zbiorcze podają tysiąc czterysta osiemdziesiąt dwie oskarżone kobiety i stu sześćdziesięciu oskarżonych mężczyzn, czyli tysiąc sześćset czterdzieści dwie osoby, natomiast liczba samych postępowań bywa podawana rozmaicie, ponieważ jedna sprawa obejmowała czasem kilkoro ludzi. Żadnej z tych liczb nie wyczytano z akt, lecz z sumowania, a wobec tej skali sprawy z omawianym słowem są ułamkiem, nie warstwą, i żadna z nich nie toczyła się o urząd ani o kult.
- To jeden drukowany zbiór, a nie wszystko, co się zachowało: archiwa komitackie i miejskie mieszczą więcej spraw.
- Brak słowa w sprawach zachodnich może wynikać z odmiennego słownictwa sądów, a nie z braku ludzi tak nazywanych.
- Brak wyrazu na trans nie znaczy braku rzeczy: w protokole z lat 1724-1726 opisano przeniesienie w powietrzu i zgromadzenie towarzyszy, tyle że bez terminu, którym późniejsze opracowania to nazwały.
- Zdania o tym, czego w tomie nie ma, mają moc tylko dla tego jednego tomu i dla spraw w nim wydrukowanych; kolejne akta z archiwów komitackich mogą je obalić pojedynczym wpisem.
Skąd to wiadomoDrukowany zbiór akt procesów o czary z XVI-XVIII wieku; zestawienia liczby procesów z lat 1520-1780.
Znak, choroba i porwanie w siódmym roku
Zebrane z ustZąb przy urodzeniu, nadliczbowy palec, sekret trzymany przez rodzinę, a potem choroba i zabranie dziecka w siódmym roku życia.
Czytaj dalejZnakiem jest nadliczbowa kość: ząb obecny przy narodzinach albo podwójny szereg zębów, szósty palec u ręki. Rodzina ma to zataić, bo gdy ząb zostanie wyjęty albo tajemnica wyjawiona, dziecko nie zostanie táltosem albo umrze; w wielu zapisach noworodek odzywa się zaraz po urodzeniu, co również trzeba przemilczeć.
Zabranie trwa trzy albo siedem dni: ciało leży sztywne, dusza wędruje na tamtą stronę, widzi zmarłych i zdobywa wiedzę, po czym powracający potrafi opowiedzieć, co widział. W rozproszonych przekazach mowa też o rozczłonkowaniu kandydata, które ma sprawdzić, czy naprawdę ma kość nadliczbową.
Powołanie przychodzi jako choroba i przymus. Istoty z tamtej strony wymuszają zgodę, a opierającego się kaleczą; najczęściej w siódmym roku życia, rzadziej dopiero w wieku kilkunastu lat, zabierają dziecko, czasem w postaci konia lub byka. W jednym z zapisów z komitatu Sopron chłopiec urodził się z zębem, a gdy skończył siedem lat, przyszedł po niego koń.
Dorosły táltos ma drzewo z gałęziami sięgającymi nieba, kij rosnący w górę albo roślinę wystrzelającą nagle wysoko; wszedłszy na nie rozmawia ze zmarłymi, przepowiada, wskazuje zgubione bydło i skradzione rzeczy, a w przekazie z komitatu Bihar śpiewa stamtąd o deszcz. Jego pokarmem jest mleko i jaja. Wiarę w nadliczbową kość zapisano w ponad stu miejscowościach, od zachodniego pogranicza po wsie mołdawskie i bukowińskie, przy czym mapa tak rozciągnięta łączy w jedno Węgrów znad Dunaju, Seklerów i Czangów, czyli grupy o osobnych dziejach i osobnym sąsiedztwie językowym.
- Wszystkie te szczegóły zapisano w dziewiętnastym i dwudziestym wieku, gdy rzecz już nie działała; w aktach procesowych z nich występuje wyłącznie ząb, i to raz.
- W spisie z podsegedyńskiej wsi, ogłoszonym w 1971 roku, ten sam człowiek bywa nazwany táltosem, uzdrowicielem i widzącym zmarłych: nazwa opisuje rolę we wsi, a nie stan.
- Rozczłonkowanie kandydata należy do tych szczegółów, które karta o rekonstrukcjach wskazuje jako dopasowanie do wzoru syberyjskiego; zapisano je rzadko i głównie tam, gdzie pytano już o szamana, więc ważyć je trzeba ostrożnie.
- Liczba miejscowości mierzy zasięg zbierania, nie zasięg wiary: policzone jest to, gdzie ktoś pojechał i zapytał, a milczenie mapy w innych stronach nie ma wartości dowodu.
Skąd to wiadomoZapisy wierzeń z XIX i XX wieku, m.in. z komitatów Sopron i Bihar oraz ze wsi bukowińskich; mapa zasięgu obejmująca 108 miejscowości.
Walka byków o deszcz i grad
Zebrane z ustDwaj táltosowie ścierają się jako byki różnej maści, rzadziej ogiery albo płomienie. Stawką jest deszcz dla swojej wsi i grad dla cudzej.
Czytaj dalejWalka ma postać pojedynku: dwa byki, rzadziej ogiery, ogniste koła albo płomienie błękitny i czerwony. Maści są zawsze przeciwstawne, biała, płowa i czarnodymna u byków, siwa i gniada u ogierów, a zwycięża zwykle zwierzę jaśniejsze. Pojedynkowi towarzyszy wicher, burza i grad, który omija wieś zwycięzcy albo spada na cudze pole.
Przegrany ginie albo znika z okolicy na zawsze. W podaniu z Szajánu w komitacie Torontál dwie bycze postacie pojawiły się na granicy wsi w czasie burzy i biły się na ziemi; wcześniej byk w ludzkiej postaci, w szarej sukmanie, prosił ludzi o pomoc, a gdy ci uderzyli jego przeciwnika, deszcz spadł na ich pole. Gdyby wygrał byk czerwony, zabrałby deszcz z tej okolicy.
Nazwiska bywają znane: o táltosie z Sárrétu imieniem Ferenc Csuba krążyły opowieści o walce ze smokiem, a rysunek przedstawiający go z tym smokiem powstał w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku. To jest cała podstawa dla obrazu, który dziś idzie na czele każdego opisu: podania i jeden rysunek, sto lat po ostatnim procesie.
- Walka o pogodę jest najmocniejszym pojedynczym motywem i zarazem najpóźniejszym: w żadnych aktach procesowych jej nie ma.
- Ten sam motyw występuje u sąsiadów południowosłowiańskich, więc jego obecność nie rozstrzyga o rodowodzie stepowym ani przeciw niemu.
- Zestaw maści i zwycięstwo zwierzęcia jaśniejszego pochodzą z niewielu przekazów i bywają w nich odwrócone; ułożenie ich w regułę jest robotą porządkującego, a nie zapisem wsi.
- Nazwisko i rysunek dotyczą jednego człowieka z jednej okolicy; z pojedynczej postaci znanej z opowieści nie da się odczytać ani zasięgu, ani wieku samego motywu.
Skąd to wiadomoPodania wierzeniowe zapisane w XIX i XX wieku, m.in. z Szajánu w komitacie Torontál i z Sárrétu; rysunek z lat trzydziestych XIX wieku.
Ci sami ludzie u sąsiadów
Zapis z tamtych czasówWalkę duszą o plon własnej wsi opisują akta z Friulu od 1575 roku, proces inflancki i zapisy chorwackie, serbskie oraz bułgarskie.
Czytaj dalejWe Friulu od 1575 roku toczyły się postępowania inkwizycyjne przeciwko ludziom, którzy zeznawali, że urodzili się w błonie płodowej i wychodzą nocami, duchem i gromadnie, żeby bić się o urodzaj z tymi, którzy zboże zabierają. Nazywali siebie benandanti, a sprawy ciągnęły się przez kilka pokoleń, zanim sędziowie przerobili te zeznania na sabat.
W Inflantach pod koniec siedemnastego wieku człowiek imieniem Thiess tłumaczył sądowi, że wychodzi jako wilk i odbiera piekłu zabrane zboże, i uważał to za robotę pożyteczną. U Słoweńców i Chorwatów tę samą rolę pełni kresnik, u Serbów i Chorwatów zduhač urodzony w błonie, u Bułgarów i Macedończyków zmej poczęty przez ojca zwierzęcego, walczący ze smokami gradowymi.
Zestawienie ma konsekwencję rachunkową: pojedynek o pogodę dla własnej wsi, prowadzony poza ciałem i w zwierzęcej postaci, ma najbliższych krewnych na zachód i na południe od Węgier, a nie na stepie. Różnicę robi znak urodzenia: u sąsiadów na czele stoi błona płodowa, u Węgrów ząb i nadliczbowa kość, choć o dziecku urodzonym w błonie mówi się i po węgiersku, jest to więc przewaga jednego znaku nad drugim, a nie wyłączność.
- Wspólnota motywu nie przesądza kierunku ani wieku zapożyczenia; może oznaczać wspólnotę problemu, którym był urodzaj.
- Podobieństwo nie usuwa różnicy: znak urodzenia jest w każdej z tych tradycji inny, a inny znak oznacza inną drogę wejścia w rolę.
- Zestawiono tu dwie warstwy różnego rodzaju: akta procesowe z szesnastego i siedemnastego wieku obok zapisów ludowych z dziewiętnastego i dwudziestego, a takie zestawienie mierzy podobieństwo obrazów, nie podobieństwo praktyk.
Skąd to wiadomoAkta inkwizycji we Friulu od 1575 roku; proces inflancki z końca XVII wieku; zapisy południowosłowiańskie z XIX i XX wieku.
Szaman ułożony po fakcie, z datami
Ułożone przy biurkuNikt nie nazywał táltosa szamanem przed dziewiętnastym wiekiem. Zestawienie cecha po cesze ogłoszono w 1949, 1958 i 1967 roku.
Czytaj dalejPierwsze wielkie złożenie węgierskiej mitologii z wierzeń ludowych ukazało się w 1854 roku i to z tej warstwy pochodzi większość zdań, które dziś krążą jako pradawne. W 1949 roku zaproponowano, by czasowniki mówiące o skryciu się i uniesieniu uznać za dawne słownictwo transu, a w 1958 i 1967 roku ogłoszono zestawienia dopasowujące każdą cechę táltosa do szamana syberyjskiego.
W tych zestawieniach nadliczbowa kość stała się śladem próby rozczłonkowania, koń pamiątką po bębnie, a drzewo z gałęziami osią świata. Daty przeciwne należą do tego samego szeregu: w 1925 roku ogłoszono zdanie, że węgierska wiara ludowa jest wiarą słowiańską, a w 1983 roku wyprowadzono walkę o pogodę od południowosłowiańskich zaklinaczy pogody.
Od 2004 roku wychodzi nadto seria książek ogłaszająca ocalałą tajną naukę z całą hierarchią urzędów, którą podaje się jako pogańskie dziedzictwo. Żaden z tych urzędów nie pojawia się w dokumencie sprzed dziewiętnastego wieku, a lista węgierskich bóstw sprzed chrztu nie istnieje w żadnym języku i w żadnym zapisie.
- Datowanie rekonstrukcji nie rozstrzyga sporu o ciągłość: pokazuje tylko, że obraz, którym się dziś operuje, powstał po zaniku rzeczy.
- Odrzucenie ciągłości również nie zostało wykazane; wykazane jest to, że każde jej ogniwo podpiera zapis późniejszy od rzeczy o kilkaset lat.
- W dawnych zapisach są pojedyncze wyrazy na bóstwo i na moc, lecz żaden z nich nie stoi w szeregu z innymi imionami; dzisiejsze listy węgierskich bóstw powstają właśnie na tym kroku, przez dopisanie szeregu do jednego wyrazu.
- Podane daty są datami ogłoszenia, nie datami powstania poglądu, i nie rozstrzygają, czy zestawiający miał rację; rozstrzygają tylko, że obraz, o który się dziś spiera, jest młodszy od rzeczy, którą opisuje.
Skąd to wiadomoOpracowania ogłaszane od 1854 do 1983 roku oraz seria książek wydawana od 2004 roku.
Po kogo posyłano we wsi
Javasasszony, bába i pasterz
Dział, który zaczyna się od táltosa, a kończy na czarownicy, zostawia wieś bez tych, do których naprawdę się chodziło. Po javasasszony posyłano wtedy, gdy zawiodły domowe sposoby, babę wołano przy porodzie i przy chorym niemowlęciu, a pasterza sprowadzano do krowy wcześniej, niż kogokolwiek do człowieka. Role te różnią się zakresem, zapłatą i zarzutem, jaki za nie stawiano przed sądem, a różnicę widać w papierach: w protokole przesłuchania, w rytuale z 1625 roku i w rozporządzeniu zdrowotnym z 1770. Na końcu stoi to, co dział dotąd odrzucał, nie pokazawszy — obrzęd znad Obu, oglądany i spisany, ze świętem niedźwiedzia i przysięgą na jego głowę.
Javasasszony: kobieta, po którą się posyłało
Zebrane z ustDomowe sposoby kończyły się tam, gdzie choroba nie ustępowała; wtedy posyłano po javasasszony, kobietę od ziół, kąpieli i słowa mówionego nad chorym.
Czytaj dalejWęgierskie słowo javas wyrosło z rdzenia oznaczającego dobro i naprawę, a javasasszony to ta, która chorobę odejmuje. Jej robota zaczynała się dopiero tam, gdzie kończył się repertuar domowy: wodę z wrzuconym węglem i obmycie twarzy przeciw urokowi umiała każda gospodyni, a po lecznicę posyłano wtedy, gdy po kilku dniach nic nie ustąpiło.
Sama nazywała siebie leczącą i przy tym obstawała przed sądem, odmawiając drugiej połowy zarzutu. Rozróżnienie miało dla niej wagę życia, bo za zdjęcie choroby groziła chłosta i wygnanie, a za jej nasłanie postępowanie gardłowe. Sędziowie pytali jednak nie o to, komu służy, lecz od kogo się nauczyła, czego używała i ile za to wzięła.
W zeznaniach wyliczano jej czynności rzeczowo: zioła zbierane w oznaczone dni, maść na smalcu, okadzanie poświęconym zielem, mierzenie chorej ręki albo nogi nicią, kąpiel z wody zaczerpniętej przed wschodem słońca i wylanej potem na rozstaju, wreszcie słowo mówione nad leżącym. Tymi samymi rękami leczyła ludzi i bydło, a przychodzono do niej z sąsiednich wsi.
- Rodowód słowa javas jest jasny, ciągłość samej praktyki sprzed XVI wieku nie została wykazana żadnym zapisem.
- Czy zakres javasasszony różnił się od zakresu tudós asszony, zależy od komitatu: w części akt oba słowa padają o tej samej osobie.
Skąd to wiadomoZeznania świadków i wyroki sądów komitackich oraz magistrackich, XVII–XVIII wiek; zapisy z ust ludzi, XIX–XX wiek
Tudós asszony: wiedza, której się nie nabywa
Zebrane z ustJavas uczył się rzemiosła od kogoś, tudós miał je dostać z zewnątrz: przez znak przy urodzeniu, przez ciężką chorobę albo przez naukę odebraną we śnie.
Czytaj dalejWęgierskie tudós znaczy tyle co wiedzący, a tudomány, o którym mówiono przy takiej kobiecie, nie jest w tych zeznaniach nauką, lecz mocą — czymś, co się ma albo czego się nie ma. Pytana przed sądem, skąd to wzięła, odpowiadała zwykle, że nikt jej nie uczył, że przyszło we śnie albo że pokazała jej to zmarła matka.
Taka odpowiedź ustawiała ją inaczej niż zielarkę. Kto bowiem przyjmował, że umiejętność przychodzi z zewnątrz i sama się narzuca, nie mógł jej odebrać zakazem ani nauką, a sąd tracił najwygodniejsze ze swoich pytań — o mistrza i o zapłatę za termin. Dlatego protokoły wracają do tego wątku po kilka razy i notują wszystkie warianty odpowiedzi.
Tego samego słowa używano o mężczyznach, zwłaszcza o pasterzach, i tą samą drogą wchodził w akta táltos, któremu poświęcona jest osobna sekcja. Granica przebiegała nie między dobrą a złą mocą, lecz między wiedzą nabytą a otrzymaną, i dopiero ta druga budziła w sądzie pytanie o źródło.
- Czy tudós asszony i javasasszony to dwie role, czy dwa określenia jednej, rozstrzyga w aktach kontekst, nie słownik.
- Zdanie o nauce odebranej we śnie bywa i wyznaniem, i przyjętą formułą obrony, a protokół nie pozwala tych dwóch rzeczy rozdzielić.
Skąd to wiadomoProtokoły przesłuchań sądów komitackich i magistrackich, XVII–XVIII wiek; zapisy terenowe z XIX i XX wieku
Néző z obcej wsi wskazuje sprawcę
Zebrane z ustKto stracił mleko albo miał chore dziecko, jechał do wróżącego w obcej wsi i wracał z opisem sąsiadki; od tego opisu zaczynała się nieraz sprawa sądowa.
Czytaj dalejSądy notowały tę podróż skrupulatnie, bo same ją karały: wyprawa do wróżącego uchodziła za zabroniony zabobon, a zarazem była najlepszym dowodem, że pokrzywdzony od początku szukał winnego wśród sąsiadów. W jednym protokole potrafią więc stać obok siebie trzy rzeczy — wróżba, oskarżenie z niej wyprowadzone i kara wymierzona obu stronom.
Néző znaczy patrzący i na tym właśnie polegała ta robota: patrzył w szklankę wody, w lustro, w wodę z wrzuconymi węglami albo obracał sito nasadzone na nożyce, a potem mówił, jak wygląda ten, kto szkodę zrobił. Wraca przy tym w zeznaniach z różnych komitatów ta sama okoliczność: po wróżbę jechano poza własną wieś, do kogoś obcego.
Odpowiedź rzadko bywała imieniem. Padał opis — wzrost, ułomność, strój, sąsiedztwo domu — a dopasowanie do konkretnej osoby robił już pytający, u siebie w domu, korzystając ze wszystkiego, co o sąsiedzie wiedział wcześniej. Tak rodziło się oskarżenie, które przed sądem brzmiało już jak pewność świadka.
- Jak często wskazanie wróżącego prowadziło wprost do procesu, nie da się policzyć: akta notują je wtedy, gdy sprawa i tak trafiła do sądu.
- Obracanie sita bywa czytane jako ślad dawnego wieszczenia; w zapisach służy do wskazania złodzieja i nie ma w nich żadnej treści religijnej.
- Treści takich opisów nie przytacza się tutaj jako przykładu, ponieważ akta podają je w streszczeniu pisarza sądowego, nie słowami wróżącego.
Skąd to wiadomoZeznania świadków w sprawach o czary, sądy komitackie Królestwa Węgier, XVII–XVIII wiek
Zapłata policzona w protokole
Zebrane z ustKura, bochen chleba, miarka mąki, dzban wina i kilka groszy — świadkowie wyliczali zapłatę co do sztuki, bo z niej sąd robił dowód uprawianego rzemiosła.
Czytaj dalejZapłata stoi w tych aktach zawsze, ponieważ świadkowie liczyli ją co do sztuki: kura, bochen chleba, miarka mąki, połeć słoniny, dzban wina, czasem kilka groszy albo para butów. Brano ją częściej w naturze niż w monecie, a przy trudniejszej robocie z góry, co powtarzano przed sądem chętnie, bo brzmiało jak zadatek na rzecz niepewną.
Sądowi zapłata potrzebna była do czegoś innego niż wsi. Sąsiad widział w niej cenę przysługi, sędzia zaś dowód, że ma przed sobą rzemiosło uprawiane stale i dla zysku, a nie jednorazową pomoc udzieloną z litości. Pytanie, ile wzięła i od kogo, miało przy tym tę własność, że każda odpowiedź dokładała kolejne nazwisko do listy świadków.
Wysokość tych kwot tłumaczy się prosto: lecznica była tania i blisko. Cyrulika opłacało się inaczej, a lekarza we wsi nie było wcale — dopiero rozporządzenie z 1752 roku kazało komitatom utrzymywać własnego fizyka, a jeden taki urząd obsługiwał cały komitat i długo jeszcze pozostawał dla wsi adresem odległym.
- Z wyliczeń świadków nie da się odtworzyć stawek: podawano je po latach i w sprawie, w której wysokość zapłaty obciążała oskarżoną.
- Odmowa przyjęcia zapłaty bywała linią obrony i pojawia się w zeznaniach zbyt regularnie, by uznać ją za opis zwyczaju.
- Ilu fizyków komitackich rzeczywiście urzędowało po 1752 roku i jak rozkładali się w terenie, nie zostało tu policzone.
Skąd to wiadomoProtokoły zeznań świadków, sądy komitackie i magistraty, XVII–XVIII wiek; rozporządzenie o fizykach komitackich z 1752 roku
Kto umie odjąć, ten umie nasłać
Zebrane z ustTa sama umiejętność tłumaczyła uzdrowienie i szkodę, więc lecznicę wzywano do chorego, a po latach pozywali ją do sądu dokładnie ci sami ludzie.
Czytaj dalejReguła, którą wieś stosowała bez namysłu, brzmiała: kto potrafi chorobę odjąć, potrafi ją także nasłać. Nie jest to teoria sądowa ani nauka z ambony, lecz sposób rozumowania świadków, widoczny w budowie ich zeznań — najpierw opowiadają, że pomogła, a potem, że musiała wiedzieć, skąd się wzięło, skoro wiedziała, jak to zdjąć.
Stąd bierze się rzecz, która w protokołach uderza najmocniej: świadek potrafi w jednym zeznaniu podziękować oskarżonej za wyleczone dziecko i zaraz zażądać dla niej kary za drugie, które umarło. Obie części są dla niego spójne, ponieważ obie mówią o jednej i tej samej mocy, tyle że obróconej w dwie strony.
Najgroźniejsze bywało samo rozpoznanie. Zdanie, że chory został zepsuty przez człowieka, wprowadzało do sprawy winnego, którego trzeba było potem wskazać, więc rozpoznanie i oskarżenie wychodziły z jednych ust. Kiedy zaś kuracja nie skutkowała, ta sama logika obracała się przeciw leczącej.
- Nie wiadomo, ilu leczących nigdy nie zostało oskarżonych: akta zachowują z definicji tych, przeciw którym sprawę wszczęto.
- Czy reguła odwracalności jest starsza od procesów, nie zostało wykazane; poświadczona jest w zeznaniach, a te zaczynają się w XVI wieku.
Skąd to wiadomoZeznania świadków w sprawach o czary, Królestwo Węgier i Siedmiogród, XVI–XVIII wiek
Wyrok bez stosu: chłosta, rogatki, przysięga
Zapis z tamtych czasówGdy w aktach stało samo leczenie, a nie szkoda, zapadała zwykle chłosta, wypędzenie za rogatki i przysięga, że oskarżona nigdy więcej nie będzie leczyć.
Czytaj dalejWęgierskie sądy rozróżniały leczenie i szkodę wyraźniej, niż się dziś pamięta. Tam, gdzie świadkowie mówili o ziołach, kąpieli i zamawianiu, a nikt nie przypisał oskarżonej śmierci człowieka ani padłego bydła, wyrok szedł w stronę kary porządkowej: chłosta na rynku, wypędzenie za rogatki miasta lub poza granicę komitatu, czasem stanie pod pręgierzem.
Do tego dochodziła przysięga wpisywana do księgi: że nie wróci, że nie będzie więcej leczyć ani wróżyć, że w razie złamania słowa podda się karze surowszej. Zapis miał skutek całkiem praktyczny, ponieważ drugie postępowanie przeciw tej samej osobie zaczynało się już od stwierdzenia, że przysięgę złamała.
Pytania sądu układały się podobnie w komitatach odległych od siebie o kilka dni drogi: od kogo się nauczyła, co mówiła nad chorym, czego używała, ile wzięła i komu jeszcze to robiła. Protokół pyta zatem o rzemiosło, o rzeczy i o pieniądze, a zapisuje odpowiedzi na te właśnie pytania i na żadne inne.
- Udziału wyroków łagodnych w całości spraw nie da się podać, bo zachowanie akt jest nierówne między komitatami.
- Wypędzenie bywa w księgach zapisane jednym słowem i nie zawsze wiadomo, czy je wykonano.
- Podobieństwo pytań widać w zachowanych protokołach; czy brało się z przepisanego formularza, czy z praktyki sądów, nie zostało wykazane.
Skąd to wiadomoWyroki i księgi sądów komitackich oraz magistratów miast królewskich, XVII–XVIII wiek
Zamawianie ma metrykę: 1488 i 1578
Zapis z tamtych czasówNajstarsze węgierskie zamawiania zapisano około 1488 roku na wolnej karcie łacińskiej księgi, a w 1578 wydrukował ich garść kaznodzieja — po to, by je potępić.
Czytaj dalejDziewięćdziesiąt lat później te same formuły trafiły do druku z zupełnie innego powodu. Kaznodzieja Péter Bornemisza ogłosił w Semptem w 1578 roku księgę o pokusach diabelskich i wypisał w niej zasłyszane zamawiania wraz z dolegliwościami, przeciw którym ich używano, żeby czytelnik poznał tę praktykę i mógł ją odrzucić.
Najstarsze węgierskie zamawiania zapisano około 1488 roku na wolnych kartach łacińskiej księgi: trzy krótkie teksty, dotyczące choroby konia i dolegliwości człowieka. Wraca w nich ten sam układ — ktoś święty jedzie drogą, w drodze przytrafia się szkoda, a słowo wypowiedziane nad nią przywraca rzecz do porządku.
Skutek wyszedł odwrotny do zamiaru, a dla czytającego dziś pożyteczny, bo potępienie zachowało tekst. Węgierskie zamawianie jest dzięki temu poświadczone o pokolenia wcześniej niż akta procesowe, w których pada słowo táltos, a jego treść jest w obu zapisach chrześcijańska: wzywa Chrystusa i świętych.
- Datowanie zapisu z około 1488 roku opiera się na piśmie i na dacie księgi, do której go wpisano, nie na dacie w samym tekście.
- Z chrześcijańskiej formy zamawiania nie wynika ani to, że pod spodem leży starsza warstwa, ani to, że jej nie ma.
- Ile lat dzieli zapis z około 1488 roku od najstarszego aktu procesowego ze słowem táltos, zależy od tego, który zbiór akt się liczy; odstępu tego nie podaje się tutaj liczbą.
Skąd to wiadomoZamawiania wpisane do łacińskiego rękopisu około 1488 roku; druk o pokusach diabelskich, Sempte 1578
Bába: co robiła, gdy dziecko już leżało w kołysce
Zebrane z ustWiejska bába wiązała pępowinę, wrzucała monetę do pierwszej kąpieli, zakopywała łożysko i sama niosła dziecko do chrztu, bo matka nie mogła wyjść z domu.
Czytaj dalejRobota baby nie kończyła się przy porodzie, lecz wtedy dopiero wchodziła w obrzęd. Ona wiązała i przecinała pępowinę, ona przygotowywała pierwszą kąpiel, wrzucając do wody monetę, jajko albo czerwoną nitkę, ona zakopywała łożysko w wyznaczonym miejscu podwórza i pilnowała, żeby obcy nie zajrzał pierwszej nocy do kołyski.
Najważniejsze wynikało jednak z porządku domu i kościoła naraz. Przez sześć tygodni położnica nie przekraczała progu, więc to bába niosła dziecko do chrztu i stawała między narodzinami a sakramentem, a w niebezpieczeństwie śmierci chrzciła je sama, na miejscu. Ona też odprowadzała potem matkę do kościoła na wprowadzenie.
Później wracała do tego domu w innej roli: wzywano ją do chorego niemowlęcia, lała roztopiony ołów nad przestraszonym dzieckiem i robiła wodę z węglem przeciw urokowi. W wielu wsiach ta sama kobieta obmywała noworodka i nieboszczyka, przez co trzymała w ręku oba końce ludzkiego życia we wsi.
- Zakres czynności obrzędowych baby zmienia się z krainy na krainę; wspólny jest tylko chrzest z konieczności i pierwsza kąpiel.
- Czy ta sama kobieta obmywała zmarłych, zależy od wsi i nie jest regułą całego obszaru.
- Węgierska nazwa zabiegu wskazuje ołów; zapisy z niektórych okolic mówią o innym roztapianym metalu, a dawne nazewnictwo obu nie rozdziela ostro.
Skąd to wiadomoZapisy z ust ludzi, XIX–XX wiek; protokoły wizytacji parafialnych notujące baby po imieniu, XVII–XVIII wiek
Dwa egzaminy baby: pleban i fizyk komitatowy
Zapis z tamtych czasówNajpierw pytał ją pleban, czy umie ochrzcić w niebezpieczeństwie śmierci; od 1770 roku musiała zdać egzamin u lekarza komitatu i złożyć przysięgę.
Czytaj dalejPierwszy urzędowy egzamin baby nie dotyczył porodu, lecz sakramentu. Rytuał ostrzyhomski, wydrukowany w 1625 roku z polecenia arcybiskupa, nakazywał plebanowi pouczyć położne i sprawdzić, czy umieją ochrzcić dziecko w niebezpieczeństwie śmierci, z właściwą formułą i właściwą wodą, ponieważ od tego zależała ważność chrztu.
Protokoły wizytacji parafialnych notują potem imiona bab we wsiach oraz adnotację, czy sprawdzenie przeszły. Kościołowi chodziło o duszę, nie o rzemiosło, więc reszta ich czynności pozostawała poza nadzorem i stawała się kłopotem proboszcza dopiero wtedy, gdy zaczynała wyglądać na zamawianie albo na wróżenie.
Państwo weszło w to półtora wieku później. W 1766 roku wyszedł w Debreczynie pierwszy węgierski podręcznik sztuki babskiej, w 1769 otwarto w Nagyszombat wydział lekarski kształcący położne, a rozporządzenie zdrowotne z 1770 roku kazało babie zdać egzamin przed lekarzem, złożyć przysięgę i nie tykać niczego poza porodem.
- Rozporządzenie z 1770 roku opisuje stan pożądany, nie osiągnięty: egzaminowanych bab przybywało powoli i nierówno między komitatami.
- Zakaz wykraczania poza rzemiosło nie usunął z papierów tych samych czynności; zapisy z XIX wieku notują je dalej.
Skąd to wiadomoRytuał ostrzyhomski, druk z 1625 roku; podręcznik sztuki babskiej, Debreczyn 1766; rozporządzenie zdrowotne z 1770 roku
Pasterz: dlaczego akurat on
Zebrane z ustMieszkał poza wsią, spał przy stadzie, umiał puścić krew, nastawić kość i uwarzyć maść; po pasterza szło się do chorej krowy wcześniej niż po kogokolwiek.
Czytaj dalejPasterz miał to, czego we wsi nie miał nikt inny: dystans i wprawę. Mieszkał przez pół roku poza zabudową, przy stadzie, poza zasięgiem codziennego oka plebana i sąsiadów, a przy tym obracał w rękach żywe zwierzęta od świtu do nocy, co dawało mu wiedzę praktyczną, jakiej gospodarz nabierał wyrywkowo i przy okazji.
Umiał puścić krew, nastawić kość, wyciąć ropień w racicy, wykastrować, opatrzyć ranę po wilku i uwarzyć maść na łoju z ziołami. Tymi samymi rękami i tymi samymi maściami leczył ludzi, ponieważ granica między lekiem dla bydła a lekiem dla człowieka przebiegała w tej wiedzy nisko, a w niejednej wsi nie przebiegała wcale.
Do tego dochodziła usługa, za którą właściwie go najmowano: zapewnienie, że stado wróci w komplecie. Mówiono, że potrafi zawiązać wilkowi paszczę węzłem, że umie zatrzymać bydło w miejscu albo poprowadzić je za sobą — i właśnie ta część jego reputacji wchodziła później do akt, już jako zarzut postawiony mu przez pracodawców.
- Umiejętności pasterza z zakresu leczenia zwierząt są poświadczone rzeczowo; wiązanie wilczej paszczy poświadczone jest jako mowa o nim, nie jako czynność opisana przez świadka.
- Nie zostało wykazane, by pasterska wiedza o zwierzętach miała ciągłość sięgającą czasów przed chrztem.
Skąd to wiadomoZeznania świadków w sprawach o czary, XVII–XVIII wiek; zapisy z ust pasterzy, XIX–XX wiek
Pasterz w aktach: inne zarzuty niż kobiecie
Zapis z tamtych czasówKobiecie zarzucano mleko, kołyskę i gorączkę w domu; pasterzowi całe stado, wilka wpuszczonego na cudze owce i leczenie obcego bydła za zapłatą.
Czytaj dalejWśród oskarżonych o czary kobiety mają przewagę przygniatającą, a proporcję podaje osobno inna sekcja tego działu. Tutaj ważne jest co innego: w tej mniejszości mężczyzn pasterze, owczarze, wolarze i świniopasy tworzą największą rozpoznawalną grupę zawodową i to oni, nie mieszczanie ani rzemieślnicy, stawali przed sądem najczęściej.
Zarzut wygląda u nich inaczej niż u kobiety. Jej wypominano mleko odebrane sąsiadce, chore niemowlę w kołysce i zamówioną gorączkę, czyli szkodę w obrębie domu; jemu — całe stado, które padło, wilka wpuszczonego na cudze owce, grad sprowadzony na cudze pole oraz leczenie obcego bydła za pieniądze, bez pytania właściciela o zgodę.
Stąd pułapka dobrze widoczna w papierach: gospodarze najmowali go dlatego, że miał opinię człowieka z wiedzą, a potem tę samą opinię powtarzali przed sądem jako dowód winy. Bywa, że jedno zeznanie zawiera i okoliczności najmu, i oskarżenie, a świadek nie widzi w tym żadnej sprzeczności.
- Udziału pasterzy wśród oskarżonych mężczyzn nie da się podać jedną liczbą dla całego kraju, bo zawód notowano nierówno.
- Przewaga zarzutów gospodarczych u mężczyzn może odbijać podział pracy, a nie osobną rolę obrzędową; jedno od drugiego w aktach nieoddzielone.
Skąd to wiadomoAkty oskarżenia i zeznania świadków, sądy komitackie Królestwa Węgier, XVII–XVIII wiek
Ksiądz miał na to własne obrzędy
Zapis z tamtych czasówRytuał ostrzyhomski z 1625 roku daje błogosławieństwo choremu, domowi, polu i bydłu, czyli dokładnie te usługi, po które wieś chodziła do lecznicy.
Czytaj dalejKościół nie zostawiał tego pola pustym. Rytuał ostrzyhomski z 1625 roku zawiera błogosławieństwa wody, świec gromnicznych, gardła w dzień świętego Błażeja trzeciego lutego, wina w dzień świętego Jana dwudziestego siódmego grudnia oraz ziół przynoszonych do kościoła piętnastego sierpnia, a obok tego chorego człowieka, domu, pola i bydła.
Są to dokładnie te same potrzeby, z którymi szło się do lecznicy: żeby krowa dała mleko, żeby dziecko przestało gorączkować, żeby grad ominął winnicę. Wieś korzystała z obu adresów bez poczucia wyboru, zabierała poświęcone zioła do obory, a wodę ze szentkút, czyli świętej studni, przynosiła do domu w butelce.
Różnica, którą sąd traktował poważnie, nie dotyczyła gestu, lecz uprawnienia. Ten sam zabieg — słowo nad chorym, woda, dym z ziela — bywał sakramentalium w ręku księdza i przestępstwem w ręku kobiety, a protokoły wizytacji pokazują, że duchowni zdawali sobie z tej konkurencji sprawę i skarżyli się na nią wprost.
- Z podobieństwa gestów nie wynika, że jeden porządek wyrósł z drugiego; wynika tylko, że obsługiwały tę samą potrzebę.
- Skargi wizytatorów opisują stan widziany przez duchownego i nie są miarą tego, jak często do lecznicy rzeczywiście chodzono.
Skąd to wiadomoRytuał ostrzyhomski, druk z 1625 roku; protokoły wizytacji parafialnych, XVII–XVIII wiek
Chantowie i Mansowie: krewni, u których bóstwa mają imiona
Zapis z tamtych czasówNajbliżsi językowi krewni Węgrów siedzą nad Obem, a ich obrzęd oglądano i spisywano z ust żywych ludzi przez trzysta lat — z imionami bóstw włącznie.
Czytaj dalejChantowie i Mansowie, w dawnych rosyjskich papierach zwani Ostiakami i Wogułami, siedzą nad środkowym i dolnym Obem oraz nad Irtyszem, jakieś trzy tysiące kilometrów od Kotliny Karpackiej. Spis z 2010 roku naliczył ich blisko trzydzieści jeden tysięcy i ponad dwanaście tysięcy, przy czym mansyjską mową włada dziś mniej niż tysiąc osób.
Chrzest przyszedł do nich późno i twardo: w latach 1712–1715 metropolita tobolski Filoteusz objeżdżał ich siedziby, chrzcił całymi osadami i palił wizerunki. Obrzęd jednak trwał dalej, był oglądany przez następne dwa stulecia i spisywano go z ust ludzi, którzy właśnie go odprawiali, a nie odtwarzali z pamięci dziadków.
Z tych zapisów znamy u nich rzeczy, jakich po Węgrach nie ma: imiona bóstw, wśród nich pana nieba i matki dającej życie, wyznaczone miejsca ofiarne, wizerunki przechowywane w skrzyniach i opisy obrzędu spisane z obserwacji. Dlaczego po stronie węgierskiej takiego spisu nie ma, mówi osobno inna sekcja tego działu.
- Pokrewieństwo języków jest wykazane regułami głosowymi; z pokrewieństwa mowy nie wynika wspólnota obrzędu ani ciągłość wierzeń.
- Zapisy znad Obu powstawały po dwóch wiekach chrześcijaństwa i handlu z Rosjanami, więc nie są obrazem stanu sprzed kontaktu.
Skąd to wiadomoRelacje z podróży i zapisy terenowe znad Obu, XVIII–XX wiek; akcja chrzcielna metropolity tobolskiego 1712–1715; spis ludności 2010
Święto niedźwiedzia: pięć nocy i mowa zastępcza
Zapis z tamtych czasówZabitego niedźwiedzia wnoszono do domu jak gościa, przykrywano mu oczy krążkami i śpiewano nad nim cztery noce albo pięć, zależnie od płci zwierzęcia.
Czytaj dalejPo zabiciu niedźwiedzia zwierzę wnoszono do osady i traktowano jak gościa, nie jak zdobycz. Skórę układano z głową na łapach, oczy i nos przykrywano metalowymi krążkami albo monetami, zwoływano sąsiadów, a myśliwi tłumaczyli się przed leżącym, że to nie oni, lecz cudza broń albo obcy ludzie sprowadzili na niego śmierć.
Czuwanie trwało cztery noce, gdy zabito niedźwiedzicę, i pięć, gdy niedźwiedzia. Śpiewano pieśni o jego zejściu z nieba i o jego rodzie, między pieśniami grano scenki w maskach z brzozowej kory, śmieszne i jawnie sprośne, a przez cały czas święta obowiązywała mowa zastępcza: setki zwykłych słów zamieniano na inne, żeby nie nazywać rzeczy wprost.
Na końcu dzielono mięso według ustalonego porządku, a czaszkę i kości odkładano osobno, na drzewo albo w wyznaczone miejsce. W dziesięcioleciach sowieckich święto było zakazane i schodziło do prywatnych domów, a od końca lat osiemdziesiątych XX wieku odprawia się je znowu jawnie, przy publiczności i z zaproszonymi gośćmi.
- Liczba nocy i szczegóły scen różnią się między rzekami i rodami; jednego wzorca dla wszystkich Chantów i Mansów nie ma.
- Dzisiejsze obchody odbywają się po dziesięcioleciach zakazu i po części odtwarzają dawniejszy zapis, więc nie są prostym ciągiem dalszym.
- Zasięg mowy zastępczej podają zapisy rozbieżnie i zawsze dla jednej rzeki albo jednego rodu; wspólnej liczby słów objętych zamianą nie ustalono.
Skąd to wiadomoOpisy obrzędu spisywane na miejscu od XVIII wieku, nagrania i zapisy pieśni z XIX–XX wieku, obchody wznowione po 1989 roku
Przysięga na niedźwiedzią głowę przed urzędem
Zapis z tamtych czasówRosyjski urząd odbierał od Chantów przysięgę na niedźwiedzim łbie, bo tylko ona wiązała; bywało, że składający odcinał nożem kawałek pyska i zjadał.
Czytaj dalejRosyjska administracja Syberii stanęła wcześnie przed kłopotem całkiem praktycznym: przysięga na krzyż nie wiązała ludzi dopiero co ochrzczonych, a sprawy podatkowe, graniczne i kryminalne trzeba było jakoś rozstrzygać. Rozwiązanie wzięto stamtąd, gdzie ono działało naprawdę, czyli od niedźwiedzia.
Składający przysięgę stawał przed niedźwiedzią głową albo skórą, dotykał pyska nożem lub siekierą, czasem odcinał z niego kawałek i zjadał, wypowiadając przy tym słowa wzywające zwierzę, by go rozszarpało, jeśli kłamie. Formę tę opisywano w XVIII i XIX wieku, a pojedyncze przypadki notowano jeszcze w stuleciu następnym.
Rzecz warto zważyć osobno, bo nie jest to obrzęd wyczytany z bajki ani złożony po fakcie, lecz czynność o skutkach urzędowych, wpisywana do akt państwa, które samego kultu nie wyznawało. Dla porównań z węgierskim táltosem ma to znaczenie podstawowe: pokazuje, jak wygląda kult poświadczony, i tym samym, czego po stronie węgierskiej brakuje.
- Opisy formy przysięgi pochodzą w większości od urzędników i podróżnych, więc oddają to, co rzucało się w oczy obcemu.
- Jak długo utrzymywała się moc tej przysięgi po zniesieniu dawnego sądownictwa, nie zostało policzone.
- Formę przysięgi opisują głównie akta i relacje dotyczące Chantów; po stronie mansyjskiej poświadczenie jest rzadsze i późniejsze, więc rozciągnięcie zwyczaju na oba ludy pozostaje niedowiedzione.
Skąd to wiadomoAkta i relacje administracji syberyjskiej, XVIII–XIX wiek; zapisy terenowe z XX wieku
Rachunek porównania: co wspólne, czego nie ma
Ułożone przy biurkuPowołanie z urodzenia i choroba inicjacyjna stoją po obu stronach; bębna, stroju i seansu przy zgromadzonej widowni nie ma w żadnym węgierskim protokole.
Czytaj dalejZestawienie zaczyna się od rzeczy wspólnych, bo te istnieją. Po obu stronach powołania się nie wybiera: znak przy urodzeniu, ciężka choroba w dzieciństwie, nauka odebrana od kogoś niewidzialnego, potem walka toczona nie tutaj i nie ciałem, wreszcie obowiązek leczenia tych, którzy o pomoc poproszą i zapłacą, ile mogą.
Różnice są jednak rzeczowe i dają się wyliczyć. W węgierskich protokołach z lat 1626–1735 nie ma bębna, nie ma stroju, nie ma listy duchów pomocnych wymienionych z imienia i nie ma obrzędu odprawianego przy zgromadzonej widowni; przedmiotem, który tam wraca, jest sito nasadzone na nożyce oraz słowo mówione nad chorym.
Po stronie obskiej brakuje z kolei tego, czego węgierskie akta mają w nadmiarze: sądu, oskarżyciela i protokołu. Oba zbiory dzieli około trzech tysięcy kilometrów oraz rozejście gałęzi kładzione w pierwszym tysiącleciu przed naszą erą, a każdy z nich jest późny wobec tego, czego ma dowodzić. Porównanie pozostaje więc konstrukcją, którą trzeba zważyć, nie zaklęciem do odrzucenia z góry.
- Brak bębna w aktach może znaczyć, że go nie było, albo że sąd o niego nie pytał; protokół notuje odpowiedzi na pytania sędziego.
- Datowanie rozejścia gałęzi ugryjskiej opiera się na rachunku językowym, nie na dokumencie ani na znalezisku.
- Zbieżność cech u ludów odległych bywa skutkiem podobnych warunków, a nie wspólnego dziedzictwa; rozstrzygnięcia tego nie wykazano.
- Cechy wspólne zestawia się tu z dwóch zbiorów o różnej naturze: węgierskie znane są z odpowiedzi udzielanych sędziemu, obskie z obrzędu oglądanego na miejscu, więc część zgodności może leżeć w sposobie zapisu, nie w rzeczy opisywanej.
Skąd to wiadomoWęgierskie akta procesowe 1626–1735 zestawione z zapisami obrzędu znad Obu z XVIII–XX wieku
Stos, protokół i rachunek
Szeged 1728 i granica tego, co mówią akta
Węgierskie procesy o czary nie mieszczą się w zachodnim rozkładzie: największa sprawa wybuchła w Szegedzie w 1728 roku, gdy w Rzeszy stosów nie palono już od stu lat. Został po nich papier — protokoły sądów komitackich i magistratów, tysiące stron zeznań sąsiadów o chorym bydle, zepsutym mleku i sprzedanym deszczu. Ta sekcja zbiera z nich to, co daje się policzyć i zadatować, i oddziela głos wsi od gotowych pytań, które sędzia odczytywał z drukowanej księgi. Bo w żadnym z tych akt nie pada imię przedchrześcijańskiego boga.
Ile procesów naprawdę policzono
Zapis z tamtych czasówZ ocalałych akt daje się zestawić około półtora tysiąca oskarżonych o czary. To liczba zachowanych protokołów, nie liczba ludzi, którzy stanęli przed sądem.
Czytaj dalejKażda z tych liczb mierzy jednak to samo, czyli ilość papieru, który przetrwał. Archiwa komitatów płonęły i rozpraszały się w czasie wojen tureckich oraz po nich, a sądy miejskie prowadziły księgi nierówno, więc brak spraw w danym komitacie mówi o stanie archiwum, nie o spokoju w tamtejszych wsiach. Doliczane do tego kolejne osiemset spraw nieudokumentowanych jest oszacowaniem, a nie pomiarem, i tak należy je podawać.
Najstarsze drukowane zestawienie węgierskich akt o czary, ogłoszone w 1910 roku, obejmowało pięćset pięćdziesiąt cztery postępowania z XVI–XVIII wieku, z czego sto sześćdziesiąt dziewięć zakończyło się stosem. Późniejsze kwerendy po archiwach komitackich i miejskich znacznie ten materiał powiększyły: szersze rachunki dla lat 1520–1780 podają około tysiąca sześciuset czterdziestu udokumentowanych postępowań. Rozbicie na płeć — tysiąc czterysta osiemdziesiąt dwie kobiety i stu sześćdziesięciu mężczyzn — dotyczy osób i z tamtą sumą się nie domyka, bo daje o dwa mniej. Żadnej z tych liczb nie wolno więc podawać jako liczby ludzi, którzy stanęli przed sądem.
- Czy rachunki obejmują Siedmiogród i Chorwację, czy tylko właściwe Królestwo Węgier — zestawienia różnią się zasięgiem terytorialnym.
- Liczba postępowań a liczba osób: jedna sprawa bywa liczona raz, choć obejmowała kilkunastu oskarżonych.
- Czy podawana suma dla lat 1520–1780 liczy postępowania, czy osoby: rozbicie na kobiety i mężczyzn pochodzi z innego rachunku i z tą sumą się nie zgadza.
Skąd to wiadomoProtokoły sądów komitackich (sedria) i magistratów miejskich z XVI–XVIII w.; pierwsze drukowane zestawienie akt z 1910 r.
Szczyt przyszedł wtedy, gdy Zachód już gasił stosy
Zapis z tamtych czasówW Rzeszy i we Francji fala procesów opadała już po 1630 roku. Na Węgrzech największe sprawy przypadają na lata 1690–1750, a najgłośniejsza na rok 1728.
Czytaj dalejRozkład węgierskich spraw jest odwrotny do zachodniego. Buda wróciła spod władzy osmańskiej w 1686 roku, pokój karłowicki zamknął wojnę w 1699, a pożarewacki w 1718; powstanie zakończył pokój w Szatmárze w 1711 roku, tuż po wielkiej zarazie lat 1709–1710. Dopiero wtedy sądy komitackie zaczęły obradować regularnie, a ich księgi ciągną się od tego momentu bez większych przerw.
Z tego wynika rachunek, którego nie da się rozstrzygnąć samym papierem: nie wiadomo, czy po 1711 roku naprawdę przybyło oskarżeń, czy tylko przybyło pisania. Pewne jest natomiast datowanie punktów granicznych. Największy proces odbył się w 1728 roku, czyli sto lat po zachodnim szczycie, a ostatnie stosy zapłonęły w dekadach, w których Wiedeń kazał już sobie przysyłać każdy wyrok do przejrzenia.
- Czy późny szczyt to rzeczywisty wzrost prześladowań, czy próg zachowania ksiąg sądowych — z samych akt tego rozdzielić nie można.
- Rola zarazy 1709–1710 i suszy jako wyzwalacza oskarżeń: zbieżność dat jest wyraźna, związek przyczynowy nie został wykazany.
Skąd to wiadomoProtokoły sedrii komitackich po 1711 r.; pokój w Szatmárze 1711; wyrok szegedzki z 26 czerwca 1728 r.
Striga i venefica w prawach Stefana I
Zapis z tamtych czasówPierwsze węgierskie prawo o czarach nie każe palić. Strigę oddaje się księdzu na post, za drugim razem piętnuje kluczem kościelnym, dopiero za trzecim — sądowi.
Czytaj dalejDekrety pierwszego króla zawierają osobny rozdział o strigach i osobny o szkodnikach. Strigę schwytaną po raz pierwszy oddaje się kapłanowi na post i naukę wiary; złapaną po raz drugi — znów na post, a potem piętnuje rozgrzanym kluczem kościelnym na piersi, na czole i między łopatkami; dopiero za trzecim razem przechodzi w ręce sądu. Maleficus i venefica trafiają natomiast do poszkodowanego albo do jego krewnych.
Rozdzielenie jest tu twarde i warto je czytać dosłownie. Nocna istota, którą łaciński pisarz nazwał strigą, jest traktowana jak grzech do wyleczenia pokutą, a trucicielka i sprawca szkody jak krzywda między ludźmi, załatwiana w obrębie rodu. Nie ma stosu, nie ma diabła, nie ma paktu ani zgromadzenia. Jest to najwcześniejszy węgierski tekst prawny, który taką wiarę nazywa po imieniu, i to nazwaniem cudzym, bo łacińskim.
- Numeracja rozdziałów różni się między wydaniami: bywa podawana jako Księga II, rozdz. 31–32, bywa jako Księga I, rozdz. 33–34.
- Co znaczyło słowo striga dla pisarza: jest to łaciński termin nałożony na węgierskie wyobrażenie, do którego nie ma bezpośredniego dostępu.
- Czy dekret Stefana jest jedynym takim tekstem swojego stulecia: prawa kolejnych królów XI wieku również wracają do strig i szkodników, a porównania obu redakcji nie przeprowadzono.
Skąd to wiadomoDekrety Stefana I, rozdziały o strigach i o maleficach; spisane ok. 1000–1038.
Koloman: o strigach dochodzenia nie prowadzić
Zapis z tamtych czasówPrawo Kolomana z około 1100 roku zakazuje wszczynania dochodzeń w sprawie strig, ponieważ — jak stanowi — takich istot nie ma. Szkodzenie czarami zostaje karalne.
Czytaj dalejPięćdziesiąty siódmy rozdział księgi praw Kolomana znosi postępowania o strigi z uzasadnieniem, że istoty takie nie istnieją. Trzy rozdziały dalej, w sześćdziesiątym, malefici nadal odpowiadają za swoje czyny. Karze podlega więc uczynek, a nie natura oskarżonego, a obie kategorie rozdziela jedna i ta sama księga praw, spisana za jednego panowania.
Z zakazu wolno wyprowadzić dokładnie jedną rzecz: około 1100 roku takie dochodzenia gdzieś się toczyły, inaczej nie byłoby czego zakazywać. Nie wolno natomiast wyprowadzić węgierskiej odporności na strach przed czarami, bo to samo królestwo sześćset lat później paliło ludzi za szkodę wyrządzoną czarami — a więc za to, czego rozdział sześćdziesiąty właśnie nie zniósł. Rozdział Kolomana mówi, co ma robić sąd, a nie w co wierzyli ludzie po wsiach.
- Czy striga oznacza tu nocną lotnicę, czy powracającego zmarłego — rozstrzygnięcia w tekście nie ma.
- Rozdział bywa przedstawiany jako odrzucenie wiary w czary w ogóle; tekst tego nie robi, bo rozdział sześćdziesiąty zachowuje karalność szkody.
- Kto miał sądzić maleficos według rozdziału sześćdziesiątego: obsady sądu nie da się odczytać z omówień, potrzebne jest wydanie tekstu.
Skąd to wiadomoDekrety Kolomana, rozdz. 57 (strigi) i 60 (malefici); ok. 1100.
Demonologia weszła przez dodatek do drukowanego zbioru praw
Zapis z tamtych czasówZachodnia definicja czarów weszła na Węgry nie uchwałą sejmu, lecz jako obcy dodatek doklejony do drukowanego zbioru praw pod koniec XVII wieku.
Czytaj dalejDla czytania akt jest to fakt najważniejszej wagi. Od chwili, gdy księga weszła w obieg, protokoły zaczynają zawierać pakt i sabat — ponieważ zawiera je kwestionariusz. Pytania były drukowane, odpowiedzi wymuszane. Pojawienie się takiego motywu w zeznaniu datuje więc przybycie książki, a nie przybycie wierzenia; sejm węgierski nigdy tej ordynacji nie uchwalił, a sądy i tak się na nią powoływały.
Ordynacja karna wydana w 1656 roku dla Dolnej Austrii, znana jako Praxis Criminalis, została cztery dziesięciolecia później, u schyłku tego samego stulecia, dołączona do drukowanego zbioru praw węgierskich i stamtąd zaczęły ją cytować sądy komitackie. Dostarczyła im tego, czego węgierskie prawo nie miało: artykułu o czarostwie z paktem, lotem i zgromadzeniem, kary ognia oraz gotowej listy pytań do izby tortur.
- Rok i miejsce pierwszego węgierskiego wydania z dodatkiem podawane są rozmaicie w przedziale lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XVII wieku — do sprawdzenia na egzemplarzu.
- Jak szybko ordynacja weszła w praktykę poszczególnych komitatów: daty pierwszego powołania się różnią się o dziesięciolecia.
Skąd to wiadomoPraxis Criminalis — ordynacja karna dla Dolnej Austrii z 1656 r., dołączana do drukowanych wydań zbioru praw węgierskich u schyłku XVII w.
Sądziła ława sąsiadów, nie inkwizycja
Zapis z tamtych czasówNa Węgrzech nie działała inkwizycja papieska. Wyroki w sprawach o czary wydawały sądy komitackie i magistraty miast — ci sami ludzie, którzy sądzili spory o miedzę.
Czytaj dalejDla wartości akt ma to skutek podwójny. Protokół niesie głos wsi, bo zapisuje, kto się z kim poróżnił, czyja krowa padła i komu odmówiono chleba u progu — i ta warstwa jest wiarygodna, ponieważ nie została podyktowana przez drukowany kwestionariusz. Zarazem wyrok nigdy nie jest bezstronnym rozstrzygnięciem, skoro zapadał wewnątrz tej samej sąsiedzkiej sieci, która oskarżenie wytoczyła.
Sprawy prowadziła sedria komitatu pod przewodnictwem podżupana, magistrat miasta wolnego królewskiego z prawem miecza albo sąd pański na wsi. Oskarżeni, świadkowie i sędziowie pochodzili z jednej okolicy, często z jednej ulicy. Ten sam skład orzekał o miedzy, o niezwróconym długu i o rzuconym uroku, a oskarżenie o czary bywało dalszym ciągiem sporu, który sędziowie znali już z wcześniejszych spraw tych samych ludzi.
- Udział duchowieństwa w postępowaniach: występuje jako świadek i doradca, rzadziej jako oskarżyciel, ale zakres tego udziału nie został policzony.
Skąd to wiadomoProtokoły sedrii komitackich i magistratów miejskich; sprawa położnych w komitacie Szatmár, marzec–listopad 1700 r.
Próba wody, waga i igła
Zapis z tamtych czasówPodejrzaną wiązano i wrzucano do rzeki, ważono na wadze i kłuto długimi igłami w poszukiwaniu miejsca nieczułego. W Szegedzie trzy stare kobiety utonęły podczas próby.
Czytaj dalejKażda z tych prób jest zbudowana tak, że oba wyniki potwierdzają sąd, a zeznanie wymuszone torturą powtarza treść pytania, które je poprzedziło. Z protokołu wolno więc odczytać logikę procedury i słownik sędziego. O tym, w co wierzyła wieś, mówi wyłącznie warstwa zeznań świadków spisana przed rozpoczęciem tortur — i tylko ją należy brać jako świadectwo wierzeń.
Trzy sposoby dowodzenia powtarzają się w węgierskich aktach. Kąpiel czarownicy polegała na wrzuceniu związanej osoby do wody: unoszenie się na powierzchni miało świadczyć o winie. Ważenie opierało się na przekonaniu, że winna jest nienaturalnie lekka. Kłucie długimi igłami służyło odnalezieniu znamienia diabelskiego, czyli miejsca, które nie krwawi i nie boli. W Szegedzie w 1728 roku oskarżonych poddano i kąpieli, i wadze, zanim zapadł wyrok, a wynik obu prób zapisano jako dowód.
- Zasięg stosowania próby wody: bywa podawana jako powszechna na Węgrzech w XVIII w., lecz rachunek spraw, w których ją udokumentowano, nie został zamknięty.
- Ilu oskarżonych w Szegedzie poszło podczas kąpieli na dno i co się z nimi stało: przekazy podają różne liczby, jednego zapisu nie ma.
Skąd to wiadomoAkta wielkiego procesu szegedzkiego 1728 r.: opisy próby wody, ważenia i kłucia igłami.
Szeged 1728: susza, spisek i czternaścioro spalonych
Zapis z tamtych czasówWyrok zapadł 26 czerwca 1728 roku. Dwudziestego trzeciego lipca spalono dwanaście osób: sześciu mężczyzn i sześć kobiet. Siódmego marca 1729 roku dwie następne.
Czytaj dalejWyrok wymienia z imienia między innymi Dániela Rózsę wraz z żoną Zsuzsanną Széll, położną Annę Nagy, żonę Andrása Kökénya, Katalin Szandę, Pála Kovácsa, Ferenca Katonę, Ferenca Borbolę, Jánosa Dancsó z żoną, Margit Barak oraz Katę Malmos. Stosy stanęły w zakolu Cisy poza ówczesnym miastem, w miejscu, które do dziś nosi nazwę Boszorkánysziget, czyli Wyspa Czarownic, choć wyspą nigdy nie było.
Sąd miejski Szegedu ogłosił wyrok 26 czerwca 1728 roku. Pod zarzutem stanęło dwadzieścia osiem osób. Dwudziestego trzeciego lipca spalono dwanaście z nich, sześciu mężczyzn i sześć kobiet, a siódmego marca 1729 roku ogień pochłonął dwie następne — razem czternaścioro. Liczba samych wyroków skazujących bywa podawana wyżej, ponieważ część zestawień dolicza osoby zmarłe w więzieniu przed egzekucją, których ciała palono po śmierci.
Rachunek zaczyna się jednak od pogody. Po suszy przyszły głód i zaraza, a miasto szukało sprawcy; oskarżono blisko trzydzieści osób o to, że zawiązały spisek i sprzedały deszcz. Na czele spisku postawiono Dániela Rózsę, osiemdziesięciodwuletniego byłego sędziego miasta i jednego z najzamożniejszych mieszczan, a obciążyła go między innymi ta sama akuszerka Anna Nagy, która sama stanęła potem pod zarzutem.
Sprawę prowadził sąd miejski, nie żaden trybunał kościelny, a podstawą były zeznania wymuszone torturą oraz próba wody. Węgierski proces o czary wygląda tu dokładnie tak, jak w pozostałych księgach: klęska gospodarcza dostaje ludzkiego sprawcę, a sprawcą okazuje się ktoś z własnego miasta, kto ma majątek i wrogów.
- Liczba spalonych podawana bywa jako dwanaście, trzynaście albo czternaście — różnica bierze się z tego, czy doliczać zmarłych w więzieniu, których ciała palono po śmierci, oraz egzekucje z marca 1729 r.
- Łączna liczba wziętych pod zarzut: część zestawień mówi o kilkudziesięciu zatrzymanych w toku całej sprawy, nie o dwudziestu ośmiu.
Skąd to wiadomoWyrok sądu miejskiego w Szegedzie z 26 czerwca 1728 r.; egzekucje 23 lipca 1728 r. i 7 marca 1729 r.
Dániel Rózsa, główny sędzia miasta, spalony w wieku 82 lat
Zapis z tamtych czasówNajbogatszy mieszczanin Szegedu, główny sędzia miasta od 1702 roku i poseł na sejm, spłonął 23 lipca 1728 roku jako rzekomy kapitan zgromadzenia czarownic.
Czytaj dalejOskarżenie wyszło od położnej Anny Nagy, żony Andrása Kökénya, która tego samego dnia spłonęła razem z nim. W protokole Rózsa piastuje funkcję kapitana w zgromadzeniu czarownic zbudowanym ze stopni i urzędów — a więc dokładnie tak, jak zbudowane były rada miejska i milicja, którymi naprawdę kierował. Nic w tym opisie nie sięga dawnych wierzeń; sięga on kształtu samego miasta.
Urodzony w 1646 roku w Szegedzie, doszedł do największego majątku w mieście, zasiadał w radzie, od 1702 roku sprawował urząd głównego sędziego, a w latach 1708–1712 oraz w 1715 reprezentował Szeged na sejmie; w chwili procesu urzędu już nie piastował. W roku suszy wzięto go pod zarzut czarostwa, wymuszono torturą przyznanie się i spalono 23 lipca 1728 roku wraz z żoną Zsuzsanną Széll. Miał osiemdziesiąt dwa lata.
- Wiek w chwili śmierci podawany jest jako osiemdziesiąt dwa albo osiemdziesiąt lat.
- Czy o wszczęciu sprawy zdecydowała walka o urzędy i majątek: akta zapisują zarzut, nie pobudkę, a domysł o rabunku mienia nie został z akt wykazany.
- Kiedy Rózsa przestał być głównym sędzią: zestawienia urzędników podają lata sprawowania urzędu rozmaicie, a akta procesu nazywają go sędzią dawnym.
Skąd to wiadomoAkta i wyrok procesu szegedzkiego, 26 czerwca – 23 lipca 1728 r.; spisy urzędników miasta Szeged od 1702 r.
Zarzut: sprzedali Turkom deszcz i rosę
Zapis z tamtych czasówGłówny zarzut szegedzki brzmiał: oskarżeni sprzedali Turkom deszcz i rosę kraju, za pieniądze, na siedem lat. Rok 1728 był rokiem suszy i głodu.
Czytaj dalejAkt oskarżenia stawia sprawę w języku kupieckim: deszcz i rosa zostały odstąpione Turkom za umówioną zapłatę, na siedem lat z góry. Rok przyniósł suszę, a po niej głód, i obie klęski sąd przypisał zawartej transakcji. Szeged wrócił spod władzy osmańskiej w 1686 roku, a więc w pamięci najstarszych oskarżonych, i leżał wciąż w pobliżu dawnej granicy.
Wiara w ludzi władających pogodą jest w węgierskim materiale poświadczona niezależnie od procesów, ale nie wcześniej od nich: garabonciás, wędrowny sprawca burzy, i táltos walczący na niebie o deszcz znani są z zapisów XVIII wieku i z folkloru spisanego w XIX. Zarzut szegedzki ma natomiast kształt umowy — cena, termin, nabywca — i jest oskarżeniem politycznym w mieście przygranicznym. Dokument sądu zlepia wyobrażenie o czynieniu pogody ze strachem przed wrogiem zza rzeki i niczego dawniejszego nie da się z niego wyczytać.
- Czy formuła o sprzedaży deszczu Turkom krążyła w mowie wsi przed 1728 r., czy została złożona dopiero w izbie przesłuchań — brak wcześniejszego zapisu tej formuły.
- Termin siedmiu lat i wysokość zapłaty bywają w przekazach zarzutu podawane rozmaicie; jednego brzmienia aktu oskarżenia nie ustalono.
Skąd to wiadomoAkt oskarżenia w procesie szegedzkim 1728 r. (sprzedaż deszczu i rosy „na siedem lat”).
Dziewięć kobiet na jednego mężczyznę — poza Szegedem
Zapis z tamtych czasówW szerokim rachunku oskarżonych stoi 1482 kobiety i 160 mężczyzn. W Szegedzie na stos poszło sześciu mężczyzn i sześć kobiet — i to jest wyjątek, nie reguła.
Czytaj dalejProporcja wynikająca z zachowanych akt to mniej więcej dziewięć kobiet na jednego mężczyznę, a więc udział mężczyzn jest tu niższy, nie wyższy niż w rachunkach zachodnich. Powtarzają się w aktach określone zajęcia i sytuacje życiowe: położne, pasterze, kobiety znane we wsi z leczenia, stare wdowy, wierzycielki, którym nie oddano długu. Poszczególne komitaty dają po kilkadziesiąt spraw na całe stulecie i rozkład płci waha się w nich na tyle, że z jednego komitatu nie wolno wnioskować o królestwie.
Równy podział płci w Szegedzie jest właśnie tym, co uczyniło tamtą sprawę sławną, i bywa potem przenoszony na całe Węgry jako cecha tutejszych procesów. Rachunek z akt tego nie potwierdza. Szeged wyróżnia zresztą nie sama płeć skazanych, lecz ich pozycja: na stos poszedł były główny sędzia miasta wraz z ludźmi z rady i z majątkiem, a w tej skali taki układ nie powtarza się w żadnej innej węgierskiej sprawie.
- Czy wyższy udział mężczyzn w niektórych komitatach wiąże się z oskarżeniami o pasterskie leczenie zwierząt — zbieżność widoczna, rachunek niepełny.
- Czy proporcja dziewięć do jednego mierzy osoby, czy postępowania: rozbicie na płeć pochodzi z innego rachunku niż podawana suma spraw.
Skąd to wiadomoZestawienia oskarżonych z akt 1520–1780; wyrok szegedzki 1728 r.; sprawy komitatu Szatmár 1700, 1703 i 1716 r.
W aktach stoi szkoda, nie pakt
Zapis z tamtych czasówW zeznaniach sąsiadów stoi chore dziecko, zdechła krowa, zepsute mleko i odmówiony chleb. Diabeł i sabat wchodzą dopiero wraz z pytaniami sędziego.
Czytaj dalejSłowo, którego używają świadkowie, to rontás — szkoda wyrządzona człowiekowi, zwierzęciu albo zbiorom. Zeznania podają daty, imiona i wysokość straty: kiedy zachorowało dziecko, ile mleka ubyło, które cielę padło i po czyich odwiedzinach. Pakt z diabłem, lot i zgromadzenie pojawiają się w tych samych aktach osobno i inaczej, bo należą do artykułu odczytywanego z drukowanej ordynacji i do pytań zadawanych przy torturze.
Postępowanie mogło się skończyć bez stosu, a nawet obrócić przeciw oskarżycielowi. Akta komitackie notują sprawy umorzone dla braku dowodu, wyroki chłosty i wygnania zamiast śmierci oraz grzywny nakładane na tych, których skargę uznano za fałszywą. Stos jest w tym zbiorze zakończeniem częstym, ale nie jedynym i nie domyślnym, a wielu oskarżonych wraca do wsi, z której ich wzięto.
- Czy odpowiedź o pakcie i sabacie wydobyta torturą zawiera w ogóle jakikolwiek ślad wiary wsi; najostrożniejszy odczyt brzmi: słowa należą do sądu, strach stojący za doniesieniem — do sąsiadów.
- Jak często postępowanie kończyło się bez wyroku śmierci: udziału uniewinnień, umorzeń i kar cielesnych w całym zbiorze nie policzono.
Skąd to wiadomoProtokoły zeznań świadków w sprawach komitatu Szatmár z 1700, 1703 i 1716 r.
Táltos stawał po stronie oskarżonych
Zapis z tamtych czasówW 1725 roku w Debreczynie Erzsébet Balázsi tłumaczyła sądowi, że nie jest czarownicą, lecz táltosem: leczy, widzi zakopane skarby i walczy w niebie za Węgry.
Czytaj dalejProtokół debreczyński z 1725 roku zapisuje trzy rzeczy, które oskarżona przypisała táltosom: leczenie, zdolność dostrzegania gołym okiem skarbów zakopanych w ziemi oraz walkę toczoną w niebie w obronie Węgier. Wypowiedziała je jako obronę, odrzucając nazwę czarownicy. Sąd nie miał dla takiej roli żadnej rubryki; jedyna, którą dysponował, nosiła nazwę czarostwa, więc tam sprawę wpisano.
To najcenniejszy rodzaj zapisu w całym zbiorze akt, ponieważ słowa idą pod prąd pytaniu, zamiast za nim podążać: obrona nie miała nic do zyskania na wymyślaniu roli, o którą nikt nie pytał. Dowodzi to jednak dokładnie tyle, że w 1725 roku pewna kobieta w Debreczynie miała te słowa i tę rolę. Przeniesienie ich wstecz o osiem stuleci wymaga osobnego rachunku, którego sam protokół nie dostarcza.
- Jak głęboko wstecz sięgają takie zeznania: pochodzą z XVIII w., z miasta chrześcijańskiego i w większości kalwińskiego.
- Czy obrona przez rolę táltosa bywała skuteczna: pojedyncze zapisy nie wystarczają na rachunek wyroków.
Skąd to wiadomoProtokół procesu w Debreczynie z 1725 r. — zeznanie Erzsébet Balázsi.
Od 1756 roku wyrok śmierci jedzie do Wiednia
Zapis z tamtych czasówW 1755 roku dwór wysłał nadwornego lekarza na Morawy do sprawy upiorów. Rok później każdy wyrok śmierci za czary musiał jechać do zatwierdzenia w Wiedniu.
Czytaj dalejWażniejszy od poglądów dworu jest tu mechanizm. Sądy komitackie i miejskie zachowały swoje przekonania i swoje procedury, straciły natomiast ostatnie słowo: sprawy nie dało się już domknąć na miejscu. Wymóg przeglądu przez odległy urząd wygasił procesy szybciej, niż zrobiłby to jakikolwiek spór o to, czy czarownice istnieją.
W 1755 roku Maria Teresa posłała swojego nadwornego lekarza, Gerarda van Swietena, na Morawy, aby zbadał sprawę zwłok uznanych za upiory; tłumaczył on brak rozkładu ciał przyczynami naturalnymi, a całą rzecz — niewiedzą. W 1756 roku dwór nakazał przesyłać do zatwierdzenia każdy wyrok śmierci wydany za czary. W 1758 ten sam lekarz zbadał na polecenie królowej Magdę Logomer, skazaną na śmierć w Chorwacji, po czym wyrok uchylono.
- Czy nakaz z 1756 r. obejmował od razu całe Królestwo Węgier, czy docierał do komitatów stopniowo.
- Miejsce wyroku na Magdę Logomer podawane jest raz jako Križevci, raz jako Zagrzeb — to dwa zapisy tej samej sprawy, nie dwie sprawy.
Skąd to wiadomoRozporządzenie Marii Teresy z 1756 r. o zatwierdzaniu wyroków; sprawa Magdy Logomer w Zagrzebiu, 1758 r.
Rok 1768 — czego dekret na Węgrzech nie zmienił
Zapis z tamtych czasówKodeks karny Marii Teresy z 1768 roku na Węgry się nie rozciągał. Do komitatów dotarł nakaz odsyłania spraw wyżej — i to on wygasił procesy.
Czytaj dalejOgłoszony w 1768 roku kodeks karny Marii Teresy obowiązywał w krajach austriackich i czeskich, a poza jego mocą pozostały Węgry, Niderlandy i Lombardia. Na Węgrzech zmianę przyniosły reskrypty królewskie kierowane do komitatów oraz obowiązek przedkładania wyroków, wprowadzony dwanaście lat wcześniej. Tortury zniesiono w krajach habsburskich w 1776 roku, osiem lat po ogłoszeniu kodeksu.
Zdanie, że w 1768 roku czary przestały być na Węgrzech zbrodnią gardłową, jest więc fałszywe co do mechanizmu, choć trafne co do skutku. Sądy komitackie nie dostały nowej węgierskiej ustawy — odebrano im możliwość samodzielnego zakończenia sprawy. Ostatnie postępowania rozpływają się dokładnie w tych dekadach i gasną nie wyrokiem uniewinniającym, lecz brakiem zatwierdzenia z góry.
- Rola patentu o magii z 1766 r., który nakazywał traktować takie sprawy jako oszustwo, urojenie albo chorobę: jego zasięg na Węgrzech wymaga sprawdzenia.
- Data i treść reskryptów rozsyłanych do komitatów węgierskich — do odczytania w aktach komitackich, nie z kodeksu.
Skąd to wiadomoConstitutio Criminalis Theresiana, 1768 (bez mocy obowiązującej na Węgrzech); zniesienie tortur w krajach habsburskich, 1776 r.
Ostatni stos — trzy różne daty
Zapis z tamtych czasówPodaje się połowę lat pięćdziesiątych XVIII wieku, rok 1762 w Nagybánya albo rok 1777 w Kieżmarku. Trzy daty, trzy różne akta, żaden rachunek ich nie godzi.
Czytaj dalejPierwsza wersja zamyka egzekucje w połowie lat pięćdziesiątych, zaraz po nakazie przedkładania wyroków. Druga wskazuje sprawę Sáry Berkesz, żony Mihálya Deáka, w Nagybánya w 1762 roku. Trzecia podaje rok 1777 i Kieżmark w Górnych Węgrzech, z zastrzeżeniem, że egzekucję wykonano wbrew obowiązującemu już zakazowi. Każda z tych dat opiera się na innym zapisie i żadna nie unieważnia pozostałych.
Rozbieżność bierze się z tego, co uznaje się za koniec: ostatni zatwierdzony wyrok, ostatnie spalenie czy ostatnie zabójstwo dokonane poza prawem. Tego trzeciego nie da się zamknąć żadną datą, bo samosądy nad kobietami posądzonymi o rzucanie uroku notowano po wsiach jeszcze w XIX wieku. Uczciwe zdanie brzmi zatem: sądowe procesy gasną w trzeciej ćwierci XVIII wieku.
- Która z trzech dat opiera się na zachowanym wyroku, a która na późniejszym przekazie — do rozstrzygnięcia przez porównanie zapisów.
- Czy zdarzenie kieżmarskie z 1777 r. było wyrokiem sądu, czy egzekucją dokonaną wbrew obowiązującemu zakazowi.
- Czy w rachunku ostatnich egzekucji mieszczą się wyroki siedmiogrodzkie, wydawane pod odrębnym ustawodawstwem — zestawienia różnią się zasięgiem.
Skąd to wiadomoWyroki komitackie z lat 1755–1777; sprawa Sáry Berkesz w Nagybánya, 1762 r.; zapis o egzekucji w Kieżmarku, 1777 r.
Co z tych akt wolno wyczytać, a czego nie
Zapis z tamtych czasówW żadnym znanym węgierskim protokole procesowym nie pada imię przedchrześcijańskiego bóstwa. Akta mówią o wsi XVIII wieku, nie o religii praojców.
Czytaj dalejGranicę wyznacza wreszcie sam papier. Protokół spisywał pisarz, w swojej łacinie albo w swojej węgierszczyźnie urzędowej, streszczając mowę świadka; pytania przychodziły z książki, odpowiedzi bywały wymuszane bólem. Wiarygodna jest ta warstwa zeznań, która mówi o konkretnej szkodzie u konkretnego sąsiada przed rozpoczęciem tortur — i ona właśnie, a nie wyrok, jest źródłem do wierzeń.
Akta poświadczają rzeczy policzalne i datowane: słowa, których ludzie używali — boszorkány, rontás, táltos, garabonciás, tudós asszony — powtarzalne sytuacje sąsiedzkie, wysokość strat, imiona, adresy i pory dnia. Poświadczają też, czego się bano: mleka i bydła, dzieci, pogody, chleba odmówionego u progu. Kolejności tych lęków nikt dla całego zbioru nie policzył, więc podawać jej jako ustalonej nie wolno. Samego materiału nie zastąpi żadne inne źródło węgierskie.
Nie poświadczają natomiast panteonu, kapłaństwa ani zorganizowanego kultu. Hierarchia zgromadzenia z protokołu szegedzkiego powtarza urzędy tamtejszego magistratu, a pakt i sabat pochodzą z artykułu wydrukowanego w 1656 roku. Każdy „panteon praojców”, który krąży pod nazwą węgierskiego, ułożono w XIX i XX wieku, a w ogłoszonych drukiem aktach nie pada ani jedno imię bóstwa. Padają w nich natomiast nazwy istot — pięknej pani, diabła, zmarłego, który wraca — i żadna z nich nie jest imieniem boga ani nie układa się w porządek kultu; pierwsza należy do opowieści sąsiadów, druga do słownika sądu.
- Gdzie przebiega granica między słowem świadka a formułą pisarza: przy większości protokołów nie da się jej wyznaczyć.
- Twierdzenie o braku imion bóstw dotyczy akt znanych i ogłoszonych drukiem; kwerendy po archiwach komitackich nie są zamknięte.
- Istoty z zeznań — piękna pani, powracający zmarły — bywają przedstawiane jako ślad wiary sprzed chrztu; z samych protokołów XVIII wieku nie da się tego ani wykazać, ani wykluczyć.
Skąd to wiadomoProtokoły zeznań i wyroki sądów komitackich oraz miejskich, XVI–XVIII w.; artykuł o czarostwie z ordynacji z 1656 r.
Trzy formuły z 1488 roku
Zamawianie, urok rzucony okiem i woda z węglem
Serwis o wróżeniu nie może obejść się bez działu o zamawianiu, a Węgrzy mają na to świadectwo policzalne i wcześniejsze, niż się zwykle sądzi: trzy formuły spisane po węgiersku w 1488 roku, dwieście lat przed pierwszą falą procesów o czary. Ta sekcja pokazuje, jak takie zdanie było zbudowane, kto je wypowiadał i na czym opierała się jego skuteczność, a osobno rozdziela dwa rodzaje papieru: protokół sądowy z wieków od XVI do XVIII oraz zeszyt zbieracza z wieku XIX i XX, między którymi leży blisko trzysta lat.
Rok 1488: trzy zamówienia zapisane po węgiersku
Zapis z tamtych czasówNajstarszy węgierski tekst magiczny to trzy formuły zapisane w 1488 roku w okolicach Ostrzyhomia; od pierwszego zdania po węgiersku dzieli je prawie trzysta lat.
Czytaj dalejDla tej sekcji rzecz waży podwójnie. Jest to najstarsze świadectwo, że ktoś na Węgrzech wierzył w sprawczą moc wypowiedzianego zdania na tyle mocno, by je utrwalić literą, a zarazem świadectwo pisane, a więc w tej dziedzinie wyjątkowe: praktyka, o której mowa, przez następne stulecia żyła wyłącznie głosem i trafiała na papier dopiero wtedy, gdy ktoś postronny chciał ją zganić albo osądzić.
Zamówienie, czyli formuła wypowiadana nad chorym człowiekiem albo nad chorym zwierzęciem, weszło do węgierskiego pisma w roku 1488 i weszło od razu w trzech osobnych tekstach. Liczy się je odtąd wśród zabytków języka, obok kazania pogrzebowego z ostatnich lat XII wieku i obok późniejszych kodeksów; od tamtego kazania, najstarszego węgierskiego tekstu ciągłego, dzieli je blisko trzysta lat, w których po węgiersku pisano niewiele i rzadko.
- Zapis z 1488 roku podaje sam tekst, nie obrzęd: nie mówi, kto formuły wypowiadał, o jakiej porze ani ile razy.
- Z trzech kartek nie da się odtworzyć zasięgu zwyczaju; jedna ręka nie jest przekrojem kraju, a brak wcześniejszych zapisów nie jest dowodem, że wcześniej nie zamawiano.
- Miejsca zapisu nie da się wskazać: nie wiadomo, do jakiej księgi wpisano trzy formuły, czyją ręką ani gdzie ta księga dziś leży.
Skąd to wiadomoTrzy zamówienia zapisane po węgiersku w 1488 roku w okolicach Ostrzyhomia, liczone wśród węgierskich zabytków języka.
Dwa z trzech najstarszych tekstów leczą konia
Zapis z tamtych czasówPierwsze węgierskie formuły magiczne dotyczą wrzodu u konia i zwichniętej końskiej nogi; człowieka dotyczy tylko jedna z trzech, i jest to choroba oka.
Czytaj dalejZawartość zapisu z 1488 roku daje się wyliczyć co do sztuki: jedno zamówienie przeciw wrzodowi u konia, jedno przeciw dolegliwości oka i jedno na zwichniętą nogę końską. Dwa z trzech tekstów nie leczą więc człowieka, lecz zwierzę pociągowe, czyli to, na czym stał cały dobytek gospodarza; trzeci dotyczy oka, a oko będzie w tej tradycji wracać przez następne pięć stuleci.
Wniosek stąd jest ostrożny, lecz konkretny: słowo miało zadziałać przede wszystkim tam, gdzie w grę wchodziła strata policzalna, a koń był na wsi rzeczą najdroższą. Nie wolno natomiast z trzech tekstów wyprowadzać, że zamawianie było w ogóle sztuką głównie zwierzęcą, ponieważ zapis jest jeden, a o tym, co się w nim znalazło, zdecydowała ręka piszącego, nie zwyczaj całego kraju.
- Nazwa drugiej dolegliwości, szemdög, nie ma pewnego odpowiednika: wiadomo, że idzie o chorobę oka, nie wiadomo, o którą.
- Z proporcji dwa do jednego nie wynika nic o proporcji w codziennej praktyce; taki rachunek robi się z próby, a próba liczy trzy pozycje.
- Koń z trzeciego tekstu stoi w opowiedzianej scenie, a formuły tego kroju przykładano zarówno do zwierzęcia, jak i do człowieka; rachunek dwa do jednego rozstrzyga więc o treści opowieści, niekoniecznie o tym, nad kim je mówiono.
- Zapis nie mówi, czyj był koń ani w jakim gospodarstwie go trzymano; zdanie o wartości konia opisuje wieś w ogóle, nie ten jeden przypadek.
Skąd to wiadomoTrzy formuły z 1488 roku: wrzód u konia (lófekély), choroba oka (szemdög) oraz zwichnięcie nogi u konia.
Ráolvasás, czyli czytanie na coś
Zapis po fakcieWęgierska nazwa zabiegu znaczy dosłownie czytanie na coś; obok niej chodzi czasownik o wymodleniu czegoś na kimś, w którym zaklęcie i pacierz stapiają się w jedno.
Czytaj dalejCzynność nosi po węgiersku nazwę ráolvasás, a siedzi w niej czasownik olvas, który znaczy zarazem czytać i liczyć. Nazwa jest wymowna, bo mówi o czytaniu nad kimś, nie o proszeniu kogoś, i w tej samej rodzinie stoi ráimádkozik, czyli wymodlić coś na kimś. Już samo słownictwo pokazuje, jak blisko tej sztuce było do pacierza i jak trudno postawić między nimi kreskę.
Różnicę porządkuje się dziś tak, że modlitwa idzie okrężnie, przez pośrednika, który ma coś sprawić, a zamówienie idzie wprost, bo mówiący rozkazuje dolegliwości sam. Podział jest czysty na papierze i brudny w źródłach: te same teksty zaczynają się rozkazem, a kończą wezwaniem świętego, i ani akta procesowe, ani zeszyty zbieraczy nie stawiają w tym miejscu żadnej granicy.
- Rozdzielenie zamówienia od modlitwy jest porządkiem nałożonym na teksty później niż one same; sami mówiący nazywali jedno i drugie modlitwą.
- Z tego, że słowo znaczy czytanie, nie wynika, że formuły odczytywano z kartki: przeważnie mówiono je z pamięci.
- Kiedy nazwa ráolvasás weszła do pisma jako określenie całego gatunku, nie zostało wykazane; dawne zapisy nazywają te teksty modlitwą albo czarowaniem.
Skąd to wiadomoSłownictwo węgierskie: ráolvasás, olvas, ráimádkozik — poświadczone w aktach i drukach od XVI wieku.
Cztery ruchy jednej formuły
Zebrane z ustZamówienie zwraca się do choroby po imieniu, wskazuje, skąd przyszła, odsyła ją w miejsce bez ludzi i zamyka rzecz cudzą ręką: świętego albo Trójcy.
Czytaj dalejWęgierskie zamówienia, wyjęte z protokołów i spisane z ust ludzi, składają się w przeważającej części z tych samych czterech ruchów. Najpierw pada zwrot do samej dolegliwości, wymienionej po imieniu, bo nazwana daje się uchwycić, a zaraz po nim idzie wskazanie początku: kto spojrzał, kto przyniósł, którędy weszła. Trzeci ruch to rozkaz odejścia, prawie zawsze z adresem — w kamień, w wodę, w miejsce odludne, gdzie nie ma ani ludzi, ani obejścia.
Czwarty ruch zdejmuje ciężar z mówiącego: zabieg zostaje przypisany komuś potężniejszemu, Matce Boskiej albo Trójcy, a kobieta, która przed chwilą rozkazywała chorobie, zastrzega, że uzdrawia nie ona sama. Ten człon bywał zarazem tarczą, bo zdanie przestawało być rozkazem i stawało się pobożnym życzeniem; tak właśnie tłumaczyły je oskarżone przed sądami o czary, a po zniesieniu tych procesów — przed urzędem, który pytał o prawo do leczenia.
- Nie każde zamówienie ma wszystkie cztery człony; bywają teksty złożone z samego rozkazu albo z samego wyliczania.
- Chrześcijańskie zamknięcie bywa czytane jako warstwa późna i doklejona, ale ma je już najstarszy zapis z 1488 roku, a postaci wcześniejszej nikt nie widział.
- Tłumaczenie się przed sądem jest wypowiedzią obronną i nie musi oddawać tego, po co ten człon w formule stał.
Skąd to wiadomoTeksty z protokołów sądowych XVI–XVIII wieku i z zapisów wiejskich XIX–XX wieku, zgodne co do budowy.
Zamówienie opowiadające: kiedyś już się udało
Zebrane z ustLiczna grupa węgierskich zamówień opowiada najpierw krótką historię o dawnym uzdrowieniu i dopiero na jej wzór żąda, żeby to samo stało się teraz.
Czytaj dalejDuża część węgierskich zamówień ma budowę dwuczłonową: jeden człon mówi o przypadku, który stoi przed mówiącym, drugi przywołuje zdarzenie z przeszłości, w którym taka sama bieda już raz ustąpiła. Bywa to scena z drogi, gdzie ktoś jedzie, zwierzę kuleje i ktoś podaje lekarstwo, albo rozmowa dwóch osób świętych, w której jedna pyta, co robić, a druga odpowiada.
Siła takiego tekstu nie leży w prośbie, lecz w porównaniu: skoro tamto się stało, ma stać się i to. Węgierskie sceny tego rodzaju bywają bardzo bliskie tekstom niemieckim, południowosłowiańskim, rumuńskim i włoskim, a tyle znaczy jedynie, że ten sam wzór opowieści wędrował po Europie; drogi ani kierunku tej wędrówki z samych tekstów odczytać się nie da, a imion dawnych bóstw nie niesie żaden ze znanych zapisów.
- Bliskość do wersji obcych dowodzi wędrówki wzoru, a nie wspólnego rodowodu ani kierunku pożyczki.
- Nazwanie obu członów i rozpisanie ich w tabelę to porządek nałożony na teksty w wieku XX; same teksty takiego podziału nie ogłaszają.
Skąd to wiadomoTeksty epickie w zapisach od XV wieku, gęsto w protokołach XVII i XVIII wieku oraz w zbiorach terenowych.
Kaznodzieja drukuje osiem zamówień, żeby je potępić
Zapis z tamtych czasówPéter Bornemisza wpuścił do swojej książki z 1578 roku osiem wiejskich formuł, bo chciał je ośmieszyć; dzięki temu przetrwały w całości i z datą.
Czytaj dalejWzór powtórzy się jeszcze wielokrotnie i wart jest zapamiętania. O tym, co mówiono na wsi nad chorym przed wiekiem XIX, wiadomo niemal wyłącznie z papierów tych, którzy chcieli rzecz ukrócić: z druków kaznodziejskich, z wizytacji parafialnych i z protokołów sądowych. Świadek jest wrogi i wybiórczy, ale jest najwcześniejszy, i to on wyznacza dolną granicę datowania każdej formuły.
Protestancki kaznodzieja Péter Bornemisza, żyjący w latach 1535–1584, ogłosił w latach 1578 i 1579, w Sempte i w Detrekő, obszerne dzieło o pokusach szatańskich. Wśród kazań umieścił osiem formuł, które przypisał prostym ludziom, i policzył je między zabobony, chcąc pokazać, jak daleko wieś odeszła od nauki. Osiągnął przy okazji coś odwrotnego: zostawił najstarszy zwarty zbiór węgierskich zamówień.
- Kaznodzieja dobierał teksty pod tezę kazania, więc z ośmiu formuł nie wynika, co we wsi było najczęstsze.
- Nie wiadomo, czy zapisał je ze słuchu, czy przepisał z cudzej kartki, a to zmienia wagę zapisu jako świadectwa mowy.
Skąd to wiadomoDruk o pokusach szatańskich, tłoczony w Sempte i Detrekő w latach 1578–1579.
Księga obrzędów z 1625 roku i pochodzenie zamknięć
Zapis z tamtych czasówRituale Strigoniense, wydane w 1625 roku przez arcybiskupa Pétera Pázmánya, przeniosło na Węgry rzymski ryt egzorcyzmu; cała grupa wiejskich formuł powtarza jego szkielet.
Czytaj dalejFormuły tej grupy trzymają się kościelnego szkieletu: wezwanie Trójcy, rozkaz wyjścia skierowany do złego, wypędzanie z członka na członek i wyliczanie części ciała po kolei. Kierunek pożyczki wskazuje chronologia i sam kształt zdania — to wieś powtarza księgę, nie księga wieś. Z podobieństwa nie wynika przy tym, by zamawiająca kobieta uważała się za egzorcystkę ani by ktokolwiek dawał jej do tego prawo.
W 1625 roku arcybiskup ostrzyhomski Péter Pázmány ogłosił księgę obrzędów, która dopasowała miejscową praktykę do rytu rzymskiego i przeniosła do królestwa rzymski porządek egzorcyzmu wraz z błogosławieństwami kościelnymi. Od tej daty rzymski kształt wypędzania złego stoi w królestwie na piśmie, z nazwiskiem i z rokiem, i to on odbija się w wiejskich zamówieniach najbardziej uroczystych.
- Podobieństwo kształtu nie dowodzi, że każda taka formuła przyszła z tej właśnie księgi; teksty egzorcyzmu krążyły także w odpisach i w drukach starszych.
- Nie wykazano, w którym roku którakolwiek z wiejskich formuł oderwała się od rytu i zaczęła żyć własnym życiem.
- Wzór egzorcyzmu był w królestwie obecny przed rokiem 1625, więc data wydania księgi wyznacza moment, od którego stoi on na piśmie na miejscu, a nie początek jego wpływu.
Skąd to wiadomoKsięga obrzędów archidiecezji ostrzyhomskiej, wydana w 1625 roku.
Protokół jest starszy od zeszytu o trzysta lat
Zapis z tamtych czasówZamówienia stoją w aktach procesów o czary od wieku XVI, a pierwsze teksty spisane z ust wieśniaków drukowano dopiero od lat siedemdziesiątych XIX stulecia.
Czytaj dalejRachunek dat wygląda tak: węgierskie postępowania o czary liczy się od 1565 roku do lat siedemdziesiątych XVIII wieku, a zamówienia pojawiają się w ich protokołach od stulecia XVI i najgęściej w XVIII. Zbieranie tekstów na wsi ruszyło dopiero w latach siedemdziesiątych XIX wieku, a najbogatszy zbiór z Wielkiej Niziny wyszedł drukiem w 1891 roku.
Między jednym a drugim leży blisko trzysta lat i to jest najważniejsza liczba tej sekcji. Kto chce wiedzieć, co mówiono nad chorym przed rokiem tysiąc osiemsetnym, ma do dyspozycji papier sądowy, druk kaznodziejski i garść odpisów, a poza nimi nic; kto sięga po zeszyt zbieracza, trzyma świadectwo młodsze o dziesięć pokoleń i nie cofnie go w przeszłość samą deklaracją, że we wsi tak było od zawsze.
- Z tego, że tekst zapisano w 1891 roku, nie wynika ani że jest młody, ani że jest stary; wieku formuły papier nie podaje.
- Zgodność zapisu wiejskiego z protokołem sprzed dwustu lat świadczy o trwałości wzoru, nie o nieprzerwanym przekazie w jednej wsi ani w jednej rodzinie.
Skąd to wiadomoProtokoły sądów komitackich i miejskich z lat 1565–1780; zbiory terenowe od lat siedemdziesiątych XIX wieku, wielki zbiór z Wielkiej Niziny z 1891 roku.
Dwa rodzaje papieru, dwie różne luki
Zapis z tamtych czasówPisarz sądowy notował formułę jako dowód winy i skracał ją do tego, o co pytał sędzia; zbieracz notował ją całą, tyle że dwieście lat później.
Czytaj dalejProtokół zapisuje zamówienie w trybie oskarżenia. Pada w nim to, co oskarżona przyznała albo co usłyszał świadek, zwykle cudzymi słowami, często w skrócie i w trzeciej osobie, i prawie nigdy nie ma tam liczby powtórzeń, pory dnia ani opisu tego, co robiły przy tym ręce. Bywało nadto, że słowa wydobyto torturą, a wtedy niosą ślad pytania sędziego, nie ślad wiejskiego zwyczaju.
Zeszyt zbieracza z wieku XIX i XX daje rzecz odwrotną: pełny tekst, gest, godzinę przed wschodem słońca, trzy albo dziewięć powtórzeń, nazwę wsi i nazwisko kobiety. Płaci się za to odległością w czasie. Dopiero zestawienie obu rodzajów papieru pozwala powiedzieć o zamawianiu cokolwiek pewnego, a i wtedy pewne jest wyłącznie to, co stoi w obu naraz.
- Głośna sprawa szegedzka z 1728 roku bywa czytana jako obraz wiejskiej magii; jest przede wszystkim obrazem tego, o co pytał sąd.
- Zbieracz również wybierał: teksty pełne i ładne drukowano chętniej niż urwane, więc zeszyt też nie jest przekrojem.
Skąd to wiadomoProtokoły sądowe XVI–XVIII wieku zestawione z zeszytami terenowymi XIX i XX wieku.
Zamawiała kobieta ze wsi, nie táltos
Zebrane z ustFormułę mówiła matka nad własnym dzieckiem albo wiejska specjalistka: akuszerka, nacierająca, znachorka. W tekstach zamówień táltos nie występuje.
Czytaj dalejZamawianie nie było ani urzędem, ani zawodem: najprostsze formuły znała każda gospodyni i mówiła je nad własnym dzieckiem, a w cięższych przypadkach szło się do kobiety, którą wieś uznawała za znającą się na rzeczy. Bywała nią akuszerka, czyli bába, bywała ta, która nacierała i nastawiała, czyli kenőasszony, bywała wreszcie znachorka, javasasszony, obsługująca zwykle kilka sąsiednich wsi.
W protokołach osoba wypowiadająca formułę stoi najczęściej jako oskarżona o czary, czyli jako boszorkány, a więc w innej roli niż ta z kilku spraw z lat 1626–1735, w których pada słowo táltos. Rozdzielenie ma znaczenie, ponieważ w piśmiennictwie dwóch ostatnich stuleci zamawianie bywa przypisywane szamanowi; w samych tekstach zamówień i w aktach nie ma po nim śladu.
- Mężczyźni także zamawiali — pasterze, kowale, młynarze — choć w zapisach stanowią wyraźną mniejszość.
- Z rozdzielenia ról widocznego w aktach nie wynika, że nigdzie się one nie nakładały: ta sama osoba mogła leczyć i wróżyć.
- W sprawach, w których pada słowo táltos, oskarżenie brzmi tak samo — o czary; rozdziela je to, co mówiła o sobie oskarżona, nie rubryka aktu.
- Zdanie, że najprostsze formuły znała każda gospodyni, opiera się na zapisach wieku XIX i XX; dla stuleci wcześniejszych nie ma czym go sprawdzić.
Skąd to wiadomoProtokoły procesowe z lat 1565–1780 oraz zapisy terenowe XIX i XX wieku.
Tekst traci moc, kiedy się rozejdzie
Zebrane z ustZamówienie przekazywano po cichu i zwykle jednej osobie, bo wierzono, że rozpowiedziane przestaje działać; stąd bierze się rzadkość dawnych zapisów.
Czytaj dalejNad formułą trzymano tajemnicę, a tłumaczono to prosto: słowo znane wielu nie ma już mocy. Przekazywano ją w obrębie rodziny i na ogół jednej osobie, częściej młodszej, a bywało, że osobie przeciwnej płci. Mówiono ją przed wschodem słońca albo o północy, trzy, siedem lub dziewięć razy, na progu, przy studni, na rozstaju — czyli tam, gdzie zwyczaj widział granicę.
Stąd bierze się kształt całej dokumentacji. Skoro obowiązywała tajemnica, na papier trafiało niemal wyłącznie to, co ktoś z zewnątrz wydarł, wyprosił albo wymusił, i dlatego najwięcej dawnych tekstów pochodzi z sądu. Ta sama reguła tłumaczy, czemu zbieraczom wieku XIX przychodziło to tak ciężko i czemu notowali formuły pojedynczo, choć w jednej wsi krążyło ich naraz więcej.
- Reguła tajemnicy sama jest wypowiedzią z terenu, więc opisuje, co ludzie mówili o swojej sztuce, nie zaś to, jak postępowali zawsze.
- Część tekstów krążyła jednak na kartkach noszonych przy sobie jako amulet, co zasadzie tajemnicy wprost przeczy.
- O tym, jak często sięgano po zamówienie, zapisy nie mówią nic: zbieracz notował treść formuły, nie liczbę okazji w roku.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe XIX i XX wieku, zgodne z sytuacją widoczną w protokołach sądowych.
Szemverés: urok rzucony spojrzeniem
Zebrane z ustSzemverés to szkoda zrobiona okiem, najczęściej małemu dziecku i najczęściej bez złej woli: wystarczyło patrzeć zbyt długo i chwalić zbyt ciepło.
Czytaj dalejWęgierskie szemverés znaczy dosłownie uderzenie okiem, a objawy opisywano w całym kraju niemal jednakowo: niemowlę nagle marudzi, nie śpi, ma biegunkę i gorączkę, bydlę pada bez uchwytnej przyczyny. Sprawcą bywała osoba naznaczona, o zrośniętych brwiach albo ciężkim spojrzeniu, lecz w większości zapisów jest nim po prostu ktoś, kto zatrzymał wzrok o chwilę za długo.
To właśnie odróżnia urok od czarów i od rontás, czyli szkodzenia z rozmysłem. Oko szkodzi bez zamiaru, więc winny nie jest przestępcą, a zabieg nie służy oskarżeniu, tylko odwróceniu skutku. Węgry leżą przy tym na zachodnim, słabszym skraju szerokiego pasa, w którym wiara w złe oko jest gęsta — pasa ciągnącego się przez południowy wschód Europy aż po Bliski Wschód.
- Granica między urokiem a rontás bywa w zapisach płynna; tę samą kobietę posądzano czasem o jedno i o drugie w jednej sprawie.
- Z zasięgu wiary nie wolno wnosić o jej rodowodzie: wspólny pas na mapie nie jest dowodem wspólnego źródła ani kierunku wędrówki.
- Gęstości tej wiary nikt nie mierzył: mowa o skraju pasa opisuje zasięg zapisów, nie siłę przekonania.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe XIX i XX wieku oraz zeznania świadków w procesach XVII i XVIII wieku.
Szenes víz: węgle wrzucane do zimnej wody
Zebrane z ustDo naczynia z zimną wodą wrzucano nieparzystą liczbę żarzących się węgli, wymieniając przy każdym czyjeś imię; węgiel, który poszedł na dno, wskazywał sprawcę.
Czytaj dalejPrzebieg zabiegu powtarza się w zapisach krok po kroku. Bierze się zimną wodę, najlepiej naczerpaną w milczeniu, i wrzuca do niej węgle wyjęte z pieca w liczbie nieparzystej — trzy, siedem albo dziewięć — a przy każdym wymienia się imię kogoś, kto dziecko widział. Węgiel, który opada na dno, pada na którymś z tych imion i na tym rzecz się rozstrzyga.
Potem zaczyna się leczenie: wodą obmywa się dziecku twarz i ręce, daje mu się z niej wypić trzy łyki, a resztę wylewa w miejsce ustalone zwyczajem — za drzwi, na zawiasy, na miotłę, tam, gdzie nikt nie chodzi. Bywało, że do wody dokładano coś należącego do wskazanej osoby: włos albo nitkę z odzieży. Zabieg notowano na Węgrzech powszechnie, a w bliskich odmianach także u sąsiadów na południu i na wschodzie; skąd wyszedł i którędy wędrował, nie zostało wykazane.
- Liczba węgli i miejsce wylania wody zmieniają się ze wsią na wieś; żaden z wariantów nie jest wykazany jako pierwotny.
- Opisów przebiegu sprzed wieku XIX jest niewiele: akta notują skutek i oskarżenie, samą czynność rzadko i nigdy w całości.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe XIX i XX wieku z Wielkiej Niziny, Zadunaja i Siedmiogrodu.
Árpa: jęczmień, który się żnie z powieki
Zebrane z ustJęczmień na oku nazywa się po węgiersku tak samo jak zboże; zamówienie chwyta się tej zbieżności i odgrywa żniwo, dopóki ziarno nie zniknie.
Czytaj dalejWęgierskie árpa znaczy i jęczmień w polu, i jęczmień na powiece, a najliczniejsza grupa zamówień przeciw tej dolegliwości opiera się na tej jednej zbieżności. Zamawiająca wykonuje nad okiem ruch żniwiarza, wylicza po kolei czynności żniwne — koszenie, wiązanie, zwożenie, młócenie — i grozi ziarnu, że przejdzie przez wszystkie po kolei, aż zniknie razem z plonem.
Ten typ pokazuje jedną z dźwigni zamówienia, i to najlepiej widoczną: regułę języka. Słowo jest uchwytem, a skoro chorobę nazwano tak samo jak zboże, to wolno z nią zrobić to, co się robi ze zbożem — a działa to tak samo wtedy, gdy formuła zamyka się wezwaniem świętego, i wtedy, gdy nie zamyka się niczym. Grupa ma przy tym wyraźną mapę: notowano ją najgęściej na Wielkiej Nizinie i nad Cisą, podczas gdy Zadunaje ma na tę samą przypadłość własny zestaw formuł.
- Zbieżność nazw jest węgierska, lecz sam wzór żniwny znany jest również u sąsiadów; pierwszeństwa nikt nie wykazał.
- Zapisy tej grupy pochodzą z wieku XIX i XX; w aktach procesowych jej starszych wersji prawie nie widać.
- Mapa tej grupy rysuje się z zapisów wieku XIX i XX, więc pokazuje przede wszystkim, gdzie i kto zbierał.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z Wielkiej Niziny i dorzecza Cisy, wiek XIX i XX.
1770 i 1876: zamawiająca kobieta pod nadzorem
Zapis z tamtych czasówGdy procesy o czary wygasły, państwo zajęło się tymi samymi kobietami inaczej: od 1770 roku egzaminowało akuszerki, a w 1876 uporządkowało cały nadzór zdrowotny.
Czytaj dalejDla zamawiania znaczy to zmianę statusu, nie koniec praktyki. Ta sama kobieta, która sto lat wcześniej mogła stanąć przed sądem jako czarownica, teraz stawała przed komisją jako osoba bez uprawnień, a formuła nad chorym przestawała być występkiem przeciw wierze i stawała się wykroczeniem przeciw porządkowi. Zapisy terenowe pokazują, że mówiono ją dalej, tylko ciszej i rzadziej przy obcych.
Rozporządzenie zdrowotne ogłoszone w Królestwie Węgier w 1770 roku postawiło w komitatach lekarzy urzędowych i objęło obowiązkiem egzaminu oraz przysięgi wiejskie akuszerki. Sto lat później, w 1876 roku, sejm uchwalił ustawę porządkującą całe publiczne zdrowie: okręgi zdrowotne, obowiązkowe szczepienie przeciw ospie i nadzór nad tym, komu wolno leczyć.
- Z tekstu obu rozporządzeń nie wynika, ilu ludzi faktycznie ukarano za leczenie słowem; liczby takiej nikt nie zestawił.
- Trwanie praktyki widać w zapisach terenowych, nie w papierach urzędu, bo urząd notował sprawę dopiero wtedy, gdy wybuchła.
- Wygasanie procesów o czary i pierwsze rozporządzenia zdrowotne mieszczą się w tych samych dziesięcioleciach; kolejność „najpierw sąd, potem komisja" porządkuje opowieść, a nie kalendarz.
Skąd to wiadomoRozporządzenie zdrowotne z 1752 roku ogłoszone w królestwie w 1770 oraz ustawa o publicznym zdrowiu z 1876 roku.
Od lat siedemdziesiątych XIX wieku: zeszyt zamiast protokołu
Zebrane z ustDopiero gdy zamawianie przestało grozić sądem, zaczęto je zapisywać dla niego samego: od lat siedemdziesiątych XIX wieku po zbiory ogłaszane jeszcze w 1981 roku.
Czytaj dalejZamawianie weszło do pisma po raz trzeci i tym razem bez wrogości. Od lat siedemdziesiątych XIX wieku formuły zaczęły ukazywać się w czasopismach zakładanych właśnie wtedy: pismo poświęcone językowi wychodzi od 1872 roku, pismo etnograficzne od 1890. Najbogatszy zbiór z Wielkiej Niziny wydrukowano w 1891 roku, a w 1934 zebrano w jeden tom teksty znane z wieków XVI i XVII.
Później dochodziły kolejne warstwy: tomy międzywojenne i te z lat wojny, materiał siedmiogrodzki i mołdawski z lat sześćdziesiątych, seria zbiorów z lat siedemdziesiątych, wreszcie w 1981 roku formuły odnalezione w archiwach rodów szlacheckich i zapisane jeszcze w wieku XVII. Korpus rósł więc w dwie strony naraz: w przód, ku wsi współczesnej zbieraczowi, i wstecz, ku papierom sprzed trzystu lat.
- Daty wydania mówią, kiedy tekst wydrukowano, nie kiedy powstał ani jak długo był w użyciu.
- Materiał z archiwów szlacheckich pokazuje, że zamawianiem posługiwał się także dwór; z samych zapisów wiejskich tego nie widać.
- Materiał siedmiogrodzki i mołdawski zapisano u Seklerów i u Czangów; zgodność ich formuł z tymi z Niziny trzeba wykazywać tekst po tekście, a nie zakładać z góry.
Skąd to wiadomoCzasopisma zakładane w 1872 i 1890 roku oraz zbiory z lat 1891, 1934, 1937, 1942, 1973–1974 i 1977–1981.
Kartka, ołów i kość gęsi
Czym pytano o przyszłość
Węgierska wróżba nie ma własnego kalendarza: siedzi na dniach kościelnych, między świętym Marcinem a Trzema Królami, i pyta wciąż o to samo — o imię, o rzemiosło, o stronę świata i o majątek tego, kto przyjdzie. Narzędzia są domowe i policzalne: dwanaście kartek, dwanaście łusek cebuli, garść pszenicy, klucha, łyżka roztopionego ołowiu, klucz włożony między karty księgi. Najstarszy datowany papier, na którym te reguły stoją, jest drukowany, a nie sądowy; z ust ludzi spisano je dopiero w zeszytach zbieraczy dziewiętnastego stulecia. Osobno stoi jedno zdanie kroniki zaczętej w 1358 roku — jedyne w całej tradycji krajowej, które nazywa wróżbitów po imieniu, i robiące to po łacinie.
Dwanaście kartek i jedna, której się nie otwiera
Zebrane z ustOd 13 grudnia dziewczyna paliła co dzień jedną kartkę z męskim imieniem. Odpowiedzią była ta, która została do Wigilii — i w wielu zapisach nikt jej nie otwierał.
Czytaj dalejReguła, na której cała rzecz stoi, dotyczy nie pisania, lecz powstrzymania się. Ostatnia kartka ma zostać nietknięta, a imię, które w niej siedzi, okazuje się dopiero wtedy, gdy pytająca przestaje pytać; kto zajrzał wcześniej, psuł zabieg. Ta klauzula wraca w zapisach z całego obszaru języka węgierskiego i jest w nich stalsza niż sama liczba karteczek.
Robota zaczynała się w dniu Łucji, trzynastego grudnia, i szła w tempie jednej czynności na dobę: dziewczyna wypisywała na osobnych karteczkach imiona kawalerów, po czym co wieczór wrzucała jedną w ogień, nie zaglądając do środka. W Pereszlény, w komitacie Hont, kartek przygotowywano dwanaście, a ostatnia miała doczekać Wigilii nietknięta.
Liczba chwieje się między dwunastoma a trzynastoma, a razem z nią dzień, w którym rzecz się kończy: tam, gdzie brano trzynaście karteczek, nietknięta zostawała dopiero ta z Bożego Narodzenia. Ile wieczorów szło na palenie i czy do rachuby wchodził sam dzień Łucji, z zapisów nie wynika. Wróżba nie mówi przy tym o mężu nic ponad imię — ani wsi, z której przyjdzie, ani rzemiosła, ani roku; na to były inne zabiegi i inne wieczory.
- Czy kartek było dwanaście, czy trzynaście — zapisy podają obie liczby wraz z dwiema rachubami dnia Łucji.
- Czy ostatnią kartkę zostawiano nieotwartą, czy rozwijano ją w Wigilię.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z obszaru języka węgierskiego, m.in. z Pereszlény w komitacie Hont; notowane w XIX i XX wieku
Dwanaście dni czytanych jako dwanaście miesięcy
Zebrane z ustPogoda trzynastego grudnia zapowiadała styczeń, czternastego luty, i tak przez dwanaście dni do Wigilii. Wróżba wymaga prowadzenia zapisu dzień po dniu.
Czytaj dalejRachuba jest prosta i nieubłagana: każdemu z dwunastu dni między Łucją a Wigilią przypisuje się jeden miesiąc roku, który ma dopiero nadejść, i notuje, czy było pogodnie, mokro, mroźnie czy wietrznie. Trzynasty grudnia odpowiada styczniowi, dwudziesty czwarty grudniowi, a cały odczyt zamyka się w dniu, w którym zaczyna się Boże Narodzenie.
Od wszystkich pozostałych zabiegów tej pory różni ją to, że nie daje odpowiedzi od razu. Przez dwanaście wieczorów trzeba pilnować pogody, a potem przez cały rok wracać do porządku tych dni i porównywać go z tym, co niesie każdy miesiąc; sprawdzić ją można dopiero po roku. Czy trzymano przy tym notatkę na papierze, czy całą rachubę w pamięci, zapisy nie mówią.
Dzień Łucji otwierał więc nie tylko obrzęd, ale i rachunek rozpisany na dwanaście miesięcy naprzód. Tę samą rachubę notowano także w postaci, która nie potrzebuje ani dwunastu wieczorów, ani pisma: dwanaście łusek cebuli z solą odpowiadało na te same dwanaście miesięcy w ciągu jednej nocy.
- Czy rachubę zaczynano rankiem trzynastego grudnia, czy wieczorem poprzedzającym.
- Czy dwanaście dni liczono do Wigilii włącznie, czy do pierwszego dnia świąt.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z Węgier i Siedmiogrodu; XIX i XX wiek
Dwanaście łusek cebuli zamiast dwunastu kartek
Zebrane z ustCebulę rozbierano na dwanaście łusek, każdą solono i zostawiano na noc. Gdzie sól zeszła w wodę, tam wypadał miesiąc mokry, gdzie została sucha — suchy.
Czytaj dalejRachuba jest ta sama co w kalendarzu Łucji, tylko zamiast pisma pracuje warzywo: dwanaście łusek ustawia się w rzędzie, przypisuje im kolejne miesiące i w każdą sypie szczyptę soli. Rano patrzy się, w której sól rozpłynęła się w wodę, a w której leży jak leżała, i z tego powstaje przepowiednia opadów na dwanaście miesięcy naprzód.
Różnica między obiema postaciami rachuby jest praktyczna. Łuski dają odpowiedź po jednej nocy zamiast po dwunastu wieczorach, nie wymagają żadnego zapisu i zostawiają po sobie rzecz, którą widać. Zabieg notowano pod dwiema datami, pod dniem Łucji i w noc sylwestrową, na tym samym obszarze co rachubę dwunastu dni — bez wskazania, czy w danej wsi sięgano po jedną z nich, czy po obie.
- Czy łuski solono w dniu Łucji, czy w noc sylwestrową — obie daty stoją w zapisach.
- Czy odczyt dotyczył tylko opadów, czy także ciepła miesiąca.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z Węgier, dzień Łucji i noc sylwestrowa; XIX–XX wiek
Pszenica wsypana trzynastego grudnia
Zebrane z ustGarść pszenicy wsianej w dniu Łucji miała zzielenieć do Bożego Narodzenia. Gęsty i zielony wschód zapowiadał urodzaj, rzadki i blady — rok chudy.
Czytaj dalejWróżba idzie od trzynastego grudnia do świąt i mierzy się ją wzrokiem: w miseczce albo na płaskim talerzu rozsypuje się dwie, trzy garście ziarna, trzyma je w cieple i codziennie ogląda. Jeżeli do Bożego Narodzenia wzejdzie zielono i gęsto, rok ma być urodzajny; jeżeli wschód okaże się rzadki, blady albo żaden — przeciwnie. Węgierska nazwa tej rzeczy, lucabúza, znaczy dosłownie pszenicę Łucji.
W Szerémségu miseczkę stawiano z oliwą, a światło przy niej paliło się aż do Trzech Króli, a więc o dwanaście dni dłużej, niż trwała sama wróżba, i wiązało ją ze żłóbkiem. Ziarno pyta tu nie o małżeństwo i nie o śmierć, lecz o plon, i należy razem z cebulą oraz rachubą dwunastu dni do tej mniejszej części zimowych zabiegów, które dotyczą roku, a nie pytającego.
- Czy zieleń oceniano w Wigilię, czy w pierwszy dzień świąt.
- Czy talerz z pszenicą od początku należał do żłóbka, czy trafił tam dopiero tam, gdzie przyjęła się szopka.
- Czy postać z oliwą i światłem palonym do Trzech Króli jest węgierska, czy przejęta od katolickich sąsiadów z tego samego, wielojęzycznego obszaru.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe, m.in. z Szerémségu; XIX–XX wiek
Pióro wetknięte w placek
Zebrane z ustW dniu Łucji pieczono tyle placków, ile osób w domu, a w każdy wetknięto pióro. Czyje pióro się przypaliło, ten miał nie doczekać następnej Łucji.
Czytaj dalejPlacki wyrabiano wieczorem, po jednym na głowę, i przed wsadzeniem do pieca wtykano w każdy pióro, oznaczając, do kogo należy. Odczyt był natychmiastowy i wspólny: wyjmowano pieczywo, oglądano pióra i patrzono, które zostało całe, a które zwęglone. Robiono to przy całym domu, inaczej niż zabiegi, które dziewczyna odprawiała sama — kartkę z imieniem czy but postawiony przy łóżku.
Dwie rzeczy odróżniają ten zabieg od wróżb dziewczęcych tej samej pory. Pyta o śmierć, a nie o zamążpójście, i obejmuje wszystkich domowników naraz, także dzieci i starców, którzy o nic pytać nie zamierzali. O śmierć pyta w tym zestawie jeszcze klucz obracany w księdze, ale tamten odlicza lata jednemu człowiekowi, a pióro rozdaje odpowiedź całej izbie w jeden wieczór i na jeden rok naprzód.
- Czy przypalone pióro zapowiadało śmierć w ciągu roku, czy tylko ciężką chorobę.
- Czy placki pieczono w dniu Łucji, czy w Wigilię.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z obszaru języka węgierskiego; XIX–XX wiek
Kluski z imionami wrzucone do wrzątku
Zebrane z ustDziewczyna zawijała w kluski karteczki z imionami kawalerów i wrzucała je do wrzątku. Ta, która wypłynęła pierwsza, niosła imię przyszłego męża.
Czytaj dalejZabieg robiono najczęściej w noc świętego Andrzeja, z dwudziestego dziewiątego na trzydziesty listopada, i powtarzano w noc sylwestrową. Kartek bywało dwanaście; każdą zawijano w ciasto tak szczelnie, żeby nie było widać, co jest w środku, po czym wszystkie razem szły do jednego garnka. Odczyt dawał sam wrzątek — pierwsza klucha, która wyszła na wierzch, była odpowiedzią i nikt jej nie wybierał.
Węgierski rok dawał na takie pytania dwa terminy i oba wypadają w porze, w której wesela nie było. Dzień świętej Katarzyny, dwudziestego piątego listopada, zamykał jesienne zabawy, adwent odbierał następne cztery tygodnie, a zapusty ruszały dopiero po Trzech Królach. Zarówno noc świętego Andrzeja, jak i sylwester leżą wewnątrz tej przerwy, kiedy pytano o rzecz, która i tak nie mogła się jeszcze zdarzyć.
- Czy w kluski zawijano imiona kawalerów, czy własne imiona dziewcząt — zapisy podają obie wersje.
- Czy liczyła się klucha, która wypłynęła pierwsza, czy ta, która wypłynęła cała.
- Czy terminem był wieczór poprzedzający dzień świętego Andrzeja, czy sam ten dzień — zapisy używają obu określeń.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z dnia świętego Andrzeja i z nocy sylwestrowej; XIX–XX wiek
Łyżka ołowiu wlana do zimnej wody
Zebrane z ustW noc sylwestrową roztopiony ołów lano do zimnej wody, a z zastygłego kształtu odczytywano nie imię, lecz rzemiosło przyszłego męża.
Czytaj dalejOłów topiono w łyżce nad ogniem i wylewano jednym ruchem do naczynia z zimną wodą; metal zastygał natychmiast, dając bryłkę o postrzępionych krawędziach, którą potem oglądano pod światło i obracano tak długo, aż ktoś rozpoznał w niej narzędzie. Młot, lemiesz, kielnia, nożyce, pióro — każdy rozpoznany kształt wskazywał zawód. Węgierska nazwa zabiegu, ólomöntés, znaczy po prostu lanie ołowiu.
Pytanie jest tu inne niż przy kartce i przy klusze: tamte podawały imię, ołów podawał rzemiosło, a więc pozycję i dochód. Sylwestrowe zapisy notują oba zabiegi pod jedną datą, nie mówią jednak, czy w izbie sięgano po nie jeden po drugim, czy wybierano jeden z dwóch.
Terminy są trzy i wszystkie zimowe: noc świętego Andrzeja, dzień Łucji i sylwester. Zabieg wymaga ognia, metalu i naczynia z wodą, a więc przygotowania, którego nie da się zrobić mimochodem. Ta sama czynność wraca w zapisach nowszych już nie jako robota przędzalni, lecz jako punkt zabawy noworocznej.
- Czy ołów lano przez ucho klucza, czy wprost do wody.
- Czy odczytywano sam kształt bryłki, czy cień, który rzucała na ścianę.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe: wigilia świętego Andrzeja, dzień Łucji, noc sylwestrowa; XIX–XX wiek
Imię pierwszego napotkanego
Zebrane z ustW wigilię świętego Andrzeja dziewczęta wymykały się po ciemku i pytały o imię pierwszego napotkanego. Tak miał nazywać się przyszły mąż.
Czytaj dalejWersja sylwestrowa przenosi rzecz pod cudze okno. Pytająca stawała pod szybą i słuchała, co padnie w izbie, a u Seklerów bukowińskich za odpowiedź brano zdanie odsyłające: kto usłyszał, żeby sobie poszedł, ten miał w nadchodzącym roku odejść z domu, czyli wyjść za mąż.
Zabieg wymagał wyjścia z domu po zmroku i zagadnięcia obcego. Nad Bodvą notowano wersję łagodniejszą: dziewczyna wymykała się z przędzalni, wpadała do izby i pytała domowników, jakie imię ma nosić jej przyszły mąż. Odpowiedź, jaka padła pierwsza, obowiązywała bez odwołania.
Wróżba z imienia nie potrzebuje żadnego przedmiotu — ani ognia, ani ciasta, ani metalu, ani papieru; wystarczy wyjść i usłyszeć. Tyle samo wymaga nasłuchiwanie psów, i te dwa zabiegi stoją w zestawie osobno, bo całe ich urządzenie polega na tym, że pytający zrzeka się wyboru i przyjmuje pierwsze, co przyniesie mu noc.
- Czy pytano obcego na drodze, czy domowników w izbie — obie wersje stoją obok siebie.
- Czy zdanie usłyszane pod oknem czytano dosłownie, czy przez wykładnię.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe znad Bodvy i od Seklerów bukowińskich; XIX–XX wiek
Z której strony zaszczeka pies
Zebrane z ustDziewczyna stawała na gnojowniku albo na stercie słomy i słuchała psów. Z tej strony, z której doszło szczekanie, miał nadejść mąż.
Czytaj dalejTen zabieg odczytuje kierunek, a nie imię. Pytająca wychodziła po ciemku na gnojownik albo na stertę słomy, czyli na najwyższe miejsce w obejściu, i czekała bez ruchu, aż gdzieś odezwie się pies. Strona świata, z której dobiegł głos, wskazywała wieś, skąd miał przyjść przyszły mąż; o tym, jak daleko ta wieś leży, zapisy nie mówią nic.
O majątek pytano tej samej nocy i innym sposobem — strząsano to, co tkwiło w okapie, i patrzono, co spadnie do podstawionego naczynia. Ziarno zapowiadało gospodarza, plewa i sama słoma komornika. Obie wróżby odprawiano w podwórzu i w tę samą noc świętego Andrzeja, a odpowiedzi szukano nie w przedmiocie przyniesionym z izby, lecz w tym, co przyszło z zewnątrz: w psim głosie i w tym, co spadło spod dachu.
- Czy liczyło się pierwsze szczeknięcie, czy kierunek, z którego psy odzywały się najgłośniej.
- Czy strząsanie okapu wiązano z dniem świętego Andrzeja, czy z Wigilią Bożego Narodzenia.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z dnia świętego Andrzeja; XIX–XX wiek
But, męskie spodnie i naręcze drewna
Zebrane z ustMęską część odzieży wkładano do buta albo pod poduszkę, żeby zobaczyć go we śnie; naręcze drewna wniesione po ciemku liczono na parzyste i nieparzyste.
Czytaj dalejW Jászdózsa dziewczęta kładły w noc sylwestrową pod poduszkę męskie spodnie, żeby zobaczyć we śnie tego, kto je nosi; w wigilię świętego Andrzeja tę samą rolę pełniła część męskiej odzieży włożona do buta i postawiona przy łóżku. Odpowiedź przychodziła dopiero rano, we śnie, a więc bez świadków i bez możliwości sprawdzenia przez kogokolwiek poza samą śniącą.
Naręcze drewna działa odwrotnie, bo daje wynik liczbowy i jawny. W Wigilię chwytano po ciemku tyle polan, ile dało się objąć ramionami, wnoszono je do izby i liczono przy świetle: liczba parzysta znaczyła wesele w nadchodzącym roku, nieparzysta jeszcze jedną zimę w domu ojca. Nie ma tu ani snu, ani wykładni — jest rachunek, który każdy w izbie mógł przeliczyć po swojemu.
- Czy liczbę polan brano w Wigilię, czy w noc sylwestrową.
- Czy do buta wkładano odzież męską, czy własną — zapisy nie są zgodne.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z Jászdózsa i z Wigilii Bożego Narodzenia; XIX–XX wiek
Klucz obracany w świętej księdze
Zebrane z ustSeklerzy bukowińscy wkładali klucz w świętą księgę i obracali ją na palcach. Ile razy klucz się obrócił, tyle lat życia miało pytającemu zostać.
Czytaj dalejNarzędzia są tu domowe, a przy tym wzięte ze sprzętu pobożnego: klucz i oprawna księga, ta, którą w izbie trzymano za świętą. Klucz wsuwano między karty, książkę wiązano sznurkiem, a potem trzymano ją na dwóch palcach i liczono obroty, aż ruch sam ustał. Rachuba szła na lata — tyle, ile obrotów, tyle miało pytającemu zostać życia.
Ta wróżba pyta o długość życia, a nie o męża ani o plon, i tym odstaje od reszty sylwestrowych zabiegów, przy których ją notowano. Najbliżej jej do pióra w placku, bo i tam idzie o śmierć, z tą różnicą, że pióro odpowiada na jeden rok, a klucz odlicza lata. Zapisano ją u Seklerów bukowińskich w dwudziestym wieku, w noc sylwestrową i w tym samym gronie co wróżby dziewczęce.
- Czy klucz musiał pochodzić z kościoła, czy wystarczał domowy.
- Czy wolno było pytać o cudze życie, czy tylko o własne.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe od Seklerów bukowińskich, noc sylwestrowa; XX wiek
Kość z gęsi świętomarcińskiej
Zebrane z ustPo gęsi zjedzonej jedenastego listopada oglądano kość piersiową: biała i długa zapowiadała zimę śnieżną, brunatna i krótka — błotnistą.
Czytaj dalejOdczyt robiono przy stole, zaraz po jedzeniu, i nie potrzebował ani ognia, ani wody. Kość wyjmowano, oczyszczano i oglądano pod światło, ważąc dwie cechy naraz: barwę i długość. Biel i długość dawały zimę śnieżną, barwa brunatna i krótkość — błotnistą, czyli mokrą i za ciepłą, a więc gorszą dla gospodarza niż mróz.
Ta sama data niosła drugi, niezależny odczyt, oparty już nie na kości, lecz na pogodzie samego dnia: jeżeli święty Marcin przyjeżdżał na białym koniu, spodziewano się zimy łagodnej, jeżeli na brunatnym — ostrej. Oba odczyty dotyczą jednej zimy, a mierzą co innego: kość mówi o śniegu i o błocie, koń o łagodności i o mrozie. Który z nich brano za ważniejszy, gdy się rozchodziły, w zapisach nie stoi.
Z kości wróżono na Węgrzech jeszcze z łopatki owcy, ale to zabieg pasterski i notowany rzadko; kość gęsi trafiała się natomiast raz do roku w każdym domu, w którym stanęła na stole pieczona gęś. Różnica między tymi dwiema wróżbami jest różnicą między czynnością domową a umiejętnością osobną, przypisaną do zawodu, i obie znamy dopiero z zeszytów dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych.
- Czy odczyt dotyczył całej zimy, czy tylko grudnia.
- Czy barwa kości mówi o zimie, czy o wieku ptaka i sposobie pieczenia.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z dnia świętego Marcina, 11 listopada; XIX–XX wiek
Magowie, pytonissy i wróżbici z wnętrzności
Zapis po fakcieJedyne zdanie węgierskiej kroniki o zawodowych wróżbitach mówi, że syn Vaty zebrał magów, pytonissy i haruspików. Wszystkie trzy słowa są łacińskie.
Czytaj dalejWarto zważyć, jakie to słowa. Haruspex był rzymskim wróżbitą odczytującym przyszłość z wątroby zwierzęcia ofiarnego, pythonissa zaś to imię, którym łacińska Biblia nazywa kobietę, u której król Saul szukał rady przed ostatnią bitwą. Kronikarz sięgnął więc po dwa gotowe terminy — jeden z Rzymu, drugi z Pisma — a nie po żadne słowo węgierskie, i nie podał ani jednej czynności, którą ci ludzie mieliby wykonywać.
W kronice ilustrowanej, zaczętej w 1358 roku, zaraz po zdaniu o Vacie z Belus i jego trzech warkoczach stoi zdanie o jego synu. János, wiele lat później, zgromadził wokół siebie magów, wieszczki i wróżbitów czytających z wnętrzności, a ich zaklęcia miały mu zjednywać względy panów. Drugiego miejsca, w którym węgierska kronika wymieniałaby ludzi żyjących z wróżenia i nazywała ich osobnym słowem, nie wskazano — zostaje jedno zdanie o jednym człowieku.
Z tego zdania wynika zatem mniej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje: że w połowie jedenastego wieku byli ludzie żyjący z wróżenia i że kronikarzowi z czternastego wieku wydało się to warte zapisania. Nie wynika z niego, czy czytali z wnętrzności, z kości, z ognia czy z wody, bo kronikarz nie podał ani jednej czynności, a zimowe zabiegi domowe zebrane w tej sekcji nie są robotą zawodowca i niczego tu nie rozstrzygają.
- Czy zdanie o synu Vaty dotyczy buntu z 1061 roku, czy czasu jeszcze późniejszego — kronika mówi tylko, że minęło wiele lat.
- Czy łacińskie nazwy oddają cokolwiek z węgierskiej praktyki, czy są wyłącznie szufladami kronikarza.
Skąd to wiadomoKronika ilustrowana, zaczęta w 1358 roku; zdarzenia z czasu po 1046 roku
Łopatka owcy i luka, której nie da się wypełnić
Ułożone przy biurkuWróżenie z przypalonej łopatki owcy opisali wysłannicy do Mongołów w 1247 i 1255 roku. Między nimi a węgierskimi zapisami pasterskimi nie ma żadnego tekstu.
Czytaj dalejTechnika jest prosta i wszędzie opisywana tak samo: łopatkę owcy, oczyszczoną z mięsa, kładzie się w ogniu, czeka, aż pęknie od gorąca, i czyta rysunek pęknięć. Dwie łacińskie relacje z podróży na wschód — jedna spisana po powrocie w 1247 roku, druga w 1255 — opisują ją u Mongołów jako czynność codzienną, wykonywaną przed każdą poważniejszą decyzją i przez ludzi do tego wyznaczonych.
Łańcuch od stepu do pasterza z Wielkiej Niziny domyka się więc wnioskiem, nie dokumentem. Że obie praktyki są do siebie podobne, widać gołym okiem; że jedna jest ciągiem dalszym drugiej, nie zostało wykazane, bo brakuje ogniw z sześciu stuleci — a sześciu stuleci nie przeskakuje się podobieństwem.
Na gruncie węgierskim łopatka pojawia się dopiero w notatkach robionych z ust pasterzy w dziewiętnastym i dwudziestym wieku, i to rzadko. Ze starszych tekstów krajowych żaden z przywoływanych tutaj tej kości nie nazywa: nie ma jej ani w kronice, ani w drukowanych regułach kalendarzowych, a pełnego przeglądu akt sądowych pod tym kątem nikt nie przedstawił. Kronika zresztą, kiedy już wróżbitę nazywa, nazywa czytelnika wnętrzności, a więc kogoś innego.
- Czy węgierskie zapisy o łopatce dotyczą praktyki własnej, czy podpatrzonej u sąsiadów.
- Czy chodziło o łopatkę przypalaną w ogniu, czy oglądaną pod światło — notowano obie czynności.
- Czy łopatka występuje w aktach procesów o czary z XVI–XVIII wieku — korpus nie został pod tym kątem przejrzany, więc milczenie tych ksiąg nie zostało wykazane.
Skąd to wiadomoŁacińskie relacje z podróży do Mongołów, 1247 i 1255; węgierskie zapisy pasterskie XIX i XX wieku
Druk, który niósł wróżbę przez cztery stulecia
Zapis z tamtych czasówWieczny kalendarz zwany csízió wyszedł po węgiersku w ostatniej ćwierci XV wieku, drukowano go w 1592 roku i wydawano jeszcze na początku XX wieku.
Czytaj dalejCsízió to kalendarz wieczny w dwudziestu czterech wierszach, po dwa na miesiąc, w którym każda sylaba odpowiada jednemu dniowi i wskazuje przypadające na niego święto. Do samej rachuby dni doklejono z czasem to, po co ludzie tę książeczkę naprawdę kupowali: reguły pogodowe, wykład planet, rady o zdrowiu i obszerną naukę o leczeniu koni oraz innego dobytku.
To jest odpowiedź na pytanie, gdzie stoi najstarszy datowany węgierski papier z regułami wróżebnymi: nie w aktach sądu i nie w kronice, lecz w książeczce straganowej, kupowanej przez cztery stulecia z rzędu. Przepowiadanie przyszłości nie urwało się więc ani na chrzcie, ani na procesach o czary — przeniosło się do druku i tam spokojnie przeczekało.
Metryka jest długa i policzalna. Najstarsza wersja węgierska pochodzi z ostatniej ćwierci piętnastego wieku, a jej odpis stoi w szesnastowiecznym kodeksie zwanym Peer; druk wyszedł w 1592 roku z oficyny Heltai, peszteńska tłocznia Landererów wydawała książeczkę jeszcze w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku, a po niej rodzina Bagó — aż po początek dwudziestego stulecia.
- Czy najstarsza wersja węgierska jest przekładem, czy przeróbką — łacińska rachuba tego samego typu krąży po Europie od stuleci wcześniejszych.
- Ile wydań ukazało się naprawdę: nakłady straganowe zaczytywano, a po wielu nie został ani jeden egzemplarz.
- W którym roku wydawanie przeszło od Landererów do rodziny Bagó — bez zestawienia wydań daty tego przejęcia nie da się podać.
Skąd to wiadomoCsízió: wersja węgierska z ostatniej ćwierci XV wieku, odpis w kodeksie Peer (XVI w.), druk 1592, wydania do 1833 i dalej
Pięć pytań, które zadawano zimą
Ułożone przy biurkuCały zestaw zimowych wróżb odpowiada na pięć pytań: imię, rzemiosło, stronę świata, majątek i rok śmierci. Dalej niż o rok naprzód nie sięga żadna.
Czytaj dalejO imiona bóstw nie pyta w tym zestawie nic, a i tak nie ma ich w żadnym węgierskim zapisie, co jest osobną sprawą tego działu. Warto natomiast zważyć, na czym cały ten kalendarz pytań wisi: na dniach świętych. Marcin, Katarzyna, Andrzej, Łucja, Wigilia, sylwester i Trzej Królowie wyznaczają terminy co do dnia, a bez nich rozsypuje się nie tylko rachuba, ale i sama okazja do pytania.
Zakres pytań jest zamknięty i daje się wyliczyć co do sztuki. O samego pytającego pyta się pięć razy: o imię — kartką Łucji i kluchą, o rzemiosło, a więc o pozycję i dochód — ołowiem, o stronę świata — psem, o majątek i termin wesela — okapem oraz naręczem drewna, o śmierć — przypalonym piórem i obrotami klucza. Osobno idą pytania nie o człowieka, lecz o sam rok: pszenica i dwanaście łusek cebuli odpowiadają plonem i opadami, a kość świętomarcińskiej gęsi rodzajem zimy.
Żadna z tych czynności nie dotyczy spraw, o które pyta się kapłana: o los po śmierci, o winę, o pokutę. Pyta się o rzeczy, które i tak miały się rozstrzygnąć w najbliższych miesiącach — z jednym wyjątkiem, bo klucz obracany w księdze odlicza wszystkie lata, jakie pytającemu zostały. Narzędziem jest przy tym to, co stoi w izbie: ogień, woda, ciasto, kość, papier i klucz.
- Czy podział pytań między dni był stały, czy ruchomy — ten sam zabieg bywa notowany pod trzema różnymi datami.
- Czy wróżby o śmierci i o plonie należą do tego samego zestawu co dziewczęce, czy tylko dzielą z nimi kalendarz.
Skąd to wiadomoZestawienie zapisów terenowych XIX i XX wieku z kalendarzem kościelnym Królestwa Węgier
Kto przychodzi nocą
Lidérc, garabonciás, boszorkány
Trzy nazwy trzymają razem całą węgierską demonologię ludową, a każda przyszła z innej strony: boszorkány ze stepu, garabonciás z włoskiej szkoły, lidérc znikąd, bo jego rodowodu nikt dotąd nie wyprowadził. Karty poniżej podają przy każdej istocie miejsce i datę zapisu, osobno zaś to, czego z tego zapisu wyprowadzić nie wolno. Osobno stoi także sprawa wampira: dwa urzędowe raporty z serbskich wsi pod habsburskim zarządem, które Europa nazwała węgierskimi.
Boszorkány: nazwa o przyciskaniu
Zapis po fakcieWęgierska nazwa czarownicy przyszła ze stepu razem z językiem turkijskim i wywodzi się od czasownika o znaczeniu przyciskać, przygniatać.
Czytaj dalejZ rdzenia nie wynika żadna osoba, tylko doświadczenie: nocne przygniecenie śpiącego, duszność i bezwład, które węgierszczyzna nazywa do dziś lidércnyomás, czyli naciskiem lidérca. Dwa różne wyrazy, jeden przywieziony ze stepu i jeden zupełnie bez rodowodu, opisują ten sam stan ciała, a zbieracze zapisywali przy tym, że to czarownica siada nocą na piersi śpiącego.
Rdzeń jest turkijski i znaczy tyle, co przyciskać albo przygniatać; formy pokrewne notowano w językach turkijskich w postaci zbliżonej do basyrgan, a nazwy duszącej nocą zjawy o podobnym brzmieniu spotyka się także nad Wołgą. Kiedy dokładnie wyraz wszedł do węgierszczyzny, tego wskazać się nie da: jego postać prowadzi w stepowe sąsiedztwo, a takie sąsiedztwo trwało i przed zajęciem Kotliny Karpackiej, i długo potem, bo nad Dunaj przyszli jeszcze Pieczyngowie oraz Kumanie.
Z czasu przed pierwszymi zapisami nie zostało ani jedno zdanie po węgiersku o tym, kim miała być boszorkány. Kiedy wyraz pojawia się wreszcie na pergaminie, stoi w węgiersko-łacińskich słowniczkach jako odpowiednik łacińskiej strigi, a więc już w ramie prawa kościelnego, nie w ramie własnego, domowego wierzenia; roku tego pierwszego zapisu nie da się podać, bo wydania średniowiecznych słowniczków datuje się rozmaicie.
- Data pierwszego zapisu wyrazu w tekście węgierskim bywa podawana różnie, zależnie od wydania średniowiecznych słowniczków.
- Związek z powołżańskimi nazwami duszącej zjawy wyprowadza się przez pośrednictwo czuwaskie i nie został rozstrzygnięty.
- Nie zostało wykazane, czy przed zapożyczeniem Węgrzy mieli dla tej postaci własną nazwę.
- Nie zostało wykazane, czy wyraz przyszedł przed zajęciem Kotliny Karpackiej, czy w późniejszym sąsiedztwie z Pieczyngami i Kumanami; sama postać słowa dopuszcza oba rachunki.
Skąd to wiadomoŚredniowieczne słowniczki węgiersko-łacińskie, w których boszorkány oddaje łacińskie striga; warstwa turkijska w węgierszczyźnie datowana na czas przed 895 rokiem.
Nie ma listy węgierskich bogów
Ułożone przy biurkuPo Węgrach sprzed chrztu nie został żaden spis bóstw, w żadnym języku. Wszystko, co krąży jako węgierski panteon, ułożono znacznie później.
Czytaj dalejStan źródeł jest tutaj wyjątkowo prosty i wyjątkowo ubogi. Nie ma ani jednej listy bogów dawnych Węgrów: nie ma jej w relacjach bizantyjskich, łacińskich, arabskich ani słowiańskich, nie ma w dokumentach, nie ma w prawach. Jest za to sporo nazw szkód, obrzędów i ludzi, którzy je czynili, rozsypanych po tekstach prawnych i sądowych.
W 1854 roku wyszła w Peszcie obszerna księga, która pierwsza podjęła się zebrania mitologii węgierskiej z tego, co zostało: z przysłów, z postaci bajkowych, z nazw miejscowych i z porównań z sąsiadami. Z niej oraz z jej dwudziestowiecznych kontynuacji pochodzą tabele, w których lidérc, szépasszony i boszorkány stoją jako strąceni bogowie dawnej wiary.
Dla tej sekcji wynika stąd jedna zasada porządkowa. Każda istota opisana niżej jest poświadczona jako istota wierzeniowa i jako zarzut sądowy, nie jako bóstwo; gdziekolwiek czyta się, że lidérc był demonem starej wiary, a piękna pani boginią, powtarzany jest układ z 1854 roku i tak właśnie należy go datować, a nie odnosić do czasów przed chrztem.
- Część zestawień zrobionych w 1854 roku i później opiera się na realnych zapisach ludowych, więc całości nie wolno nazwać zmyśleniem; sporne jest to, co z tych zapisów wolno wyprowadzić.
- Nie zostało wykazane, czy brak spisu bóstw oznacza brak bóstw, czy wyłącznie brak zapisu.
Skąd to wiadomoBrak jakiegokolwiek spisu bóstw w źródłach sprzed XIX wieku; zbiorcza księga mitologii węgierskiej wydana w Peszcie w 1854 roku i jej późniejsze kontynuacje.
Striga w prawie Stefana I
Zapis z tamtych czasówDruga księga dekretów Stefana I przewiduje dla strigi post, piętno kluczem kościelnym i wreszcie sąd świecki, ale nie podaje żadnego węgierskiego słowa.
Czytaj dalejPrawo rozkłada karę na trzy stopnie. Schwytaną po raz pierwszy oddaje się księdzu na post pokutny i komunię, po raz drugi znów na post, a nadto piętnuje się ją kluczem kościelnym w pierś, w czoło i między łopatki, po raz trzeci zaś przekazuje sędziom świeckim. Osobny rozdział tej samej księgi oddaje trucicieli i czarowników biskupowi albo pokrzywdzonym.
Oryginał się nie zachował. Tekst znamy z odpisów, a najstarszy z nich stoi w kodeksie z Admontu z XII wieku, czyli powstał sto lat po królu. Numeracja rozdziałów różni się między wydaniami, przez co ten sam przepis bywa przywoływany pod dwoma numerami, a to psuje rachunek każdemu, kto zestawia ze sobą wydania.
Zapis dowodzi, że sąd młodego chrześcijańskiego królestwa liczył się z kobietami oskarżanymi o czynienie szkody sztuką i miał na nie gotową procedurę, natomiast o porze ani o sposobie tej szkody nie mówi ani słowa. Dowodzi także, że pisano o tym po łacinie, terminami przyniesionymi z kontynentalnego prawa kościelnego, więc z tego tekstu nie da się odczytać, jak Węgrzy nazywali tę postać ani co o niej opowiadali przy ogniu.
- Datowanie drugiej księgi dekretów: lata trzydzieste XI wieku to rachunek najczęstszy, lecz nie jedyny.
- Numer rozdziału o strigach podaje się jako trzydziesty pierwszy albo trzydziesty trzeci, zależnie od wydania.
- Nie zostało wykazane, czy łacińska striga oddaje tu latającą nocną zjawę, czy po prostu kobietę czyniącą szkodę.
Skąd to wiadomoDekrety Stefana I, księga druga, rozdziały o strigach i o trucicielach; tekst zachowany w odpisach, najstarszy w kodeksie z Admontu z XII wieku.
Koloman: strig nie ma, trucicielki są
Zapis z tamtych czasówPrawo Kolomana nakazuje nie wszczynać dochodzeń w sprawie strig, ponieważ takich istot nie ma. Sprawy o szkodę czynioną sztuką zostają.
Czytaj dalejDla późniejszych stuleci rozdzielenie okazało się nietrwałe. W procesach od szesnastego wieku obie kategorie zlewają się w jedno węgierskie słowo boszorkány, a zeznania mieszają nocny lot z konkretną szkodą w oborze, tak jakby prawa sprzed sześciuset lat nigdy nie zapisano i jakby nikt go nigdy nie czytał.
Rozdział pięćdziesiąty siódmy zamyka jedną kategorię: o strigach, których nie ma, nie wolno prowadzić dochodzenia. Rozdział sześćdziesiąty zostawia drugą otwartą, bo sprawy o czarowanie i o trucicielstwo nadal wolno badać i karać. Król nie znosi zatem wiary w szkodę czynioną sztuką, tylko wykreśla z kompetencji sądu latającą nocną istotę.
To rozdzielenie bywa przedstawiane jako europejska osobliwość, a osobliwością nie jest: zakaz zabijania kobiety jako strigi stoi już w prawie longobardzkim z 643 roku, gdzie rzecz nazwano wprost niemożliwą, oraz w karolińskim przepisie dla Saksonii z około 785 roku, gdzie karę przewidziano dla tego, kto taką kobietę spali. Węgierski rozdział trzeba przy tym widzieć we właściwej ramie, bo stoi w księdze zajętej podatkami, targiem i sądem bożym, a więc jest przepisem porządkowym, nie rozprawą o naturze widzialnego i niewidzialnego świata.
- Tekst znamy z późniejszych odpisów, nie z oryginału.
- Zakres przepisu bywa czytany wąsko, jako odnoszący się wyłącznie do jednej odmiany strigi.
- Nie zostało wykazane, przed kim miały odtąd stawać sprawy z rozdziału sześćdziesiątego; wydania różnią się co do tego, czy postępowanie prowadzi sam archidiakon, czy archidiakon wraz z urzędnikiem królewskim.
Skąd to wiadomoPrawa króla Kolomana, około 1100 roku: rozdział 57 o strigach i rozdział 60 o czarownikach oraz trucicielach.
Co stoi w aktach procesów o czary
Zapis z tamtych czasówZarzuty są rzeczowe: odebrane mleko, grad na winnicę, choroba dziecka. Pełnej demonologii zachodniej w tych księgach prawie nie widać.
Czytaj dalejTreść oskarżeń trzyma się gospodarstwa. Krowa przestała dawać mleko, grad zbił winnicę, dziecko dostało drgawek, pan młody stracił męskość, sąsiad zachorował po kłótni o miedzę; do tego dochodzą maści, zioła, zamawiania oraz próby dowodowe, przede wszystkim próba wody i ważenie oskarżonej na miejskiej wadze.
Miejsce zlotu pojawia się w zeznaniach jako góra świętego Gerarda nad Dunajem, przy czym podają je oskarżeni pod naciskiem pytań sądu. W tych samych księgach odzywa się też rola przeciwna: w Debreczynie w 1725 roku oskarżona Erzsébet Balázsi tłumaczyła się tym, że jest táltosem, a więc kimś, kto z czarownicami walczy, nie kimś z ich grona.
Najstarsza pewnie udokumentowana sprawa toczyła się w 1565 roku w Kolozsvárze, gdzie spalono Klárę Bóczi; miasto należało wówczas nie do królestwa rządzonego z Wiednia, lecz do wschodniej części rozdartego kraju, z której wyrósł Siedmiogród. Starsze zestawienie wydanych drukiem ksiąg sądowych obejmuje z lat 1565-1756 około pięciuset pięćdziesięciu spraw, z których blisko sto siedemdziesiąt skończyło się stosem; liczby te mierzą stan akt ogłoszonych do czasu tamtego zestawienia, nie liczbę procesów, które się odbyły.
- Liczby spraw i wyroków zależą od tego, które archiwa przejrzano i ogłoszono; wiele ksiąg komitackich przepadło.
- Nie zostało wykazane, na ile obraz zlotu na górze świętego Gerarda jest ludowy, a na ile podpowiedziany przez pytania sędziów.
- Późniejsze poszukiwania archiwalne znacznie powiększyły zbiór znanych akt, więc podany rachunek jest dolnym progiem, a nie sumą procesów.
- Lata 1565-1756 obejmują trzy różne państwowości: królestwo rządzone z Wiednia, ziemie pod panowaniem tureckim oraz Siedmiogród; akta powstawały tam pod różnym prawem i nie sumują się gładko.
Skąd to wiadomoKsięgi sądowe miast i komitatów z lat 1565-1756; wyrok w Kolozsvárze z 1565 roku, sprawa w Debreczynie z 1725 roku.
Wiedeń zamyka sprawę: 1755-1777
Zapis z tamtych czasówCesarzowa wysłała lekarza, lekarz wyjaśnił nierozłożone zwłoki przyczynami naturalnymi, a kolejne dekrety odebrały sądom i wsiom prawo do stosu.
Czytaj dalejW 1755 roku Maria Teresa posłała na Morawy swojego nadwornego lekarza Gerarda van Swietena, żeby zbadał tamtejsze sprawy o powracających zmarłych. Jego sprawozdanie tłumaczyło zachowanie zwłok warunkami grobu, a nie powrotem umarłego, i na tej podstawie zakazano ludowych środków zaradczych: przebijania palem, ścinania głów i palenia ciał.
Ustały procesy, nie ustało wierzenie. Ci sami ludzie, których dziadowie stawali przed sądem, opowiadali zbieraczom w dziewiętnastym i dwudziestym wieku dokładnie te same rzeczy o odbieranym mleku i o nocnym przygnieceniu, z tą jedyną różnicą, że opowieść przeniosła się z księgi sądowej do notatnika.
Rok później cesarzowa nakazała badać takie sprawy ze szczególną ostrożnością, a każdy wyrok śmierci przedkładać do zatwierdzenia dworowi, co odcięło sądom miejskim i komitackim drogę do stosu; kolejne rozporządzenia z 1758 i z 1768 roku jeszcze zawęziły podstawę oskarżenia. Nowy kodeks karny z 1768 roku obowiązywał w krajach austriackich i czeskich, na Węgry zaś nie został rozciągnięty wcale, więc tutaj całą pracę wykonały same rozporządzenia królewskie, a ostatnie stracenia za czary przypadają w zapisach na połowę lat pięćdziesiątych oraz na lata sześćdziesiąte osiemnastego wieku.
- Daty kolejnych aktów podaje się różnie: reskrypt, okólnik i kodeks z lat 1755, 1756, 1766 oraz 1768 bywają ze sobą mieszane.
- Nie zostało wykazane, czy egzekucja z 1777 roku była rzeczywiście ostatnią.
- Data ostatniego stracenia za czary na Węgrzech nie została rozstrzygnięta: jedne zapisy wskazują połowę lat pięćdziesiątych XVIII wieku, inne sprawę z Nagybányi z 1762 roku.
- Rozporządzenia królewskie dla Węgier bywają mylone z kodeksem karnym z tego samego roku, który obowiązywał gdzie indziej.
Skąd to wiadomoReskrypty i dekrety Marii Teresy z lat 1755-1768, sprawozdanie nadwornego lekarza z Moraw z 1755 roku, kodeks karny z 1768 roku.
Lidérc: jedno słowo, trzy istoty
Zebrane z ustPod jedną nazwą chodzą trzy różne istoty, a same nazwy zmieniają się co krainę: lüdérc, ludvérc, iglic, mit-mitke, piritusz.
Czytaj dalejZbieracze zapisali pod tym słowem trzy rzeczy, które nie schodzą się ze sobą ani kształtem, ani robotą: kurczę wysiedziane pod pachą, które nosi do domu dobytek; ognistego kochanka, który lata nocą i wchodzi kominem; wreszcie małego diabła siedzącego w szmacie albo w butelce, dającego nagłe bogactwo i nadprzyrodzoną siłę.
Nazwy rozkładają się po krainach. Na Zadunaju mówi się lidérc, na północy u Palóców mit-mitke, w Siedmiogrodzie lüdérc oraz ludvérc, gdzie indziej iglic albo piritusz; postać ludvérc bierze się z ludowego skojarzenia z gęsią, bo lúd znaczy po węgiersku gęś, ale to wtórne dopasowanie brzmienia, nie rodowód wyrazu.
Rodowodu samego słowa nikt nie wyprowadził w sposób, który by się obronił. To ważniejsze, niż wygląda: nazwa boszorkány prowadzi na step, nazwa garabonciás do włoskiej szkoły, a lidérc nie prowadzi nigdzie, więc akurat przy tej istocie nie wolno powiedzieć, skąd przyszła ani jak dawno siedzi nad Dunajem.
- Nie zostało wykazane, czy trzy odmiany to jedna istota rozszczepiona przez krainy, czy trzy istoty sklejone wspólną nazwą.
- Etymologia wyrazu pozostaje bez rozstrzygnięcia; wyprowadzenia od gęsi i od łacińskiego spiritus tłumaczą co najwyżej pojedyncze warianty.
Skąd to wiadomoZapisy zbieraczy z XIX i XX wieku ze wszystkich krain węgierskich; wyraz notowany w słownikach od doby nowożytnej.
Kurczę wysiedziane pod pachą
Zebrane z ustPierwsze jajo czarnej kury nosi się pod pachą, aż wyklui się gołe kurczę. Znosi do domu zboże i złoto, ale żąda roboty bez końca.
Czytaj dalejPrzepis jest w zapisach zaskakująco jednolity. Bierze się pierwsze jajo czarnej kury i nosi pod lewą pachą przez trzy tygodnie z okładem, przez cały ten czas nie myjąc się, nie strzygąc włosów i nie odzywając się do nikogo; wykluwa się z niego kurczę bez piór, które od razu zaczyna służyć gospodarzowi.
Zapłata przychodzi szybko i widać ją z zewnątrz. Do domu trafia kominem zboże, pieniądze i złoto, a zamożność gospodarza staje się we wsi tematem rozmów; cena jest jedna, za to nieznośna, bo istocie trzeba dawać robotę bez przerwy, a gdy jej zabraknie, dopomina się o nią krzykiem i zaczyna szkodzić domownikom.
Pozbywa się jej poleceniem, którego nie da się wykonać: przynieś wodę w sicie, ukręć powróz z piasku, policz gwiazdy, przenieś piasek znad Cisy. Bywa też zamykana w dziupli, w butelce albo wypędzana w pole; w obu rozwiązaniach widać tę samą regułę, że istoty nie zabija się siłą, tylko wyprowadza w zadanie bez końca.
- Liczba dni wysiadywania waha się w zapisach od dwudziestu jeden do dwudziestu czterech.
- Najstarsze opisy z całym przepisem pochodzą z zapisów dziewiętnastowiecznych; wcześniejszych, równie szczegółowych, nie odnotowano.
Skąd to wiadomoNotatki zbieraczy z XIX i XX wieku, gęste zwłaszcza z Zadunaja, z Palócföldu i z Siedmiogrodu.
Ognisty kochanek i jedna nie ta stopa
Zebrane z ustLeci nad wsią jak ogień, wchodzi kominem i przybiera postać zmarłego. Zdradza go jedna stopa, gęsia albo końska.
Czytaj dalejPrzychodzi zawsze do tego samego rodzaju człowieka: do wdowy, do dziewczyny, której umarł narzeczony, do kogoś, kto żałuje zbyt długo. Przybiera postać zmarłego, zjawia się nocą i odchodzi przed świtem, a odwiedzana osoba mizernieje, sypia w dzień i przestaje jeść; wieś rozpoznaje to po wyglądzie, zanim padnie jakiekolwiek słowo.
Rozpoznanie jest zawsze cielesne. Cała postać się zgadza, tylko jedna stopa pozostaje gęsia albo końska i wystaje spod ubrania, stąd rada, żeby patrzeć gościowi pod stół. Odprawia się go progiem posypanym popiołem i makiem do liczenia, zatkanym kominem, kadzidłem, mietłą postawioną odwrotnie, a ostatecznie pianiem koguta.
Tym samym słowem nazywa się światło widywane nad mokradłem i nad cmentarzem, więc ognisty gość i błędny ognik mają w węgierszczyźnie jedno imię. Zapisy wiążą odwiedziny wprost z żałobą, której nie wolno przeciągać, i w tym sensie opowieść jest przestrogą obyczajową, a nie wyłącznie relacją o nocnej zjawie.
- Nie zostało wykazane, czy ognisty kochanek i latające światło to jedna istota, czy dwie połączone wspólną nazwą.
- Motyw nie tej stopy występuje także u sąsiadów, więc jego węgierskie pochodzenie nie jest dowiedzione.
Skąd to wiadomoZapisy zbieraczy z XIX i XX wieku z całego obszaru węgierskiego, najgęstsze z Siedmiogrodu i znad Cisy.
Garabonciás: student, który prosi o mleko
Zebrane z ustPrzychodzi w podartym płaszczu, z księgą pod pachą, i prosi o mleko albo o jajko. Kto mu odmówi, dostaje grad na zboże i winnicę.
Czytaj dalejWygląd jest stały we wszystkich zapisach: długi podarty płaszcz, szeroki kapelusz, księga pod pachą, zmęczenie drogi. Prośba jest zawsze drobna i właśnie dlatego odmowa waży tak ciężko, bo chodzi o kubek mleka, jajko albo kromkę chleba, czyli o rzecz, której według obyczaju wsi nie odmawia się nikomu.
Odprawiony otwiera księgę i wywołuje z jeziora, ze studni albo wprost z chmury sárkánya, po czym dosiada go i wjeżdża w burzę. Na wieś, która poskąpiła, spada grad i bije zboże razem z winnicą; tam, gdzie podano mu mleko, chmura przechodzi bokiem, a gospodarz ma po tym spokój na całe lato.
Wiedzę ma przynosić z trzynastej szkoły. Po dwunastu zwykłych szkołach wchodzi się do tej ostatniej, z której spośród trzynastu uczniów jeden już nie wraca, i właśnie ten jeden zostaje panem pogody. Obraz jest szkolny, nie stepowy: bohater ma książkę, tytuł ucznia i wędrowny tryb życia żaka, a nie bęben ani obrzęd.
- Związek z táltosem: część zapisów sadza go na koniu táltosie, inne trzymają obie postacie osobno, więc sklejenie mogło nastąpić późno.
- Data najstarszego węgierskiego zapisu samej nazwy bywa podawana różnie, w granicach XVI i XVII wieku.
- Motyw trzynastej szkoły, z której ostatni uczeń już nie wraca, notowano także u sąsiadów na wschodzie i na południu, więc nie świadczy o wyłącznie węgierskim rodowodzie postaci.
Skąd to wiadomoZapisy zbieraczy z XIX i XX wieku; nazwa notowana w piśmie węgierskim w dobie nowożytnej, od XVI-XVII wieku.
Imię przyniesione z Włoch, postać z pogranicza
Zebrane z ustNazwa wywodzi się z włoskiego gramanzia, czyli od nekromancji. Ta sama postać chodzi po Chorwacji i Słowenii jako grabancijaš dijak.
Czytaj dalejSłowo przyszło drogą szkolną. Włoskie gramanzia, czyli czarnoksięstwo, jest skróconą postacią wyrazu negromanzia, a ten wywodzi się z łacińskiej necromantia; z tej właśnie ścieżki bierze się węgierski garabonciás. Nazwa pana burzy nie ma zatem nic wspólnego ani ze stepem, ani z uralską warstwą języka.
Wynika z tego twarde ograniczenie. Garabonciás nie może świadczyć o wierze Węgrów sprzed chrztu, bo jego imię jest pożyczką z chrześcijańskiej Europy, a zawód, który wykonuje, pojawia się wszędzie tam, gdzie grad zabierał winnicę i zboże, niezależnie od języka, w jakim go wołano.
Postać nie kończy się na granicy, tylko podobieństwa trzeba rozdzielić. W tradycji chorwackiej i słoweńskiej stoi grabancijaš dijak z tym samym imieniem, tą samą księgą, tą samą prośbą i tą samą burzą, i to jest pokrewieństwo nazwy. U Słowian północnych chmurę prowadzą płanetnik oraz chmurnik, którzy noszą imiona własne i obywają się bez księgi i bez szkoły, więc z węgierskim panem burzy łączy ich sama robota przy gradzie, a nie rodowód.
- Kierunek pożyczki między węgierskim a chorwackim i słoweńskim nie został wykazany; obie strony mogły wziąć wyraz wprost z włoskiego.
- Nie wiadomo, czy razem z nazwą przyszła cała postać, czy imię nakleiło się na starszego, miejscowego pana pogody.
Skąd to wiadomoWyraz przejęty z włoskiego gramanzia; postać zapisana w XIX i XX wieku po obu stronach Drawy i Mury oraz w zachodnich komitatach Węgier.
Szépasszony: piękna pani, której się nie nazywa
Zebrane z ustNazwa jest uprzejmością wobec istoty groźnej. Tańczy w kręgu, podróżuje trąbą powietrzną, zabiera mleko i zdrowie dziecka.
Czytaj dalejImię jest omówieniem. Nazywa się ją piękną panią dokładnie po to, żeby nie wymawiać nazwy prawdziwej, a wygląda w zapisach jak młoda kobieta o długich włosach, w bieli, widywana najczęściej o południu albo o północy; ślad po niej zostaje w trawie jako krąg wydeptany albo wypalony.
Obciąża się ją rzeczami, które przychodzą nagle. Wirem powietrznym, w którym podróżuje, jesienną pajęczyną unoszącą się nad polem i zwaną jej płótnem, chorobą niemowlęcia i gorączką połogową matki, zanikiem mleka u krowy i u kobiety, wreszcie nagłym bezwładem tego, kto wszedł w jej krąg. Broni się przed nią żelazem, nożem rzuconym w wir i czerwoną nitką.
Najstarszy węgierski spis ludowych zamawiań wyszedł drukiem przy czwartym tomie kazań Bornemiszy Pétera, wytłoczonym w Sempte pod koniec lat siedemdziesiątych XVI wieku, a część o pokusach diabelskich puszczono w obieg osobno dwa lata później; spis pokazuje, że formuły odwracające szkodę od krowy, od dziecka i od człowieka krążyły wtedy po całej okolicy. W zamawianiach piękne panie występują zwykle w liczbie mnogiej, a dopiero w zapisach zbieraczy zjawia się jedna postać z imieniem.
- Data wydania dodatku Bornemiszy podawana jest jako 1578 albo 1579, bo druk ukazał się najpierw przy tomie kazań, a potem osobno.
- Nie zostało wykazane, czy piękna pani jest postacią przejętą od sąsiadów, czy własną; południowosłowiańska wiła i rumuńskie iele mają te same cechy.
- Rok wydania czwartego tomu kazań podaje się jako 1577 albo 1578, zależnie od tego, czy liczy się datę wyjścia spod prasy, czy datę karty tytułowej; osobne wydanie części o pokusach diabelskich datowane jest na 1579.
Skąd to wiadomoDodatek z zamawianiami przy czwartym tomie kazań Bornemiszy Pétera, Sempte 1578, wydanie osobne 1579; zapisy zbieraczy z XIX i XX wieku.
Rosszak: ci źli, czyli imię omijane
Zebrane z ustZamiast nazwy pada omówienie: ci źli, tamci, panowie. Reguła jest prosta, bo kogo nazwiesz po imieniu, tego przywołasz.
Czytaj dalejDla każdego, kto chciałby ułożyć spis węgierskich istot, ma to skutek dotkliwy. Język zapisu z założenia nie nazywa, więc tam, gdzie w notatce pojawia się ładne imię własne, trzeba najpierw sprawdzić, czy nie wyprodukowało go pytanie zbieracza, dopytującego uprzejmie, jak to się właściwie nazywa.
Ta sama reguła rządzi piękną panią, którą chwali się w nazwie, żeby nie szkodziła, oraz formami mnogimi, w których nikt nie zostaje wskazany z osobna. Omówienie jest w węgierskich zapisach zjawiskiem podstawowym i najlepiej tłumaczy, dlaczego mamy tak wiele opisów zachowania, a tak mało czystych imion.
W zapisach szkodzące istoty noszą nazwy zastępcze. Mówi się o nich rosszak, czyli źli, albo schodzi się jeszcze niżej, do samego zaimka, czyli do tamtych i do onych; nagły paraliż, drgawki dziecka, wykrzywione usta oraz utrata mowy tłumaczy się właśnie tym, że to oni napastowali człowieka.
- Nie zostało wykazane, czy omówienia zakrywają starsze imiona własne, które wyszły z użycia, czy też takich imion nigdy nie było.
- Zasięg poszczególnych określeń zastępczych znamy tylko z tych okolic, w których pracowali zbieracze.
- Zapisy od Csángów mołdawskich powstały w otoczeniu rumuńskojęzycznym i nie da się z nich czysto wydzielić tego, co węgierskie; stawianie ich w jednym szeregu z materiałem siedmiogrodzkim i palóckim zaciera tę różnicę.
Skąd to wiadomoZapisy z XIX i XX wieku z Siedmiogrodu, z Palócföldu i od Csángów mołdawskich.
Fene: choroba, która brzmi jak imię
Zapis po fakcieW przekleństwie fene wygląda na demona. W najstarszych zapisach jest nazwą żrącej choroby i dzikiego zwierza, nie postacią.
Czytaj dalejWyraz od średniowiecza oddaje w węgierskich tekstach dwie rzeczy: chorobę, która toczy ciało, czyli zgorzel oraz wrzód, a obok tego dzikiego, drapieżnego zwierza. Przekleństwo, w którym fene ma kogoś zjeść, jest zatem w pierwszej warstwie życzeniem choroby, a nie wezwaniem osoby noszącej takie imię.
Uosobienie przyszło z gramatyki. Skoro się je posyła, odsyła i odgania, to zaczyna zachowywać się jak ktoś, kto ma dokąd pójść, i tak w mowie potocznej fene dostaje własne miejsce pobytu gdzieś daleko; ten sam mechanizm robi osoby z chorób i z nieszczęść w bardzo wielu innych językach.
Z tego nie wynika żaden bóg. W księgach układanych od dziewiętnastego wieku fene bywa przedstawiany jako bóstwo zarazy dawnych Węgrów, tymczasem żaden zapis sprzed doby nowożytnej takiego bóstwa nie zna, a najstarsze poświadczone znaczenia wyrazu są lekarskie i zwierzęce, nie boskie.
- Które znaczenie jest starsze, choroba czy zwierz, nie zostało rozstrzygnięte.
- Wyprowadzenia etymologiczne wyrazu pozostają sporne.
Skąd to wiadomoWęgierskie kodeksy i słowniki od średniowiecza, gdzie wyraz oddaje żrącą chorobę i dzikiego zwierza; przekleństwa notowane po dziś.
Akta z 1725 i 1732 roku: co naprawdę zbadano
Zapis z tamtych czasówDwa urzędowe raporty z serbskich wsi zrobiły w Europie sprawę wampira. Wieś, świadkowie i samo słowo były serbskie, nie węgierskie.
Czytaj dalejW 1725 roku cesarski prowizor Frombald opisał ekshumację w Kisilovej, dokonaną po tym, jak w ciągu ośmiu dni umarło we wsi dziewięć osób, a mieszkańcy powiązali te zgony ze zmarłym wcześniej Petarem Blagojeviciem. Sprawozdanie ukazało się w lipcu tego samego roku w wiedeńskiej gazecie i tą właśnie drogą słowo weszło do prasy niemieckiej.
Siedem lat później komisja wojskowa z chirurgiem pułkowym Johannem Flückingerem otworzyła 7 stycznia 1732 roku groby w Medvedji nad Morawą, we wsi, w której przez trzy miesiące umarło siedemnaście osób; z wydobytych ciał dwanaście opisano jako nierozłożone, a pięć jako rozłożone zwyczajnie. Sprawozdanie, znane jako Visum et Repertum, podpisało w Belgradzie pod koniec tego samego miesiąca pięciu wojskowych, po czym obiegło ono w ciągu roku całą Europę w przedrukach.
To są dokumenty wojskowo-administracyjne z ziem, które Wiedeń trzymał od 1718 do 1739 roku. Świadkami są serbscy wieśniacy oraz habsburscy żołnierze, opisywane wierzenie dotyczy powracającego trupa, a zalecany środek zaradczy to pal i ogień; w obu sprawozdaniach nie występuje ani jeden świadek noszący węgierskie nazwisko.
- Daty z 1732 roku bywają mieszane: oględziny odbyły się 7 stycznia, a podpisany raport nosi datę o kilkanaście dni późniejszą.
- Liczba zgonów w obu wsiach różni się między odpisami i kolejnymi przedrukami.
- Liczby z obu wsi bywają w przedrukach zlewane: siedemnaście zgonów, dwanaście ciał nierozłożonych i pięć rozłożonych to w sprawozdaniu z 1732 roku trzy różne rachunki, a nie jeden.
Skąd to wiadomoSprawozdanie prowizora Frombalda ogłoszone w wiedeńskiej gazecie w lipcu 1725 roku; Visum et Repertum, oględziny 7 stycznia 1732, raport podpisany w Belgradzie w styczniu 1732.
Skąd się wzięły węgierskie wampiry
Ułożone przy biurkuZachodnia prasa nazwała ziemie obu raportów Węgrami, bo rządził tam Wiedeń. Stąd, a nie z węgierskich wierzeń, bierze się ta sława.
Czytaj dalejWsie z raportów leżały w Serbii pod habsburskim zarządem wojskowym, a w zachodnich drukach cały ten obszar bywał opisywany zbiorczo jako Węgry, bo tak wyglądała wtedy mapa polityczna monarchii. Przedruki wędrowały do Lipska, Norymbergi, Paryża i Londynu już z tą etykietą i to ona przylgnęła do sprawy na dwa stulecia.
Sama węgierszczyzna świadczy przeciw tej etykiecie. Wyraz vámpír jest w niej pożyczką wziętą z języków zachodnich, a nie słowem odziedziczonym; własne nazwy dotyczą powracającego zmarłego, który chodzi do domu, natomiast istotą wysysającą śpiącego człowieka jest w zapisach lidérc, czyli coś, co nie wychodzi z grobu.
Resztę złożono z dwóch rzeczy całkiem osobnych. Wcześniejsza to łaciński druk z 1729 roku, który przypisał kąpiel we krwi pani z Csejte, a więc należy do sprawy kryminalnej sprzed stu lat, nie do raportów o powracających zmarłych; późniejsza to literatura dziewiętnastego wieku, która postawiła zamek wampira w Karpatach. Dopiero zestawienie obu dało obraz, w którym z węgierskich zapisów ludowych nie ma właściwie nic poza nazwą kraju i kilkoma szczegółami krajobrazu.
- Na pograniczu serbsko-węgierskim wierzenia się mieszały i z zapisów nie da się czysto rozdzielić, ile z powracającego trupa weszło do tradycji węgierskiej.
- Nie zostało wykazane, kiedy dokładnie wyraz vámpír wszedł do węgierszczyzny.
- Nie zostało wykazane, kiedy krwawa kąpiel została po raz pierwszy złączona z wątkiem wampirycznym; w druku z 1729 roku obie sprawy stoją jeszcze osobno.
- Nie zostało wykazane, czy lidérc jest w zapisach jedyną istotą przysysającą się do śpiącego człowieka.
Skąd to wiadomoZachodnie przedruki raportów z lat 1725 i 1732 oraz osiemnastowieczne rozprawy o nich; wyraz vámpír przejęty do węgierszczyzny z języków zachodnich w dobie nowożytnej.
Csejte 1611 i druk z 1729 roku
Zapis z tamtych czasówW zeznaniach z lat 1610-1611 nie ma ani słowa o kąpieli we krwi. Ten obraz dołożył druk wydany sto osiemnaście lat później.
Czytaj dalejPostępowanie ruszyło w marcu 1610 roku, gdy palatyn kazał zbierać zeznania; do jesieni było ich kilkadziesiąt, ostatecznie ponad trzysta. Aresztowanie w Csejte nastąpiło na przełomie roku, procesy służby odbyły się w Biccse 2 i 7 stycznia 1611, a Ilonę Jó oraz Dorottyę Szentes spalono, Jánosa Újváryego zaś ścięto.
Samej pani nigdy nie osądzono. Trzymano ją w zamku w Csejte, gdzie zmarła 21 sierpnia 1614 roku, a zarzut we wszystkich papierach dotyczy zabójstw służących i poddanych: bicia, głodzenia, wymrażania, przypalania oraz kłucia igłami. Sprawa jest kryminalna i majątkowa, prowadzi ją władza świecka, nie żaden sąd o czary.
Kąpieli we krwi w tych zeznaniach nie ma. Pojawia się dopiero w łacińskim druku z 1729 roku, wydanym w Nagyszombacie, gdzie opowieść o pani z Csejte dostaje kształt obyczajowej przestrogi, i stamtąd, a nie z akt, przechodzi do dziewiętnastowiecznej literatury oraz do wszystkiego, co napisano później.
- Motyw polityczny i majątkowy działania palatyna bywa podnoszony, ale z samych akt nie da się go rozstrzygnąć.
- Liczba ofiar w zeznaniach waha się od kilkudziesięciu do sześciuset, przy czym najwyższa liczba pochodzi z jednego zeznania ze słyszenia.
- Najwyższy rachunek ofiar to sześćset pięćdziesiąt osób i pochodzi z jednego zeznania ze słyszenia, powołującego się na rejestr, którego nikt nie okazał ani nie opisał przed sądem.
Skąd to wiadomoZeznania zbierane od marca 1610 do 1611 roku oraz wyroki z Biccse z 2 i 7 stycznia 1611; łaciński druk z Nagyszombatu z 1729 roku, w którym pierwszy raz stoi kąpiel we krwi.
Od Łucji do świętego Jana
Krzesło Łucji, regölés i pierwszy wypęd bydła
Węgierski rok obrzędowy znamy z dwóch rodzajów papieru. Pierwszy to zapisy prawne, kościelne i sądowe, powstałe po to, żeby obrzęd ukrócić — i dlatego wyliczające czynność, dzień i wieś. Drugi to zeszyty zbieraczy, którzy od lat trzydziestych XIX wieku notowali pieśni i obchody z ust ludzi. Żaden z nich nie podaje imienia bóstwa, a wszystko, co krąży pod nazwą wierzeń praojców, ułożono dopiero w XIX i XX wieku.
Krzesło Łucji: trzynaście dni roboty
Zebrane z ustOd trzynastego grudnia do Wigilii, jedna czynność dziennie, drewno z kilku gatunków i ani jednego gwoździa — stołek robiony po to, by raz na niego stanąć.
Czytaj dalejStołek zaczynano robić trzynastego grudnia i kończono w wigilię Bożego Narodzenia, przy czym każdego dnia wolno było wykonać tylko jedną czynność: uciąć, ociosać, wywiercić, osadzić. Żelazo bywało wykluczone, więc części łączono drewnianymi kołkami. Powolność była warunkiem, nie wadą, i weszła do języka — o robocie, która nie chce się skończyć, mówi się na Węgrzech, że idzie jak robienie krzesła Łucji.
Liczba gatunków drewna zależy od zapisu. Opis z Pereszlény w komitacie Hont wylicza dziewięć: jawor, klon, brzozę, gruszę, jaśmin, świerk, akację, dąb i różę. Ujęcie słownikowe mówi o trzynastu gatunkach, po jednym na każdy dzień roboty. Krąży wprawdzie jeszcze jedna rozpiska, licząca siedem części wraz z wymiarami, lecz ta pochodzi z późnej rekonstrukcji stolarskiej, liczy części, a nie gatunki, i nie wolno jej stawiać w jednym szeregu z dziewiątką i trzynastką.
Zapisy pochodzą z okolic odległych od siebie: z Pereszlény i Ipolyváralja nad Ipolą, z Csallóközu, z węgierskich wsi pod Nitrą oraz z dorzecza Drawy. Wszystkie zgadzają się co do tego, że robota zaczyna się trzynastego grudnia i że stołek musi być gotowy dokładnie na wieczór wigilijny, ponieważ cała jego wartość mieści się w jednej jedynej nocy. Sam rachunek dni jest natomiast w zapisach kłopotliwy: przekaz mówi o trzynastu, a od trzynastego grudnia do Wigilii włącznie wypada dwanaście, i żaden zapis tej różnicy nie rozstrzyga.
- Liczba gatunków drewna: zapisy podają siedem, dziewięć i trzynaście, a żaden z nich nie pozwala rozstrzygnąć, który układ jest starszy.
- Zakaz żelaza notowano w części wsi; gdzie indziej drewniane kołki są jedynym łączeniem, lecz bez jakiegokolwiek uzasadnienia w samym zapisie.
- Rozpiska siedmiu części z wymiarami stolarskimi nie ma pokrycia w zapisie terenowym; podawanie średnicy siedziska w centymetrach daje obrzędowi dokładność, której zapisy nie mają.
- Obrzęd notowano na pograniczu językowym: zapisy spod Nitry i z Csallóközu pochodzą ze wsi węgierskich, a granicy z materiałem sąsiadów żaden z nich nie wyznacza.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z Pereszlény i Ipolyváralja (komitat Hont), z Csallóközu, spod Nitry i z dorzecza Drawy, XIX–XX wiek; osobny opis konstrukcji z pomiarami stolarskimi, XX wiek
Stanąć na nim podczas pasterki
Zebrane z ustGotowy stołek niesiono na pasterkę pod płaszczem; kto na nim stanął o północy, miał rozpoznać czarownice wśród zgromadzonych w kościele.
Czytaj dalejGotowy stołek wynoszono z domu ukryty pod płaszczem, żeby nikt go po drodze nie zobaczył, i zabierano na pasterkę. W czasie mszy, około północy, właściciel stawał na nim wewnątrz kościoła. Z tej wysokości miał rozpoznać, która z obecnych kobiet jest czarownicą — opisy mówią o rogach, o bawolich rogach na głowie albo o pióropuszu, których nikt inny w kościele nie widział.
W jednych zapisach na stołku się siada, w innych trzeba na nim stać, bywa też, że wystarczy trzymać go przy sobie. Zgodne pozostaje to, że przedmiot służy do jednego spojrzenia i nie może przetrwać nocy, w której spełnił swoje zadanie — spalenie należy do obrzędu tak samo jak trzynaście dni roboty.
Rozpoznanie było niebezpieczne, ponieważ rozpoznane wiedziały, kto na nie spojrzał. W opowieściach uciekający sypie za siebie mak nabrany wcześniej do kieszeni, a zgodnie z regułą pogoni czarownice muszą pozbierać każde ziarno, co daje czas na ucieczkę; ten sam motyw sypanego ziarna wraca w opowieściach o czarownicach w całej Europie Środkowej i nie jest węgierską osobliwością. W domu stołek wrzucano w ogień i na tym kończyło się jego istnienie.
- Sposób użycia różni się między wsiami: stanie, siedzenie albo samo posiadanie stołka w kościele.
- Znak rozpoznawczy czarownicy podawany jest rozmaicie — rogi, bawole rogi, pióropusz, konewka na głowie — i żaden zapis nie tłumaczy, skąd ta zmienność.
- Sceny w kościele nie opisuje żaden świadek zdarzenia: znamy ją z opowieści krążących o stołku, a nie z relacji kogoś, kto widział, jak ktoś na nim stanął podczas pasterki.
- Reguła pogoni z makiem należy do repertuaru opowieści; zapisy nie podają, żeby mak rzeczywiście brano ze sobą na pasterkę.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z Hontu, Csallóközu, okolic Nitry i dorzecza Drawy, XIX–XX wiek
Czego o krześle Łucji nie ma na papierze
Zebrane z ustKrzesła Łucji nie wymienia żadne węgierskie prawo ani żadna wizytacja parafialna; cała wiedza o nim pochodzi z zapisów terenowych XIX i XX wieku.
Czytaj dalejZ braku dawnego zapisu nie wolno wyprowadzić ani starożytności obrzędu, ani jego przedchrześcijańskiego rodowodu. Przeciwnie: rzecz jest zbudowana wokół parafii. Potrzebuje dnia z kalendarza łacińskiego, potrzebuje pasterki i potrzebuje zgromadzenia wiernych, wśród których można kogoś wypatrzeć — bez kościoła ten obrzęd nie ma gdzie się odbyć.
Uczciwe zdanie brzmi tak: obchód jest poświadczony z ust ludzi na przestrzeni dwóch stuleci, na obszarze od Csallóközu po dorzecze Drawy, w stałej formie i ze stałą regułą powolności. Kiedy powstał i skąd przyszedł, nie zostało wykazane, a każda data podawana jako początek jest domysłem, nie zapisem.
W zachowanym prawie węgierskim, w uchwałach synodów i w protokołach wizytacji parafialnych nikt tego przedmiotu nie wskazał. Nie wskazano go również w aktach procesów o czary, choć właśnie tam spodziewalibyśmy się go najbardziej, skoro służył do wskazania czarownicy w tłumie. Jedno trzeba przy tym zastrzec: akt sądowych i wizytacyjnych nie przejrzano co do jednego, więc mowa o braku wzmianki w materiale znanym, a nie o wykazanej nieobecności. Pierwsze szczegółowe opisy pochodzą z zapisów terenowych XIX i XX wieku.
- Stołki o tej samej funkcji notowano w krajach niemieckich; kierunek zapożyczenia nie został wykazany w żadną stronę.
- Nazwa obrzędu bywa podawana jako dawna, lecz jej najstarsze datowane wystąpienie w druku wymaga sprawdzenia w zbiorach przysłów.
- Datowanego wystąpienia samej nazwy stołka nie wskazano dotąd w żadnym druku sprzed XIX wieku; dopóki nie przeszuka się dawnych zbiorów przysłów, jest to brak wiedzy, a nie dowód późnego rodowodu.
Skąd to wiadomoBrak wzmianki w prawie i w aktach kościelnych sprzed XIX wieku; opisy w zeszytach zbieraczy z XIX i XX wieku
Dlaczego akurat trzynasty grudnia
Zapis z tamtych czasówW rachubie juliańskiej trzynasty grudnia wypadał w okolicy przesilenia; po reformie kalendarza obrzęd został przy dacie, a nie przy najkrótszym dniu.
Czytaj dalejRachuba juliańska spóźniała się wobec biegu Słońca i do końca XVI wieku zebrała dziesięć dni różnicy. Dlatego dzień świętej Łucji, trzynastego grudnia, wypadał wówczas w okolicy przesilenia i uchodził za najkrótszy dzień roku. Bulla kalendarzowa z lutego 1582 roku usunęła te dziesięć dni i przesunęła przesilenie z powrotem ku dwudziestemu pierwszemu grudnia.
Królestwo Węgier przyjęło nową rachubę w 1587 roku, Siedmiogród w 1590. Obrzęd nie poszedł jednak za Słońcem, lecz został przy dacie: krzesło zaczyna się robić trzynastego, choć od reformy trzynasty nie jest już najkrótszym dniem. Osobno stoi rachuba wróżb pogodowych, rozpisanych na dni od Łucji do Wigilii i odczytywanych na dwanaście miesięcy — ta wynika z położenia obu świąt w kalendarzu, a nie z reformy, i reforma nie tłumaczy ani jej, ani żadnej z reguł obrzędu.
- Zbieżność daty z przesileniem tłumaczy wybór dnia, lecz nie tłumaczy treści obrzędu ani jego reguł.
- Nie ma węgierskiego zapisu obrzędów dnia Łucji sprzed reformy kalendarza, więc nie wiadomo, czy odprawiano je wtedy, gdy data jeszcze pokrywała się z przesileniem.
- Dziesięć dni różnicy liczono wobec ustalenia soborowego z IV wieku, a nie wobec początku rachuby juliańskiej; przy innym punkcie odniesienia liczba wypadłaby inaczej.
Skąd to wiadomoBulla kalendarzowa z lutego 1582 roku; przyjęcie nowej rachuby w Królestwie Węgier w 1587 i w Siedmiogrodzie w 1590
Zakazy dnia i obchód chłopców
Zebrane z ustTrzynastego grudnia kobietom nie wolno było prząść ani piec, a przed świtem po domach chodzili chłopcy z życzeniami dla kur i dobytku.
Czytaj dalejNa ten sam dzień przypadały wróżby o wyraźnie gospodarskim celu. Ziarno pszenicy stawiano w naczyniu przy piecu i patrzono, czy zazieleni się do Bożego Narodzenia, bo to zapowiadało urodzaj. Cebulę krojono na dwanaście części, solono i odczytywano z wilgoci, które miesiące będą mokre. Kręcono też bicz, po jednym splocie dziennie, na tej samej zasadzie co stołek.
Dzień był dla kobiet dniem zakazów: nie wolno było prząść, tkać, piec chleba, prać, bielić płótna ani nosić wody. Nie pożyczano też niczego z domu, ponieważ rzecz wyniesiona mogła trafić w ręce czarownicy i posłużyć przeciw gospodarstwu. Kary nie wymierzała gromada — w opowieściach przychodzi po nią sama Łucja, postać groźna, którą straszono dzieci i prządki; w jakiej postaci kara przychodzi, zapisy podają rozmaicie i żadnej wersji nie wolno podać jako obowiązującej.
Przed świtem po domach chodzili chłopcy, a obchód nosi dwie nazwy: lucázás, urobioną wprost od imienia Łucji, oraz kotyolás, wziętą z naśladującego gdakanie początku wierszyka. Siadali na przyniesionej słomie albo na polanie i wygłaszali życzenia, żeby kury się niosły, żeby prosięta chowały się dobrze i żeby w domu był grosz. Zwyczaj znany jest przede wszystkim z zachodniego i południowego Zadunaja.
- Zakazy prac kobiecych powtarzają się w kalendarzu przy kilku innych dniach; nie wiadomo, co w dniu Łucji jest jej własne, a co wspólne całemu adwentowi.
- Związek obchodu chłopców ze stołkiem bywa zakładany, lecz w zapisach są to dwie odrębne rzeczy tego samego dnia.
- Łucja karząca prządki należy do tej samej rodziny postaci co inne zimowe strażniczki zakazu pracy znane w Europie Środkowej; odrębności węgierskiej figury nie wykazano.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z zachodniego i południowego Zadunaja, XIX–XX wiek
Regölés: obchód od świętego Szczepana
Zebrane z ustOd świętego Szczepana przez cały tydzień po zmroku chodzili po wsiach regösi z kijem obwieszonym łańcuchem i z bębnem ciernym zrobionym z dzbana.
Czytaj dalejHałas należał do rzeczy. Nieśli köcsögdudę, czyli bęben cierny zrobiony z dzbana obciągniętego skórą, po której przeciąga się mokrą dłonią, oraz kij obwieszony łańcuchem albo dzwonkami, którym uderzali w rytm; bywały też fujarka i piszczałka podwójna. Wchodzili do izby, zapowiadali się jako przybysze z bardzo daleka, śpiewali i odbierali dar.
Zasięg jest wyraźny i ograniczony: komitaty Somogy, Zala, Vas, Veszprém i Sopron, a więc Zadunaje, oraz osobne ognisko u Seklerów w Siedmiogrodzie, gdzie pieśń ma inny refren. W dolinie Ipoly i dalej na północ tego samego dnia chodzono po wsi z zupełnie innym repertuarem, co pokazuje, że regölés nie jest zwyczajem ogólnowęgierskim.
Obchód zaczynał się dwudziestego szóstego grudnia, w dzień świętego Szczepana, i trwał przez następny tydzień, w części zapisów aż do Trzech Króli. Chodzono po zmroku. Grupę tworzyli parobcy, a tylko w części wsi południowego Zadunaja zapisano, że dołączali do niej także żonaci gospodarze. Tyle wystarczy, żeby odróżnić ten obchód od kolędowania dzieci, i tyle wolno stąd wyprowadzić, bo o wystąpieniu całej męskiej części wsi zapisy nie mówią.
- Granica zasięgu bywa rysowana szeroko; mapy odmian tekstu i melodii zamykają ją w Zadunaju i w Siedmiogrodzie.
- Udział żonatych gospodarzy notowany jest tylko w części wsi południowego Zadunaja.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z komitatów Somogy, Zala, Vas, Veszprém, Sopron i Baranya oraz z Siedmiogrodu, XIX–XX wiek
Co niesie pieśń regösów
Zebrane z ustPo każdej zwrotce wraca refren, którego nie da się przełożyć, a w środku pieśni stoi jeleń z tysiącem świec na rogach i ze słońcem na boku.
Czytaj dalejPieśń dzieli się refrenem powtarzanym po każdej zwrotce, a jego trzonem jest słowo regö, od którego wzięli nazwę sami śpiewacy. W Siedmiogrodzie zapisano odmianę brzmiącą zupełnie inaczej. Formuła nie daje się przełożyć na zrozumiałe zdanie i właśnie ta nieprzejrzystość ściągnęła na nią późniejsze domysły o pogańskim zaklęciu.
Na końcu przychodzi to, po co obchód istnieje. Śpiewacy życzą gospodarzowi przychówku i urodzaju, po czym łączą w parę wymienionych po imieniu chłopaka i dziewczynę z tej samej wsi, co bywało publicznym ogłoszeniem zamiaru małżeńskiego. Dopiero wtedy proszą o dar, a gospodarz daje słoninę, jajka albo pieniądz.
Układ jest stały. Najpierw śpiewacy tłumaczą, że przyszli z daleka i po drodze zmarzli; potem pozdrawiają świętego Szczepana, w którego dniu stoją w izbie. W części środkowej pojawia się jeleń nad czystą wodą: na rogach ma tysiąc gałęzi i tyle samo świec, które zapalają się i gasną bez ludzkiej ręki, a na sobie niesie słońce i księżyc — w jednych odmianach na czole, w innych na boku, i to rozmieszczenie zmienia się z wsi na wieś.
- Świece na rogach jelenia czytano jako obraz ołtarza albo jako gwiazdy; sam tekst nie mówi, czym są.
- Swatanie po imieniu bywa traktowane jako rdzeń obrzędu, lecz w części zapisów pojawia się dopiero jako dodatek do części życzeniowej.
- Tysiąc gałęzi i tysiąc świec to liczba z formuły śpiewanej, nie rachunek; czytanie jej jako danej liczbowej zaciera charakter obrazu.
Skąd to wiadomoTeksty pieśni ogłoszone drukiem od 1838 roku; zapisy z komitatów Vas, Sopron, Veszprém, Zala, Somogy, Baranya i z Siedmiogrodu
Ślad słowa: 1346, 1552, 1838
Zapis z tamtych czasówZajęcie regös stoi w akcie z 1346 roku, obchód gani druk z 1552, a pierwsze teksty pieśni wydrukowano dopiero w 1838 — i te trzy rzeczy nie tworzą łańcucha.
Czytaj dalejAkt wystawiony w 1346 roku i potwierdzony rok później mówi o majątku Regteluk, który należał wcześniej do wymarłych już królewskich ludzi służebnych, zwanych pospolicie Regus. Sama forma Regus pojawia się w dokumentach jeszcze w XIII wieku. W średniowiecznych aktach regös jest nazwą zajęcia — śpiewaka utrzymywanego na dworze króla albo pana, nie nazwą uczestnika obchodu.
Pierwsze teksty pieśni ogłoszono drukiem w 1838 roku, a wielki zbiór zapisów terenowych dopiero w 1902. Między naganą z 1552 a tekstem z 1838 nie zachowała się ani jedna zwrotka. Nazwa zajęcia z XIV wieku, nagana z XVI i pieśń z XIX leżą w tej samej teczce, ale żadna z nich nie dowodzi treści dwóch pozostałych.
Najstarszą znaną węgierską wzmianką o samym obchodzie jest druk Gáspára Heltaiego z 1552 roku, w którym tydzień między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem występuje jako czas chodzenia z życzeniami i pijaństwa. To głos kaznodziei, który zwyczaj gani. Z nagany wiadomo tyle, że w tym tygodniu chodzono po domach i że rzecz miała nazwę; że był to ten sam obchód, który opisano trzy stulecia później, opiera się na samej nazwie, nie na opisie czynności, a co wówczas śpiewano, nie wiadomo.
- Czy regös z aktów kancelaryjnych i regös z pieśni to ten sam człowiek, nie zostało wykazane żadnym dokumentem.
- Nazwa Regteluk bywa wywodzona od zajęcia, lecz równie dobrze może pochodzić od imienia osobowego.
- Zgodność nagany z 1552 roku z obchodem znanym z XIX wieku wspiera wyłącznie nazwa; opisu czynności ani tekstu pieśni w tym druku nie ma.
Skąd to wiadomoAkt z 1346 roku, wznowiony i potwierdzony w 1347; druk Gáspára Heltaiego z 1552 roku; pierwsze wydanie tekstów pieśni z 1838 roku
Szaman dorobiony do refrenu
Ułożone przy biurkuTwierdzenie, że refren regösów jest okrzykiem táltosów, a ich jeleń pamięta łanię z kroniki, ułożono dopiero około roku 1900 i utrwalono w zbiorze z 1902.
Czytaj dalejRachunek, który da się obronić, wygląda tak: obchód jest poświadczony najpóźniej od 1552 roku, jego pieśń znamy od 1838, a jej wyraźnym celem jest życzenie urodzaju i kojarzenie par. Że przechowuje religię sprzed chrztu, nie zostało wykazane. Że przechowuje bardzo stary obraz jelenia, nie zostało wykluczone — i na tym rozróżnieniu należy poprzestać.
Odczytanie refrenu jako resztki zaklęcia táltosów powstało na przełomie XIX i XX wieku, a utrwalił je zbiór ogłoszony w 1902 roku. Sam táltos nie jest przy tym postacią znaną z czasów sprzed chrztu: występuje w zeznaniach z procesów o czary XVII i XVIII wieku oraz w opowieściach zapisanych w XIX wieku, więc wywodzenie od niego refrenu objaśnia rzecz nieznaną przez inną, poświadczoną równie późno. W samym tekście pieśni nie ma ani jednego imienia bóstwa. Jest za to święty Szczepan, jest prośba o dar i jest swatanie dwojga młodych z tej samej wsi, wymienionych z imienia i nazwiska.
Podobnie rzecz ma się z jeleniem. Łacińska kronika spisana około 1283 roku opowiada, że Hunor i Magor poszli za łanią w błota Meotydy i tak trafili na nowe siedziby, natomiast jeleń regösów znany jest z zapisów dopiero od 1838 roku. Między jednym obrazem a drugim leży pięć i pół stulecia, których nie wypełnia żaden zapis; do tego kronika mówi o łani ściganej przez myśliwych, a pieśń o jeleniu ze świecami na rogach, i podobieństwo obrazu nie jest dowodem przekazu.
- Nieprzejrzystość refrenu bywa brana za dowód jego dawności; równie dobrze tłumaczy ją zwykłe zużycie formuły śpiewanej przez pokolenia.
- Jeleń kroniki i jeleń pieśni mogą mieć wspólne źródło albo być dwoma niezależnymi obrazami; rozstrzygnięcia brak.
- Táltos znany jest z akt procesowych i z opowieści XIX wieku; że pod tą nazwą kryje się postać sprzed chrztu, nie zostało wykazane.
Skąd to wiadomoŁacińska kronika węgierska z około 1283 roku; teksty pieśni od 1838 roku; układ szamański ogłoszony w 1902 roku
Pierwszy wypęd na świętego Jerzego
Zebrane z ustDwudziestego czwartego kwietnia po raz pierwszy wyganiano bydło, przepędzając je przez łańcuch, siekierę i lemiesz położone w bramie.
Czytaj dalejDzień świętego Jerzego był dniem pierwszego wypędu bydła i owiec na pastwisko, a cała obsługa tego wyjścia miała postać obrzędu. W bramie kładziono łańcuch, siekierę i lemiesz, i przez to żelazo przepędzano stado. Do wyganiania używano osobnego pręta, najczęściej z dzikiej róży albo tarniny, którego nie brano do żadnej innej roboty przez resztę roku.
W Medvesalja bito tym prętem bydło, żeby dawało dużo mleka, a w Hidegkút z tego samego drewna strugano rożki wkładane do maselnicy, żeby masło się zbierało. Pasterz miał w wypędzie własny udział: dzień wcześniej obchodził wieś i brał jajka oraz słoninę od tych gospodarzy, których bydło miał paść przez całe lato.
- Żelazo w bramie czytane bywa jako zapora przeciw czarownicy, lecz część zapisów podaje uzasadnienie zdrowotne; nie wiadomo, które jest starsze.
- Wybór dzikiej róży i tarniny tłumaczony jest kolcami, ale w zapisach pojawiają się także inne gatunki bez żadnego wyjaśnienia.
- Nazwę Hidegkút nosi kilka węgierskich miejscowości w różnych komitatach; z której pochodzi zapis o rożkach do maselnicy, nie zostało wskazane.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z Medvesalja i z Hidegkút, XIX–XX wiek
Dzień, od którego liczy się służbę
Zapis z tamtych czasówŚwięty Jerzy i święty Michał to dwa terminy węgierskiego roku gospodarczego: od jednego do drugiego najmowano pasterzy i rozpisywano powinności.
Czytaj dalejDwudziesty czwarty kwietnia i dwudziesty dziewiąty września dzieliły rok gospodarczy na dwie połowy. Pasterzy, parobków i służbę najmowano właśnie od świętego Jerzego do świętego Michała, i na te dwa dni rozpisywano wypłaty oraz rozliczenia. Urbarz ogłoszony w 1767 roku utrwalił ten podział w prawie, rozkładając czynsze na dwie raty przypadające na te same święta.
Ma to wagę przy czytaniu obrzędu wypędu. Dzień świętego Jerzego jest w tych papierach przede wszystkim terminem rachunku: od niego liczy się okres pasienia, za który ktoś odpowiada i komuś płaci, i to tłumaczy, dlaczego obrzęd trzyma się daty tak mocno, choć wiosna bywa wczesna albo spóźniona. Czy oprawa obrzędowa dosiadła gotowego terminu prawnego, czy też termin ustalono na dniu, który już wcześniej był świętem pasterskim, nie zostało wykazane w żadną stronę.
- Termin prawny tłumaczy datę, lecz nie tłumaczy żelaza w bramie, pręta z dzikiej róży ani zamawiania mleka.
- Pierwszeństwo jest nierozstrzygalne: nie wiadomo, czy dzień stał się terminem, bo był świętem pasterskim, czy odwrotnie.
- Podział roku na połowy od świętego Jerzego do świętego Michała działał w umowach służebnych na długo przed 1767 rokiem; urbarz go utrwalił, a nie wprowadził.
Skąd to wiadomoUrbarz ogłoszony w 1767 roku; umowy pasterskie i rachunki gospodarcze XVII–XVIII wieku
Noc przed świętym Jerzym
Zebrane z ustNoc przed świętym Jerzym uchodziła za czas odbierania mleka; ta sama noc wraca w zeznaniach z procesów o czary pierwszej połowy XVIII wieku.
Czytaj dalejPrzed świtem dwudziestego czwartego kwietnia zbierano rosę z cudzej łąki, ciągnąc po trawie płachtę; wyciśnięta rosa miała przenieść pożytek z obcych krów na własne. Tej samej nocy pilnowano obory i zatykano ziele w progu, ponieważ wierzono, że właśnie wtedy mleko odbiera się najłatwiej i najtrudniej to udowodnić.
Z dniem świętego Jerzego wiązano także węża. Gad złapany przed tą datą miał moc leczniczą: używano go przeciw chorobie gardła, a ręka, którą go ujęto, miała odtąd leczyć samym dotknięciem. Osobno, u Węgrów mołdawskich, czyli u Czangów, zapisano przekonanie, że kto takiego węża zje, będzie miał wielką siłę. Czangowie są społecznością oddzieloną od wsi zadunajskich i pogranicznych zarówno położeniem, jak i dziejami zapisu, więc ich świadectwa nie wolno zliczać razem z tamtymi.
Ta sama noc wraca w aktach sądowych: w zeznaniach z procesów o czary pierwszej połowy XVIII wieku oskarżone przyznają, że właśnie wtedy odbierały mleko i pożytek. Wynika z tego tyle, że noc przed świętym Jerzym miała już wówczas swoją reputację i że pytano o nią w sądzie — a nie to, że ktokolwiek komukolwiek mleko odebrał.
- Zeznania procesowe powstawały pod torturą i według pytań sędziego; potwierdzają istnienie wyobrażenia, nie wykonanie obrzędu.
- Zbieranie rosy notowane jest w całej Europie Środkowej; węgierska odrębność tej praktyki nie została wykazana.
- Zapis o wężu na chorobę gardła przypisywany bywa miejscowości Nagykarácsony; osada o tej nazwie powstała dopiero w połowie XX wieku, a nazwę noszą też inne miejsca, więc przypisanie pozostaje niepewne.
Skąd to wiadomoAkta procesów o czary z pierwszej połowy XVIII wieku; zapisy terenowe z Medvesalja, z Nagykarácsony i od Węgrów mołdawskich
Królowa Zielonych Świątek
Zebrane z ustCztery dziewczynki prowadziły piątą, najmniejszą, pod rozpiętą czerwoną chustą i podnosiły ją wysoko, życząc gospodarzom konopi tej właśnie wysokości.
Czytaj dalejObchód wyglądał podobnie w wielu wsiach Zadunaja. Cztery dziewczynki prowadziły piątą, najmniejszą, ubraną na biało, z wiankiem na głowie i koszykiem płatków na ręku. Nad nią rozpinano czerwoną albo czerwono wzorzystą chustę niesioną za cztery rogi na sposób baldachimu, gdzie indziej zakrywano małą welonem tak, że przez cały obchód nie było jej widać.
W kulminacji obchodu małą podnoszono wysoko w górę i trzykrotnie powtarzano życzenie, żeby konopie gospodarzy urosły dokładnie na taką wysokość. Odmiana zapisana w Gyöngyösfalu w komitacie Vas rozbudowuje ten obraz o łodygi tak wybujałe, że poradzą sobie z narzędziem, którym się je obrabia.
Zapisy pochodzą z komitatów Vas i Zala oraz z Győr i Sopron, które w czasie zbierania były osobnymi komitatami i dopiero w XX wieku znalazły się pod wspólną nazwą. W części wsi obchód jest zwykłą kwestą: dziewczynki chodzą po darach, a formuła o konopiach stoi w wierszyku jako zwrot, którego nikt już nie tłumaczy. Które z dwóch ujęć jest wcześniejsze, z zapisów nie wynika — kolejność, w której magia wzrostu blednie i zostaje po niej pusty zwrot, jest domysłem porządkującym, a nie rzeczą poświadczoną.
- Czy podnoszenie dziecka jest magią wzrostu, czy naśladowaniem gestu liturgicznego, nie zostało wykazane.
- Zakrycie małej chustą bywa czytane jako ukrycie postaci obrzędowej; zapisy podają też prozaiczne wyjaśnienie, że chroni się ją przed spojrzeniem gapiów.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z komitatów Vas (w tym Gyöngyösfalu), Zala i Győr-Sopron, XIX–XX wiek
Król na jeden rok
Zebrane z ustKróla Zielonych Świątek wybierano wyścigiem konnym albo próbą siły; miał darmowy trunek na rachunek gromady i władzę od tygodnia do roku.
Czytaj dalejWybór odbywał się przez współzawodnictwo: wyścig konny, dźwiganie kłody albo rzut pierścieniem. Zwycięzcy przysługiwał wstęp na wszystkie zabawy i wesela oraz trunek w karczmie, za który płaciła gromada. Władza trwała, zależnie od wsi, od tygodnia do całego roku, i w tym drugim wypadku wiązała się z pierwszeństwem przy obsadzaniu ról w następnych obchodach.
Datowane zapisy wiejskie są późne. Z Pusztaszemes pochodzi opis z lat czterdziestych XX wieku, w którym zwycięzcę i jego konia obsypywano kwiatami, z Salgótarján zaś zapis z czasu wojny. Z XVII i XVIII wieku znany jest natomiast wybór majowego króla w pułkach huszarskich — to obyczaj wojskowy, przywiązany do maja, nie do Zielonych Świątek, i nie wolno go czytać jako wcześniejszego świadectwa obchodu wiejskiego, choć pokazuje, że sam pomysł obierania króla święta nie był zamknięty w granicach wsi.
- Węgierskie powiedzenie o krótkim królowaniu odsyła do tego zwyczaju, lecz jego najstarszy datowany zapis wymaga sprawdzenia w dawnych zbiorach przysłów.
- Wybór władcy święta przez zawody ma odpowiedniki w całej Europie; pierwszeństwo którejkolwiek tradycji nie zostało wykazane.
- Poświadczenie wiejskiego obchodu jest dwudziestowieczne; wcześniejsze wzmianki dotyczą majowego króla w wojsku, a związku między jednym a drugim nie wykazano.
Skąd to wiadomoZapisy z Pusztaszemes (lata czterdzieste XX wieku) i z Salgótarján (czas drugiej wojny); wzmianki o majowym królu w wojsku XVII–XVIII wieku
Ogień świętego Jana
Zebrane z ustWieczorem dwudziestego trzeciego czerwca palono stos i skakano przez ogień, śpiewając pieśń, która wymieniała po imieniu wszystkich młodych we wsi.
Czytaj dalejStos układano z drewna i słomy w regularny kształt, zapalano po zmierzchu i skakano przez ogień parami. Towarzyszyła temu pieśń, w której wymieniano po imieniu wszystkich młodych ze wsi i łączono ich w pary; jej długość weszła w przysłowie, choć najstarszego datowanego zapisu tego przysłowia nie wskazano. Z Kolonu, węgierskiej wsi w komitacie nitrzańskim, zapisano ją w siedmiu zwrotkach.
W ogień rzucano zioła i kwiaty, a dym miał chronić pola i dobytek. Wierzono, że broni przed gradem, mgłą i zarazą, a w jednej ze wsi mówiono wprost, że ogień jest zdrowy i że dzięki niemu gęsi nie będą padać. Zapisy pochodzą z Mihálygerge w komitacie Nógrád, z Almágy w komitacie Gömör, z pozostałych wsi Medvesalja, z doliny Ipoly, z Baranyi i z Temesközu, a więc z obszaru znacznie szerszego niż regölés.
- Toczenie płonącego koła ze wzgórza, znane z zachodniej Europy, w zapisach węgierskich występuje rzadko i bywa dopisywane do obrazu bez podstawy.
- Kojarzenie par w pieśni bywa czytane jako obrzęd płodności; równie dobrze może być wiejską kroniką towarzyską śpiewaną raz do roku.
- Medvesalja leży na pograniczu komitatów Nógrád i Gömör, a zapisy stamtąd bywają przypisywane raz do jednego, raz do drugiego; przy rysowaniu zasięgu trzeba to rozdzielać.
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z Kolonu (komitat nitrzański), z Mihálygerge i Almágy (Nógrád), z Medvesalja, z Baranyi i z Temesközu, XIX–XX wiek
Rok 1026 wpisany w roku 1644
Zapis po fakcieZdanie, że Węgrzy palili ognie świętojańskie już około 1026 roku, pochodzi z roczników wydanych w Rzymie w 1644 i nie stoi na żadnym dokumencie z XI wieku.
Czytaj dalejTwierdzenie o roku 1026 powtarzane jest jako najstarsza węgierska wzmianka o ogniu świętojańskim. W istocie zapisał je jezuita Melchior Inchofer w rocznikach kościelnych Królestwa Węgier, ogłoszonych drukiem w Rzymie w 1644 roku. Dokumentu z XI wieku, na którym miałoby się to opierać, nie wskazano ani wtedy, ani później, a odstęp między zdarzeniem a zapisem wynosi sześć stuleci.
Zostaje z tego niewiele, za to pewnego. Węgierskie ognie świętojańskie są opisane z natury dopiero w zapisach XIX i XX wieku, a wszystko wcześniejsze to albo cudza formuła kaznodziejska, albo późne podanie o dacie. Rok 1026 należy więc podawać jako twierdzenie z 1644 roku, nie jako świadectwo z XI wieku.
Osobno stoi tłumaczenie samego obrzędu. Podział ogni wigilii świętego Jana na trzy rodzaje — palone kości, pochodnie i toczone z góry koło — zapisano w łacińskich podręcznikach liturgicznych już w XII wieku, a stamtąd wszedł do zbiorów żywotów świętych i do kazań rozchodzących się po całej łacińskiej Europie. Obecność takiego kazania w kraju nie dowodzi, że obrzęd odprawiano w tamtejszej wsi.
- Data 1026 bywa cytowana jako pierwszy węgierski zapis ognia świętojańskiego; w rzeczywistości jest podaniem siedemnastowiecznym.
- Nie da się wykluczyć, że Inchofer korzystał z zaginionego zapisu; że taki zapis istniał, nie zostało wykazane.
Skąd to wiadomoRoczniki kościelne Królestwa Węgier, Rzym 1644; łacińskie zbiory żywotów świętych rozpowszechnione od XIII wieku
Co zakazano, a czego nie nazwano
Zapis z tamtych czasówNajstarsze węgierskie prawo wymienia ofiary przy studniach, drzewach i kamieniach, karane wołem — i nie podaje ani jednego imienia bóstwa.
Czytaj dalejDekret króla Kolomana z początku XII wieku rozdziela dwie sprawy. O strzygi, których nie ma, nie wolno wszczynać dochodzenia, natomiast sprawy czarownic i trucicielek zostają przy sądzie kościelnym i przy komesie. Prawo nie zaprzecza tu magii jako takiej, lecz odmawia sądzenia jednej określonej figury, drugą zostawiając w pełnej mocy — i ta różnica jest najciekawsza w całym tekście.
Synod zwołany przez króla Władysława Pierwszego w Szabolcsu w 1092 roku nakazał karać tych, którzy obyczajem pogańskim składają ofiary przy studniach albo znoszą dary pod drzewa, do źródeł i na kamienie. Karą był jeden wół. Starsze prawo, wydane przez pierwszego króla, wymienia wprawdzie czarownice i trucicielki, lecz nie wskazuje miejsca obrzędu; zapis z Szabolcsu jest pierwszym węgierskim prawem, które nazywa studnię, drzewo i kamień jako miejsce czynności.
Czego w tych zapisach nie ma: ani jednego imienia bóstwa, ani jednej nazwy święta rocznego, ani słowa o stołku, obchodzie czy ogniu. Wymieniają miejsce ofiary, sprawcę i karę, i tylko tyle wolno z nich wyprowadzić. Wszystko, co krąży jako węgierski panteon, ułożono w XIX i XX wieku, a więc ponad siedem stuleci po tych uchwałach, i nie opiera się to na żadnym zapisie z czasu, o którym mówi.
- Studnia, drzewo i kamień to formuła znana z prawa całej łacińskiej Europy; nie wiadomo, ile w węgierskim zapisie jest obserwacji, a ile wzoru kancelaryjnego.
- Rozróżnienie między strzygą a czarownicą bywa czytane jako ślad dwóch różnych wyobrażeń; równie dobrze może być rozróżnieniem prawnym, nie ludowym.
Skąd to wiadomoUchwały synodu w Szabolcsu, 1092; dekret króla Kolomana, początek XII wieku
Akta jako spis tego, co było żywe
Zapis z tamtych czasówNajlepszy spis żywych obrzędów zostawili ci, którzy chcieli je wyplenić: wizytatorzy parafii i sądy, bo musieli nazwać czynność, dzień i wieś.
Czytaj dalejPapiery powstałe po to, żeby obrzęd ukrócić, są najdokładniejszym jego spisem. Protokół wizytacji parafialnej wylicza, o co pytano proboszcza i co odpowiedział; akta sądu miejskiego albo komitatowego muszą nazwać czynność, dzień i miejsce, ponieważ od tego zależy wyrok. Opis obyczaju jest tam produktem ubocznym, lecz za to datowanym, podpisanym i osadzonym w konkretnej wsi.
W Szegedzie latem 1728 roku spalono kilkanaście osób. W zeznaniach wraca zarzut sprowadzenia suszy i handlu deszczem, a także odbierania mleka w noc przed świętym Jerzym. Zapisy powstawały pod przymusem i według pytań prowadzącego sprawę, świadczą więc o tym, co uchodziło wtedy za możliwe i czego się bano, a nie o tym, co się naprawdę zdarzyło.
Od połowy XVIII wieku wyroki śmierci za czary trzeba było przedkładać do zatwierdzenia na dworze, a kodeks karny ogłoszony w 1768 roku odebrał sądom lokalnym swobodę w takich sprawach. Po tej dacie zmienia się rodzaj źródła: obrzędy schodzą z akt sądowych i wracają dopiero w zeszytach zbieraczy, którzy notują je od lat trzydziestych XIX wieku.
- Milczenie wizytacji nie dowodzi, że obrzędu nie było: pytano o to, co stało w formularzu wizytatora.
- Liczba spalonych w Szegedzie podawana jest rozmaicie; pewny jest rok i sam wyrok stosu.
- Przerwa w źródłach między połową XVIII a latami trzydziestymi XIX wieku bywa brana za zanik obrzędów; to zanik pewnego rodzaju akt, nie obyczaju.
Skąd to wiadomoAkta procesu w Szegedzie, 1728; protokoły wizytacji parafialnych XVII–XVIII wieku; kodeks karny ogłoszony w 1768 roku
Ruchome święta, twarde daty
Zapusty, Wielkanoc i święte studnie
Dział o roku obrzędowym urywał się dotąd na krześle Łucji i na obchodzie regösów, czyli w grudniu i na styku zimy. Tu stoi reszta kalendarza: zapusty policzone w księgach ślubów, kukła wynoszona w czwartą niedzielę postu, wielkanocne wiadro wody wraz z jego środkowoeuropejskim zasięgiem, sierpniowa procesja z relikwią oraz święte studnie, przy których robi się dziś dokładnie to, co prawo z 1092 roku wyceniło na jednego wołu. Każda karta podaje datę dokumentu, a osobno to, czego z tego dokumentu wyprowadzić nie wolno — najostrzej przy dzwonie w południe, bo bulla, która go nakazała, jest o trzy tygodnie starsza od bitwy, jaką rzekomo upamiętnia. Na końcu stoją dwa cięcia w tę ciągłość: dekrety z lat 1781–1786 i reforma kalendarza z 1587 roku.
Zapusty policzone w księgach ślubów
Zapis z tamtych czasówGranicy między zapustami a postem nie trzeba się domyślać: w parafialnych księgach ślubów tygodnie karnawału pękają od wesel, a czterdzieści dni postu stoi pusto.
Czytaj dalejZ tego rachunku wynika rzecz ważna dla całej sekcji: kształt węgierskiego karnawału wycięło prawo postne i małżeńskie spisane po łacinie, a nie pamięć o stepowej porze roku. Samą nazwę zapustów przynieśli zresztą mieszczanie mówiący po niemiecku, o czym dział mówi osobno; tutaj liczy się to, że granicę sezonu widać w cyfrach, a nie w domyśle.
Sobór trydencki nakazał w 1563 roku prowadzić w parafiach księgi ślubów, a w Królestwie Węgier obowiązek ten wprowadzały uchwały synodów prowincjonalnych z początku XVII wieku; zachowane ciągi zaczynają się w większości między schyłkiem XVII a końcem XVIII wieku. Zapis w takiej księdze jest czynnością urzędową, nie wspomnieniem: stoi w nim data dzienna, imiona nowożeńców i nazwiska świadków, wniesione ręką plebana zwykle na bieżąco, choć zdarzały się parafie, w których wpisy uzupełniano partiami po czasie.
Kiedy takie księgi policzyć dzień po dniu, rok obrzędowy rysuje się sam, bez niczyjej tezy. Tygodnie od Trzech Króli do Środy Popielcowej puchną od wesel, a czterdzieści dni postu i cztery tygodnie adwentu stoją niemal puste — nie dlatego, że nikt nie chciał, lecz dlatego, że prawo kościelne zakazywało wtedy ślubów uroczystych. Jak wysokie jest to spiętrzenie, rozstrzyga się osobno dla każdej parafii i każdego dziesięciolecia, bo rachunek zmienia się razem z tym, którą księgę wziąć do ręki.
- Od którego dziesięciolecia rachunek jest reprezentatywny — wcześniejsze księgi zachowały się nierówno i częściej w miastach niż po wsiach
- Ile z zimowego spiętrzenia wesel bierze się z prawa kościelnego, a ile z kalendarza robót polowych
- Udział zimowych tygodni w rocznej liczbie ślubów — bez wskazania parafii i lat żadnej liczby nie da się obronić
Skąd to wiadomoParafialne księgi ślubów Królestwa Węgier i Siedmiogrodu, prowadzone na mocy postanowienia soboru trydenckiego z 1563 roku; zachowane serie w większości od lat 1690–1780.
Maski w Mohaczu i data, która się nie składa
Zebrane z ustPowszechnie mówi się, że maski z Mohacza przepędziły Turków. Miasto odzyskano w 1687 roku, a Szokcy, którzy te maski noszą, osiedli tam dopiero w trakcie tych wojen i po nich.
Czytaj dalejW ostatnie dni zapustów ulicami Mohacza idą postacie w drewnianych maskach z rogami, w wywróconych kożuchach i z krowimi dzwonkami u pasa, a część z nich przeprawia się przez Dunaj łodziami, żeby wejść do miasta od strony wody. Całość zamyka ognisko na placu i spalenie kukły, czyli ten sam gest, którym kilka tygodni później kończy się wynoszenie zimy nad strumieniem.
Twardo stoi natomiast to, co da się zadatować od strony papieru. Obchód opisywano w Mohaczu w XIX i XX wieku, a w 2009 roku wpisano go na listę światowego dziedzictwa niematerialnego. Wszystkie te zapisy mówią o zwyczaju żywym wtedy, gdy je sporządzano, i żaden z nich nie mówi o roku 1526.
Objaśnienie podawane zwykle mówi, że maski miały przestraszyć Turków i wypędzić ich z miasta. Rachunek dat tego nie unosi: po klęsce z 1526 roku wojsko sułtańskie z tych stron odeszło, trwały zarząd osmański objął je dopiero w latach czterdziestych XVI wieku i trwał do zwycięstwa z 1687 roku, ludność zaś szokcka, która obchód dziś niesie, napłynęła nad Dunaj w czasie tych wojen i po nich. Pamiętający musieliby więc pamiętać coś, czego ich przodkowie w tym mieście nie oglądali.
- Rok pierwszej pisanej wzmianki o maskach w Mohaczu
- Czy opowieść o Turkach jest dziewiętnastowieczną reklamą miasta, czy starszą wykładnią zwyczaju
- Kiedy osiedliły się nad Dunajem poszczególne grupy szokckie — daty podaje się dla całych fal, nie dla wsi
Skąd to wiadomoZwyczaj opisywany w Mohaczu w XIX i XX wieku; wpis na listę światowego dziedzictwa niematerialnego w 2009 roku; daty miasta: klęska 1526 i odzyskanie 1687.
Kukła z Czarnej Niedzieli nosi imię postnej zupy
Zebrane z ustSłomianą babę wynoszoną za wieś w czwartą niedzielę postu nazywano kisze — tym samym słowem co kwaśną otrębową polewkę, którą jadało się przez cały post.
Czytaj dalejW komitatach Nógrád, Hont i Gömör oraz na Wyspie Żytniej dziewczęta ubierały słomianą kukłę w kobiecą koszulę i chustę, obnosiły ją z pieśnią przez całą wieś, a na koniec wrzucały do potoku albo paliły i wracały do domu bez oglądania się za siebie. W części wsi zaraz potem chodzono po chałupach z przystrojoną gałęzią wierzby, co nazywano villőzés. Dzień bywał różny i zapisy nie są w tym zgodne: raz jest to niedziela środkowa postu, raz ta, którą węgierszczyzna nazywa czarną, raz Niedziela Palmowa — zawsze wszakże któraś z niedziel późnego postu, a nigdy data stała.
Nazwa kukły przesądza o tym, co właściwie wynoszono. Kisze albo cibere to kwaśna polewka z otrąb, jedzona w te tygodnie, w których mięsa i tłuszczu jeść nie było wolno, a każdy z zapisanych terminów obchodu przypada wewnątrz czterdziestu dni postu. Wynoszono więc postną strawę w postnym terminie, a nie zimę w dniu przesilenia.
Ten sam obrzęd o tej samej porze roku robiono u sąsiadów: Czesi, Morawianie i Słowacy topili Morenę, Polacy Marzannę, a i tam dzień chodził między niedzielami późnego postu. Najstarsza próba przypisania takiej kukle imienia bóstwa stoi w łacińskich Rocznikach Jana Długosza, pisanych między 1455 a 1480 rokiem, gdzie wiosenne topienie wiązane jest z Marzanną i Dziewanną — imiona dopisano tam do gestu, który sam żadnego imienia nie niósł.
- Czy słowo villő cokolwiek znaczy — wyprowadzenia są sprzeczne
- Czy węgierska kukła nosiła kiedykolwiek imię inne niż nazwa postnej potrawy
- Który z terminów jest pierwotny, a który późniejszym przesunięciem — zapisy terenowe podają kilka niedziel i nie układają ich w kolejność
Skąd to wiadomoZapisy terenowe z węgierskich wsi XIX i XX wieku; nazwa dnia i nazwa potrawy w słownictwie postnym; Roczniki Jana Długosza, pisane między 1455 a 1480 rokiem, dla nazw sąsiednich.
Wynoszenie zimy pływa w oknie trzydziestu pięciu dni
Zapis z tamtych czasówCzwarta niedziela postu wypada raz pierwszego marca, raz czwartego kwietnia. Obrzęd wypędzania zimy chodzi więc za Księżycem, a nie za Słońcem.
Czytaj dalejRachunek ten rozstrzyga jedną rzecz i tylko jedną. Obrzęd przypięty do daty ruchomej, wyznaczanej księżycowo-słoneczną rachubą paschalną, nie jest świętem przesilenia ani równonocy, cokolwiek by o samym geście sądzić. Kto czyta w wynoszeniu kukły pamięć po stepowym kalendarzu słonecznym, musi wpierw wyjaśnić, dlaczego rzecz ta wędruje po marcu i kwietniu razem z Wielkanocą.
Wielkanoc łacińska przypada w niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca, przy czym ani pełni, ani równonocy nie bierze się z nieba, lecz z tablic: równonoc ustalono raz na zawsze na dwudziesty pierwszy marca, a pełnię wylicza się rachubą, przez co skrajne daty święta to dwudziesty drugi marca i dwudziesty piąty kwietnia. Całe okno ma trzydzieści pięć dni i nie zależy ani od pogody, ani od długości dnia.
Każda niedziela postu odziedziczyła po Wielkanocy całe to okno. Niedziela środkowa stoi dwadzieścia jeden dni przed świętem i chodzi od pierwszego marca do czwartego kwietnia, ta zwana czarną stoi o tydzień później i chodzi od ósmego marca do jedenastego kwietnia, a Niedziela Palmowa biegnie od piętnastego marca do osiemnastego kwietnia. Którykolwiek z tych terminów wziąć, kukła w jednym roku idzie do wody, gdy na polach leży jeszcze śnieg, a kilka lat później w dniu, w którym w winnicy skończono już pierwszą wiosenną robotę.
- Czy gest jest starszy od daty, na której dziś siedzi — żaden dokument tego nie rozstrzyga w żadną stronę
Skąd to wiadomoŁacińska rachuba paschalna: niedziela po pierwszej pełni od równonocy wiosennej; skrajne daty Wielkanocy 22 marca i 25 kwietnia; czwarta niedziela postu zawsze 21 dni przed Wielkanocą.
Wielkanoc: nazwa od mięsa i kosz przed kościołem
Zapis z tamtych czasówWęgierskie słowo na Wielkanoc znaczy dosłownie wzięcie mięsa: dzień, w którym po siedmiu tygodniach wolno było znów po nie sięgnąć przy stole.
Czytaj dalejHúsvét składa się z dwóch węgierskich wyrazów, mięsa i wzięcia, i stoi już w kodeksach XV wieku. Rodowód nazwy odróżnia to święto od dwóch pozostałych wielkich: Boże Narodzenie nosi po węgiersku wyraz przejęty od Słowian, Zielone Świątki wyraz przywędrowany z greckiej pięćdziesiątnicy przez cudze usta, a Wielkanoc nazwano w domu i nazwano ją wprost od reguły postnej.
Osobna reguła rządziła resztkami. Skorup po święconych jajach i kości po szynce nie rzucano psom ani na gnój, lecz zakopywano w ogrodzie, puszczano z wodą albo rozsypywano po zagonie, co zapisywano z ust ludzi w XIX i XX wieku w stronach bardzo od siebie odległych. Kościół błogosławił jedzenie, a wieś rozstrzygała, gdzie ma się podziać to, co po nim zostaje.
Co wolno było nieść do poświęcenia, wyliczają księgi obrzędowe kościoła ostrzyhomskiego, drukowane od schyłku XV wieku: stoją w nich błogosławieństwa mięsa, jaj, sera i chleba, czyli dokładnie tego, czego przez siedem tygodni jeść nie było wolno. Kosz z szynką, jajami, chrzanem i solą, nakryty haftowaną serwetą i święcony w sobotę wieczorem albo przed sumą, znany jest natomiast z setek zapisów wiejskich XIX i XX wieku, więc obie listy dzielą cztery stulecia i czytać ich jako jednej nie wolno. Wieczorna procesja rezurekcyjna obchodziła zaś kościół, wieś albo granicę pól, zależnie od zwyczaju parafii.
- Pierwsze pewne poświadczenie słowa húsvét w piśmie
- Czy zakopywanie święconych resztek jest stare, czy dziewiętnastowieczne
- Kiedy do koszyka weszły chrzan i sól — w księgach obrzędowych schyłku średniowiecza ich nie ma
Skąd to wiadomoSłowo w kodeksach węgierskich XV wieku; benedykcje pokarmów w księgach obrzędowych kościoła ostrzyhomskiego drukowanych od schyłku XV wieku; zwyczaje z resztkami zapisane w XIX i XX wieku.
Polewanie w poniedziałek i pas, w którym się je robi
Zebrane z ustWiadro wody w wielkanocny poniedziałek to nie węgierska osobliwość: ten sam dzień i ten sam gest ciągną się szerokim pasem przez pół Europy Środkowej.
Czytaj dalejPo węgiersku dzień ten nazywał się poniedziałkiem wrzucania do wody i nazwa nie była przenośnią, bo dziewczęta polewano wiadrem ze studni, prowadzano do koryta albo wrzucano wprost do potoku, a wykupem było malowane jajko. W miastach wiadro ustąpiło z czasem flakonikowi wody kolońskiej i rymowanej prośbie wygłaszanej w progu, przez co obrzęd przeniósł się z podwórza do przedpokoju; roku tej zamiany nie da się wskazać, bo dokonywała się miasto po mieście i dom po domu.
Zasięg zwyczaju biegnie nie wzdłuż węgierszczyzny, lecz wzdłuż całego środka Europy. Ten sam poniedziałek to u Polaków śmigus-dyngus, u Słowaków oblievačka, a polewanie znają wsie czeskie i morawskie, ruskie po obu stronach Karpat oraz wschodnie krańce ziem austriackich, gdzie sąsiadują ze sobą osady chorwackie, węgierskie i niemieckie. Gdziekolwiek szukać granic tego obszaru, pokrywają się one z granicami sąsiedztwa, a nie z granicami języka ani z zasięgiem węgierskiego osadnictwa.
Papier mówi tu mniej, niż się sądzi. Nie znamy średniowiecznego dokumentu węgierskiego, który by polewanie wymieniał, a wzmianki najstarsze to nowożytne nagany z ambony i z wizytacji parafialnych, robione po to, żeby zwyczaj ukrócić — i właśnie dlatego mają wartość świadectwa, bo musiały nazwać czynność oraz dzień. Czym polewanie było w zamyśle, nie mówi żaden z tych zapisów.
- Pierwsze zadatowane węgierskie poświadczenie zwyczaju
- Czy gest naśladuje chrzest, czy służy płodności — żaden zapis tego nie rozstrzyga
- Kiedy woda kolońska wyparła wiadro — w każdym mieście stało się to inaczej i żadna data nie jest wspólna
Skąd to wiadomoNazwa dnia w węgierszczyźnie nowożytnej; nagany kościelne XVII i XVIII wieku; zapisy terenowe XIX i XX wieku; ten sam poniedziałek u Polaków, Słowaków, Czechów, Austriaków i Rusinów.
Betlehemezés: kościół niesiony w rękach
Zebrane z ustOd Wigilii chodziła po domach drewniana szopka w kształcie kościółka, a przy niej pasterze, z których najstarszy był przygłuchy i wszystko musiał słyszeć dwa razy.
Czytaj dalejBetlehem to skrzynka z drewna zbita na kształt kościoła z wieżyczkami, ze żłóbkiem i figurkami w środku, niesiona we dwóch od domu do domu począwszy od wigilijnego wieczoru. Szedł przy niej anioł i trzech albo czterech pasterzy, a osią przedstawienia był pasterz stary i przygłuchy, który przekręcał każde usłyszane słowo i tym rozśmieszał izbę. Zapłatą bywało jedzenie, wino albo drobny pieniądz.
Teksty tych przedstawień znamy z zapisów od XVIII wieku, a wielkie zbiory ogłoszono drukiem w XIX i XX. Za nimi stoi teatr szkolny kolegiów, w którym te same sceny grywano po łacinie i po węgiersku przed publicznością obejmującą mieszczan oraz chłopów, przez co droga wiodła równie dobrze ze szkoły do wsi, jak ze wsi na scenę. Żaden znany dokument średniowieczny takiego chodzenia po domach nie opisuje, choć samo przedstawianie narodzin wewnątrz obrzędu kościelnego jest w tych wiekach poświadczone.
Obchód poszedł tam, dokąd poszli ludzie. Niosą go Seklerzy przesiedleni na Bukowinę, a osobno od nich Czangowie mołdawscy, wśród których jedne grupy przyszły z Seklerszczyzny dopiero w XVIII wieku, inne zaś siedzą nad Seretem od średniowiecza. W tych wsiach, w których kazanie po węgiersku ustało w kościele — u Czangów po 1884 roku, o czym dział mówi osobno — chodzenie z szopką pozostało jednym z niewielu miejsc, gdzie węgierski wiersz brzmiał publicznie.
- Wiek skrzynki w kształcie kościoła
- Czy przygłuchy pasterz przyszedł z dramatu szkolnego, czy jest od niego starszy
Skąd to wiadomoTeksty węgierskie zapisywane od XVIII wieku, zbiory drukowane w XIX i XX; dramat szkolny kolegiów XVII i XVIII wieku; zapisy u Seklerów bukowińskich i Czangów mołdawskich.
Królestwo na Zielone Świątki jako miara krótkiego panowania
Zapis po fakcieZanim ktokolwiek opisał zielonoświątkowego króla, węgierszczyzna już nim mierzyła czas: królestwo na Zielone Świątki znaczy władzę, która potrwa tydzień.
Czytaj dalejZwrot o królestwie zielonoświątkowym znaczy po węgiersku panowanie krótkie i z góry policzone, a używano go w piśmie o ludziach, których władza szybko się skończyła. Przenośnia działa wyłącznie wtedy, gdy rzecz, do której odsyła, jest wszystkim znana, więc sam ten obrót mowy jest świadectwem, że obchód bywał powszechny wcześniej, niż ktokolwiek zadał sobie trud jego opisania.
Kim był ten król i jak go wybierano, dział mówi osobno przy wyścigu konnym oraz próbie siły; tutaj liczy się długość urzędu. Panowanie trwało od tygodnia do roku, przez ten czas chłopiec pił na rachunek gromady i przewodził zabawie, a gromada miała własnego, przez siebie wskazanego zwierzchnika obok tego, którego postawił nad nią pan.
Po stronie kościelnej te same dni miały własną oprawę. Zwyczaj spuszczania gołębia przez otwór w sklepieniu i sypania płatków róż znany jest z łacińskiego Zachodu i bywa przywoływany przy węgierskich kościołach, w których takie otwory ocalały, lecz na jego odprawianie w królestwie dokumentu brak; pewne jest natomiast, że w Siedmiogrodzie na Zielone Świątki szła pielgrzymka, przy której najstarszy przywoływany papier to list odpustowy z 1444 roku, mówiący jednak o kościele, a nie o pielgrzymce. Obie rzeczy przypadały w tym samym tygodniu, lecz łączy je data, a nie wspólny rodowód.
- Rok pierwszego druku, w którym zwrot o królestwie zielonoświątkowym się pojawia
- Czy otwory w sklepieniach węgierskich kościołów służyły temu właśnie obrzędowi
- Czy obrzęd z gołębiem odprawiano kiedykolwiek w kościołach Królestwa Węgier, czy tylko dalej na zachodzie
Skąd to wiadomoZwrot w piśmiennictwie węgierskim XVI i XVII wieku; opisy obchodu w zapisach XIX i XX wieku; list odpustowy z 1444 roku dla pielgrzymki siedmiogrodzkiej.
Dwudziesty sierpnia jest dniem podniesienia relikwii, nie dniem śmierci
Zapis z tamtych czasówStefan umarł w sierpniu 1038 roku, ale świętem został dzień, w którym w 1083 wyjęto jego kości spod posadzki bazyliki w Székesfehérvárze.
Czytaj dalejW 1083 roku, za panowania Władysława I, podniesiono w Székesfehérvárze szczątki pierwszego króla, a w tym samym roku wyniesiono na ołtarze także jego syna, biskupa czanadzkiego i dwóch pustelników z północnych Węgier. Świętem został dzień podniesienia relikwii, dwudziesty sierpnia, a więc data czynności kościelnej, mającej swoje miejsce i swój rok, nie zaś data narodzin ani zgonu.
Potwierdzenie przyszło w dokumencie prawnym dziewięć lat później. Zjazd w Szabolcs w 1092 roku, którego kanon o darach przy studniach dział przywołuje osobno, ułożył także spis świąt obowiązujących w królestwie, a dzień króla Stefana w tym spisie stoi. Od tej chwili nie jest to już pobożność ani pamięć rodu, tylko powinność, za której zaniechanie przewidziano karę.
Przez następne siedem stuleci pozostawał to dzień kościelny, obchodzony tam, gdzie leżała relikwia, i tam, gdzie stał kościół pod wezwaniem króla. Kariera świecka tej daty zaczyna się dopiero w XVIII wieku, a państwowa w XX, i obie dają się od warstwy najstarszej odjąć co do roku, o czym mówią dwie karty następne.
- Czy dwudziesty sierpnia to dzień samego podniesienia relikwii, czy dzień zamknięcia zjazdu, który się wokół niego odbywał
Skąd to wiadomoPodniesienie relikwii w Székesfehérvárze w 1083 roku za Władysława I; spis świąt zjazdu w Szabolcs z 1092 roku.
Relikwia wróciła z Raguzy w 1771 roku i wtedy ruszyła procesja
Zapis z tamtych czasówPrawą dłoń Stefana przechowywano przez stulecia w Raguzie. W 1771 roku sprowadzono ją do Budy i od tego właśnie roku liczy się sierpniowa procesja z relikwią.
Czytaj dalejMaria Teresa kazała dzień króla Stefana obchodzić w całym kraju i związała go z nową obecnością relikwii w mieście. Decyzja ta jest w całej historii warstwą trzecią i najmłodszą: pod nią leży spis świąt z 1092 roku, a pod tamtym podniesienie kości z 1083. Trzy różne akty, trzy różne stulecia i trzy różne powody, dla których dwudziesty sierpnia stoi dziś w kalendarzu.
Sam pochód od początku był przedsięwzięciem dworu i miasta naraz, z cechami, duchowieństwem i wojskiem w szyku, a nie wiejskim obchodem przeniesionym przez kogoś do stolicy. Rozróżnienie to warto trzymać, bo późniejsze opowieści chętnie robią z tej procesji rzecz odwieczną, podczas gdy jest ona rzeczą osiemnastowieczną, o dobrze znanym roku początku.
Powód tej trzeciej warstwy jest przedmiotowy: w 1771 roku sprowadzono do Budy zachowaną prawą dłoń pierwszego króla, przechowywaną przedtem przez wieki nad Adriatykiem. Sierpniowy pochód z relikwią ulicami miasta datuje się od tamtego roku, a nie od 1083 — a samo miasto stolicą królestwa wtedy jeszcze nie było, bo sejm i urzędy siedziały w Preszburgu.
- Okoliczności i cena nabycia relikwii przez dwór
- Czy z dłonią chodzono w procesji już w Raguzie, zanim trafiła do Budy
Skąd to wiadomoRelikwia poświadczona w Raguzie w wiekach nowożytnych; sprowadzenie do Budy w 1771 roku; rozporządzenie Marii Teresy o obchodzie dnia króla Stefana.
Pociąg z 1938, konstytucja z 1949, powrót pod koniec lat osiemdziesiątych
Zapis z tamtych czasówPociąg z relikwią w 1938 roku, konstytucja ogłoszona 20 sierpnia 1949, procesja z powrotem na ulicach pod koniec lat osiemdziesiątych.
Czytaj dalejW 1938 roku wypadło dziewięćsetlecie śmierci Stefana, a w maju tego samego roku odbył się w Budapeszcie międzynarodowy kongres eucharystyczny. Relikwię obwożono wtedy po kraju osobnym wagonem kolejowym, zatrzymując się w miastach na nabożeństwa, a trasę i tłumy opisywała prasa dzień po dniu, obok kronik parafialnych w miejscowościach, przez które pociąg przechodził.
Pochód wrócił na ulice pod koniec lat osiemdziesiątych, w roku dziewięćset pięćdziesiątej rocznicy śmierci króla. Ten sam dzień niesie dziś trzy warstwy naraz — kościelną z 1083 roku, dworską z 1771 i państwową z wieku dwudziestego — a wszystkie trzy da się w kalendarzu wskazać palcem, bo każda ma własny, zadatowany dokument.
Nową konstytucję uchwalono w Budapeszcie osiemnastego sierpnia 1949 roku, a w życie weszła dwudziestego — i to ta druga data dała dniowi nową nazwę oraz nową treść: święto ustawy zasadniczej, a obok niego święto nowego chleba. Procesji z relikwią nie było przez blisko czterdzieści lat, sama relikwia pozostała w kościele, a publiczna część obchodu przeniosła się na trybunę i nad Dunaj.
- Rok, w którym procesja odbyła się znów w pełnym kształcie
Skąd to wiadomoDziewięćsetlecie śmierci Stefana i kongres eucharystyczny w Budapeszcie w 1938 roku; ogłoszenie konstytucji 20 sierpnia 1949; powrót procesji pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku.
Szentkút: ciąg dalszy kanonu z 1092 roku
Zebrane z ustPrawo z 1092 roku kazało płacić wołem za dary składane przy studniach i źródłach. Przy kilkudziesięciu takich źródłach stoi dziś kaplica, a dary leżą dalej.
Czytaj dalejSzentkút znaczy świętą studnię i jest zarazem nazwą miejscową, którą do dziś nosi kilkadziesiąt punktów na mapie Kotliny Karpackiej. Wygląda to wszędzie podobnie: źródło ujęte w kamienną cembrowinę, zejście po schodkach do wody, kaplica albo kościół tuż obok i droga wydeptana od wsi, którą raz do roku idzie procesja odpustowa.
Co się przy takim źródle robi, wylicza się samo. Wodę bierze się do butelek na oczy i na rany, szmaty oraz koszule chorych wiąże się na krzakach i na barierce wokół źródła, monety wrzuca do basenu, a kule i gorsety zostawia w kaplicy. Czynności te są tego samego rodzaju co dary, które kanon z 1092 roku kazał okupić wołem, lecz podobieństwo dotyczy kształtu gestu, nie jego rodowodu: żadnego z dzisiejszych źródeł nie da się połączyć dokumentem z miejscem, o którym kanon mówił, a dary składa się tu dziś wewnątrz obrzędu kościelnego, nie obok niego.
Najlepiej opisanym z tych miejsc jest Mátraverebély-Szentkút w komitacie Nógrád. Kościół nad źródłem postawiono tam w XVIII wieku, opiekę objęli franciszkanie, w 1970 roku papież nadał świątyni tytuł bazyliki mniejszej, a w 2006 ogłoszono to miejsce sanktuarium narodowym. Letni odpust liczy się w dziesiątkach tysięcy ludzi, a to, co o samym źródle wiadomo z papieru, zaczyna się o stulecia później niż kanon, na który się je chętnie powołuje.
- Czy o którejkolwiek z tych studni da się wykazać kult sprzed postawienia kaplicy
- Liczba takich miejsc zależy od tego, co się liczy: samą nazwę, źródło z kaplicą czy czynny odpust
- Od kiedy poświadczone jest czczenie samej wody w Mátraverebély — datę kościoła znamy, daty początku kultu nie
Skąd to wiadomoKanon dwudziesty drugi zjazdu w Szabolcs, 1092; nazwy miejscowe i zapisy terenowe XIX–XXI wieku; tytuł bazyliki mniejszej dla Mátraverebély-Szentkút z 1970 roku i sanktuarium narodowe z 2006.
Dzwon w południe: bulla jest starsza od bitwy o trzy tygodnie
Zapis z tamtych czasówMówi się, że papież kazał bić w dzwony na pamiątkę zwycięstwa pod Belgradem. Bulla nosi datę dwudziestego dziewiątego czerwca 1456, a bitwa rozstrzygnęła się dwudziestego pierwszego i drugiego lipca.
Czytaj dalejKalikst III ogłosił dwudziestego dziewiątego czerwca 1456 roku bullę modlitewną, nakazującą codzienne bicie w dzwony i modlitwę za wojsko idące przeciw Turkom. Wojsko było wtedy dopiero w drodze, twierdza nad Dunajem jeszcze oblężona, a rozkaz nie dziękował za nic: prosił o pomoc w rzeczy, która się właśnie toczyła i której wyniku nikt w Rzymie znać nie mógł.
Sam obrzęd trwa i jest dziś na Węgrzech najpowszechniejszym żywym śladem piętnastego wieku, bo dzwony biją w południe, a rozgłośnia nadaje codziennie południowy dzwon z innego kościoła. Rozbieżność dat nie czyni zwyczaju fałszywym, pokazuje natomiast, że objaśnienie dopasowano do niego później i że trzeba je czytać jako opowieść o zwycięstwie, a nie jako treść dokumentu.
Odsiecz Belgradu rozstrzygnęła się dwudziestego pierwszego i dwudziestego drugiego lipca 1456 roku, a wieść dotarła do Rzymu szóstego sierpnia. Papieskim aktem dziękczynienia nie było więc bicie w dzwony, lecz rozciągnięcie na cały Kościół święta Przemienienia Pańskiego, przypadającego właśnie na szósty sierpnia — dokument osobny i późniejszy, którego rok podaje się rozmaicie, przez co odstęp między jednym a drugim liczy się albo na tygodnie, albo na cały rok.
- Czy bulla wyznaczyła godzinę południa, czy porę między noną a nieszporami
- Czy istniał wcześniejszy nakaz bicia w południe, wydany na Węgrzech w 1455 albo wiosną 1456
- Rok bulli o święcie Przemienienia Pańskiego — podaje się zarówno 1456, jak i 1457
Skąd to wiadomoBulla modlitewna Kaliksta III z 29 czerwca 1456; odsiecz Belgradu 21 i 22 lipca 1456; wieść w Rzymie 6 sierpnia 1456 i rozciągnięcie święta Przemienienia Pańskiego na cały Kościół.
Lata 1781–1786: koniec bractw, klasztorów i pielgrzymek
Zapis z tamtych czasówW pięć lat rozwiązano zakony kontemplacyjne, zabrano kasy bractw i zakazano pielgrzymek poza własną parafię. Obrzęd stracił wtedy oprawę oraz pieniądze.
Czytaj dalejCiąg rozporządzeń da się ułożyć po datach. W październiku 1781 roku ogłoszono dla Węgier patent tolerancyjny, dwunastego stycznia 1782 rozwiązano zakony wyłącznie kontemplacyjne i obrócono ich majątki w fundusz religijny, w połowie dziesięciolecia zniesiono bractwa i przejęto ich skrzynki, a osobne przepisy zakazały procesji wychodzących poza parafię oraz pielgrzymek z noclegiem poza domem.
Żeby zobaczyć, co to znaczyło, trzeba wiedzieć, czym bractwo było w praktyce. To ono płaciło za świece, chorągiew i mary, trzymało kasę, najmowało muzykantów, opłacało pogrzeb ubogiego członka i organizowało wyjście do miejsca odpustowego. Zabranie skrzynki nie odbierało nikomu wiary, odbierało pieniądze oraz ludzi, którzy wiedzieli, kto niesie co i w jakim porządku.
Dwudziestego ósmego stycznia 1790 roku, na trzy tygodnie przed własną śmiercią dwudziestego lutego, cesarz odwołał niemal wszystkie swoje węgierskie rozporządzenia. Pielgrzymki wróciły w ciągu jednego pokolenia, zamknięte domy zakonne w większości nie, a miejsca odpustowe odżyły najszybciej tam, gdzie bractwa zawiązały się na nowo: obrzęd okazał się trwalszy od swojej oprawy, lecz bez oprawy wyraźnie schudł.
- Liczba domów zakonnych zamkniętych w samym Królestwie Węgier zależy od tego, co się liczy
- Jak dalece zakaz pielgrzymek egzekwowano po wsiach i komitatach
Skąd to wiadomoPatent tolerancyjny dla Węgier z października 1781; dekret kasacyjny z 12 stycznia 1782; rozporządzenia o bractwach i pielgrzymkach z lat 1784–1786; odwołanie dekretów 28 stycznia 1790 i śmierć cesarza 20 lutego 1790.
Rok 1587: po dwudziestym pierwszym października przyszedł pierwszy listopada
Zapis z tamtych czasówWęgry przeszły na nowy kalendarz w 1587 roku, wykreślając dziesięć dni: po dwudziestym pierwszym października przyszedł od razu pierwszy listopada.
Czytaj dalejReforma weszła w Królestwie Węgier w 1587 roku i miała postać zupełnie dosłowną, bo dziesięć dni października po prostu nie nastąpiło, a po dwudziestym pierwszym przyszedł pierwszy listopada. W Siedmiogrodzie zrobiono to samo trzy lata później, w grudniu 1590 roku, gdzie po czternastym grudnia nastał od razu dwudziesty piąty, czyli Boże Narodzenie wypadło nazajutrz po zwykłym dniu roboczym.
Dla roku obrzędowego miało to skutki policzalne. Terminy najmu i powinności, liczone od świętego Jerzego do świętego Michała, przesunęły się razem z kalendarzem, choć pogoda została na miejscu, a święta przypięte do dawnych dat straciły związek z porą, na którą je kiedyś nałożono, co najwyraźniej widać na dniu Łucji, o czym dział mówi osobno. Rozdźwięk między datą a porą roku jest zatem mierzalny i ma swój rok wprowadzenia.
Nie zgodzili się dwaj. Protestanckie stany i miasta trzymały się starej rachuby jeszcze przez lata, spierając się o to na sejmach i w radach miejskich, a ludność obrządku greckiego została przy kalendarzu juliańskim aż po wiek dwudziesty. W sąsiadujących ze sobą wsiach jednego królestwa obchodzono przez ten czas dwa Boże Narodzenia, rozsunięte równo o dziesięć dni, oraz dwie Wielkanoce, których odstęp bywał zupełnie inny: raz obie wypadały tego samego dnia, raz dzielił je tydzień, a raz pięć tygodni, bo święto ruchome liczy się z tablic księżycowych, nie z przesuniętej daty dziennej.
- Jak długo protestanckie miasta Górnych Węgier trzymały się starej rachuby
- Którą uchwałą sejmową rzecz przeprowadzono w Siedmiogrodzie
Skąd to wiadomoPrzejście Królestwa Węgier na kalendarz gregoriański w październiku 1587 roku; Siedmiogród w grudniu 1590; obrządek grecki przy rachubie juliańskiej aż do XX wieku.
Wieś po chrzcie
Baba, czepiec, lament i rzeźbiony słup nagrobny
Po chrzcie życie obrzędowe nie ustało — zmienił się tylko papier, na którym je widać: zamiast kronik są księgi metrykalne, rytuały drukowane, protokoły wizytacji, zarządzenia dworu, akta sądowe, a od XIX wieku zapisy robione wprost z ust ludzi. Ta sekcja idzie trzema progami jednego życia — narodzinami, weselem i śmiercią — i przy każdej czynności podaje okolicę, stulecie oraz rodzaj zapisu. Na końcu stoi rzeźbiony słup nagrobny, który w XX wieku zszedł z cmentarza na plac.
Baba: kto przyjmował dziecko i od kiedy musiała zdać egzamin
Zapis z tamtych czasówDziecko przyjmowała starsza kobieta ze wsi, przysięgła przed plebanem albo magistratem; od 1770 roku musiała jeszcze zdać egzamin przed lekarzem komitatu.
Czytaj dalejWęgierskie słowo bába przyszło ze słowiańszczyzny i znaczyło najpierw po prostu starą kobietę, ale w księgach parafialnych i w protokołach wizytacji oznacza już urząd. Wizytator objeżdżający parafię wpisywał jej imię obok imienia kantora i dzwonnika, sprawdzał, czy złożyła przysięgę, i pytał, czy umie ochrzcić dziecko w potrzebie.
Zarządzenie zdrowotne wydane dla krajów korony w 1770 roku postawiło przed tym urzędem próg: kto chciał przyjmować dzieci, szedł na egzamin do lekarza komitatu, przysięgał i dostawał wpis. Obrzędowi egzamin nie odebrał niczego — ta sama kobieta nadal wiązała pępowinę, zakopywała łożysko, nosiła dziecko do chrztu i po sześciu tygodniach prowadziła położnicę do kościoła.
Przez całe następne stulecie bywały we wsi dwie naraz: ta z papierem i stara baba bez egzaminu, tańsza i bliższa, po którą posyłano nocą. Ta druga wraca w XIX-wiecznych zapisach urzędowych jako kłopot nie do usunięcia, bo przyjmowała dzieci mimo braku wpisu, a urzędowy tytuł zmieniał to, kto odpowiada przed sądem, nie to, kogo wołano naprawdę.
- Data 1770 wyznacza początek egzaminu, nie początek urzędu — baba stoi w zapisach parafialnych o półtora wieku wcześniej
- Akta notują czynność baby, nie jej intencję; co z tego było rzemiosłem, a co obrzędem, papier nie rozstrzyga
- Egzamin przed lekarzem komitatu zmieniał uprawnienie, nie zasięg praktyki; ile porodów przyjmowała baba z wpisem, a ile ta bez niego, z zapisów nie wynika
Skąd to wiadomoProtokoły wizytacji kanonicznych i księgi metrykalne XVII–XVIII w.; zarządzenie zdrowotne dla krajów korony z 1770 roku
Chrzest z ręki baby i groby przy płocie
Zapis z tamtych czasówGdy dziecko konało, chrzciła je baba — wodą i kilkoma słowami. Kto umarł bez chrztu, leżał poza poświęconą ziemią: przy płocie cmentarza albo za nim.
Czytaj dalejDziecko pochowane bez chrztu kładziono osobno: przy płocie cmentarza, za nim albo w kącie nieużywanym, bez dzwonu i bez księdza. Zapisy robione z ust ludzi w XIX i XX wieku mówią, że taka dusza błąka się jako światełko i woła o imię, i że w niektórych okolicach lano na grób wodę, wymawiając imię — czynność, której żadna księga kościelna nie przewiduje.
Prawo kościelne żądało, by dziecko w niebezpieczeństwie śmierci ochrzcił ktokolwiek, a rytuały drukowane w Nagyszombacie w 1583 roku oraz w Pozsony w 1625 podają formułę chrztu także po węgiersku, więc dawała się ona powtórzyć osobie świeckiej stojącej przy łóżku. Wizytatorzy sprawdzali tę umiejętność u baby przez dwa następne stulecia.
Kalwini odrzucili chrzest z rąk świeckich, więc we wsiach reformowanych baba dziecka nie chrzciła; gdy konało przed nabożeństwem, na którym miało być ochrzczone, umierało nieochrzczone i tak też je zapisywano. Ta sama czynność, obowiązkowa po jednej stronie granicy wyznaniowej i odrzucona po drugiej, rozdziela dwie sąsiadujące wsie.
- Księga zmarłych notuje brak chrztu, nie powód pochowania przy płocie; o miejscu rozstrzygał zwyczaj parafii, a ten bywał różny
- Opowieści o duszy wołającej o imię spisano dopiero w XIX i XX wieku i nie da się ich cofnąć w głąb bez dokumentu
- Formuła chrztu po węgiersku stoi w księdze kościelnej; że wydrukowano ją z myślą o świeckich przy łóżku konającego dziecka, jest wnioskiem, a nie zapisem
Skąd to wiadomoRytuały drukowane w Nagyszombacie w 1583 i w Pozsony w 1625 roku; księgi zmarłych i protokoły wizytacji XVII–XVIII w.
Łożysko pod drzewem, żelazo w kołysce, światło do rana
Zebrane z ustŁożysko zakopywano pod okapem albo pod młodym drzewem, w kołysce kładziono żelazo, a światło paliło się do rana — dopóki dziecko nie było ochrzczone.
Czytaj dalejŁożysko zakopywano pod okapem domu, pod progiem albo pod młodym drzewem owocowym, a wyschniętą pępowinę chowano w skrzyni i dawano dziecku do rozwiązania w siódmym roku życia; miało od tego wyjść zręczne i bystre. Miejsce zakopania wskazywano jeszcze po latach, choć wyjaśnienia, po co się to robi, podawali opowiadający różne i wzajemnie sprzeczne.
Przez sześć tygodni nie zostawiano położnicy samej po zmroku, zwłaszcza przed chrztem dziecka, a przy zasłoniętym łóżku paliło się światło do rana. W kołysce albo pod poduszką kładziono żelazo — nóż, nożyczki, sierp — pod drzwiami stawiano miotłę, koszulkę wkładano dziecku na lewą stronę, a wypowiedzianą pochwałę odwracano natychmiast, żeby nie ściągnąć uroku.
Gdy dziecko nie rosło, miało wielką głowę i cienkie ręce, mówiono, że zostało podmienione. Rady spisane w XIX i XX wieku są twarde: wynieść na gnojnik, postawić na łopacie przy rozpalonym piecu, odgrozić się. To samo oskarżenie — że kobieta odebrała albo podmieniła dziecko — stoi już w protokołach procesów o czary z XVII i XVIII wieku.
- Zakopywanie łożyska notowano w wielu okolicach, ale objaśnienia samych wykonawców są sprzeczne i nie składają się w jedną wykładnię
- Objaw, po którym rozpoznawano urok albo podmianę, ta sama wieś tłumaczyła również chorobą; zapis oddaje rozpoznanie, nie stan dziecka
Skąd to wiadomoZapisy z ust ludzi z XIX i XX wieku; protokoły procesów o czary XVII–XVIII w. w sprawach o podmianę dziecka
Sześć tygodni i wprowadzenie do kościoła
Zapis z tamtych czasówPrzez sześć tygodni położnica nie wychodziła za próg. Zamykał je obrzęd u drzwi kościoła, ze świecą i stułą, wpisany do rytuałów drukowanych w 1583 i 1625 roku.
Czytaj dalejObrzęd stoi w drukach: agendarz wydany w Nagyszombacie w 1583 roku i rytuał ogłoszony przez arcybiskupa Pétera Pázmánya w Pozsony w 1625 podają porządek wprowadzenia kobiety do kościoła po porodzie. Czeka ona u drzwi z zapaloną świecą, kapłan kropi ją wodą święconą, podaje jej koniec stuły i wprowadza do środka, a ona idzie do ołtarza i składa ofiarę.
Wieś dołożyła do tego zakazy, których w żadnej z tych ksiąg nie ma: nie wolno było iść po wodę do studni, przekroczyć cudzego progu, wyjść w pole ani piec dla obcych. Do kościoła szła położnica razem z babą, a wracała z prawem do zwykłej roboty — dopiero ten dzień, a nie chrzest dziecka, zamykał jej odosobnienie.
Druk nazywa rzecz błogosławieństwem i dziękczynieniem, wieś czytała ją jako koniec stanu niebezpiecznego dla matki i dla dziecka naraz. W zborach reformowanych wywód bywał sporny i w XIX wieku w wielu miejscach zanikł, w parafiach katolickich dotrwał zaś miejscami do połowy XX stulecia.
- Zakazy wychodzenia z domu nie stoją w żadnym z tych rytuałów; druk zna tylko błogosławieństwo i dziękczynienie
- Sześć tygodni jest naraz rachubą kościelną i wiejską — nie da się rozstrzygnąć, która z nich była pierwsza
Skąd to wiadomoAgendarz drukowany w Nagyszombacie w 1583 roku; rytuał ostrzyhomski wydany w Pozsony w 1625; protokoły wizytacji XVII–XVIII w.
Party nie zdejmuje się dwa razy
Zebrane z ustO tym, że dziewczyna stała się mężatką, rozstrzygało zdjęcie party i zawiązanie czepca po północy — nie podpis w księdze i nie błogosławieństwo przy ołtarzu.
Czytaj dalejPárta to sztywna, zdobiona obręcz otwarta u góry, którą wolno było nosić wyłącznie pannie; w Siedmiogrodzie obszywano ją perełkami i koralikami, na nizinie bywała skromniejsza, lecz znaczyła dokładnie to samo. Dziewczyna, która urodziła przed ślubem, traciła do niej prawo, a w niektórych miasteczkach zdejmowano jej pártę publicznie.
Rozstrzygająca chwila wesela przychodziła po północy i odbywała się bez mężczyzn: starsza kobieta rozplatała pannie młodej warkocz, skręcała włosy w kok i wiązała czepiec. Panna młoda wracała do izby już jako menyecske, młoda mężatka, i tańczyła pierwszy taniec w nowym nakryciu głowy; od tego dnia siadała w kościele po stronie zamężnych i nie chodziła między dziewczęta.
Państwo liczyło inaczej. Ustawa z 1894 roku sprawiła, że od 1 października 1895 roku ważność małżeństwu dawał urzędnik stanu cywilnego, a nie ołtarz i nie czepiec; wieś jeszcze przez dwa pokolenia prowadziła własny rachunek i o tym, kto jest mężatką, rozstrzygało nakrycie głowy. Pannie, która umarła niezamężna, wkładano pártę do trumny.
- Godzina i porządek zawiązywania czepca różnią się wieś po wsi; wspólne jest tylko to, że robiły to kobiety i że robiły to bez mężczyzn
- Od 1 października 1895 roku liczył się rejestr państwowy, a we wsi dalej liczył się czepiec — oba rachunki biegły obok siebie i żaden nie unieważnił drugiego
Skąd to wiadomoZapisy z ust ludzi z XIX i XX wieku; ustawa o prawie małżeńskim z 1894 roku, obowiązująca od 1 października 1895
Vőfély: laska, wiersz i porządek wesela
Zebrane z ustWesele prowadził zapraszacz z wstążkową laską: obchodził domy z zaproszeniem, wywoływał wierszem każdą potrawę i na koniec oddawał pannę młodą.
Czytaj dalejZapraszacza nazywano vőfély, a słowo złożono z dawnego określenia pana młodego i starego wyrazu na towarzysza. Na kilka dni przed weselem obchodził z laską obwiązaną wstążkami wszystkie domy i wygłaszał w progu wierszowane zaproszenie; w dniu wesela prowadził orszak, kołatał do bramy panny młodej i dopominał się o nią wobec świadków.
Przy bramie wypychano mu najpierw fałszywą pannę młodą — starą kobietę w chuście albo przebraną miotłę — i dopiero po targu wydawano właściwą. Przy stole zapowiadał wierszem każdą potrawę, wywoływał taniec z pieniędzmi, wygłaszał pożegnanie panny młodej i zamykał ucztę; w praktyce trzymał w ręku cały porządek dnia, łącznie z tym, kto gdzie siada.
Wiersze zapraszacza uchodzą za rzecz ustną, tymczasem od końca XVIII wieku sprzedawano je na jarmarkach w tanich książeczkach, a te same zwrotki wracają potem od Zadunaja po Siedmiogród. Gatunek, który wygląda na dziedziczony w pamięci, w znacznej części przyszedł z drukarni — dokładnie jak repertuar czuwania przy zmarłym. Do wsi mołdawskich, gdzie po węgiersku nie uczono czytać, ta droga nie prowadziła, więc tamtejsze wesele liczy się osobno.
- Znaczna część wierszy weselnych pochodzi z druków jarmarcznych XIX wieku, więc ich rozległe podobieństwo nie dowodzi wspólnej dawności
- Fałszywa panna młoda bywa czytana jako resztka obrzędu mylenia złych mocy; w zapisach jest żartem i tak ją objaśniają sami weselnicy
- Zasięg książeczek weselnych kończy się tam, gdzie kończy się węgierska umiejętność czytania, więc podobieństw wesela mołdawskiego do zadunajskiego druk nie tłumaczy
Skąd to wiadomoKsiążeczki weselne drukowane od końca XVIII wieku; zapisy z ust ludzi z XIX i XX wieku
Pożegnanie panny młodej idzie na nutę lamentu
Zebrane z ustPrzed wyjściem z domu ojca panna młoda żegnała po kolei rodziców, rodzeństwo i towarzyszki; melodia tego pożegnania jest tą samą, którą śpiewa się nad zmarłym.
Czytaj dalejJedno i drugie jest wyprowadzeniem człowieka z domu, w którym był, i wprowadzeniem go tam, gdzie odtąd będzie. Że obie czynności obsługuje ta sama forma muzyczna, wiadomo z nagrań i zapisów XX wieku; o tym, jak brzmiało to trzysta lat wcześniej, nie wiadomo nic, bo nut tej muzyki wtedy nikt nie spisywał.
Pożegnanie wygłaszał zwykle zapraszacz w imieniu panny młodej, a ona miała przy tym płakać; o pannie, która nie płakała, mówiono we wsi źle. Porządek był ustalony: najpierw ojciec, potem matka, bracia i siostry, towarzyszki, wreszcie dom, brama i podwórze — każdemu osobno, każdemu po imieniu albo po stopniu pokrewieństwa.
W Kraju Seklerów, w Kalotaszeg i u Czangów mołdawskich pożegnanie bywało śpiewane, a nie mówione, i szło tą samą swobodnie płynącą recytacją, którą zawodzi się nad zmarłym; tam, gdzie wygłaszał je zapraszacz z jarmarcznej książeczki, szło mową. W tych samych okolicach pogrzeb ma własne pożegnanie, w którym zmarły przemawia w pierwszej osobie i żegna po kolei każdego z rodziny — obraz odbity w lustrze wobec wesela.
- Tożsamość melodii poświadczają nagrania XX wieku; dla stuleci wcześniejszych nie ma zapisu nutowego i o tamtym brzmieniu nie da się powiedzieć nic
- Płacz panny młodej bywa czytany jako obrzędowe umieranie dla własnego rodu; w zapisach stoi wymóg obyczaju, a takiego wyjaśnienia nie podaje nikt z wykonawców
- Pożegnanie recytowane przez zapraszacza z drukowanej książeczki i pożegnanie śpiewane na nutę lamentu to dwie różne praktyki i nie wszędzie występowały razem
- Pożegnanie zmarłego mówione w pierwszej osobie układał i wygłaszał najczęściej kantor, a lament nad ciałem improwizowała krewna; podobieństwo obu czynności nie czyni z nich jednego gatunku
Skąd to wiadomoWiersze pożegnalne z książeczek weselnych XIX wieku; nagrania i zapisy z ust ludzi z XX wieku — Siedmiogród, Kalotaszeg, Mołdawia
Dary liczone przy świadkach
Zebrane z ustWyprawę wieziono przez wieś na wozie, żeby każdy mógł ją policzyć, a w tańcu panny młodej pieniądze kładziono na talerz i wyliczano na głos.
Czytaj dalejWyprawę wieziono przez wieś na przystrojonym wozie, z domu panny młodej do domu pana młodego, i jechała tak, żeby wszyscy widzieli: malowana skrzynia, pościel ułożona w słup, tkaniny, naczynia. Wóz był rachunkiem publicznym — po drodze liczono poduszki, a wynik pamiętano we wsi całymi latami i wypominano przy pierwszej kłótni.
Dary szły też w drugą stronę: panna młoda rozdawała koszule i chusty rodzinie pana młodego, każdemu wedle stopnia pokrewieństwa. W tańcu panny młodej goście płacili za kilka kroków z nią, pieniądze kładziono na talerz, a wywołujący ogłaszał każdą sumę na głos; ostatni płacił pan młody i zabierał żonę od tańca.
W rodzinach umiejących pisać ten sam akt ma postać papieru — spisu wyprawy i umowy majątkowej, zachowanych ze szlacheckich i mieszczańskich domów XVII i XVIII wieku. We wsi rolę dokumentu pełnił przejazd wozu i głośne wyliczanie: świadkiem była cała ulica i to jej pamięć obowiązywała przy podziale po latach.
- Spisane listy wyprawy zostały po rodzinach umiejących pisać; dla reszty rachunkiem był przejazd wozu, którego nikt nie zapisał
- Taniec z pieniędzmi na talerz notowano w XIX i XX wieku; starszych zapisów samej tej czynności nie ma
Skąd to wiadomoSpisy wyprawy i umowy małżeńskie XVII–XVIII w.; zapisy z ust ludzi z XIX i XX wieku
Lament nad zmarłym śpiewają kobiety
Zebrane z ustNad ciałem zawodziła krewna — bez nut i bez stałego tekstu, wyliczając zmarłemu jego życie i wypominając mu odejście. Mężczyźni tego nie śpiewali.
Czytaj dalejLament zaczynał się w chwili śmierci i wracał przy każdej następnej czynności: przy obmyciu ciała, przy złożeniu do trumny, przy wynoszeniu z domu, przy grobie, a potem nad samym grobem. Śpiewała krewna — matka, żona, córka, siostra — bez stałego tekstu i bez ustalonej melodii, składając słowa na miejscu i za każdym razem inaczej.
Zwraca się w nim do zmarłego wprost i zawsze przez pokrewieństwo, wylicza mu, co po sobie zostawia i co teraz zostanie nierobione, pyta, dlaczego odszedł, i wypomina mu to odejście. W zapisach jest to gatunek kobiecy: zawodziły matki, żony, córki i siostry, a mężczyźni przy tym stali.
Ustawy synodalne i protokoły wizytacji XVII oraz XVIII wieku ganią zawodzenie nad ciałem jako rzecz nieprzystojną, ale żadna z nich nie podaje ani słowa tekstu, ani jednej nuty, więc o dawniejszej postaci lamentu nie świadczą. Zawodzono mimo zakazów jeszcze w drugiej połowie XX wieku, a nagrania robiono na całym obszarze językowym, najliczniej i najpóźniej w Siedmiogrodzie oraz w Mołdawii.
- Zakazy kościelne mówią o nieprzystojnym zawodzeniu i nie opisują ani słów, ani melodii, więc nie poświadczają formy dawniejszej niż XIX wiek
- Lament jest układany na miejscu, więc każdy zapis jest zapisem jednego wykonania, a nie tekstem gatunku
- Zapisy pokazują, kto zawodził, a nie regułę zakazującą tego mężczyznom; o istnieniu takiego zakazu nie świadczą
Skąd to wiadomoUstawy synodalne i protokoły wizytacji XVII–XVIII w.; nagrania i zapisy z ust ludzi z XIX i XX wieku
Najstarszy wiersz węgierski jest lamentem matki nad ciałem syna
Zapis z tamtych czasówPierwszy zachowany wiersz po węgiersku, zapisany około 1300 roku, to skarga matki nad ciałem syna. Kodeks odnaleziono w 1922, do Budapesztu trafił w 1982.
Czytaj dalejNa karcie łacińskiego zbioru kazań ktoś około 1300 roku zapisał po węgiersku skargę matki stojącej pod krzyżem. Jest to swobodna przeróbka łacińskiej sekwencji, a nie przekład: matka zwraca się do syna przez imiona pokrewieństwa, prosi o śmierć zamiast niego i targuje się ze śmiercią — dokładnie te same ruchy, które wykonuje potem wiejski lament.
Wynika z tego jedno: około 1300 roku umiano po węgiersku ułożyć lament w tej samej postaci, w jakiej znajdzie się on potem we wsiach. Nie wynika, że forma wiejska jest starsza od łacińskiej — łacińska skarga jest tu tekstem starszym i autor przeróbki ją znał. Najstarszy ciągły tekst węgierski to zresztą również mowa nad grobem, o czym osobno.
Kodeks wypłynął w handlu księgarskim w 1922 roku i trafił do biblioteki uniwersyteckiej odbudowywanej w Lowanium po zniszczeniach wojennych, a węgierski wiersz rozpoznano w nim dopiero tam, już po zakupie. Do Budapesztu przyjechał w 1982 roku, w zamian za inne rękopisy, i leży dziś w bibliotece narodowej.
Sam zapis jest niepozorny: niespełna czterdzieści wersów, wpisanych ciągiem, bez podziału na wersy, drobnym pismem na wolnym miejscu karty, która jest dziś mocno wytarta. Kodeks kupiono w Monachium w 1922 roku dla biblioteki w Lowanium, odbudowywanej po spaleniu jej w 1914, a węgierski tekst rozpoznano w nim dopiero rok później — sześć stuleci przeleżał nierozpoznany w cudzej książce z kazaniami.
- Wiersz jest przeróbką łacińskiej skargi, więc podobieństwo do wiejskiego lamentu nie rozstrzyga, która forma jest starsza
- Datowanie „około 1300" opiera się na piśmie kodeksu, a nie na dacie postawionej w tekście
- Rok 1922 jest rokiem zakupu kodeksu, a nie rokiem rozpoznania w nim tekstu węgierskiego — to dwa różne zdarzenia
Skąd to wiadomoKodeks kazań łacińskich z węgierskim wierszem z około 1300 roku; odnaleziony w 1922, w Budapeszcie od 1982
Czuwanie: dwie noce, śpiewnik i żarty przy trumnie
Zebrane z ustZmarły leżał w domu dwie albo trzy noce, a sąsiedzi czuwali przy nim, śpiewając z drukowanych śpiewników; w Mołdawii i w Gyimes przy trumnie także żartowano.
Czytaj dalejZmarły leżał w izbie dwie albo trzy noce, a czuwali przy nim sąsiedzi, bo rodziny nie zostawiano samej. Lustra zasłaniano albo odwracano, zegar zatrzymywano, okno otwierano, słomę z posłania palono za wsią, a stołek, na którym stała trumna, przewracano po wyniesieniu ciała; obmywała je i ubierała wyznaczona do tego starsza kobieta.
U Czangów mołdawskich i w Gyimes przy trumnie grano w gry, zadawano zagadki i odgrywano żartobliwe scenki — jeszcze w XX wieku, choć księża pisali przeciw temu od dawna. Czuwających karmiono i pojono, więc powinność sąsiedzka miała swoją cenę, a płacił ją dom zmarłego tej samej nocy.
Ubranie bywało szykowane z wyprzedzeniem dziesiątków lat i leżało w skrzyni obok wyprawy ślubnej. Śpiewano całą noc, a repertuar w dużej części przyszedł z druku, po obu stronach granicy wyznaniowej: kancjonały protestanckie mają od XVII wieku osobny dział pieśni pogrzebowych, a katolicki Siedmiogród dostał w 1676 roku własny śpiewnik z drukarni w Csíksomlyó. Prowadził kantor albo ktokolwiek, kto umiał czytać.
- Gry przy zmarłym bywają czytane jako resztka obrzędu pogańskiego; w zapisach są sposobem na przetrzymanie nocy i powinnością sąsiedzką
- Repertuaru czuwania nie da się rozdzielić na drukowany i niedrukowany — ten sam tekst bywa naraz w kancjonale i w pamięci
- Śpiewnik z Csíksomlyó jest książką katolicką, a kancjonał z działem pogrzebowym protestancką; wspólnego repertuaru czuwania nie da się wywieść z jednej z nich
Skąd to wiadomoKancjonały protestanckie od XVII w.; śpiewnik wytłoczony w Csíksomlyó w 1676 roku; zapisy z ust ludzi z XIX i XX wieku
Halottlátó: kobieta, do której szło się po wiadomość o zmarłym
Zebrane z ustPrzynoszono jej kawałek odzieży zmarłego i pytano, jak mu się wiedzie i czego żąda. Po obu wojnach światowych szły do takich kobiet całe wsie.
Czytaj dalejDo halottlátó, czyli widzącej zmarłych, przynoszono kawałek odzieży albo fotografię i zadawano pytanie. Kobieta kładła się, zasypiała albo — jak mówiono — przechodziła na drugą stronę, po czym zdawała sprawę: zmarłemu zimno, bo pochowano go bez skarpet; chce mszy; gniewa się o niespłacony dług; zaginiony żyje albo nie żyje. Płacono jej w naturze.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych stawały za to przed sądem, oskarżane o znachorstwo i wyłudzenie, a prasa pisała o nich jako o oszustkach. Nie zamknęło to rzeczy: zapisy z ostatnich dziesięcioleci XX wieku wskazują czynne widzące w komitatach północno-wschodnich, a pytanie, z którym do nich szło, przez cały ten czas było jedno i to samo.
Nazwa notowana jest od XIX wieku, a starsze akta znają postacie o robocie pokrewnej, lecz nie tej samej: w protokołach procesów XVII i XVIII stulecia stoi néző, widząca, oraz tudós asszony, mądra kobieta, i to one wskazują przyczynę choroby i sprawcę szkody, nie zaś przynoszą wieść od zmarłego. Po wojnie 1914–1918, a zwłaszcza po 1945 roku, gdy z frontu wschodniego i z niewoli nie wróciły setki tysięcy mężczyzn, ustawiały się pod takimi domami kolejki.
- Zapisy mówią, co halottlátó powiedziała i ile wzięła; o tym, czego doświadczała, świadczą wyłącznie jej własne słowa
- Postać bywa wiązana z táltosem, tymczasem w aktach procesowych widząca nazywa się néző i robi co innego — o táltosie osobno
- Między néző z akt procesowych a halottlátó z XX wieku nie ma ciągu dokumentów; łączy je podobieństwo roboty, nie poświadczona linia
Skąd to wiadomoProtokoły procesów o czary XVII–XVIII w. (néző, tudós asszony); akta sądowe i zapisy z ust ludzi z XIX i XX wieku
Worek zamiast trumny: nakaz z 1784 i odwrót w styczniu 1785
Zapis z tamtych czasówW sierpniu 1784 roku nakazano grzebać zaszytych w płótno, w trumnie używanej wielokrotnie. Opór był taki, że nakaz cofnięto w styczniu następnego roku.
Czytaj dalejOd lat siedemdziesiątych XVIII wieku dwór wiedeński przestawiał pogrzeb: cmentarze miały odejść poza zabudowę, grzebanie w kościołach ustać, groby otrzymać przepisaną głębokość i wapno. Nakaz z sierpnia 1784 roku poszedł dalej niż wszystko przedtem — ciało miało być zaszyte w płótno i złożone do dołu, a trumna wracała do parafii dla następnego zmarłego.
Sprzeciw był natychmiastowy i tak głośny — najgłośniejszy w samym Wiedniu — że nakaz cofnięto w styczniu następnego roku, niespełna pół roku po ogłoszeniu. Wycofano jednak sam worek, a nie całą reformę: cmentarze poza wsią, zakaz pochówku w kościele i przepisy o księgach zostały w mocy.
Rzecz mówi coś ważnego o tym, co w pogrzebie okazało się najtrudniejsze do ruszenia. Nie modlitwa i nie miejsce grobu, bo przy tych dwór się nie cofnął, lecz trumna, ubranie i płótno — szykowane przez rodzinę latami i pokazywane publicznie w dniu pogrzebu. Państwo sięgnęło po przedmiot, który był rachunkiem wobec całej wsi, i musiało się wycofać.
- Nakaz obejmował całą monarchię; osobnego rachunku oporu na Węgrzech nie ma, bo protestujących wtedy nie liczono
- Cofnięto worek, nie reformę pogrzebową — cmentarze poza zabudową i zakaz grzebania w kościołach zostały i obowiązują do dziś
- Cofnięto sam worek, nie reformę pogrzebową — cmentarze poza zabudową i zakaz grzebania w kościołach zostały w mocy
Skąd to wiadomoZarządzenia pogrzebowe dworu wiedeńskiego z sierpnia 1784 i ze stycznia 1785 roku
Kopjafa: drewniany słup z głową, szyją i ramionami
Zebrane z ustDębowy słup ciosany siekierą i nożem, z gałką u góry i literami na czole; jego części noszą nazwy części ciała: głowa, szyja, ramiona.
Czytaj dalejZnak grobu nazywa się kopjafa tam, gdzie kopja znaczyła włócznię — w Kraju Seklerów i w Kalotaszeg; na Wielkiej Nizinie i nad górną Cisą mówi się fejfa, czyli drzewo-głowa, gdzie indziej gombosfa, słup z gałką. Robi się go z dębu, rzadziej z akacji albo dzikiej gruszy, siekierą, ciosłem i nożem, a bywa niższy od metra i wyższy od dwóch i pół.
Części słupa noszą nazwy części ciała: gałka u góry to głowa, pod nią szyja, niżej ramiona i tułów. Czoło, czyli ściana z napisem, niesie imię, wiek i rok, a pod nimi litery skracające zdanie o nadziei szczęśliwego zmartwychwstania, których liczba i układ zmieniają się okolica po okolicy. Rzeźbione nożem pasy biegną wokół szyi i tułowia, a wzory są geometryczne: gwiazdy, rozety, tulipany, karby.
Materiał wyznacza granicę tego, co w ogóle można oglądać. Drewno wkopane w ziemię rozpada się w kilkadziesiąt lat, więc najstarsze zachowane słupy mają metrykę XVIII i XIX wieku, a zasób cmentarza wiejskiego wymienia się w całości co kilka pokoleń. Snycerz powtarzał to, co widział na poprzednim słupie, i tyle da się o ciągłości tej formy powiedzieć.
- Nie zachował się ani jeden słup starszy niż XVIII wiek, bo drewno wkopane w ziemię tyle nie wytrzymuje; o dawniejszych mówią wyłącznie opisy
- Nazw kopjafa i fejfa używa się dziś zamiennie, choć należą do innych okolic i do innych szkół rzeźbienia
- Liczba i kształt liter na czole słupa zmieniają się okolica po okolicy; jednego wzoru napisu dla całego obszaru nie ma
Skąd to wiadomoCmentarze wiejskie z datowanymi napisami od XVIII wieku; opisy i rysunki z XIX wieku
Co da się odczytać z kształtu słupa, a czego nie
Zebrane z ustRzeźbiony słup stoi na cmentarzach kalwińskich i unitariańskich, bo tam nie stawiano krzyża. Znaczenia kształtów są miejscowe, a ogólny ich klucz ułożono później.
Czytaj dalejRzeźbiony słup stoi przede wszystkim na cmentarzach reformowanych i unitariańskich, ponieważ tam nie stawiano krzyża; we wsi katolickiej krzyż stoi, a słupa nie ma. Wyznanie widać stamtąd z drogi, zanim się podejdzie do napisu — i to jest najpewniejsza rzecz, jaką kształt tych cmentarzy w ogóle mówi.
Miejscowe różnice są prawdziwe: w danej wsi inaczej kończy się słup mężczyzny, inaczej kobiety, osobną postać ma znak panny, mniejsze słupy stoją nad dziećmi, a liczba gałek albo karbów bywa czytelna dla sąsiadów. Klucz obowiązuje jednak w tej wsi i w kilku okolicznych; tulipan, który tutaj znaczy kobietę, trzy doliny dalej nie znaczy nic.
Wykładnie ogólne dopisano w piśmie: że słup jest postacią ludzką, że łódkowate słupy z Szatmárcseke wiozą zmarłego, że kopjafa wywodzi się z włóczni wbitej w grób wojownika. Na włócznię postawioną na grobie nie ma średniowiecznego dokumentu węgierskiego, a około sześciuset dębowych słupów w Szatmárcseke stoi na czynnym cmentarzu kalwińskim, gdzie drewno wymieniano i gdzie napisy dają się dziś odczytać jako XIX- i XX-wieczne. Droga tego dopisywania jest ta sama, którą powstał panteon z datą wydania — o czym osobno.
- Klucz kształtów bywa podawany jako ogólnowęgierski; obejście cmentarzy pokazuje odmiany wieś po wsi i sprzeczne znaczenia tego samego wzoru
- Łódź z Szatmárcseke i włócznia w grobie to wykładnie z piśmiennictwa XIX i XX wieku, nie napisy i nie dokumenty
- Reguła, że rzeźbiony słup stoi na cmentarzu protestanckim, a krzyż na katolickim, jest regułą przeważającą, nie bezwyjątkową: drewniane znaki grobowe notowano także w parafiach katolickich i ewangelickich
Skąd to wiadomoCmentarze kalwińskie i unitariańskie z napisami XVIII–XX w.; Szatmárcseke, około sześciuset dębowych słupów
Kopjafa wychodzi z cmentarza: 16 czerwca 1989
Zapis z tamtych czasówRzeźbiony słup przestał być znakiem grobu, a stał się znakiem pamięci: najpierw w kwaterze 301 na skraju Budapesztu, potem na tysiącach wiejskich placów.
Czytaj dalejW kwaterze 301 budapeszteńskiego Nowego Cmentarza Komunalnego leżeli straceni po 1956 roku, złożeni bez znaku i bez nazwisk. W 1988 i na początku 1989 roku zaczęto tam stawiać rzeźbione słupy — najpierw pojedyncze, potem coraz liczniejsze. Szesnastego czerwca 1989 roku odbył się publiczny pogrzeb Imrego Nagya i jego towarzyszy: sześć trumien, z których szósta była pusta, dla nieznanego.
To jest kariera XX-wieczna formy udokumentowanej od XVIII stulecia i o średniowieczu nie mówi nic — podobnie jak tablice z nazwami wsi pisanymi rowasem, o których osobno. Nie przestaje przez to być znakiem żywym: postawiony dziś słup pełni funkcję, której nigdy wcześniej nie miał, i pełni ją naprawdę, na oczach wsi, która go stawia.
Po 1990 roku słup wyszedł z cmentarza na plac i stawiano go tysiącami: za rok 1956, za poległych obu wojen, za wywiezionych, za Trianon. Stanął także w katolickich wsiach zachodniego Zadunaja, gdzie znakiem grobu był krzyż, a rzeźbionego słupa siedmiogrodzkiego kroju nie znano; forma przewędrowała ze wschodnich cmentarzy protestanckich do pomnika ogólnokrajowego.
- Słup jako pomnik narodowy ma metrykę XX-wieczną; jego rodowód grobowy sięga udokumentowanych XVIII i XIX wieku i dalej nie
- Kwatera 301 dostała słupy wcześniej niż pomnik — kolejność odwrotna niż w innych miejscach pamięci
- Drewniane znaki grobowe znane są także z Zadunaja; nowy na zachodzie jest krój siedmiogrodzkiego słupa i jego rola pomnika, nie samo drewno
Skąd to wiadomoKwatera 301 Nowego Cmentarza Komunalnego w Budapeszcie; pogrzeb z 16 czerwca 1989 roku
Wóz, kosiarz i kwoka
Gwiazdy z pola i horoskop z zamku
Węgierskie niebo ma dwa osobne opisy i żaden z nich nie prowadzi do drugiego. Na wsi gwiazdy nazywano od roboty — wozem, kosiarzami, kwoką z kurczętami, gwiazdą wieczerzy — i czytano z nich porę nocy oraz porę roku, nigdy zaś cudzy los. W Budzie i Ostrzyhomiu, w drugiej połowie XV wieku, to samo niebo mierzono przyrządem z podziałką, liczono tablice na podaną szerokość geograficzną i stawiano horoskop pod godzinę otwarcia uczelni. Daty jednych i drugich zapisów dzieli nierzadko czterysta lat.
Göncölszekér, czyli wóz Göncöla
Zebrane z ustWielki Wóz to po węgiersku wóz Göncöla. Co znaczy samo imię, nie zostało wykazane, a wóz na tym samym miejscu nieba mają też sąsiedzi Węgrów.
Czytaj dalejKim był Göncöl, opowiada dopiero podanie spisane z ust ludzi w dziewiętnastym stuleciu. Miał to być człowiek znający mowę zwierząt i lek na każdą chorobę, któremu w drodze złamał się dyszel wozu; odjechał nim w niebo i tam został, a dyszel do dziś jest krzywy. Żaden zapis starszy od tego podania nie wie o takim człowieku ani słowa, choć samą nazwę gwiazd notowano wcześniej.
Siedem gwiazd, które po łacinie tworzą Wielką Niedźwiedzicę, Węgrzy nazywają wozem Göncöla, a mniejszy ich odpowiednik przy biegunie — małym Göncölem. Sam obraz wozu nie jest węgierską osobliwością: Anglicy mówią o wozie Karola, Niemcy i Polacy po prostu o wielkim wozie, a wszystkie te nazwy opisują ten sam zaprzęg — cztery koła i dyszel. Osobliwe jest wyłącznie imię, które przy węgierskim wozie stoi.
Wóz miał we wsi robotę praktyczną i zupełnie doczesną. Kto nie miał zegara, odczytywał porę nocy z tego, jak wysoko stoi dyszel i w którą stronę jest skręcony; pasterz wypuszczony na całą noc dzielił ją tym jednym ruchem nieba na kolejne warty i wiedział, kiedy zmienić stanie przy stadzie.
- Wyprowadzeń imienia Göncöl jest kilka — od obcego imienia osobowego, od wyrazu oznaczającego tobół i od czasownika o znaczeniu skręcać — i żadne nie zostało wykazane.
- Podanie o Göncölu spisano w XIX wieku, a nazwa gwiazd jest starsza od opowieści, którą się ją dziś tłumaczy.
- Odczytywanie pory nocy z położenia dyszla opisano w zbiorach spisywanych w XIX i XX wieku; jak daleko wstecz sięgała ta umiejętność, nie da się sprawdzić.
Skąd to wiadomoNazwę notują drukowane słowniki łacińsko-węgierskie przełomu XVI i XVII wieku, wśród nich Dictionarium Latinoungaricum wydany w Norymberdze w 1604 roku; podanie o samym Göncölu pochodzi ze zbiorów spisywanych z ust ludzi w XIX wieku.
Kosiarze i kulawa Kata
Zebrane z ustPas Oriona to po węgiersku trzej kosiarze, a gwiazda idąca za nimi to Kata, która kuleje, bo niesie im obiad w pole.
Czytaj dalejWęgierska nazwa Oriona brzmi kaszáscsillag, czyli gwiazda kosiarza, a trzy gwiazdy jego pasa nazywano wprost trzema kosiarzami, idącymi rzędem przez łan. Za nimi widziano dziewczynę z jedzeniem, Sántę Katę, czyli Kulawą Katarzynę: kuleje, bo dźwiga dzban i węzełek, i dlatego tamtych nigdy nie dogoni. Cały ten obrazek jest sceną ze żniw przeniesioną na niebo.
Nazwa opisuje robotę, a nie moc. W żadnym z tych zapisów nikt się do kosiarzy nie modli, niczego im nie składa i nie pyta ich o los; pytano ich natomiast o godzinę, bo Orion wschodzi i zachodzi z dokładnością, na której można polegać bez zegara. Pytano ich też o porę roku: w lipcu widać go dopiero przed świtem, a w styczniu stoi na niebie przez całą noc.
Ta sama grupa gwiazd nosi u sąsiadów nazwy z tego samego pola — kosiarze, grabie, trzej królowie. Zbieżność obrazu nie dowodzi więc ani wspólnej wiary, ani wspólnego pochodzenia; dowodzi tylko tyle, że ludzie pracujący tym samym narzędziem zobaczyli na niebie to samo narzędzie.
- Którą gwiazdę zbieracze zapisali jako Kulawą Katę, różni się od wsi do wsi: raz jest to gwiazda pod pasem, raz jasna gwiazda opodal. Zapisy nie są zgodne, a żaden nie podaje współrzędnych.
- Nazwy kosiarza nie da się datować wstecz poza druk; to, że opisuje kosę, nie czyni jej starszą od kosy w tej postaci.
Skąd to wiadomoNazwa objaśnia Oriona w węgierskich słownikach XVI i XVII wieku; sceny z Kulawą Katą pochodzą ze zbiorów terenowych XIX i XX wieku.
Fiastyúk, kwoka z kurczętami
Zebrane z ustPlejady to po węgiersku kwoka z kurczętami. Ten sam obraz noszą one u Rumunów, Niemców i Chorwatów, więc nie są pamiątką po stepie.
Czytaj dalejFiastyúk znaczy dosłownie kurę mającą młode, a nosi tę nazwę gromada Plejad — mgławy pęczek, w którym gołe oko wyłuskuje sześć, siedem albo dziewięć punktów, zależnie od wzroku i od nocy. Węgierskie dzieci liczyły te kurczęta na wyścigi, a kto naliczył więcej, ten miał lepsze oczy; była to zatem próba wzroku, a nie próba nieba.
Obraz kwoki z kurczętami ciągnie się przez pół Europy. Rumuni mówią o kwoce z pisklętami, Niemcy o kokoszy na jajach, a u Słowian południowych nazwa idzie w stronę gromadki dzieci. Węgierska nazwa stoi więc pośrodku szerokiego obszaru, na którym ten sam obraz noszą języki niespokrewnione, i z samej tej nazwy nie da się odczytać, czy przyjechała ze stepu, czy została w Kotlinie Karpackiej zastana.
Robota tej gromady była taka sama jak robota wozu: mierzyła czas. Wieczorne pojawienie się kwoki nad wschodnim widnokręgiem otwiera jesień i porę obory, a jej zniknięcie w wiosennej zorzy zamyka czas siewu. Pęczek zamglony i rozmyty zapowiadał we wsiach deszcz, ponieważ wilgoć zbierająca się w powietrzu zaciera drobne gwiazdy, zanim spadnie pierwsza kropla.
- Liczba widzianych gwiazd waha się od sześciu do dziewięciu i zależy od wzroku oraz przejrzystości powietrza; żadna węgierska liczba kurcząt nie jest więc liczbą gwiazd.
- Turkijska nazwa tej samej gromady brzmi zupełnie inaczej i nie ma ogniwa, które łączyłoby ją z węgierską kwoką.
- Kierunku, w którym wędrował obraz kwoki z kurczętami, nie da się wskazać: europejskie zapisy tej nazwy są mniej więcej równie późne i żaden nie wyprzedza pozostałych na tyle, by rozstrzygnąć pierwszeństwo.
Skąd to wiadomoNazwa stoi w węgierskich słownikach i kalendarzach od XVI wieku; użycie gospodarskie opisano w zbiorach terenowych XIX i XX wieku.
Gwiazda wieczerzy
Zebrane z ustWenus nazywano po węgiersku gwiazdą wieczerzy: jej wzejście mówiło, kiedy siadać do stołu. Wiejskie niebo mierzyło robotę, nie los.
Czytaj dalejNajjaśniejsza planeta ma po węgiersku dwie nazwy i obie są nazwami pory dnia. Esthajnalcsillag to gwiazda wieczoru i świtu naraz, bo pokazuje się raz przed nocą, raz przed dniem; vacsoracsillag to wprost gwiazda wieczerzy, ta, po której stawia się na stół. Nazwa nie mówi, czym ciało niebieskie jest — mówi, co człowiekowi wypada wtedy robić.
Tak zbudowany jest cały słownik wiejskiego nieba. Wóz, kosiarze, kwoka z kurczętami, gwiazda wieczerzy, droga posypana słomą: same rzeczy z podwórka, z pola i z kuchni, i ani jednej nazwy, która mówiłaby o rządzeniu ludzkim losem. Nazw dwunastu znaków zodiaku w tym słowniku nie ma wcale — weszły do węgierszczyzny z łaciny i z niemczyzny, przez kalendarz drukowany.
Stąd bierze się rozstrzygnięcie, które w tej sekcji wraca przy każdej karcie. Niebo widziane ze wsi jest zegarem i kalendarzem: dzieli noc na warty, wyznacza początek żniw i koniec wypasu, zapowiada deszcz. Niebo widziane z zamku jest rachunkiem, w którym każdemu punktowi odpowiada liczba stopni i minut.
- Z samej nazwy łączącej wieczór ze świtem nie wynika, że nazywający wiedzieli, iż widzą jedno ciało dwa razy; złożenie mogło powstać w słowniku, a nie w mowie.
- Brak nazw zodiaku w mowie wsi jest brakiem w zapisach zbieraczy, a ci pytali o to, co sami z góry uznali za ludowe.
Skąd to wiadomoObie nazwy notują węgierskie słowniki od XVI wieku; wieczerza jako miara pory dnia opisana w zbiorach terenowych XIX i XX wieku.
Droga posypana słomą
Zebrane z ustDrogę Mleczną nazywano po węgiersku drogą słomianą: złodziej uciekał nocą z naręczem i sypał za sobą. Tak samo nazywają ją Turcy.
Czytaj dalejSzalmás út i szalmahullató út znaczą drogę słomianą oraz drogę gubiącą słomę, a objaśnia je podanie o kradzieży: ktoś zabrał sąsiadowi albo świętemu naręcze słomy i uciekał z nim nocą, a to, co po drodze pogubił, świeci nad głowami do dziś. Ta sama nazwa i to samo podanie ciągną się od Anatolii przez Bałkany po Nizinę Węgierską.
Po turecku Droga Mleczna nazywa się samanyolu, co znaczy dokładnie to samo: droga słomy. Nazwa węgierska nie stoi zatem samotnie, lecz w środku szerokiego pasa, w którym mówią nią ludzie różnych języków i różnych wyznań. Kierunku, w którym ta nazwa wędrowała, nie da się z niej odczytać, bo zapisano ją wszędzie mniej więcej w tym samym stuleciu.
Trzecia nazwa jest ze wszystkich najmłodsza. Tejút, czyli droga mleczna, to kalka łacińskiego via lactea, która przyszła do węgierszczyzny z druku, i dziś jedyna, której uczy szkoła. Wiejskiej słomy nie wyparła od razu: obie nazwy chodziły obok siebie jeszcze w dwudziestym wieku, tyle że jedna w podręczniku, a druga na podwórku.
- Węgrzy znają dla tej samej smugi jeszcze jedną nazwę, związaną z powrotem wojsk z zaświatów; stoi ona przy Seklerach i nie powtarzamy jej tutaj.
- Podania o słomie nie da się zadatować: wszystkie jego węgierskie zapisy są dziewiętnasto- i dwudziestowieczne, a szeroki zasięg nazwy nie jest dowodem jej wieku.
- Kiedy dokładnie nazwa Tejút weszła do węgierszczyzny, nie da się wskazać co do dziesięciolecia; pewna jest tylko jej nowożytna metryka i to, że dawnego odpowiednika nie miała.
Skąd to wiadomoNazwy i podanie ze zbiorów terenowych XIX i XX wieku; Tejút jako kalka z łaciny wchodzi do druku w dobie odnowy języka.
Markoláb zjada słońce
Zebrane z ustPrzy zaćmieniu hałasowano, żeby odpędzić markolába, który zjada słońce i księżyc. Skąd wzięło się to słowo, nie zostało wykazane.
Czytaj dalejMarkoláb bywa w tych samych zapisach zwykłym straszydłem, którym pilnuje się dzieci, i na tym kończy się jego rola. Nie ma świątyni, nie ma dnia w kalendarzu, nie ma obrzędu poza hałasem. Sąsiedzi Węgrów robili wtedy to samo i tak samo to tłumaczyli, tyle że pożerającemu zwierzęciu dawali inne imię: wilka, psa, smoka albo bezimiennej paszczy.
To jest wszystko, co wieś miała na zaćmienie: rozpoznanie zdarzenia, nazwę sprawcy i sposób odpędzenia go. Nikt tutaj nie wyliczał terminu następnego zaćmienia ani nie pytał, dlaczego zdarzają się one rzadko. Przewidywanie działo się w tym samym kraju i w tym samym czasie, ale w księgach pisanych po łacinie i przez ludzi opłacanych z królewskiego skarbu.
Kiedy tarcza zaczynała ciemnieć, we wsiach robiono hałas: bito w blachy i w garnki, strzelano w powietrze, dzwoniono, wołano. Powód podawano jeden — słońce albo księżyc zjada markoláb i trzeba go spłoszyć, zanim dokończy. Skuteczność sposobu potwierdzała się za każdym razem, ponieważ tarcza wracała na swoje miejsce zawsze i jeszcze tego samego dnia albo tej samej nocy.
- Słowo markoláb wyprowadzano z obcego imienia osobowego i z nazwy zwierzęcia; żadne wyprowadzenie nie zostało wykazane.
- Hałas przy zaćmieniu zapisano na Węgrzech dopiero w XIX i XX wieku; starsze druki znają samo słowo, nie znają opisu czynności.
Skąd to wiadomoSłowo poświadczone w starszych drukach węgierskich; opis czynności w zbiorach terenowych XIX i XX wieku.
11 sierpnia 1999: cień przechodzi przez kraj
Zapis z tamtych czasówOstatnie całkowite zaćmienie słońca nad Węgrami trwało nad Balatonem niecałe dwie i pół minuty. Następne wypadnie tam dopiero w 2081 roku.
Czytaj dalejZdarzenie policzono z góry co do sekundy i co do miejscowości, a tabele z godzinami wydrukowano na wiele miesięcy przedtem. Prasa przypomniała przy tej okazji starą nazwę pożeracza słońca — jako ciekawostkę, obok mapy pasa i ostrzeżenia, żeby nie patrzeć w tarczę gołym okiem. Tego dnia oba węgierskie opisy nieba stanęły obok siebie na jednej stronie gazety.
Rachunek zaćmień daje przy tej okazji także datę następną: nad tym samym krajem cień przejdzie znowu dopiero w 2081 roku. Takie zdanie jest w całej tej sekcji rzadkością, bo jako jedyne mówi o przyszłości, daje się sprawdzić bez żadnego dokumentu i sprawdzą je ludzie, którzy dziś się rodzą.
Jedenastego sierpnia 1999 roku pas całkowitego zaćmienia przeszedł w poprzek Węgier z zachodu na wschód i objął południowy brzeg Balatonu. W Siófoku zebrały się wtedy dziesiątki tysięcy ludzi; ciemność nie przekroczyła tam dwóch i pół minuty, po czym tarcza wróciła dokładnie tak, jak zapowiadano.
- Nazwa wydrukowana w gazecie nie jest świadectwem wiary; w 1999 roku nigdzie nie odnotowano, żeby ktoś odpędzał zaćmienie hałasem.
- Data 2081 pochodzi z rachunku, nie z zapisu; rachunek tego rodzaju bywa poprawiany co do minut, nie co do roku.
Skąd to wiadomoZaćmienie całkowite z 11 sierpnia 1999 roku, pas całkowitości przez Zadunaje i Wielką Nizinę; mapy i tabele ogłoszone przed zdarzeniem.
Zorza nad czterdziestym siódmym równoleżnikiem
Zapis z tamtych czasówNa tej szerokości zorza pokazuje się parę razy na stulecie, dlatego Węgrzy nie mają dla niej starej własnej nazwy — mają zapisy o krwawym niebie.
Czytaj dalejDwa takie wybuchy dają się zadatować co do nocy i oba widziano daleko na południe od zwyczajnego zasięgu zjawiska. Pierwszy przypadł na przełom sierpnia i września 1859 roku, kiedy czerwone niebo oglądano w całej Europie, a telegraf w kilku krajach przestał działać. Drugi, w nocy z dwudziestego piątego na dwudziesty szósty stycznia 1938 roku, rozlał się aż po Portugalię i Włochy.
W dawniejszych zapisach zorza nie występuje pod żadną nazwą, występuje natomiast krwawe niebo — wśród znaków wyliczanych przed wojną, zarazą albo śmiercią władcy. Z takiego zdania nie da się jednak wyjąć zjawiska. Czerwień na niebie bywa zorzą, bywa łuną pożaru, a bywa figurą, którą piszący dokłada do listy nieszczęść, żeby wypadły groźniej.
Kotlina Karpacka leży zbyt daleko na południe, żeby zorza polarna bywała tu zjawiskiem powszednim; widuje się ją wtedy tylko, gdy burza na słońcu jest wyjątkowo silna, a zdarza się to kilka razy na stulecie. Język potwierdza to od drugiej strony: węgierskie określenie zorzy jest złożeniem opisowym o metryce nowożytnej, a osobnego dawnego słowa na to zjawisko nie ma wcale.
- Przypisanie któregokolwiek średniowiecznego zapisu o krwawym niebie zorzy polarnej jest domysłem; żaden z nich nie podaje godziny, strony świata ani czasu trwania.
- Pamięć o nocy ze stycznia 1938 roku jako o zapowiedzi wojny ułożyła się po wojnie, a nie wtedy, gdy niebo świeciło.
- Nowożytna metryka nazwy nie dowodzi, że zjawiska wcześniej nie widywano; dowodzi tylko tego, że nie miało ono w tym języku własnego imienia.
Skąd to wiadomoZapisy o znakach na niebie w rocznikach i kronikach; wybuchy datowane na przełom sierpnia i września 1859 oraz na noc z 25 na 26 stycznia 1938 roku, odnotowane w całej Europie.
Bulla z 29 czerwca 1456 i dzwon w południe
Zapis z tamtych czasówW czerwcu 1456 stała nad Europą kometa, a papież kazał bić w dzwony w południe za powodzenie wojny z Turkami. O komecie w bulli nie ma ani słowa.
Czytaj dalejLatem 1456 roku widać było nad Europą wielką kometę — tę samą, która wraca co siedemdziesiąt kilka lat. W tym samym czasie na dolnym Dunaju szykowało się uderzenie tureckie na Belgrad, czyli na bramę Królestwa Węgier. Dwudziestego dziewiątego czerwca papież ogłosił wezwanie do modlitwy za powodzenie obrony i polecił, by w kościołach bito w dzwony w porze południowej.
Belgrad obroniono dwudziestego drugiego lipca 1456 roku, a dzwon w południe został na Węgrzech pamiątką tamtego dnia i bije tak do dzisiaj. Kometa i dzwon spotkały się więc w jednym miesiącu i w jednej pamięci, lecz nie w jednym dokumencie: w papieskim wezwaniu stoi wojna turecka i modlitwa, a o gwieździe z warkoczem nie ma tam ani zdania.
Opowieść, jakoby papież rzucił wtedy klątwę na kometę, nie ma średniowiecznego zapisu. Powstała znacznie później, z przekręcenia zdania o modlitwie przeciw Turkom, i rozeszła się w czasach nowożytnych jako anegdota o ciemnocie. Przykład jest dla całej tej sekcji ważny: znak na niebie bywa dopisywany do zdarzenia po fakcie, a dopisek bywa młodszy o trzysta lat.
- Nie da się rozstrzygnąć, czy wezwanie do modlitwy wyprzedziło wiadomość o pochodzie tureckim, czy po niej poszło; obie rzeczy dzieli kilka tygodni.
- Klątwa na kometę nie stoi w żadnym akcie papieskim i nie zna jej ani jedno źródło piętnastowieczne.
Skąd to wiadomoPapieskie wezwanie modlitewne z 29 czerwca 1456 roku; obrona Belgradu 22 lipca 1456; kometa widoczna w czerwcu tego roku.
Astronom ściągnięty do Ostrzyhomia, 1467
Zapis z tamtych czasówArcybiskup ostrzyhomski sprowadził astronoma z Frankonii, a ten ułożył dla niego tablice policzone na szerokość geograficzną Ostrzyhomia.
Czytaj dalejVitéz János, od 1465 roku arcybiskup ostrzyhomski i kanclerz królestwa, zbierał wokół siebie ludzi od ksiąg i od nieba. Około 1467 roku ściągnął do siebie Jana Müllera z frankońskiego Królewca, wówczas najlepszego rachmistrza nieba w Europie, i właśnie dla niego powstało w Ostrzyhomiu dzieło służące wprost astrologii: zestaw tablic do wyznaczania kierunków i lat życia.
Rzecz osobliwa i policzalna: tablice policzono na szerokość geograficzną Ostrzyhomia, ponieważ horoskop stawiany dla innego miejsca wymaga innych liczb. Dedykacja idzie do arcybiskupa, a osobne dzieło o ruchu pierwszym autor zapisał królowi. Drukiem tablice wyszły dopiero w 1490 roku w Augsburgu, a więc dwadzieścia trzy lata po tym, jak je ułożono, i długo po śmierci tego, komu je dedykowano.
Pobyt skończył się razem z fortuną gospodarza. Arcybiskup wszedł w 1471 roku w spisek przeciw królowi i przegrał, a w roku następnym już nie żył; astronom opuścił Węgry w czasie tego zamętu i osiadł w Norymberdze. Dwór w Budzie nie został wszakże bez rachmistrza, ponieważ drugi ze sprowadzonych wtedy ludzi od nieba pozostał w królestwie na resztę życia.
- Ani dnia przyjazdu, ani dnia wyjazdu nie podaje żaden dokument; obie daty wyprowadza się z dedykacji i z dat innych dzieł.
- Czytamy druk z 1490 roku, a nie rękopis, który trafił do rąk arcybiskupa; między jednym a drugim leżą dwadzieścia trzy lata i cudza redakcja.
Skąd to wiadomoDedykacja tablic kierunków i lat życia dla arcybiskupa ostrzyhomskiego, rzecz ułożona na Węgrzech w 1467 roku; pierwszy druk Augsburg 1490.
Horoskop pod otwarcie uczelni, 1467
Zapis z tamtych czasówZgodę na uczelnię w Pozsony dała bulla z 19 maja 1465 roku. Godzinę otwarcia wybrano według układu planet, a rysunek tego układu zachował się.
Czytaj dalejDziewiętnastego maja 1465 roku papież Paweł II pozwolił założyć w Pozsony nad Dunajem, o dzień drogi od Wiednia, powszechne studium z czterema wydziałami. Zgoda była dokumentem, otwarcie zdarzeniem, a między jednym a drugim ktoś wykonał czynność trzecią: wybrał moment tak, żeby planety stały w układzie sprzyjającym, i narysował ten układ na karcie.
Zachowana karta wskazuje na piąty czerwca 1467 roku, wykłady zaś w nowej uczelni rozpoczęto dwudziestego lipca tego samego roku. Rysunek jest zwyczajnym horoskopem elekcyjnym, czyli wyborem chwili pod zamierzone przedsięwzięcie — techniką w piętnastowiecznej Europie powszechną, stosowaną tak samo przy zakładaniu miast, przy wyprawach wojennych i przy ślubach.
Uczelnia nie przeżyła swojego fundatora. Po śmierci króla w 1490 roku wykłady ustały, mury zostały, a nazwa Academia Istropolitana przyjęła się dopiero w czasach nowożytnych. Dobrze wybrana godzina nie zatrzymała zatem niczego z tego, co przyszło potem, i ten wynik również jest w całej sprawie faktem policzalnym.
- Godzina z karty i dzień rozpoczęcia wykładów to dwa różne terminy, a żaden dokument nie mówi, który z nich horoskop miał błogosławić.
- Przypisanie rysunku jednemu z dwóch sprowadzonych wtedy astronomów opiera się na ręce pisma w rękopisie, nie na podpisie.
- Nazwa Academia Istropolitana jest określeniem późniejszym; akty z lat sześćdziesiątych XV wieku mówią o powszechnym studium w Pozsony, a nie o akademii pod tym imieniem.
Skąd to wiadomoBulla Pawła II z 19 maja 1465 roku; horoskop elekcyjny zachowany w rękopisie, wskazujący na 5 czerwca 1467; rozpoczęcie wykładów 20 lipca 1467.
Astrolog króla i przyrządy, które przetrwały
Zapis z tamtych czasówMarcin z Olkusza był astrologiem Macieja Korwina aż do śmierci w 1493 roku. Przyrządy zapisał uniwersytetowi w Krakowie i tam stoją do dziś.
Czytaj dalejMarcin z Olkusza przyjechał do królestwa w 1467 roku, uczył w nowej uczelni nad Dunajem, a potem przeniósł się do Budy i został tam astrologiem królewskim na ćwierć wieku, aż do śmierci w 1493 roku. Jego miejsce przy dworze nie było dorywcze: króla stać było na człowieka od rachunku nieba tak samo, jak stać go było na lekarza i na bibliotekarza.
Jest to w całej tej sekcji jedyny przypadek, w którym po wyobrażeniu o niebie został przedmiot, który można obejść dookoła i odczytać z niego liczby. Nie ma węgierskiego amuletu, ołtarza ani posążka z imieniem; jest za to mosiądz zrobiony w Budzie, z wyciętą na nim podziałką stopni i z datą wykonania.
Wiedeński rzemieślnik Hans Dorn wykonał dla niego w Budzie komplet przyrządów: złocony globus nieba z 1480 roku, do tego torquetum i astrolabium, wszystkie z podziałką i wszystkie datowane. Testamentem z 1493 roku astrolog zapisał je razem z księgami uniwersytetowi w Krakowie, gdzie kiedyś studiował, i przyrządy stoją tam do dzisiaj, w tym samym zbiorze, nieprzerwanie od pięciuset lat.
- Zbiór anegdot o królu spisany około 1485 roku pokazuje astrologa przy stole, ale jest zbiorem anegdot; nie wynika z niego, że władca nie ruszał się bez horoskopu.
- Przyrządy dowodzą, że w Budzie mierzono niebo; czyją decyzję zmieniła którakolwiek z tych miar, nie stoi w żadnym akcie.
Skąd to wiadomoPrzyrządy wykonane w Budzie w 1480 roku przez rzemieślnika z Wiednia; zapis testamentowy z 1493 roku na rzecz uniwersytetu krakowskiego; zbiór krakowski do dziś.
Co dokładnie liczono na zamku
Zapis z tamtych czasówDworska astrologia była rachunkiem: przyrząd dawał współrzędne, tablice przesuwały horoskop rok po roku, efemeryda podawała planety na każdy dzień.
Czytaj dalejTorquetum, czyli przyrząd złożony z kilku obracanych tarcz ustawionych względem siebie pod kątem, pozwalał odczytać położenie ciała niebieskiego od razu w trzech układach współrzędnych, bez przeliczania jednego na drugi. Globus nieba służył temu samemu z drugiej strony: pokazywał, co i o której godzinie wzejdzie nad danym miejscem. Oba dawały liczby, a nie obrazy.
Tablice kierunków i lat życia robiły rzecz następną. Horoskop urodzeniowy przesuwano w nich o określoną miarę na każdy przeżyty rok, żeby wskazać, w którym roku dojdzie do zdarzenia; osobno prowadzono profekcję, czyli przenoszenie punktu wyjścia o jeden znak rocznie. Efemeryda podawała zaś położenia planet dzień po dniu i dzięki temu pozwalała wybrać godzinę pod zamierzone przedsięwzięcie.
Cały ten warsztat przyjechał do Budy po łacinie — z Wiednia, z Padwy, z Krakowa i z Norymbergi, razem z ludźmi, przyrządami i księgami. Nie ma w nim ani jednego słowa węgierskiego i ani jednej nazwy gwiazdy z tych, którymi mówiono w polu: wóz Göncöla, kosiarze i kwoka z kurczętami nie występują w żadnej tablicy.
- Istnienie warsztatu nie mówi, ile z jego wyników brano poważnie; rachunek zostawia po sobie tablicę, zaufanie nie zostawia niczego.
- Nazwy kierunków i profekcji tłumaczy się tu na polski z łaciny; w źródłach węgierskich XV wieku nie mają one własnych, węgierskich odpowiedników.
Skąd to wiadomoTablice ułożone na Węgrzech w 1467 roku; przyrządy datowane na 1480; księgi sprowadzane do Budy w latach 1467–1490.
Księgozbiór w Budzie i to, co z niego zostało
Zapis z tamtych czasówKsięgozbiór Macieja Korwina liczono w tysiącach tomów, a rozpoznanych korwin jest dziś nieco ponad dwieście, rozsypanych po kilkunastu krajach.
Czytaj dalejOd lat sześćdziesiątych XV wieku w zamku budzińskim rosła biblioteka, w której obok dziejopisów i poetów stały księgi o gwiazdach: tablice, opisy sfery niebieskiej, wykłady o wpływie planet na ciało ludzkie. Jedną z nich, rzecz o gwiazdozbiorach, ofiarował królowi około 1480 roku przybysz z Ratyzbony; kodeks przetrwał rozproszenie i leży dziś w Wolfenbüttel.
Po klęsce pod Mohaczem w 1526 roku i po zajęciu Budy księgozbiór rozszedł się po świecie, a największa jego część powędrowała do Stambułu. Stamtąd wracał kroplami: w 1877 roku sułtan przesłał Węgrom trzydzieści kilka tomów i był to gest polityczny, odnotowany w prasie obu stolic. Dzisiejszy rachunek rozpoznanych korwin zamyka się w nieco ponad dwustu tomach.
Rachunek ten jest z natury niepełny, ponieważ o przynależności tomu rozstrzyga znak własności: herb z krukiem wymalowany w księdze, królewska dedykacja albo oprawa robiona dla Budy. Księga bez takiego znaku — od początku nieozdobna albo oprawiona na nowo przez kolejnego właściciela — nie daje się już policzyć, a wszystkie liczby opisujące pierwotny rozmiar zbioru powstały po rozproszeniu i na podstawie tego, co zostało.
- Szacunki pierwotnej wielkości wahają się od kilkuset do kilku tysięcy tomów i każdy z nich ułożono już po utracie zbioru.
- Obecność ksiąg o gwiazdach w bibliotece dowodzi zakupu i daru, nie praktyki; co z nich czytano na co dzień, nie zostało nigdzie zapisane.
- Liczba rozpoznanych tomów rośnie z każdym nowym rozpoznaniem herbu albo oprawy, jest więc stanem rachunku, a nie stanem zbioru.
Skąd to wiadomoKodeksy rozpoznawane po oprawie i herbie; rozproszenie po 1526 roku; zwrot ze Stambułu w 1877 roku.
Csízió i kalendarz z prognostykiem
Zapis z tamtych czasówAstrologia zeszła do wsi drukiem, nie tradycją: kalendarze niosły planetę roku i dni upustu krwi, a Csízió przedrukowywano jeszcze w XX wieku.
Czytaj dalejOd schyłku XVI wieku tłocznie w Kolozsvárze, Debreczynie, Bardiowie i Lewoczy wypuszczały co rok kalendarze węgierskie, a w każdym z nich, obok dni świętych i terminów jarmarków, stał prognostyk: która planeta rządzi rokiem, kiedy puszczać krew, kiedy siać i czego spodziewać się po zimie. Kupowano je za grosze i czytano przy stole na głos.
Obok kalendarza chodziła po kraju książeczka zwana Csízió, biorąca nazwę od łacińskiego wierszyka, którym zapamiętywano kolejność świąt w roku. W środku stały znaki zodiaku i ludzie im podlegli, godziny planetarne, reguły upustu krwi, sennik oraz przepowiednie pogody. Rzecz przedrukowywano przez trzy stulecia, jeszcze w dwudziestym wieku, prawie bez zmian w treści.
To jedyny most między dwoma węgierskimi opisami nieba, jaki daje się pokazać na papierze — i jest to most drukarski, a nie dziedziczony. Materiał w tych książeczkach pochodzi z łacińskich i niemieckich podręczników, przełożonych i skróconych; nie ma w nim ani wozu Göncöla, ani kosiarzy, ani kwoki z kurczętami, bo wiejskie nazwy nie miały w tym systemie żadnego miejsca.
- Zakupiony arkusz świadczy o handlu, nie o wierze; nakład kalendarza nie mówi, ilu ludzi ułożyło swój rok według prognostyku.
- Nazw ludowych nie ma w tych drukach ani razu, więc dwa słowniki nieba nie mieszają się nawet wtedy, gdy leżą na jednym stole.
Skąd to wiadomoWęgierskie kalendarze drukowane od schyłku XVI wieku w Kolozsvárze, Debreczynie, Bardiowie i Lewoczy; przedruki książeczki Csízió aż po XX wiek.
Dwór i wieś to nie dwa piętra
Ułożone przy biurkuW jednym stuleciu Buda mierzyła niebo w stopniach, a wieś nazywała je wozem i kosiarzami. Żaden zapis nie łączy tych dwóch opisów.
Czytaj dalejZestawmy oba rachunki z tego samego stulecia. W Budzie i Ostrzyhomiu jest przyrząd z podziałką, tablica policzona na podaną szerokość geograficzną, karta z układem planet na wybraną godzinę oraz księgi po łacinie, przywiezione z czterech miast Europy. We wsi jest wóz, są kosiarze, jest kwoka z kurczętami i gwiazda wieczerzy — i nie ma tam ani jednej liczby.
Nic nie prowadzi od jednego do drugiego. W dworskich tablicach nie stoi żadna węgierska nazwa gwiazdy, a w zapisach spisanych z ust ludzi nie stoi żaden horoskop ani żaden znak zodiaku pod węgierskim imieniem. Nie są to więc dwa piętra jednego domu, w którym rzecz dworska byłaby wysubtelnioną wersją wiejskiej; są to dwa oddzielne słowniki o tym samym niebie.
Różne są też ich losy. Warsztat dworski skończył się razem z królem, a jego ślad to mosiądz w Krakowie i druk w Augsburgu; słownik wiejski przetrwał i stoi dziś w węgierskim podręczniku szkolnym, bo Wielki Wóz nazywa się tam nadal wozem Göncöla. Żaden z nich nie przechował przy tym imienia dawnego bóstwa, a ta sprawa rozstrzygnięta jest w dziale osobno.
- Brak ogniwa jest brakiem w zapisie; zapisy są jednak dwojakiego rodzaju, dworskie rękopisy i zbiory terenowe, i milczą niezależnie od siebie.
- Zbieracze wiejskich nazw pracowali w XIX wieku, a więc po trzech stuleciach obecności kalendarza drukowanego; czystości tego słownika nie da się już sprawdzić.
Skąd to wiadomoZestawienie tablic i przyrządów z Budy z lat 1467–1493 z zapisami terenowymi XIX i XX wieku.
Wełna, nić i deska
Szűr, párta i haft matyó
W całym dziale nie stanęła dotąd ani jedna rzecz, którą można wziąć do ręki: płaszcz, wieniec, obrus, malowana deska, rzeźbiona kość. Tymczasem właśnie na nich węgierska wieś zapisywała to, czego nie zapisywała na papierze — stan panny, odpowiedź na zaloty, imię fundatora i rok roboty. Karty poniżej biorą po kolei sukno, nić, deskę i kość słoniową, a przy każdej podają krainę, stulecie oraz to, czy egzemplarz się zachował. Osobno stoi przy nich data, w której wzór albo obrzęd naprawdę powstał, bo bywa ona o wiek albo dwa młodsza, niż się o niej mówi.
Szűr: jedenaście prostokątów spilśnionego sukna
Zapis z tamtych czasówSukno z długowłosej owcy węgierskiej, zbite w foluszu na twardy filc; krój z jedenastu prostokątów, a rękawy zaszyte u dołu i używane jako worek.
Czytaj dalejSzűr szyto z sukna wyrabianego z wełny długowłosych owiec węgierskich, a sukno to przechodziło najpierw przez folusz, gdzie woda i drewniane stępory ubijały je dopóty, dopóki włókno nie zbiło się w filc twardy i prawie nieprzemakalny. Gotowy płaszcz składano z jedenastu prostokątnych części, bez jednej krzywizny w całym kroju, i wieńczono szerokim kwadratowym kołnierzem opadającym na plecy.
Sztywność materiału przesądzała o sposobie noszenia, bo w rękawy szűru nie wkładano nigdy: zarzucano go na ramiona i spinano na piersi rzemieniem albo klamrą. W wielu odmianach rękawy zaszywano u dołu i wtedy przestawały być rękawami, stając się workiem na krzesiwo, tytoń, chleb i sól, a sam płaszcz służył pasterzowi w polu i za dach, i za posłanie.
Wyrabiały go warsztaty w Debreczynie, Veszprém, Rożniawie, Rymawskiej Sobocie i Sybinie, a nazwiska ostatniego pokolenia majstrów dają się jeszcze wyliczyć z imienia: Dézsy János i Harsányi Gábor w Debreczynie, Nagy József w Kunmadaras, Rigó István w Veszprém. Czeladnicy tego rzemiosła nie chodzili przy tym na wędrówkę za granicę, co zapisano jako osobliwość cechu, nie tłumacząc jej ani słowem.
- Prosty, prostokątny krój bywa czytany jako pamiątka po odzieży stepowej, ale między X wiekiem a najstarszymi zachowanymi płaszczami nie ma ani jednego datowanego ogniwa.
- Zachowane egzemplarze pochodzą w przygniatającej większości z XIX wieku, więc o wyglądzie szűru przed XVIII stuleciem rozstrzygają wzmianki, a nie przedmioty.
Skąd to wiadomoZachowane płaszcze w zbiorach muzealnych, najstarsze datowane na lata 1840–1870; spisy majstrów szűrszabó z Debreczyna, Kunmadaras i Veszprém z XIX wieku
Cifraszűr: haft przyszedł po 1848 roku
Zapis z tamtych czasówBarwny haft na szűrze nie jest prastary: rozwinął się po 1848 roku, szczyt osiągnął w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku, a potem zgasł wraz z modą.
Czytaj dalejKrojów szűru było tyle, ile okolic, bo inaczej cięto kołnierz w Veszprém, inaczej w Borsodzie, Somogyu, na Palócföldzie i w Siedmiogrodzie, a poszczególne odmiany rozpoznaje się dziś po kształcie kołnierza i po układzie naszyć. Ta różnorodność jest jednak dorobkiem jednego stulecia, nie zaś tysiąca lat.
Płaszcz, który dziś uchodzi za odwieczny znak węgierskiej wsi, dostał swoje kwiaty późno, bo barwne zdobienie nabrało rozmachu dopiero po 1848 roku, najbujniej kwitło w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku, a potem opadło razem ze zmianą mody i z kłopotem o sukno odpowiedniej jakości. Samo zdobienie jest jednak starsze od tej granicy, bo staroświecki i skromnie wyszywany cifraszűr utrwalono na wizerunku z 1846 roku, a zachowane w zbiorach płaszcze datuje się na lata od 1840 do 1870.
Haft kładziono barwioną wełną na kołnierzu, na przednich brzegach i na dolnym skraju płaszcza, a majster nie rysował wzoru z głowy, lecz odbijał go z szablonu i dopiero zaznaczywszy ołówkiem główne linie, prowadził po nich nić. W kwiatach rozpoznaje się rozmaryn, różę, goździk, tulipan i niezapominajkę, a więc repertuar ogrodowy, nie stepowy.
- Kwiatowy wzór bywa wywodzony z dawnej ornamentyki stepowej, tymczasem te same kwiaty stoją na renesansowych haftach dworskich i na malowanych stropach kościelnych, czyli w warstwie cechowej i książkowej.
- Nie zostało wykazane, by którykolwiek motyw cifraszűru miał ciągłe poświadczenie starsze niż XVIII wiek.
- Rok 1848 wyznacza rozmach, a nie początek, ponieważ płaszcze zdobione poświadczono już przed nim; ile ich było i jak wyglądały, tego na zachowanych egzemplarzach rozstrzygnąć się nie da.
Skąd to wiadomoZachowane płaszcze z lat 1840–1870 oraz z końca XIX wieku w zbiorach muzealnych
Szűr na kołku: zaloty i odpowiedź bez słowa
Zebrane z ustKawaler zostawiał szűr w izbie dziewczyny. Gdy zastał go wystawionego na zewnątrz, była to odmowa, a stąd wziął się węgierski zwrot o wystawieniu komuś szűru.
Czytaj dalejZaloty na węgierskiej wsi miały swój przedmiot i swoje miejsce, ponieważ kawaler przychodzący do domu panny wieszał szűr wewnątrz izby i tym samym zgłaszał zamiar, a rodzina dziewczyny odpowiadała nie słowem, lecz ręką. Jeżeli przy następnej bytności płaszcz wisiał już na zewnątrz, wystawiony przed dom, znaczyło to, że powodu do dalszych odwiedzin nie ma.
Szűr wchodził przy tym w rachubę majątkową, bo przed ożenkiem należało go sprawić, a jego bogactwo pokazywało, na co gospodarstwo stać. Był więc naraz odzieżą, oświadczeniem i wyceną, a odmowa jego przyjęcia zamykała całą sprawę bez świadków, bez pośrednika i bez jednej kartki papieru.
Z tego obyczaju wyrósł zwrot, którym po węgiersku mówi się do dziś o wyrzuceniu kogoś z pracy albo z domu, a brzmi on dosłownie: wystawić komuś szűr. Wyrażenie przeżyło rzecz, bo płaszcza nikt już nie nosi, a zdania używa się w mieście, w urzędzie i w gazecie, gdzie z dawnym obyczajem łączy je wyłącznie słowo.
- Cały obyczaj znany jest z zapisów terenowych XIX i XX wieku i nie ma dla niego ani jednego dawniejszego dokumentu sądowego czy kościelnego.
- Miejsce, w które wystawiano płaszcz, różni się okolicą — próg, ganek, okap — i żaden zapis nie jest starszy na tyle, by rozstrzygnąć, która wersja jest pierwotna.
Skąd to wiadomoZapisy z ust ludzi z XIX i XX wieku; zwrot utrwalony w węgierskiej mowie potocznej
Párta: obręcz, która mówiła o stanie panny
Zapis z tamtych czasówObręcz noszona wyłącznie przez panny i zdejmowana na weselu. Ozdoby głowy tego rodzaju leżą w grobach XIII–XV wieku, a dane o noszeniu z Debreczyna sięgają XVII stulecia.
Czytaj dalejPárta była obręczą opasującą głowę dziewczyny i miała jedno, całkiem jawne znaczenie, bo nosiła ją panna i nosiła do dnia wesela, a kobieta, która za mąż nie wyszła, nosiła ją do końca życia. Strój mówił zatem to, czego nikt nie musiał wymawiać, a przechodzień na drodze wiedział o mijanej osobie tyle, ile mówi dzisiaj dokument.
Robiono ją na sztywnym szkielecie ze stalowej ramki albo z tęgiego papieru, obciągano cienką tkaniną i obszywano blaszkami, szkiełkami udającymi kamienie oraz srebrną i złotą koronką. W Kalotaszegu spotyka się párty perłowe, na Górnych Węgrzech płaskie i złocone, w Hajdúságu kryte złotym haftem, a u Seklerów we wschodnim Siedmiogrodzie szeroką odmianę obejmującą kok z trzech stron.
Ozdoby głowy tego rodzaju wydobywa się z grobów od XIII do XV wieku, dane o noszeniu párty w Debreczynie pochodzą z XVII stulecia, wiejska moda na nią rozwija się w XVIII, a dziewiętnastowieczne zapisy zastają ją tam jeszcze na głowach. Ciąg jest więc długi, lecz nierówny, bo między piętnastowiecznym grobem a siedemnastowiecznym zapisem z Debreczyna nie stoi w tym rachunku żadne ogniwo z XVI stulecia.
- Zwyczaj bywa cofany przed chrzest, w czasy zajęcia Kotliny Karpackiej; kobiece ozdoby głowy z X wieku istnieją, lecz nic nie łączy ich z regułą panieństwa poza podobieństwem kształtu.
- Z samego przedmiotu leżącego w grobie nie wynika stan cywilny pochowanej, jeżeli nie stoi przy nim inne świadectwo.
Skąd to wiadomoOzdoby głowy z grobów XIII–XV wieku; dane debreczyńskie z XVII wieku; zapisy noszenia z XIX wieku
Czepiec zamiast wieńca: jedna noc i inna głowa
Zebrane z ustWesele odwracało znak: pannie zdejmowano pártę, zaplatano kok i wiązano czepiec. Od tej chwili wyjście z domu z gołą głową było dla mężatki nie do pomyślenia.
Czytaj dalejWesele miało swoją godzinę przewrotu i nie była to godzina ślubu, lecz późna noc, kiedy zamężne kobiety odprowadzały pannę młodą na bok, zdejmowały jej wieniec, zaplatały włosy w kok i wiązały czepiec. Obrzęd brał nazwę właśnie od tego koka, a po jego dopełnieniu młoda wracała do izby jako mężatka i tańczyła pierwszy taniec w nowym nakryciu głowy.
Czepiec był przeciwieństwem wieńca i różnicę tę widziało się z daleka, bo wieniec zostaje otwarty u góry, a czepiec zamknięty, i bo wieniec nosi panna do dnia wesela, podczas gdy czepiec mężatka wiąże co rana przez resztę życia. Wyjście za próg z gołą głową uchodziło dla niej za rzecz gorszącą i było we wsi obmawiane.
Rachunek jest tu prosty i niemal prawny, ponieważ przez cały dorosły wiek kobiety jej głowa nosiła jeden z dwóch znaków, a przejście między nimi odbywało się raz jeden i w obecności świadków. Prowadziły je zamężne kobiety z rodziny i z sąsiedztwa, bez ołtarza i bez duchownego, a moc obrzędu brała się stąd, że patrzyło na niego całe wesele.
- Obrzęd znany jest z zapisów terenowych XIX i XX wieku oraz z dawniejszych opisów wesel; jego przedchrześcijański rodowód nie został wykazany.
- Pora dopełnienia różni się wsią po wsi, bywa nad ranem i bywa w środku uczty, a żaden zapis nie jest na tyle stary, by rozstrzygnąć, która pora jest pierwotna.
Skąd to wiadomoOpisy wesel i zapisy z ust ludzi z XIX i XX wieku, starsze opisy weselne z XVII i XVIII stulecia
Pogrzeb panny odprawiany porządkiem wesela
Zebrane z ustZmarłą pannę ubierano w strój panny młodej i w pártę, a pogrzeb prowadzono porządkiem weselnym: z drużbami, z chorągwią i z orszakiem młodzieży.
Czytaj dalejSkoro wieniec znaczył stan, którego się nie zmieniło, to zmarła panna szła do grobu z tym stanem na głowie: ubierano ją w strój panny młodej, wkładano jej pártę i prowadzono pogrzeb w porządku weselnym, z drużbami, z chorągwią i z orszakiem rówieśników. Ten sam porządek stosowano wobec kawalera, któremu dawano gałązkę i chustę.
Obyczaj miał logikę rachunkową, a nie mistyczną, ponieważ wesele było jedynym obrzędem przejścia, który tej osobie się należał, a którego nie zdążyła odbyć, więc odprawiano je razem z pogrzebem. Rzecz zanotowano w wielu okolicach Siedmiogrodu i Wielkiej Niziny, a wszędzie tam, gdzie ją opisano, pogrzeb prowadził duchowny i szedł porządkiem kościelnym.
Znak stanu towarzyszył zatem kobiecie dosłownie od pierwszego wieńca do dna dołu, a jego materialna postać, czyli obręcz na sztywnym szkielecie, obciągnięta tkaniną i obszyta, zachowała się głównie w tych egzemplarzach, które do trumny nie trafiły i zostały w rodzinie albo w zbiorze.
- Pogrzeb weselny bywa podawany jako obrzęd pogański, tymczasem poświadczają go wyłącznie zapisy ostatnich dwóch stuleci, a odprawiano go w kościele i z duchownym.
- Nie każdą pannę tak chowano, bo zapisy notują, że rozstrzygała rodzina i jej zamożność, a więc obyczaj nie był regułą całej wsi.
Skąd to wiadomoOpisy pogrzebów panieńskich z XVIII, XIX i XX wieku; zachowane párty w zbiorach muzealnych
Haft pański: skąd wzięły się kwiaty wiejskiego płótna
Zapis z tamtych czasówZanim kwiaty trafiły na chłopskie płótno, wyszywano je jedwabiem i metalową nicią na dworskich chustach i obrusach XVI i XVII wieku, spisywanych potem w inwentarzach.
Czytaj dalejRenesansowe Węgry wykształciły własny rodzaj haftu, wykonywany na drogich tkaninach — cienkim płótnie, gazie, brokacie i aksamicie — nicią jedwabną albo metalową, i łączący wzór zachodni z osmańskim, ponieważ obie mody stały wtedy w kraju obok siebie. Spod igły wychodziły chusty, prześcieradła, poduszki oraz obrusy na stół Pański.
Znaczna część tych sztuk trafiła do kościołów jako dar i właśnie dlatego przetrwała, bo parafia trzymała obrus w skrzyni i spisywała go przy każdej wizytacji, podczas gdy to samo płótno w domu zużyto by w jedno pokolenie. Inwentarze dworskie oraz spisy posagowe XVI i XVII wieku wyliczają takie rzeczy sztuka po sztuce, razem z wyceną.
Na tych tkaninach stoi granat, tulipan, goździk i róża w wazonie, czyli dokładnie ten zestaw, który dwieście lat później uchodzi za odwieczny wzór chłopski. Przewagę ma tu warstwa dworska i cechowa, bo jej przedmioty są o dwa stulecia starsze od wiejskich, natomiast samej drogi wzoru z jednej izby do drugiej nie prześledzi się przedmiot po przedmiocie i nikt tego nie okazał.
- Kierunek zapożyczenia bywa odwracany twierdzeniem, że to dwór wziął wzór od wsi; dla warstwy wiejskiej nie ma jednak przedmiotów starszych od dworskich, więc wykazać tego nie sposób.
- Samo podobieństwo motywu niczego nie dowodzi, ponieważ te same kwiaty krążyły wtedy po całej Europie w drukowanych wzornikach.
Skąd to wiadomoZachowane chusty i obrusy z XVI i XVII wieku w skarbcach parafialnych; inwentarze dworskie i spisy posagowe tych stuleci
Matyó: trzy wsie, król Maciej i data wzoru
Zapis z tamtych czasówMatyó to katolicy trzech wsi pod Bükkiem, a ich nazwa idzie od imienia króla Macieja. Słynny haft liczy około dwustu lat i osobne oblicze ma od połowy XIX wieku.
Czytaj dalejMatyó nie są ludem ani plemieniem, lecz mieszkańcami trzech sąsiadujących miejscowości w Borsodzie — Mezőkövesd, Tardu i Szentistvánu — leżących tam, gdzie góry Bükk schodzą ku Nizinie. Byli katolikami pośród okolicy w znacznej części protestanckiej i to właśnie wyznaniowa odrębność dała im przezwisko, które z czasem przyjęli za własne imię.
Samą nazwę wiąże się z królem Maciejem, ponieważ Mezőkövesd otrzymało od niego rangę miasteczka targowego, a w tamtejszych rodzinach nazywano potem pierworodnych synów jego imieniem i z tego zdrobnienia miało wyrosnąć określenie całej społeczności. Rok nadania podaje się jednak raz jako 1472, raz jako 1464, kiedy miasteczko dostało od Macieja pieczęć, a sam przywilej o nazwie nie mówi ani słowa.
Haft, po którym dziś się ich poznaje, liczy sobie około dwustu lat, a własne, rozpoznawalne oblicze zyskuje dopiero od połowy XIX wieku. Najstarsza warstwa jest skromna aż do ubóstwa, bo to proste wyszycia na płótnie, prowadzone matową bawełną w kilku zaledwie barwach, bez śladu późniejszego przepychu.
- Wywód nazwy od imienia króla powtarzany jest od dawna na miejscu, lecz nie ma dokumentu, który zapisywałby ten przeskok znaczeniowy w chwili, gdy zachodził.
- Gęsty, wielobarwny wzór bywa przedstawiany jako dziedzictwo prastare, choć warstwy starszej niż dziewiętnastowieczna nikt dla niego nie okazał.
- Pierwotną paletę podaje się rozmaicie: raz jako samą czerwień i błękit, raz jako pięć barw z żółcią, zielenią i czernią, a nie rozstrzyga tego żaden datowany egzemplarz sprzed połowy XIX wieku.
Skąd to wiadomoPrzywilej Macieja Korwina dla Mezőkövesd z 1472 roku; zachowane hafty od połowy XIX wieku
Kobieta, która pisała wzór, i rok 2012
Zapis z tamtych czasówWzoru nie dziedziczono — rysowała go na płótnie płatna specjalistka. Najgłośniejsza z nich żyła w latach 1876–1954, a haft matyó wpisano na listę UNESCO w 2012 roku.
Czytaj dalejW Mezőkövesd wzoru nie przenosiło się z matki na córkę przez patrzenie, lecz kupowało się go, ponieważ do domu przychodziła íróasszony, czyli kobieta pisząca, i kreśliła kompozycję wprost na płótnie, za zapłatą, a haft wykonywały już same domownice. Wzór był zatem towarem i miał autorkę, a nie anonimową dawność.
Najgłośniejsza z tych kobiet, Kis Jankó Bori, żyła w latach 1876–1954, zostawiła po sobie zbiór rysowanych wzorów i doczekała się domu pamięci w rodzinnej miejscowości. Jej praca przypada dokładnie na czas, w którym haft matyó pęcznieje, gęstnieje i nabiera barw, a więc na moment powstawania tego, co dziś uchodzi za odwieczne.
Barwom przypisywano znaczenia wykładane na miejscu: czerń jako barwa ziemi, czerwień jako radość, żółć jako lato, błękit jako smutek. Cały zespół umiejętności i zwyczajów związanych z tym haftem wpisano na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości w 2012 roku, a więc blisko trzy wieki po miejscu, w którym dział zwykle się urywa.
- Wykładnia barw pochodzi z przekazu miejscowego notowanego w XX wieku i nie jest kluczem starszym niż sam wielobarwny haft, który tłumaczy.
- Wpis na listę dziedzictwa poświadcza żywotność zwyczaju dzisiaj, a nie jego wiek ani ciągłość wstecz.
Skąd to wiadomoSpuścizna wzorów Kis Jankó Bori (1876–1954) w domu pamięci w Mezőkövesd; wpis na listę UNESCO z 2012 roku
Kalocsa: od bieli do barwy, i rok 1912
Zapis z tamtych czasówNajbarwniejszy węgierski haft zaczynał jako biały. Barwy weszły w XX wieku, a rozstrzygnęła o tym przędzalnia w Nagyatád, dostarczająca barwione nici od 1912 roku.
Czytaj dalejData przełomu jest przemysłowa, a nie obrzędowa, ponieważ od 1912 roku barwione nici dostarczała przędzalnia w Nagyatád, a wraz z nimi przyszła paleta, której wieś wcześniej nie miała czym wyhaftować. Bez tej dostawy nie byłoby ani dzisiejszego kalocsańskiego kwiatu, ani jego rozpoznawalności.
Kontury wzoru odbijano początkowo drewnianym stemplem, używanym mniej więcej od 1860 roku, a dopiero później kobiety rysujące zaczęły kreślić go od ręki wprost na płótnie. W kwiatach stoi tulipan, róża, fiołek, stokrotka i lilia, a obok nich czerwona papryka, czyli roślina uprawna okolicy, nie zaś dawny znak.
Stary haft kalocsański był jednobarwny, bo białą bawełną wyszywano pościel i bieliznę, a cały efekt brał się z faktury ściegu, nie z koloru. Dopiero wiek XX przyniósł barwę, i to lawinowo, najmocniej zaś po pierwszej wojnie światowej, gdy barwna nić stała się tania, dostępna w wiejskim sklepie i trwała w praniu, czyli taka, która przy maglu i ługu nie schodziła z płótna.
- Papryka w kalocsańskim wzorze bywa czytana jako znak tożsamości sięgający daleko wstecz, tymczasem roślina ta rozpowszechnia się w tamtej okolicy dopiero w XIX wieku.
- Nie da się rozgraniczyć, ile w dzisiejszym kwiecie pochodzi ze wsi, a ile z zamówień handlowych składanych od międzywojnia.
Skąd to wiadomoStemple wzorów używane od około 1860 roku; dostawy nici barwionych z przędzalni w Nagyatád od 1912 roku
Kalotaszeg: haft pisany i rynek od lat osiemdziesiątych
Zapis z tamtych czasówHaft zwany pisanym bierze nazwę stąd, że wzór wypisywano na płótnie przed szyciem. Rozgłos przyszedł w latach osiemdziesiątych XIX wieku, wraz z zamówieniami z miasta.
Czytaj dalejPrzełom nie był wiejski, lecz targowy, i przypada na lata osiemdziesiąte XIX wieku, gdy Gyarmathy Zsigmondné, urodzona w 1843 roku w Magyargyerőmonostor, zebrała miejscowe hafciarki, dała im zamówienia i posłała ich robotę na wystawy. Od tej pory haft kalotaszegski był w Europie towarem rozpoznawanym po nazwie okolicy.
Konsekwencja jest dwojaka i obie strony trzeba nazwać, ponieważ rzemiosło przetrwało dlatego, że zaczęło zarabiać, a zarazem zaczęło się zmieniać pod zamówienie, bo klient chciał sztuk większych, barw mocniejszych i wzoru, który da się powtórzyć. Od tej chwili haft wiejski jest naraz wyrobem wsi i wyrobem rynku.
W Kalotaszegu wzoru także nie przekazywano z pamięci, bo kobiety zwane piszącymi kreśliły go na płótnie przed robotą i właśnie stąd cały rodzaj haftu nosi nazwę pisanego. Zdobiono nim najpierw kobiece koszule szyte na konfirmację, a barwy trzymały się trzech — czerwieni, czerni i ciemnego błękitu — przy czym jedną sztukę wyszywano jedną barwą, nie trzema naraz.
- Ile w dzisiejszym wzorze pochodzi sprzed lat osiemdziesiątych XIX wieku, a ile powstało pod zamówienie, nie zostało rozdzielone przedmiot po przedmiocie.
- Nazwa haftu pisanego bywa łączona z pismem rżniętym w drewnie, tymczasem wspólne jest tu tylko węgierskie słowo, a nie technika ani materiał.
Skąd to wiadomoKoszule konfirmacyjne jako najstarszy nośnik wzoru; zwrot ku haftom kalotaszegskim od lat osiemdziesiątych XIX wieku
Dlaczego malowano sufit, a nie ścianę
Zapis z tamtych czasówReformacja zabieliła ściany i usunęła ołtarze, a wtedy jedyną powierzchnią, którą wolno było zdobić bez sporu, został drewniany strop nad ławkami.
Czytaj dalejW kościołach, które przeszły na wyznanie reformowane albo unitariańskie, zdejmowano ołtarze i zabielano średniowieczne malowidła, bo wizerunek świętego nie miał tam już miejsca. Została jednak powierzchnia, której zakaz nie obejmował, ponieważ nie przedstawiała nikogo: płaski drewniany strop złożony z desek ułożonych na belkach i podzielony na kwadratowe pola.
Ten strop wykonywał zarazem robotę budowlaną, bo taniej było przykryć nawę deskami niż sklepieniem, zwłaszcza w świątyniach odbudowywanych po zniszczeniach wojennych. Gdzie sklepienie runęło, kładziono pułap, a skoro już go kładziono, malowano na nim to, na co złożyła się gmina i na co pozwoliła jej kiesa.
Fundatorzy nie byli anonimowi i wcale nie chcieli nimi być, więc w jedno z pól wpisywano tablicę z rokiem roboty, z imieniem pastora, kuratora i darczyńców, niekiedy także malarza. Dzięki temu każdy taki strop jest jednocześnie ozdobą i dokumentem, który sam siebie datuje, co w dziejach wiejskiego wnętrza zdarza się rzadko.
- Motywy roślinne bywają przedstawiane jako obejście zakazu obrazów i przemyt dawnych treści, tymczasem tablice fundacyjne mówią o pobożności i o kosztach, nie o ukrytej nauce.
- Nie każdy strop powstał po zmianie wyznania, bo najstarsze zachowane wyprzedzają siedmiogrodzką reformację o kilkadziesiąt lat i wykonano je jeszcze dla kościoła katolickiego.
Skąd to wiadomoTablice fundacyjne wmalowane w kasetony, z rokiem i nazwiskami, XVI–XVIII wiek
Rok wypisany na desce: 1526, 1668, 1753, 1761, 1766
Zapis z tamtych czasówKasetony z Ádámos noszą rok 1526 i leżą dziś w zbiorze muzealnym, a dalej ciąg idzie przez Énlakę 1668, Csetfalvę 1753, Csengersimę 1761 i Tákos 1766.
Czytaj dalejNajstarsze zachowane malowane stropy kasetonowe pochodzą z dwóch siedmiogrodzkich kościołów, a jeden z nich daje się wskazać co do roku, ponieważ kasetony z Ádámos noszą datę 1526 i trafiły wraz z dawną ławą do zbiorów muzealnych w Budapeszcie, gdzie leżą do dziś. Sam kościół postawiono osiem lat wcześniej, w roku 1518.
Rachunek wypada zatem tak, że rzecz nie urywa się ani po chrzcie, ani po ostatnim procesie o czary, lecz trwa przez trzy stulecia i ustaje dopiero wtedy, gdy zmienia się moda budowlana i sposób krycia nawy. Każde ogniwo tego ciągu można dziś obejrzeć albo w kościele, albo w szafie muzealnej.
Dalej ciąg biegnie przez stulecia bez wyrwy: strop w Énlace z 1668 roku, w Csetfalvie z 1753, w Csengersimie z 1761, gdzie pomalowano pięćdziesiąt sześć desek, oraz w Tákosie, gdzie pięćdziesiąt osiem kasetonów ukończono 30 lipca 1766 roku. Rękę zapisano tylko przy tym ostatnim, stolarza i malarza Lándora Ferenca, a strop csengersimski pozostaje bez nazwiska.
- Liczbę zachowanych stropów podaje się bardzo rozmaicie, od stu do kilkuset, ponieważ inaczej liczy się całe pułapy, a inaczej ocalałe pojedyncze deski i fragmenty.
- Data na tablicy dotyczy roboty malarskiej, a sam pułap bywa starszy i bywa przemalowywany, czego z pola z rokiem nie widać.
- Za najstarsze uchodzą dwa stropy siedmiogrodzkie, z Ádámos i z Gogánváralja, lecz rok wypisany i potwierdzony ma tylko pierwszy z nich.
Skąd to wiadomoKasetony z Ádámos z rokiem 1526 w zbiorach budapeszteńskich; stropy w Énlace 1668, Csetfalvie 1753, Csengersimie 1761 i Tákosie 1766
Tulipan, granat, pelikan i dwugłowy orzeł
Zapis z tamtych czasówNa kasetonach stoją tulipany, owoce granatu, kwiaty w wazonach, pelikan, dwugłowy orzeł, smok, cherubiny, słońce i księżyc — repertuar książkowy, nie leśny.
Czytaj dalejPowtarzalny zestaw na tych stropach łatwo wyliczyć: tulipan, owoc granatu, kwiat w wazonie obwiedziony liśćmi i esowatymi wicimi, do tego zwierzęta w postaci pelikana, dwugłowego orła i smoka, a wreszcie cherubiny oraz ciała niebieskie, słońce z twarzą i księżyc z rogami. Pola układa się rytmicznie, tak by żadne sąsiadujące nie powtarzało drugiego.
Każda z tych rzeczy ma czytelny rodowód w ówczesnym druku i w ówczesnej heraldyce, bo pelikan karmiący pisklęta własną krwią był znanym godłem kościelnym, orzeł dwugłowy godłem panującego domu, a granat i tulipan wzorem renesansowym, obiegającym Europę przez wzorniki i ryciny. Malarz stropu miał je pod ręką na papierze.
Słońce z twarzą na desce siedemnastowiecznego kościoła powtarza kształt, który stał wtedy na tarczach zegarów, na kaflach pieca i na kartach tytułowych książek, a więc krążył w druku i w rzemiośle całej Europy. Że miałoby być pamiątką po czczeniu słońca, nie zostało wykazane, a z samego kasetonu nie wynika nic o wierze tego, kto go zamówił.
- Drzewo wyrastające z wazonu bywa nazywane drzewem życia i wiązane z wyobrażeniami stepowymi, choć ten sam kształt stoi we włoskich i niemieckich wzornikach tego samego stulecia.
- Rzadsze figury, syrena, jednorożec i gryf, bywają czytane jako szczątki dawnych opowieści, a znane są z bestiariuszy krążących wtedy w druku.
Skąd to wiadomoZachowane kasetony kościołów kalwińskich i unitariańskich, XVI–XVIII wiek
Umling Lőrinc, malarz-stolarz, 1707–1790
Zapis z tamtych czasówSas z Szászkézd, przyjęty do prawa miejskiego Kolozsváru 23 czerwca 1742 roku, wymalował z synami stropy i ławy kalwińskich kościołów Kalotaszegu przez pół stulecia.
Czytaj dalejRzemieślnik, który zostawił najwięcej podpisanej roboty, nazywał się Umling Lőrinc, urodził się w 1707 roku w saskiej miejscowości Szászkézd i zmarł w 1790 w Kolozsvárze, dożywszy blisko osiemdziesięciu trzech lat. Prawo miejskie Kolozsváru przyjął 23 czerwca 1742 roku, w 1759 miał już w cechu status mistrza, a około 1770 trzymał czeladników i uczniów.
Był malarzem-stolarzem, czyli robił i malował całe wyposażenie wnętrza: kasetony pułapu, ambonę, chór, ławy i drzwi. Pracował razem z synami, a ponieważ warsztat sygnował robotę wspólnie, oddzielenie ręki ojca od rąk synów bywa nierozstrzygalne. Roboty tej pracowni rozkładają się w Kalotaszegu na lata od 1742 do 1796.
Jeden przykład wystarczy za miarę całości, bo strop kościoła reformowanego w Magyarviście malowano między rokiem 1765 a 1787, a więc przez dwadzieścia dwa lata, w budynku, którego belkę mistrzowską i drewniany słup wycięto najpewniej zimą 1329 na 1330. Pod malowaną deską leżą tam ponadto średniowieczne malowidła ścienne, które wyszły na jaw w 1912 roku przy większej odnowie.
- Saskie pochodzenie majstra bywa używane raz jako zarzut wobec czystości wzoru, raz jako zasługa wobec jego zachowania, a obie oceny są znacznie późniejsze od samej roboty.
- Który z kalotaszegskich stropów wyszedł spod ręki ojca, a który spod rąk synów, w wielu wypadkach nie zostało rozstrzygnięte.
Skąd to wiadomoWpis do prawa miejskiego Kolozsváru z 23 czerwca 1742 roku; strop w Magyarviście malowany w latach 1765–1787; roboty warsztatu w Kalotaszegu 1742–1796
Róg Lehela jako przedmiot: kość słoniowa, 43 centymetry
Zapis z tamtych czasówLeży w muzeum w Jászberény: rzeźbiona kość słoniowa długości czterdziestu trzech centymetrów, z wyszczerbionym brzegiem. Zapisano go jako własność miasta w 1642 roku.
Czytaj dalejPrzedmiot, który dział zna dotąd wyłącznie z opowieści kronikarskiej, istnieje i daje się obejrzeć, jest to bowiem róg z kości słoniowej długości czterdziestu trzech centymetrów, przechowywany w muzeum jaskim w Jászberény. Po jego powierzchni biegną pasy płaskorzeźby, a z brzegu brakuje odłamanego kawałka.
Rzeźbione sceny są dworskie i widowiskowe, nie zaś wojenne, bo w pasach górnych stoją łowy na jelenia, walka z lwem, starcia centaurów i pojedynki ludzi, a w dolnych orły cesarskie z gryfami, akrobaci, gracze w piłkę oraz siedzący muzyk z instrumentem. Dawniej wiązano tę robotę z Bizancjum, nowsze datowanie kładzie ją na wiek XII i wskazuje warsztaty południowej Italii.
Droga pisemna przedmiotu zaczyna się w 1642 roku, gdy zapisano go jako własność Jászberény, i przez cały wiek XVIII nazywa się go po prostu rogiem jaskim, bo pito z niego przy uroczystościach i noszono jako oznakę kapitana Jasygów i Kumanów. Z Lélem związała go dopiero rozprawa tamtejszego kapitana z roku 1788.
- Datowanie roboty na wiek XII rozmija się z bitwą z 955 roku o dwa stulecia, więc ten róg nie może być przedmiotem, o którym mówi opowieść, niezależnie od tego, jak stara jest sama opowieść.
- Wyszczerbienie brzegu tłumaczy się uderzeniem znanym z legendy, tymczasem z samego ułamania nie wynika ani jego przyczyna, ani czas powstania.
Skąd to wiadomoRóg w muzeum jaskim w Jászberény; wzmianka o nim jako własności miasta z 1642 roku; rozprawa kapitana jasko-kumańskiego z 1788 roku
Cztery i pół tysiąca wałków
Pięć dźwięków i trzeci spór o rodowód
Spór o to, skąd przyszli Węgrzy, toczy się zwykle o mowę i o to, co leży w ziemi. Trzeci argument jest słyszalny: od 1896 roku wiejski śpiew nagrywano na wałki z wosku, a gdy je odsłuchano, okazało się, że najstarsza warstwa pieśni obraca się w pięciu dźwiękach bez półtonów i schodzi z góry na dół, tak jak melodie znad środkowej Wołgi. Imion bóstw nie ma w żadnej z tych pieśni i nie o nie tu chodzi. Ta sekcja pokazuje, na czym ten argument stoi, czego nie rozstrzyga, bo tę samą skalę gra pół świata, oraz co działo się z węgierskim instrumentem od dworskich rachunków XV wieku po dom tańca z 1972 roku.
1896: tuba fonografu przy ustach śpiewaczki
Zapis z tamtych czasówPierwsze węgierskie nagrania pieśni wiejskiej powstały w 1896 roku, na wałkach z wosku. Sięgnął po nie stenograf, bo pióro nie nadążało za swobodnym rytmem.
Czytaj dalejPowód był rzeczowy, nie uczuciowy. Stara pieśń węgierska idzie oddechem, nie taktem: jedne sylaby ciągnie, inne skraca, a ręka zapisująca ją na gorąco prostuje ją do miary wyniesionej ze szkoły. Wałek niczego nie prostował, utrwalał zaś zaśpiew, chrypkę, przyśpieszenie w trzecim wierszu oraz chwilę, w której śpiewaczka myliła się i zaczynała zwrotkę od początku.
Od tej daty liczy się reszta: podział na style, zestawienia ze stepem i spór o to, co gra banda w mieście, a co śpiewa wieś. Węgierski śpiew wiejski nie ma próbki starszej niż wałek z 1896 roku, ponieważ wcześniej nikt nie zapisywał go inaczej niż z drugiej ręki i na potrzeby salonu albo kościoła.
Fonograf zbudowano w 1877 roku, a patent na niego wydano rok później; pomyślany był jako przyrząd do dyktowania listów, lecz niecałe dwadzieścia lat potem jego tubę przystawiono do ust wiejskiej śpiewaczki w Królestwie Węgier. Pierwsze takie nagrania powstały w 1896 roku, a sięgnął po nie człowiek, który zawodowo zapisywał skrótem mowy posłów i wiedział z praktyki, jak wiele gubi pióro, gdy goni za żywym głosem.
- Pierwszeństwo w skali świata przypisuje się różnym wyprawom; pewna jest data węgierska, nie miejsce w kolejce.
- Wałek utrwala jedno wykonanie z jednego dnia, nie pieśń jako taką; druga zwrotka bywała u tej samej śpiewaczki inna.
Skąd to wiadomoWałki woskowe nagrywane od 1896 roku; zbiór fonograficzny w Budapeszcie, od 1902
Wałek trzyma dwie minuty i zużywa się od słuchania
Zapis z tamtych czasówNa wałku mieściły się dwie minuty, od 1908 roku cztery. Dlatego w zbiorach stoją pojedyncze zwrotki, a muzyka do tańca weszła do zapisu dopiero z taśmą.
Czytaj dalejMiara wałka ustawiła kształt całego zbioru. Ballada na czterdzieści zwrotek nie mieściła się na nim ani razu, a wesele grane od zmierzchu do rana albo taneczny cykl złożony z kilku ogniw leżały zupełnie poza zasięgiem przyrządu; zostawały pojedyncze zwrotki, wybrane przez zbieracza, i krótkie przygrywki. Muzyka instrumentalna weszła do zapisu naprawdę dopiero z taśmą magnetyczną, po połowie XX wieku.
Wałek z brązowego wosku przyjmował około dwóch minut dźwięku, a od 1908 roku wałki odlewane z twardszej masy, o rowku nawiniętym dwa razy gęściej, brały cztery. Igła żłobiła ten rowek w miękkim wosku, więc każde odsłuchanie odbierało nagraniu część głosu, a przegrywanie na płyty i taśmę, podjęte znacznie później, zawsze ujmowało jeszcze trochę.
Zbiór wałków założono w Budapeszcie w 1902 roku, jako trzecie takie archiwum na świecie, po wiedeńskim z 1899 i berlińskim z 1900 roku. Zachowało się w nim około czterech i pół tysiąca wałków i jest to jedyna próbka, w której śpiew sprzed pierwszej wojny słychać naprawdę; cała reszta ówczesnej wiedzy stoi na zapisach ręcznych, robionych przy tych samych objazdach i prostowanych przez ucho zapisującego.
- Liczba wałków zależy od tego, co się liczy: nagrania węgierskie, całą Kotlinę Karpacką czy także wyprawy poza nią.
- Część wałków zniszczyła się od odsłuchiwania jeszcze przed przegraniem, a tego ubytku nie da się zmierzyć.
- Zapisów ręcznych z tych samych lat jest wielokrotnie więcej niż wałków, lecz przeszły przez regułę taktu i skalę wyniesioną ze szkoły.
Skąd to wiadomoZbiór fonograficzny założony w Budapeszcie w 1902 roku; wałki z lat 1896-1918
Stary styl: pięć dźwięków i przeskok o kwintę
Zebrane z ustMelodia schodzi z góry na dół, obraca się w pięciu dźwiękach bez półtonów, a jej druga połowa powtarza pierwszą o kwintę niżej.
Czytaj dalejNajbardziej rzuca się w uszy przeskok o kwintę. Dwa pierwsze wiersze wracają w dwóch ostatnich, tyle że o pięć stopni niżej, nuta po nucie, więc melodia schodzi dwa razy tą samą drogą, z dwóch różnych wysokości. Z tego przeskoku zrobiono najmocniejsze ogniwo argumentu o wschodnim rodowodzie, ponieważ poza Węgrami zapisano go przede wszystkim nad środkową Wołgą.
Materiał, w którym takie pieśni stoją najgęściej, pochodzi z obrzeży: z Ziemi Seklerskiej, z Gyimes, z mołdawskich wsi węgierskich i z północnego pogranicza palockiego. W nagraniach z okolic Budapesztu i z żyznego środka kraju tej warstwy prawie nie ma, a to znaczy, że mowa nie o pieśni całych Węgier, lecz o repertuarze kilku okolic.
Warstwa nazywana starą ma cztery wiersze o równej liczbie sylab, biegnie od dźwięków wysokich ku niskim i mieści się w pięciu stopniach, między którymi nie ma półtonu, czyli dokładnie tam, gdzie na fortepianie leżą same czarne klawisze. Najczęściej śpiewa się ją swobodnie, tak że sylaba dostaje tyle czasu, ile trzeba, a nie tyle, ile wypada z taktu, ale ta sama warstwa zna również wykonania trzymane równym krokiem, bo do części tych melodii tańczono.
- Skupienie na obrzeżach bywa czytane jako dowód wieku; równie dobrze może znaczyć, że rzecz jest miejscowa.
- Pieśni z przeskokiem o kwintę są w węgierskim materiale mniejszością, a nie jego trzonem.
- Rzadkość starej warstwy w środku kraju jest rzadkością w nagraniach, a te robiono nierówno: jedne okolice objeżdżano wielokrotnie, inne raz.
Skąd to wiadomoNagrania wałkowe i taśmowe z lat 1896-1960, głównie z Siedmiogrodu, Gyimes i Mołdawii
Nowy styl: kopuła, która w 1896 roku była już wszędzie
Zebrane z ustWiększość pieśni, które fonograf zastał we wsiach, ma budowę kopulastą i jest młodsza od tańca werbunkowego. Warstwa najstarsza była w tym materiale mniejszością.
Czytaj dalejDruga warstwa, nazywana nowym stylem, zbudowana jest odwrotnie niż stara: melodia najpierw idzie w górę, trzyma się wysoko przez środek zwrotki i schodzi dopiero na końcu, a wiersz pierwszy wraca jako ostatni. Śpiewa się ją równym krokiem, w szerokiej skali i długimi wierszami, po dziesięć i więcej sylab, więc brzmi pełniej i głośniej od tamtej.
Rachunek jest tu ważniejszy od wrażenia. W tym, co przyniosły wałki, pieśni nowego stylu przeważają, a warstwa stara stanowi mniejszość skupioną na obrzeżach. Kto mówi, że pieśń węgierska jest stepowa, mówi o mniejszości materiału; kto mówi, że jest europejska i młoda, mówi o większości. Obaj trzymają w ręku ten sam zbiór.
Ta warstwa ma ramy dające się datować. Rozeszła się razem ze światem, który ją nosił, czyli z poborem wojskowym, najmem sezonowym, koleją i targiem, a melodycznie trzyma się blisko tańca werbunkowego, którego zeszyty drukowano od lat osiemdziesiątych XVIII wieku, najpierw w Wiedniu, później także w Peszcie. Gdy w 1896 roku ruszyły nagrania, była już wszędzie.
- Wiek nowego stylu wyprowadza się z poszlak pośrednich, bo nie ma nutowego zapisu wsi z XVIII wieku.
- Granica między stylami bywa nieostra: część pieśni ma cechy obu i liczy się je osobno.
- Nowy styl rozwinął się w XIX wieku; osiemnastowieczne zeszyty tańca dają mu pokrewne brzmienie, a nie datę narodzin.
Skąd to wiadomoZeszyty tańców węgierskich drukowane od lat osiemdziesiątych XVIII wieku; nagrania z lat 1896-1950
Śpiew długiego oddechu i śpiew do tańca
Zebrane z ustWieś dzieliła pieśń na tę do słuchania, śpiewaną swobodnie, i tę do tańca, trzymaną w równym kroku. Ten sam podział ma Anatolia i step mongolski.
Czytaj dalejPodział, którym posługiwała się sama wieś, nie biegnie między starym a nowym, lecz między śpiewem swobodnym a miarowym. Pierwszy to pieśń do słuchania, po węgiersku hallgató: ciągnięta, bez równego kroku, śpiewana przy stole, przy robocie i w drodze. Drugi trzyma puls taneczny od pierwszej nuty do ostatniej, bo pod nim tańczą nogi i nie wolno im pozwolić się zgubić.
Ten sam podział, pod nazwami znaczącymi dosłownie melodia długa i melodia łamana, prowadzą śpiewacy anatolijscy, a step mongolski dzieli swój repertuar na pieśń długą i krótką. Zestawiano je z węgierskim wielokrotnie, zwłaszcza po wyprawie z listopada 1936 roku, i zestawienie jest uczciwe dopóty, dopóki mówi o sposobie wykonania.
Czego z niego nie wynika, widać od razu. Śpiew ciągnięty i śpiew do tańca rozdziela każda kultura, w której tańczy się i opłakuje zmarłych, od Irlandii po Andaluzję; podział według funkcji jest zbyt pospolity, żeby cokolwiek dowodził. Waży dopiero wtedy, gdy razem z nim idzie ta sama budowa melodii, ta sama skala i ten sam rysunek wiersza.
- Nazwy długa i krótka pochodzą z materiału anatolijskiego i mongolskiego, nie z węgierskiego.
- Węgierskie pieśni do słuchania obejmują też utwory nowe, więc sposób wykonania nie datuje melodii.
Skąd to wiadomoNagrania wiejskie XX wieku; materiał anatolijski zebrany od listopada 1936 roku
Ta sama skala gra na pięciu kontynentach
Ułożone przy biurkuPięć dźwięków bez półtonów gra Szkocja, Chiny, Afryka Zachodnia i Andy, a także same czarne klawisze fortepianu. Skala nie wskazuje więc pokrewieństwa.
Czytaj dalejRachunek pięciu tonów zapisano w Chinach jeszcze przed naszą erą, a tę samą skalę słychać w pieśni szkockiej i irlandzkiej, w muzyce Afryki Zachodniej, we fletach andyjskich oraz, w przybliżeniu, w jawajskim stroju slendro. Na fortepianie wystarczy trzymać się samych czarnych klawiszy, żeby z niej nie wyjść, i tę sztuczkę pokazuje się dzieciom w szkole.
Dlatego argument o pokrewieństwie nigdy nie stał na samej skali i stać na niej nie może. Waży dopiero wiązka cech naraz: pięć dźwięków, opadanie melodii, czterowierszowa zwrotka o równej sylabie oraz przeskok o kwintę. Im więcej warunków spełnionych jednocześnie, tym mniej miejsc na świecie je spełnia, ale też tym trudniej powiedzieć, czy ich spotkanie znaczy wspólny rodowód, czy tylko wspólny sposób śpiewania.
Skala pięciostopniowa bez półtonów nie jest ani rzadkością, ani osobliwością wschodu. Wychodzi sama z najprostszego strojenia, ponieważ łańcuch czterech kolejnych kwint, ściągnięty w obręb jednej oktawy, daje dokładnie te pięć dźwięków, a że kwinta jest po oktawie najprostszym współbrzmieniem do wysłyszenia, do tego samego zestawu dochodzono niezależnie w miejscach, które nigdy się ze sobą nie zetknęły.
- Wiązka cech zawęża pole, lecz nie zamienia zbieżności w pokrewieństwo.
- Nie ma miary, która powiedziałaby, ile wspólnych cech wystarczy do wniosku o wspólnym pochodzeniu.
Skąd to wiadomoPorównanie materiału nagraniowego z różnych stron świata; chiński rachunek pięciu tonów zapisany przed naszą erą
Nad Wołgą jeden styl przechodzi przez dwie rodziny mowy
Ułożone przy biurkuPrzeskok o kwintę zapisano u Czeremisów i u Czuwaszów, sąsiadów mówiących językami dwóch różnych rodzin. Styl idzie więc w poprzek pokrewieństwa mowy.
Czytaj dalejNajbliższe odpowiedniki węgierskiego przeskoku o kwintę leżą nad środkową Wołgą, u Czeremisów i u Czuwaszów. Ci pierwsi mówią językiem uralskim, spokrewnionym z węgierskim; drudzy tureckim, z którym węgierski łączą tylko pożyczki. Mieszkają wymieszani, na jednym obszarze, i mają wspólny sposób budowania melodii.
To jeden z najtwardszych faktów tej sekcji i zarazem najbardziej kłopotliwy dla tezy o rodowodzie. Skoro ten sam styl trzyma się obszaru, a nie rodziny językowej, jego obecność u dwóch ludów nie dowodzi wspólnych przodków, lecz tego, że sąsiedzi śpiewają podobnie. Ten sam przeskok zapisano zresztą także w materiale mongolskim i w północnych Chinach.
Materiał do zestawienia zbierano długo i po kawałku. Pierwsze zbiory czeremiskie i czuwaskie ogłoszono drukiem na początku XX wieku, a między 1958 a 1979 rokiem węgierskie wyprawy nagrały nad Wołgą i Kamą kilka tysięcy melodii u Czuwaszów, Czeremisów, Tatarów i Mordwinów. Wszystkie te nagrania pochodzą jednak z XX wieku i żadne nie mierzy wieku samego stylu.
- Kierunek jest nieznany: styl mógł iść ze stepu nad Wołgę, znad Wołgi na step albo powstać w obu miejscach osobno.
- Nie zostało wykazane, czy nadwołżański przeskok o kwintę jest dawny, czy rozszedł się w ostatnich stuleciach.
Skąd to wiadomoZbiory czeremiskie i czuwaskie drukowane na początku XX wieku; wyprawy nad Wołgę z lat 1958-1979
Listopad 1936: melodie od koczowników spod Adany
Zebrane z ustW listopadzie 1936 roku wyprawa z Węgier nagrała u koczowników jörük pod Adaną blisko dziewięćdziesiąt melodii i znalazła w nich znajomy rysunek.
Czytaj dalejZaproszenie przyszło z Ankary, a po odczytach wyprawa ruszyła na południe, w okolice Adany i Osmaniye, do koczowników zwanych jörük. W listopadzie 1936 roku nagrano tam blisko dziewięćdziesiąt melodii, a część z nich schodzi opadającą linią w pięciu dźwiękach i idzie rytmem swobodnym, tak samo jak pieśni z Ziemi Seklerskiej.
Wynik ogłoszono jako zbieżność, nie jako dowód, i tak należy go czytać. Obie strony porównania nagrano w XX wieku, w odległości tysiąca lat od czasu, o który toczy się spór, i ani jedna melodia anatolijska nie ma daty starszej niż wałek, na którym stoi. Zbieżność mówi tyle, że oba repertuary mieszczą się w jednym szerokim pasie stylu.
Osobno trzeba pamiętać, kto w tej okolicy mieszka. Anatolię przeszły i osiedliły ludy mówiące po turecku, przybyłe tam znacznie później, niż Węgrzy przybyli nad Dunaj, więc podobieństwo do jörüków nie prowadzi prostą drogą do IX wieku, lecz do wspólnego pasa koczowniczego, który żył jeszcze w latach trzydziestych XX wieku.
- Próbka jest mała i pochodzi z jednej okolicy.
- Podobieństwo rytmu swobodnego jest najsłabszym ogniwem, bo swobodnie śpiewa się w całej Eurazji.
Skąd to wiadomoNagrania i zapisy z wyprawy do Turcji, listopad 1936; okolice Adany i Osmaniye
Między X wiekiem a fonografem nie ma ani jednej nuty ze wsi
Zapis z tamtych czasówNajstarsze węgierskie melodie świeckie wydrukowano w Kolozsvárze w 1554 roku, dalsze leżą w rękopisach XVII wieku. Żadna nie jest zapisem śpiewu ze wsi.
Czytaj dalejPierwsze węgierskie melodie świeckie z nutami wydrukował w Kolozsvárze w 1554 roku Tinódi Sebestyén, lantos, który własne kroniki wierszowane śpiewał na dworach panów przy lutni. Dalsze zapisy to rękopisy: księga organowa składana w Csíksomlyó i Szárhegy w latach 1634-1671 oraz górnowęgierski kodeks z około 1680 roku, w którym stoją już tańce z nazwami.
Wszystkie te zapisy wyszły spod ręki ludzi piśmiennych i notują muzykę kościoła, dworu i miasta. Wieś do nich nie weszła, bo nikt nie miał powodu jej zapisywać, a kto zapisał melodię usłyszaną od wieśniaka, prostował ją do reguł, których się uczył. Pierwszym zapisem wiejskiego śpiewu bez pośrednika jest dopiero wałek z 1896 roku.
Między pieśnią, którą mogli śpiewać ludzie chowani z koniem, a pierwszym wałkiem leży tysiąc lat bez nuty. Groby X wieku dają rzędy końskie i okucia, nie instrumenty, a podwójny flet z kości, wydobyty z cmentarzyska pod Jánoshidą i wiązany z czasami awarskimi, trafił do ziemi, zanim Węgrzy weszli do Kotliny, więc o ich muzyce nie mówi niczego.
- Tańce z rękopisów XVII wieku bywają czytane jako muzyka wiejska; spisano je jednak w mieście i na dworze.
- Przypisanie fletu spod Jánoshidy Awarom opiera się na cmentarzysku, w którym leżał, a nie na samym przedmiocie.
- Czasy awarskie obejmują ponad dwa stulecia i sam flet nie pozwala zawęzić daty wewnątrz nich.
Skąd to wiadomoDruk z Kolozsváru z 1554 roku; rękopisy z lat 1634-1671 i około 1680; flet kościany z cmentarzyska awarskiego
Koboz: lutnia, która wyszła z kraju i została w Mołdawii
Zapis z tamtych czasówLudziom zwanym kobzos płacono na węgierskich dworach w XV i XVI wieku. Instrument zniknął z Kotliny, a dotrwał w Mołdawii jako podpora skrzypiec.
Czytaj dalejInstrument, który przetrwał, ma krótką szyjkę, gruszkowate pudło klejone z żeber i cztery podwójne chóry strun, a jego podstrunnica nie ma progów, więc palec kładzie się tam, gdzie każe ucho. Gra się piórem wyciętym z lotki gęsiej albo paskiem skóry, uderzeniem w akord, nie w pojedynczy dźwięk, bo jest to instrument rytmu i harmonii, a nie melodii.
Z Kotliny Karpackiej koboz wyszedł razem z modą na skrzypce i cymbały, ostał się zaś tam, gdzie moda nie dotarła: u Czangów w Mołdawii, jako stała podpora skrzypiec w bandzie weselnej i tanecznej. Stamtąd nagrano go w XX wieku i stamtąd wrócił do kraju po 1970 roku, gdy młodzi z miasta zaczęli jeździć uczyć się do wsi.
Nazwa jest tureckiego rodowodu i wywodzi się od słowa kopuz, lecz warstwy tej pożyczki nie da się wskazać: mogła wejść do węgierszczyzny jeszcze przed przeprawą przez Karpaty albo później, wraz z Kumanami osadzonymi w Kotlinie w XIII wieku. W rachunkach dworskich XV i XVI wieku płacono ludziom zapisywanym jako kobzos, a samo słowo stoi też w nazwiskach i nazwach osad; grali przy stole panów obok lutnistów, których ceniono wyżej, bo tamci umieli nuty.
- Z tego, że słowo stoi w dokumencie XV wieku, nie wynika, że instrument miał wtedy dzisiejszy kształt.
- Mołdawski koboz bywa wywodzony wprost od dworskiego, lecz ciągłości nie da się przeprowadzić przez XVIII wiek.
- Obecność słowa w węgierszczyźnie nie wskazuje jednej drogi ani jednej daty, bo instrumenty tego rodzaju przychodziły ze stepu kilkakrotnie.
Skąd to wiadomoRachunki dworskie XV-XVI wieku i nazwiska w spisach; nagrania mołdawskie XX wieku
Tekerőlant: koło zamiast smyczka i mostek, który warczy
Zebrane z ustKorba obraca nasmołowane koło, które pociera struny, a osobny mostek warczy do taktu. Instrument trzymał się piasków między Dunajem a Cisą.
Czytaj dalejTekerőlant, dosłownie lutnia na korbę, gra bez smyczka: drewniane koło natarte kalafonią obraca się pod strunami i pociera je bez przerwy, a lewa ręka naciska klawisze skracające strunę melodyczną. Struny burdonowe brzmią przez cały czas, więc instrument sam sobie robi tło i nie potrzebuje towarzysza.
Zasięg tej gry był wąski i dobrze opisany: piaszczysty pas między Dunajem a Cisą, okolice Kiskunságu, Csongrádu i Baczki. Grali zawodowi muzykanci weselni, ale też żebracy i niewidomi, dla których było to jedyne rzemiosło dające chleb. Ostatnich grających po dawnemu nagrano tam jeszcze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku.
Rytm wybija osobny mostek warczący, znany także zachodnim odmianom instrumentu. Jedna struna opiera się na nóżce ledwie dotykającej pudła, a szarpnięcie korbą wprawia ją w kołatanie, dzięki czemu jeden człowiek grał do tańca całej izbie. Instrumenty te robili wiejscy majstrzy, a najgłośniejszy warsztat pracował w Szentes nad Cisą.
- Nie zostało wykazane, czy mostek warczący jest pomysłem miejscowym, czy przyszedł z zachodu razem z instrumentem.
- Wąski zasięg z XX wieku nie musi odpowiadać zasięgowi dawniejszemu.
Skąd to wiadomoInstrumenty zachowane w zbiorach i warsztat w Szentes; nagrania z Wielkiej Niziny z lat 1900-1975
Duda: kozia skóra, dwie piszczałki i bas
Zapis z tamtych czasówWęgierska duda ma piszczałkę melodyczną i drugą, kontrową, z jednym otworem, a jej gardziel wieńczy rzeźbiona kozia głowa. Do XIX wieku grała wsi do tańca.
Czytaj dalejOsobliwością jest podwójna piszczałka melodyczna. Obok rurki z otworami biegnie druga, zwana kontrową, mająca tylko jeden otwór; grający przytyka go i odtyka w rytmie, dostając kwintę pod melodią i akcent pod nogę tancerza. Dudziarz był więc kapelą sam w sobie i nie potrzebował ani skrzypka, ani bębna, co na wiejskim weselu znaczyło jedną zapłatę zamiast czterech.
Nazwisko Dudás stoi w węgierskich spisach podatkowych XVI wieku, a przez cały wiek XVII i XVIII to duda grała po wsiach do tańca i na weselach. Cofnęła się w XIX wieku, wyparta przez bandę smyczkową z cymbałami, i najdłużej trzymała się na północy, w kraju palockim, oraz w okolicach Szegedu, gdzie nagrano ją jeszcze w XX wieku.
Węgierską dudę robi się z całej koziej skóry, a drewnianą gardziel, w którą wchodzą piszczałki, wieńczy rzeźbiona kozia głowa, nierzadko z lusterkami wprawionymi zamiast oczu. Powietrze wdmuchuje się ustami przez osobną rurkę, a ramię grającego trzyma je w worku pod równym ciśnieniem; stroiki są pojedyncze, bas zaś huczy oktawę niżej i nie zmienia dźwięku przez cały utwór.
- Czas ustępowania dudy przed bandą smyczkową odtwarza się z tego, kogo najmowano na wesela, a rachunki wiejskie są nierówne.
- Kozia głowa na gardzieli bywa czytana jako pamiątka po ofierze; w zapisach nie ma na to nic.
Skąd to wiadomoSpisy podatkowe XVI wieku z nazwiskiem Dudás; instrumenty w zbiorach i nagrania XIX-XX wieku
Citera: jedyny instrument, który w XIX wieku się rozszedł
Zebrane z ustPudło z progami i strunami burdonowymi robił wiejski stolarz, a grało się na nim w izbie, na stole. Gdy duda ustępowała, citera rozchodziła się po wsiach.
Czytaj dalejCitera to płaskie pudło rezonansowe, po którym biegną struny melodyczne nad listwą z progami, a obok nich kilka strun burdonowych brzmiących stale. Kładzie się ją na stole i szarpie piórkiem, przyciskając melodię palcami lewej ręki; gra jest cicha i izbowa, i nie przebije się przez podwórze ani przez gwar wesela.
Jej dzieje biegną odwrotnie niż dzieje dudy i liry korbowej. Rozeszła się po wsiach dopiero w XIX wieku, a rozeszła się dlatego, że była tania: robił ją wiejski stolarz albo sam grający, i dlatego w zbiorach stoją egzemplarze z wyrzniętym na pudle rokiem oraz inicjałami wykonawcy, najstarsze z pierwszej połowy tamtego stulecia.
Grano na niej wtedy, gdy na kapelę nie było stać: na potańcówkach w izbie, na prządkach, przy świniobiciu. Najgęściej występowała na Wielkiej Nizinie i w Zadunaju, a ponieważ jest instrumentem młodym i domowym, nie da się z niej wyczytać niczego o wieku dziewiątym; świadczy natomiast o tym, jak wyglądała muzyka wiejska w XIX i XX wieku naprawdę.
- Nie zostało wykazane, czy jakakolwiek forma citery była na Węgrzech przed XIX wiekiem.
- Data wyrznięta na pudle mówi o instrumencie, nie o wieku samego zwyczaju.
Skąd to wiadomoInstrumenty z wyrzniętym rokiem w zbiorach muzealnych; nagrania XX wieku
Paryż 1859 i odpowiedź z Kolozsváru
Zapis z tamtych czasówKsiążka wydana po francusku w 1859 roku uznała muzykę Węgier za dzieło Cyganów. Odpowiedź wydrukowano w Kolozsvárze rok później, a spór nie ucichł do dziś.
Czytaj dalejW 1859 roku wyszła w Paryżu książka wywodząca, że to, co Europa zna jako muzykę węgierską, jest w istocie dziełem cygańskich muzykantów, mających własny skarbiec melodii, który Węgrzy jedynie przejęli. Odpowiedź wydrukowano w Kolozsvárze w 1860 roku i postawiono w niej pytanie wprost: czy ta muzyka jest węgierska, czy cygańska.
Kłopot w tym, że obie strony spierały się o repertuar, którego rodowód był znany i datowany. Chodziło o taniec werbunkowy, którego zeszyty drukowano od lat osiemdziesiątych XVIII wieku, oraz o pieśni ułożone w XIX wieku przez autorów podpisanych imieniem i wydawane za ich życia. Nikt wtedy nie miał w ręku ani jednego zapisu tego, co śpiewano we wsi.
Datę ma nawet samo brzmienie tej muzyki. Cymbały pedałowe, bez których nie sposób dziś wyobrazić sobie bandy, zbudowano w budapeszteńskim warsztacie w 1874 roku, a wcześniej cymbalista nosił mały instrument na pasku przez szyję. W tym samym warsztacie w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku zbudowano tárogató i puszczono w świat jako instrument wojen Rakoczego, choć dawny tárogató był głośnym, stożkowym szałamajem.
- Spór mieszał trzy rzeczy: kto grał, kto ułożył melodię i co grano.
- Materiał, który mógł rozstrzygnąć pytanie, powstał dopiero po 1896 roku, gdy spór był już nawykiem.
Skąd to wiadomoDruk paryski z 1859 roku i broszura z Kolozsváru z 1860; cymbały pedałowe z 1874, tárogató z lat dziewięćdziesiątych XIX wieku
Spis z 31 stycznia 1893: siedemnaście tysięcy muzykantów
Zapis z tamtych czasówSpis z 31 stycznia 1893 roku policzył w Królestwie Węgier blisko siedemnaście tysięcy cygańskich muzykantów z zawodu. Grali to, co im zamówiono.
Czytaj dalejTrzydziestego pierwszego stycznia 1893 roku przeprowadzono w Królestwie Węgier osobny spis ludności cygańskiej. Naliczono blisko dwieście siedemdziesiąt pięć tysięcy osób, a wśród podających zawód niemal siedemnaście tysięcy żyło z grania. Jest to twarda liczba w sporze, w którym poza tym używa się głównie przymiotników.
Nagrania wiejskie pokazały potem rzecz, której żadna ze stron sporu nie przewidziała. W Siedmiogrodzie ta sama banda, złożona z zawodowych muzykantów cygańskich, grała Węgrom czardasza, Rumunom ich tańce, a Sasom ich własne, i przechodziła z repertuaru na repertuar zależnie od tego, kto płacił. Muzyka cygańska nie jest zatem repertuarem, lecz rzemiosłem.
Skład takiej bandy bywał dziwniejszy, niż każe pamiętać obraz z miejskiej restauracji. W Gyimes grało dwoje ludzi: skrzypek i osoba trzymająca gardon, instrument o pudle wiolonczelowym, którego strun się nie smyczkuje, lecz bije pałką i szarpie, żeby stukały o podstrunnicę. Taki duet ciągnął całe wesele, od zmierzchu do rana.
- Spis liczył zawód, nie repertuar, i nie mówi niczego o tym, co grano.
- Miejska banda kawiarniana i wiejska banda taneczna to dwa różne światy, mylone w całym sporze.
Skąd to wiadomoSpis ludności cygańskiej z 31 stycznia 1893 roku; nagrania band wiejskich z XX wieku
Szék 1941, pierwszy dom tańca 1972, wpis z 2011
Zapis z tamtych czasówMuzyka wiejska nie skończyła się na wałkach: w 1941 roku zapisano życie taneczne jednej siedmiogrodzkiej wsi, a od 1972 roku tańczono je w Budapeszcie.
Czytaj dalejW 1941 roku zapisano taneczne życie Széku, wsi na siedmiogrodzkim Mezőségu, w której cykl taneczny trwał całą noc i miał ustaloną kolejność ogniw. Wałek takiej rzeczy nie pomieściłby; dopiero taśma magnetyczna, wzięta do zbierania po połowie XX wieku, pozwoliła nagrać cały cykl razem z bandą, przyśpiewkami i tupaniem o deski.
Szóstego maja 1972 roku odbył się w Budapeszcie pierwszy dom tańca: zamiast pokazu na scenie izba, żywa banda i tancerze uczący się kroków z nagrań oraz od starych ludzi ze wsi. Sposób ten rozszedł się po kraju i po emigracji, a w 2011 roku wpisano go na międzynarodowy wykaz dobrych praktyk ochrony dziedzictwa.
Ostatnie bandy grające po staremu nagrywano we wsiach siedmiogrodzkich jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, a w Mołdawii i w Gyimes gra się tak do dziś, na weselach i odpustach. Trzeci filar sporu o rodowód nie jest więc materiałem zamkniętym: przybywa go, choć przybywa z czasu coraz późniejszego.
- Repertuar domów tańca jest wyborem, przechylonym ku Siedmiogrodowi i Mołdawii.
- Muzyka grana dziś przez młodych z miasta jest wyuczona z nagrań, a nie odziedziczona po wsi.
Skąd to wiadomoZapisy ze Széku od 1941 roku; pierwszy dom tańca 6 maja 1972; wpis międzynarodowy z 2011 roku
Krewni zza Uralu
Na czym stoi pokrewieństwo węgierskiego
Węgierski jest językiem uralskim i najbliżej mu do chantyjskiego oraz mansyjskiego znad Obu, a rozstrzyga o tym nie podobieństwo słów, lecz reguła działająca w całym słowniku i w końcówkach. Na tym uralskim szkielecie leżą dwie potężne warstwy pożyczek: turecka, z której wzięto pług, pszenicę, wołu, prawo i literę, oraz słowiańska, z której wzięto krzyż, świętego, księdza, stół i okno. Spór o pochodzenie węgierszczyzny zaczął się w XIX wieku i po stronie językowej zamknął się wtedy na dobre, a mimo to trwa dalej, bo naprawdę toczy się o pochodzenie ludzi, nie o pochodzenie mowy. Te dwa pytania rozdzielamy tu konsekwentnie.
Gałąź ugryjska: najbliżsi krewni siedzą nad Obem
Ułożone przy biurkuNajbliżej węgierskiego stoją chantyjski i mansyjski znad Obu. Wspólny węzeł ugryjski nie jest zapisem z dokumentu, tylko wnioskiem z porównania form.
Czytaj dalejWęgierski należy do rodziny uralskiej, a w jej obrębie do gałęzi ugryjskiej, obok chantyjskiego i mansyjskiego, dwóch języków znad Obu, Kondy i Północnej Soswy, dawniej zwanych ostiackim i wogulskim. Odległość między krewnymi widać także w liczbach: po węgiersku mówi kilkanaście milionów ludzi, a spis powszechny w Rosji z 2010 roku zanotował około dziewięciu i pół tysiąca mówiących po chantyjsku i niespełna tysiąc po mansyjsku.
Pokrewieństwo trzyma się rzeczy drobnych i uporczywych. Węgierskie ló, czyli koń, odpowiada mansyjskiemu luw i chantyjskiemu law; węgierskie víz, czyli woda, mansyjskiemu wit; węgierskie ház, czyli dom, mansyjskiemu kol i fińskiemu kota, oznaczającemu szałas. To nie są słowa wymieniane przy handlu, lecz takie, które ludzie zabierają ze sobą wszędzie i przekazują dzieciom bez namysłu.
Sam węzeł ugryjski jest najsłabszym miejscem tego układu. Wspólnych nowości, które łączyłyby węgierski z obydwoma językami obskimi przeciw reszcie rodziny, jest niewiele, a część dawnych argumentów okazała się cechą odziedziczoną po całej rodzinie. Datowanie rozejścia podaje się rozmaicie, od drugiego tysiąclecia przed naszą erą po ostatnie stulecia przed naszą erą, i są to oszacowania, nie daty z dokumentu.
- Czy gałąź ugryjska to osobny węzeł, czy węgierski odłączył się od reszty rodziny niezależnie od języków obskich.
- Data rozejścia wyliczana jest z warstw zapożyczeń i z tempa zmian, nie odczytana ze źródła.
- Położenie wspólnej praojczyzny: wskazuje się i na Ural, i na dorzecze środkowej Wołgi, i na Syberię Zachodnią.
- Liczby ze spisu z 2010 roku to deklaracje znajomości języka, a nie pomiar biegłości; rachuby mówiących na co dzień bywają niższe od spisowych.
Skąd to wiadomoSpis powszechny w Rosji, 2010 — liczby mówiących po chantyjsku i mansyjsku; klasyfikacja oparta na porównaniu form językowych, bez świadectwa z epoki rozejścia.
Dowodem jest reguła, a nie podobieństwo słów
Ułożone przy biurkuUralskie p daje po węgiersku f, a k przed samogłoską tylną daje h. Reguła musi działać w całym słowniku, inaczej zestawienie jest tylko zbiegiem brzmień.
Czytaj dalejPokrewieństwa nie dowodzi się listą słów, które brzmią podobnie, tylko regułą działającą wszędzie tam, gdzie działać powinna. Uralskie p daje po węgiersku f: fa, czyli drzewo, wobec fińskiego puu; fej, czyli głowa, wobec pää; fészek, czyli gniazdo, wobec pesä; fiú, czyli syn, wobec poika; fél, czyli boi się, wobec pelätä. Jedno takie zestawienie nie znaczy nic, pięćdziesiąt idących tym samym torem znaczy wszystko.
Druga reguła dotyczy k przed samogłoską tylną, które przechodzi w h: hal, czyli ryba, wobec fińskiego kala; három, czyli trzy, wobec kolme; hat, czyli sześć, wobec kuusi; hó, czyli miesiąc, wobec kuu, czyli księżyca i miesiąca. Przed samogłoską przednią k zostaje na miejscu, jak w kéz, czyli ręka, wobec käsi, i w kettő, czyli dwa, wobec kaksi. Warunek jest częścią reguły i bez niego reguła byłaby fałszywa.
Najlepiej widać to na słowie, które kusi fałszywym tropem. Węgierskie ház, czyli dom, jest łudząco podobne do niemieckiego Haus, a wywodzi się z tego samego źródła co fińskie kota i mansyjskie kol, bo mieści się dokładnie w regule przejścia k w h. Podobieństwo do niemieckiego jest przypadkiem, którego żadna reguła nie tłumaczy. Metoda odrzuca zatem to, co ładnie wygląda, jeśli nie daje się powtórzyć.
- Wyjątki od reguł istnieją i każdy wymaga osobnego wytłumaczenia: późniejszej zmiany, zapożyczenia albo wpływu sąsiedniego wyrazu.
- Rekonstruowane postacie prauralskie zapisuje się w umownej transkrypcji; to zapis roboczy, nie brzmienie, którego ktokolwiek słuchał.
Skąd to wiadomoZestawienia form węgierskich, fińskich, mansyjskich i chantyjskich; pierwsze drukowane porównanie węgierskiego z lapońskim — Kopenhaga 1770, porównanie z całą rodziną — Getynga 1799.
Liczby do sześciu i nazwy ciała: warstwa, której się nie pożycza
Ułożone przy biurkuWęgierskie liczebniki od dwóch do sześciu mają odpowiedniki fińskie, a sto i tysiąc to pożyczki irańskie. Granica biegnie tam, gdzie wchodzi rachunek i handel.
Czytaj dalejZ zasobu uralskiego zostało w węgierskim kilkaset rdzeni i są to rdzenie nudne oraz niezbędne: víz, czyli woda, obok fińskiego vesi; kő, czyli kamień, obok kivi; jég, czyli lód, obok jää; tél, czyli zima, obok talvi; vér, czyli krew, obok veri; szem, czyli oko, obok silmä; szív, czyli serce, obok sydän; méz, czyli miód, obok mesi. Do tego czasowniki codzienne: menni, inni, adni, élni.
Tak samo zachowuje się nazewnictwo pokrewieństwa, z meny, czyli synową, obok fińskiego miniä i vő, czyli zięciem, obok vävy. Liczebniki od dwóch do sześciu ustawiają się parami: kettő i kaksi, három i kolme, négy i neljä, öt i viisi, hat i kuusi. Jedynka, po węgiersku egy, ma odpowiedniki tylko po stronie ugryjskiej i po fińskiej już ich nie znajdzie.
Powyżej sześciu rachunek się urywa i zaczyna się pożyczka. Węgierskie tíz, czyli dziesięć, ma bliskich krewnych w komi i udmurckim das, a száz, czyli sto, oraz ezer, czyli tysiąc, mają odpowiedniki po stronie irańskiej. Z tej samej strony przyszło vásár, czyli jarmark, od którego zrobiono vasárnap, niedzielę jako dzień targowy. Pożycza się to, co przychodzi z handlem i rachubą, nie pożycza się słowa na krew i na wodę.
- Część etymologii uralskich ma po dwa albo trzy objaśnienia; nie każdy rdzeń z listy jest jednakowo pewny.
- Zasada, że słownictwo podstawowe nie wędruje, jest regułą statystyczną, nie prawem: znane są języki, które pożyczyły nawet zaimki.
- Czy hét, czyli siedem, jest pożyczką irańską, czy formą odziedziczoną i przerobioną — rozstrzygnięcia brak.
- Rodowód wyrazu egy, czyli jeden, bywa wyprowadzany z tego samego rdzenia co fińskie yksi; zestawienie wyłącznie ugryjskie nie jest jedynym objaśnieniem.
- Część rdzeni wspólnych całej rodzinie, jak méz, wywodzi się z bardzo dawnej pożyczki indoeuropejskiej do wspólnoty uralskiej, a nie z zasobu odziedziczonego.
Skąd to wiadomoZestawienia słownikowe form węgierskich, fińskich, permskich i obskich; warstwa irańska datowana pośrednio, bez świadectwa pisanego.
Co w gramatyce dowodzi pokrewieństwa, a co tylko wygląda podobnie
Ułożone przy biurkuPrzyrostki dzierżawcze i koniugacja przedmiotowa łączą węgierski z językami znad Obu. Aglutynacja i harmonia samogłosek nie łączą z niczym: to typ budowy, nie rodowód.
Czytaj dalejMocniejszym argumentem niż słowa jest gramatyka, bo końcówek nie pożycza się garściami. Węgierskie przyrostki dzierżawcze, jak w házam, czyli mój dom, i házad, czyli twój dom, mają odpowiedniki w fińskim taloni i talosi oraz w językach obskich, a końcówki osobowe czasownika wywodzą się z tych samych zaimków. Rodzaju gramatycznego i czasownika o znaczeniu mieć nie ma ani węgierski, ani reszta rodziny.
Osobno stoi koniugacja przedmiotowa. Látok znaczy widzę coś, látom znaczy widzę to, a rozróżnienie niesie osobny zestaw końcówek. Tę samą dwoistość mają mansyjski i chantyjski, mordwiński oraz języki samojedzkie, nie ma jej natomiast żaden sąsiadujący język turecki ani słowiański. Takich zbieżności nie tłumaczy ani przypadek, ani pożyczka, bo pożycza się rzeczy, nie odmianę.
Za to cechy, które w publicystyce od półtora wieku służą za dowód turecki, nie rozstrzygają niczego. Aglutynacja, harmonia samogłosek, wyrazy pomocnicze stawiane po rzeczowniku i brak rodzaju występują w tureckim, w mongolskim, w fińskim i w językach zupełnie niespokrewnionych, bo to typ budowy, który powstaje niezależnie i przenosi się przez sąsiedztwo. Sam węgierski pokazuje, jak młody bywa taki układ: część jego przypadków zrosła się z osobnych wyrazów już w czasach pisanych.
- Czy koniugacja przedmiotowa jest odziedziczona, czy powstała równolegle w kilku miejscach rodziny.
- Ile z osiemnastu węgierskich przypadków sięga czasów wspólnoty, a ile zrosło się z postpozycji w średniowieczu.
- Brak rodzaju i brak czasownika o znaczeniu mieć to nieobecności, a nieobecność jest słabym świadkiem.
- Sama liczba węgierskich przypadków zależy od przyjętego kryterium i bywa podawana od kilkunastu do ponad dwudziestu.
Skąd to wiadomoFormy węgierskie poświadczone w akcie z 1055 roku i w kazaniu z około 1195 roku; gramatyka mansyjska i chantyjska zapisana dopiero w czasach nowożytnych.
Zakonnik, który w 1236 roku dogadał się nad Wołgą po węgiersku
Zapis z tamtych czasówŁacińska relacja z 1237 roku podaje, że dominikanin z Węgier znalazł nad wielką rzeką ludzi, których mowę rozumiał i którzy rozumieli jego.
Czytaj dalejZanim ktokolwiek zaczął porównywać słowniki, mowa węgierska sama dała o sobie znać na wschodzie. Sprawozdanie z wyprawy dominikanów szukających pobratymców, spisane po łacinie i przekazane do Rzymu w 1237 roku, jest w tej sprawie świadectwem osobnym: nie opisuje ani obrzędu, ani wiary, tylko rozmowę.
Według tej relacji Julian dotarł za ziemię zwaną Wielką Bułgarią, nad wielką rzekę, i spotkał tam ludzi, z którymi mógł rozmawiać bez tłumacza: oni rozumieli jego, on ich. Jest to świadectwo o mowie, nie o wierze, i właśnie dlatego tak cenne, bo mierzy odległość językową po ponad trzystu latach od rozejścia w sposób, jakiego żadna rekonstrukcja nie zastąpi.
O ich obrzędach zapisano niewiele i w skrócie właściwym dla łacińskiego duchownego: że Boga nie znają, ale i bożków nie czczą. Żadnego imienia, żadnej modlitwy, żadnego święta. Nawet tam, gdzie ktoś stanął twarzą w twarz z pogańskimi Węgrami, miał pod ręką pergamin i wyraźny powód, by opisać cudzą wiarę, lista bogów nie powstała.
- Kim dokładnie byli ludzie spotkani przez Juliana i co się z nimi stało po najeździe mongolskim.
- Czy ich siedziby to ślad praojczyzny, czy skutek późniejszego rozejścia — relacja tego nie rozstrzyga.
- Opis pogaństwa jest formułą zakonnego sprawozdawcy; z braku wzmianki o bożkach nie wynika, że bożków nie było.
- Relacja mówi o zrozumieniu bez tłumacza, ale nie podaje ani długości tej rozmowy, ani jej przedmiotu.
Skąd to wiadomoŁacińska relacja brata Ryszarda o wyprawie do Wielkich Węgier, spisana w 1237 roku; wyprawa odbyta w latach 1235-1236.
Pług, pszenica i wół przyszły razem z mową turecką
Ułożone przy biurkuWęgierskie słownictwo roli, sadu i obory jest w większości tureckie, i to odmiany oguryjskiej, spokrewnionej z czuwaskim. Z pożyczki nie wynika rodowód mowy.
Czytaj dalejCały warsztat rolnika nazwano po węgiersku słowami tureckimi: búza to pszenica, árpa jęczmień, eke pług, sarló sierp, tarló ściernisko, őröl mleć, kender konopie, komló chmiel, alma jabłko, szőlő winorośl, bor wino, gyümölcs owoc, kút studnia. Podobnie wygląda obora i mleczarnia, z ökör jako wołem, bika bykiem, borjú cielęciem, disznó świnią, tyúk kurą, sajt serem, túró twarogiem i gyapjú wełną.
Te słowa mają cechę, która wskazuje dawcę dokładniej niż jakakolwiek kronika. Tam, gdzie tureckie języki większości mają z, węgierskie pożyczki mają r: ökör wobec öküz, borjú wobec buzagi, tenger, czyli morze, wobec deniz, gyűrű, czyli pierścień, wobec yüzük. Tak zachowuje się gałąź oguryjska, z której przetrwał jeden tylko język żywy, czuwaski nad Wołgą.
Co z tego wynika: przed 895 rokiem Węgrzy żyli przez pokolenia obok mówiących po turecku na tyle blisko, że przejęli od nich całe pole uprawne i całe obejście. Czego nie wynika: że mówili po turecku. Pożyczki weszły tam, gdzie wchodzą zawsze, czyli w rzeczy, przedmioty i zajęcia, a nie tknęły ani liczebników, ani nazw ciała, ani końcówek odmiany.
- Które pożyczki weszły przed 895 rokiem, a które dopiero w Kotlinie Karpackiej, od resztek awarskich albo później od Pieczyngów i Kumanów.
- Liczba pewnych zapożyczeń przedchrzestnych wahała się w rachubach od około trzystu do dwakroć tylu, zależnie od przyjętych kryteriów.
- Czy dawcą byli Bułgarzy nadwołżańscy, Chazarowie, czy kilka wspólnot po kolei.
- Nie każdy z tych wyrazów stoi w najstarszych dokumentach; część zna się dopiero z akt i kodeksów późniejszych o dwa albo trzy stulecia.
Skąd to wiadomoZasób słownikowy węgierski wobec form czuwaskich i staroturkijskich; najstarsze poświadczenia pisane tych wyrazów — akt z Tihany z 1055 roku i kazanie pogrzebowe z około 1195 roku.
Gyula i karcha: węgierskie urzędy zapisane w Konstantynopolu
Zapis z tamtych czasówTraktat spisany w Konstantynopolu około 950 roku wymienia węgierskie godności gylas i karchas. Słowa władzy, prawa i pisma są w węgierskim tureckie.
Czytaj dalejTraktat o zarządzaniu państwem, ułożony w Konstantynopolu dla następcy tronu między 948 a 952 rokiem, opisuje lud nazywany tam Turkami, czyli Węgrów, i wymienia ich godności: obok naczelnego wodza z rodu Arpada stoją dwie zapisane po grecku jako gylas i karchas, obie sprawujące sąd. Jest to zapis z czasu, gdy rzecz jeszcze trwała, sporządzony w kancelarii, która miała powody, by znać fakty.
Po węgiersku te godności brzmią gyula i karcha, a ich rodowód jest turecki, podobnie jak rodowód całego słownictwa władzy i porządku: törvény to prawo, tanú świadek, tolmács tłumacz, bátor dzielny, szám liczba, betű litera, a czasownik ír, czyli pisze, wywodzi się z rdzenia o znaczeniu nacinania rylcem albo nożem.
Ten sam traktat wylicza nazwy siedmiu plemion, a kilka z nich także brzmi po turecku. Rachunek jest więc prosty i zarazem podchwytliwy: aparat władzy, sądu i zapisu przyszedł do Węgrów wraz ze słowami tureckimi, natomiast zdania, w których tych słów używano, budowano dalej po węgiersku, z uralskimi końcówkami i uralskim szykiem zależności.
- Które z siedmiu nazw plemiennych są tureckie, a które węgierskie — objaśnienia bywają sprzeczne.
- Jak daleko sięgała władza gyuli i karchy oraz czy grecki zapis oddaje węgierskie brzmienie wiernie.
- Czy tytuł kende, znany z późniejszych zestawień, działał rzeczywiście w X wieku.
Skąd to wiadomoTraktat o zarządzaniu państwem, Konstantynopol, około 948-952, rozdziały o Turkach; nazwy siedmiu plemion w tym samym tekście.
Dwujęzyczność poświadczona w X wieku, a nie domyślona
Zapis z tamtych czasówTen sam grecki traktat podaje, że zbuntowane rody chazarskie przyłączone do Węgrów nauczyły ich swojej mowy, same przejęły węgierską i używają obu.
Czytaj dalejW tym samym konstantynopolitańskim traktacie zapisano rzecz, która daje tureckim pożyczkom mechanizm i datę. Trzy rody odłączone od Chazarów, nazwane Kabarami, przystały do Węgrów, nauczyły ich swojej mowy, same przejęły węgierską i posługują się obiema. Nie jest to domysł ułożony po latach ani wniosek z porównania słów, lecz notatka sporządzona wtedy, gdy rzecz trwała.
Dwujęzyczna wspólnota wewnątrz związku plemiennego tłumaczy, dlaczego tureckie wyrazy siedzą w węgierskim tak głęboko i tak porządnie. Nie przywieziono ich z jarmarku, tylko przekazywano w domach, przez pokolenia, razem z rzeczami, które nazywały. Tłumaczy również, czemu obejmują naraz rolę, stado, sąd i pismo, a więc dziedziny, które zwykle przychodzą osobno.
Osobno trzeba odłożyć samą nazwę. Grecka kancelaria mówi o Węgrach konsekwentnie Turcy, ale tym samym słowem obejmowała Chazarów i inne ludy stepu, więc była to etykieta polityczna, a nie orzeczenie o mowie. Kto z tej nazwy wyprowadza turecki rodowód węgierszczyzny, myli szyld z zawartością sklepu.
- Jakiej odmiany tureckiego używali Kabarowie: oguryjskiej jak Bułgarzy nadwołżańscy, czy zwyczajnej.
- Czy byli źródłem większości pożyczek, czy tylko ostatnim ogniwem dłuższego kontaktu.
- Kiedy ich mowa zamilkła; po X wieku brak świadectwa o dwujęzyczności.
Skąd to wiadomoTraktat o zarządzaniu państwem, Konstantynopol, około 948-952, rozdział o Kabarach.
Stół, okno i kosa: słownik wsi wzięty od Słowian
Zapis po fakcieAsztal, ablak, kasza, szalma, szolga, király, megye: kilkaset słowiańskich wyrazów w najstarszej warstwie węgierszczyzny, od sprzętu domowego po urzędy.
Czytaj dalejDom po węgiersku umeblowano słowiańskimi słowami: asztal to stół, ablak okno, konyha kuchnia, pince piwnica, kulcs klucz, kalapács młotek, ebéd obiad, vacsora kolacja. Pole i obejście wyglądają tak samo, bo kasza to kosa, gereblye grabie, borona brona, járom jarzmo, szalma słoma, széna siano, zab owies, rozs żyto, len len, mák mak, bab bób, répa rzepa.
Sad i zagroda dokładają cseresznye, czyli czereśnię, szilva, czyli śliwę, macska, medve, galamb i csuka, czyli kota, niedźwiedzia, gołębia i szczupaka. Rzemiosło daje kovács, kowala, i takács, tkacza, a porządek społeczny szolga, sługę, paraszt, chłopa, pénz, pieniądz, szabad, wolny, király, króla, wzięte przez słowiańskie pośrednictwo od imienia Karola, megye, komitat od miedzy, wreszcie nádor, czyli palatyna, i vajda, czyli wojewodę.
Liczy się to rozmaicie, zwykle na kilkaset wyrazów w warstwie najdawniejszej i ponad tysiąc w całym zasobie. Wymowa takiej listy jest jednoznaczna: Węgrzy osiedli wśród rolniczej ludności słowiańskiej i przejęli od niej dom, narzędzie oraz kalendarz roboczy, przez pokolenia i we wspólnych wsiach. Węgierski nie stał się przez to słowiański, bo wszystkie te wyrazy odmieniają się końcówkami uralskimi. Osobno warto zapamiętać munka, czyli pracę, wziętą ze słowa o znaczeniu męki.
- Podział na warstwę południowo-, zachodnio- i wschodniosłowiańską pozostaje w wielu wyrazach nierozstrzygnięty.
- Liczby zapożyczeń zależą od tego, czy liczy się rdzenie, czy także wyrazy pochodne.
- Kiedy słowiańska mowa umilkła w kotlinie i czy gdzieniegdzie trwała jako wyspa językowa.
Skąd to wiadomoNajstarsze poświadczenia w aktach królewskich od 1055 roku i w kodeksach od XII wieku; słowiańskie nazwy miejscowe w dokumentach z XI-XIII wieku.
Nosówka w słowie szent datuje pożyczkę bez pomocy kroniki
Ułożone przy biurkuWęgierskie szent, péntek, galamb i szombat oddają dawne słowiańskie nosówki przez samogłoskę ze spółgłoską nosową. Pożyczono je, gdy nosówki jeszcze brzmiały.
Czytaj dalejDawna słowiańszczyzna miała samogłoski nosowe, a węgierski nie miał ich nigdy, więc rozłożył je na samogłoskę i spółgłoskę nosową, i tak zostało do dziś: szent, czyli święty, péntek, czyli piątek, pünkösd, pénz, rend, szomszéd, czyli sąsiad, szombat, galamb, czyli gołąb, abroncs, czyli obręcz, konkoly, czyli kąkol, munka, czyli praca.
Nosówki zanikły w większości mowy słowiańskiej w ciągu X i XI wieku, a do dziś brzmią w polszczyźnie. Skoro więc węgierski usłyszał je jeszcze jako nosowe i tak je odbił, wyrazy te weszły przed zanikiem albo od sąsiadów, u których nosówki wciąż trwały. Datowanie wychodzi z samego kształtu słowa i nie potrzebuje żadnego rocznika ani kroniki.
Taki rachunek jest w tej dziedzinie wszystkim, bo pokazuje, że regularna odpowiedniość nie jest ozdobą metody, lecz narzędziem pomiarowym. Trzeba jednak odmierzyć również jego granicę: kształt nosówki mówi, kiedy, ale nie mówi, kto. Nosowe samogłoski trwały w kilku okolicach naraz, więc na pytanie o dawcę tym sposobem się nie odpowie.
- Czy odbicie nosówki zawsze znaczy dawną pożyczkę, czy bywa skutkiem późniejszego dopasowania wyrazu w węgierskim.
- Które sąsiedztwo słowiańskie było dawcą — ten dowód tego nie rozstrzyga.
Skąd to wiadomoPostacie wyrazów poświadczone w dokumentach węgierskich od XI wieku wobec form słowiańskich zapisanych w tekstach z X i XI wieku.
Magyar, Ungri, Węgier: trzy warstwy w jednej nazwie
Ułożone przy biurkuWłasna nazwa magyar idzie od plemienia Megyer, obca od tureckiego Onogur przez słowiańskie usta — dlatego po polsku mówi się Węgier, z nosówką.
Czytaj dalejWłasne miano magyar wiąże się z nazwą plemienia, zapisaną w konstantynopolitańskim traktacie z połowy X wieku i w węgierskiej gescie z około 1200 roku. Jego pierwszy człon zestawia się z nazwą własną Mansów, a drugi z ugryjskim wyrazem oznaczającym człowieka. Tym samym mianem nazywają Węgrów arabskie opisy z początku X wieku.
Nazwa obca poszła zupełnie inną drogą. Roczniki spisywane na Zachodzie notują pod rokiem 862 nieznanych dotąd najeźdźców zwanych Ungri. Imię to wywodzi się od tureckiego Onogur, czyli dziesięciu plemion Ogurów znad Morza Azowskiego, i przeszło przez słowiańskie usta, które dodały nosówkę. Stąd polski Węgier i formy sąsiadów, a łacińskie H w Hungari dopisano później, kiedy Węgrów zaczęto wiązać z Hunami.
Jedno słowo niesie więc trzy warstwy naraz: turecką w rdzeniu, słowiańską w nosówce, łacińską w nagłosie. Jest przy tym najlepszym ostrzeżeniem w całym dziale, bo nazwa, którą lud nosi, bywa nadana przez kogoś innego, o kimś innym i z całkiem innego powodu, a z jej brzmienia nie da się wyprowadzić ani mowy, ani rodowodu.
- Czy drugi człon nazwy magyar to rzeczywiście ugryjskie słowo oznaczające człowieka; objaśnienie jest prawdopodobne, nie pewne.
- Kiedy dokładnie pojawia się nagłosowe H i czy wyłącznie przez skojarzenie z Hunami.
- Czy zapis z 862 roku dotyczy Węgrów, czy innej grupy stepowej.
- Drogę nazwy Onogur do łaciny prowadzi się i przez słowiańskie, i przez greckie pośrednictwo.
Skąd to wiadomoRoczniki z opactwa Saint-Bertin pod rokiem 862; traktat konstantynopolitański z lat około 948-952; arabskie opisy z początku X wieku; gesta anonimowego notariusza z około 1200 roku.
Pierwsze zdanie po węgiersku jest kazaniem nad grobem
Zapis z tamtych czasówWęgierskie słowa wchodzą do pisma w akcie z 1055 roku, a pierwszy ciągły tekst to kazanie pogrzebowe z około 1195. Mowa wchodzi do zapisu już ochrzczona.
Czytaj dalejAkt fundacyjny opactwa w Tihany z 1055 roku napisano po łacinie, ale w opis granic wsunięto kilkadziesiąt węgierskich wyrazów i nazw, a wśród nich cały zwrot o drodze wojskowej prowadzącej ku grodowi. To najobfitsza tak wczesna garść węgierszczyzny w dokumencie zachowanym w oryginale i zarazem najstarszy taki zapis w jakimkolwiek języku uralskim, choć pojedyncze węgierskie nazwy notowano już w aktach wcześniejszych.
Pierwszym tekstem ciągłym jest kazanie pogrzebowe z modlitwą, wpisane około 1192-1195 roku do kodeksu liturgicznego: dwadzieścia sześć wierszy kazania i sześć wierszy modlitwy. W tak krótkim urywku widać cały skład języka, bo stoją tam obok siebie rdzeń odziedziczony po uralskiej wspólnocie, turecka pożyczka w słowie na owoc, słowiańska w słowie na łaskę i grecko-łacińska w słowie na raj. Pierwszy wiersz poetycki, lament Marii, pochodzi z około 1300 roku.
Stąd wynika rzecz dla całego działu najważniejsza. Węgierski wchodzi do zapisu pół wieku po koronacji Stefana, na ciągłe zdanie każe czekać blisko dwieście lat i wchodzi jako język kościelny, bo pierwsze zdanie mówi o grzechu i o grobie. Cokolwiek Węgrzy mówili o swoich bogach przed rokiem tysięcznym, nie zostało zapisane po węgiersku ani razu, i dlatego żadnej listy tych bogów nie ma.
- Liczbę węgierskich wyrazów w akcie z 1055 roku podaje się rozmaicie, zależnie od tego, czy liczone są nazwy miejscowe.
- Datowanie kodeksu z kazaniem mieści się w przedziale kilku lat i opiera się na zawartości ksiąg, nie na dacie wpisanej.
- Pierwszeństwo aktu z Tihany liczy się wśród dokumentów zachowanych w oryginale; starsze akta z węgierskimi nazwami znane są w postaci spornej albo z odpisów.
Skąd to wiadomoAkt fundacyjny opactwa w Tihany, 1055; kazanie pogrzebowe z modlitwą w kodeksie liturgicznym, około 1192-1195; lament Marii w kodeksie z około 1300 roku.
Pismo karbowe Seklerów i to, czego w nim nie ma
Zapis po fakcieSeklerskie pismo karbowe należy do rodziny znaków stepowych, a zapisano nim daty, imiona i kalendarz świętych — ani jednej modlitwy do dawnego boga.
Czytaj dalejSeklerzy posługiwali się własnym pismem złożonym ze znaków nacinanych, pokrewnym runicznym alfabetom stepowym. Gesta o Hunach i Węgrach spisana około 1283 roku wspomina, że Seklerzy w górach posługują się literami, a przypisuje je sąsiadom, wśród których żyli, a kronika węgierska wydrukowana w 1488 roku podaje, że wycinają je na kijach. Z końca XV wieku pochodzi spis całego alfabetu, dopisany na wyklejce inkunabułu.
Zabytków datowanych jest niewiele. Należą do nich napis kościelny z Csíkszentmárton z 1501 roku, cegła z Székelyderzs znaleziona w 1929 roku, kilka napisów siedmiogrodzkich o spornym wieku oraz kalendarz świętych zapisany na lasce, znany z odpisu przechowywanego w Bolonii. Turecki rodowód mają zresztą i same słowa o pisaniu: betű, czyli litera, oraz ír, czyli pisze.
Tu wypada powiedzieć wprost, czego z tego zbioru nie wynika. W żadnym zachowanym napisie karbowym nie ma modlitwy do przedchrześcijańskiego boga ani imienia takiego boga. Są daty, imiona budowniczych, wezwania kościelne i wykaz świąt. Pismo przyszło ze stepu, wszystko natomiast, co nim zapisano, pochodzi z czasów chrześcijańskich.
- Wiek napisów niedatowanych bywa oceniany z rozrzutem kilkuset lat.
- Czy pismo przyszło z Węgrami w 895 roku, czy później od tureckojęzycznych sąsiadów w Kotlinie.
- Część głośnych zabytków okazała się nowożytna, więc każdy nowy napis wymaga sprawdzenia nośnika, nie tylko liter.
- Zdanie gesty z około 1283 roku czyta się dwojako: że litery są własne Seklerom albo że przejęli je od sąsiadów.
Skąd to wiadomoGesta o Hunach i Węgrach, około 1283; kronika węgierska wydrukowana w 1488; spis alfabetu na wyklejce inkunabułu z końca XV wieku; napis z Csíkszentmárton, 1501; cegła z Székelyderzs, znaleziona w 1929.
Spór z lat siedemdziesiątych XIX wieku, który nigdy się nie skończył
Ułożone przy biurkuW latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku toczono w Budapeszcie spór o to, czy węgierski jest ugryjski, czy turecki. Rozstrzygnęła go mowa, nie duma.
Czytaj dalejSpór, nazwany wtedy wojną ugrofińsko-turecką, toczył się w Budapeszcie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku, na łamach pism i na posiedzeniach akademii. Szło o to, czy węgierszczyzna wywodzi się ze wspólnoty znad Obu, czy ze stepu tureckiego, a materiał obu stron był w gruncie rzeczy ten sam: słowa i ich kształt.
Rozstrzygnięcie zapadło na gruncie rachunku. Materiał turecki, choć obfity, nie sięgał liczebników, nazw ciała ani końcówek i dawał się objaśnić jako pożyczka, odpowiedniości z językami obskimi układały się natomiast regularnie i obejmowały gramatykę. Od tej strony sprawa jest zamknięta od stu czterdziestu lat i żaden nowy materiał tego nie odwrócił.
Nie zamknęło to jednak sprawy poza samym językiem. Po klęsce z 1849 roku pokrewieństwo z niewielkimi ludami Syberii odbierano jako upokorzenie i wyśmiewano w prasie jako powinowactwo przez rybi tłuszcz, podczas gdy rodowód turecki, huński i scytyjski brzmiał dumnie. Spór o mowę przegrał, spór o godność trwa i wracał regularnie w XX oraz XXI wieku, za każdym razem poza rachunkiem językowym.
- Ile było w tym sporze argumentu, a ile polityki po 1849 roku — obie strony mieszały jedno z drugim.
- Czy dzisiejsze nawroty to ciąg dalszy tamtego sporu, czy odrębne zjawisko posługujące się tymi samymi hasłami.
Skąd to wiadomoWęgierskie druki i czasopisma z lat 1869-1889; wcześniejsze porównania ogłoszone w Kopenhadze w 1770 i w Getyndze w 1799 roku.
Sumer: rachunek, którego ta teoria nie wykonała
Ułożone przy biurkuZestawienia węgiersko-sumeryjskie ułożono w XIX i XX wieku z list podobnych słów. Między mową sumeryjską a pierwszym tekstem węgierskim leży ponad trzy tysiące lat bez zapisu.
Czytaj dalejKiedy w połowie XIX wieku odczytano pismo klinowe i okazało się, że sumeryjski nie jest ani semicki, ani indoeuropejski, zaczęto go zestawiać z węgierskim; pierwsze takie zestawienia ogłoszono drukiem w drugiej połowie XIX wieku. Postać masową rzecz przybrała na emigracji po 1945 i po 1956 roku, w książkach drukowanych w Buenos Aires i w Ameryce Północnej, a po 1989 roku wróciła na Węgry w przedrukach.
Rachunek wygląda następująco. Sumeryjski przestał być mową codzienną około 2000 roku przed naszą erą i przetrwał jako język pisma szkolnego oraz świątynnego. Pierwsze węgierskie wyrazy zapisano w 1055 roku, pierwszy tekst ciągły około 1195. Między jednym a drugim leży ponad trzy tysiące lat, z których nie ma ani jednego zapisu ogniwa pośredniego, a zestawu regularnych odpowiedniości głosowych nikt nie przedstawił. Bez niego zostaje sama lista brzmień.
Jest jeszcze pułapka w samym materiale. Brzmienia znaków sumeryjskich odczytujemy w umownej transkrypcji ustalonej w czasach nowożytnych, więc podobieństwo do dzisiejszej węgierszczyzny bywa po części wytworem sposobu zapisu. Budowa obu języków rozchodzi się zresztą wyraźnie: sumeryjski składa czasownik z długiego łańcucha przedrostków i odróżnia rzeczy żywe od nieżywych, węgierski buduje niemal wyłącznie przyrostkami i takiego podziału nie zna.
Druki węgierskie z drugiej połowy XIX wieku
- Tabliczki znalezione w 1961 roku w siedmiogrodzkiej Tartarii bywają przywoływane jako ogniwo; ich wiek jest sporny, a odczytania nie przedstawiono.
- Sumeryjski nie ma wykazanego pokrewieństwa z żadnym językiem świata; to nie przemawia ani za, ani przeciw, ale podnosi wymagania wobec dowodu.
- Zestawienia robi się zwykle z dzisiejszej węgierszczyzny, z pominięciem form z XII i XIII wieku, które brzmiały inaczej.
Skąd to wiadomoDruki węgierskie od lat siedemdziesiątych XIX wieku; wydawnictwa emigracyjne po 1945 i po 1956 roku; znalezisko z Tartarii w Siedmiogrodzie, 1961.
Skąd mowa, a skąd ludzie: to dwa osobne pytania
Ułożone przy biurkuKumanie w Królestwie Węgier zamienili mowę turecką na węgierską, nie zmieniając przodków. Rodowód języka i rodowód ludzi rozchodzą się regularnie.
Czytaj dalejPytanie o rodowód mowy i pytanie o rodowód ludzi mają osobne odpowiedzi, bo język można przejąć w dwa pokolenia. Najlepszy przykład leży w samym Królestwie Węgier: Kumanie, osadzeni tam w XIII wieku, mówili po turecku jeszcze w XVII stuleciu, a potem przeszli na węgierski, zachowując odrębny stan prawny i pamięć o sobie. Ich ojczenasz przechowywano z pamięci już wtedy, gdy język nie żył.
Drugi przykład stoi tuż obok. Naddunajscy Bułgarzy przyszli ze stepu z mową turecką i z turecką nazwą, zostawili po sobie napisy z tureckimi wyrazami pisanymi greckimi literami, a państwo, które założyli, mówi po słowiańsku. Nazwa przetrwała, mowa nie przetrwała, i nikt rozsądny nie wnosi z tego, że Bułgarzy byli ludem słowiańskim od zawsze.
Po stronie węgierskiej pomiary z cmentarzysk X wieku pokazują u części pochowanych wyraźny składnik wschodni oraz linie męskie spotykane także nad Obem i na Syberii Zachodniej, natomiast w dzisiejszej ludności Węgier te same linie są rzadkie i sięgają najwyżej kilku procent. Zdobywcy różnili się od sąsiadów, ich potomkowie już się nie różnią. Mowa przetrwała, rodowód się rozcieńczył, i żaden z tych faktów nie podważa drugiego.
- Ile pochówków zbadano i na ile są przedstawicielskie dla całej ludności zdobywców, a nie dla samej warstwy przywódczej.
- Udziały procentowe podawane dla dzisiejszej ludności zależą od doboru próby i od użytej metody.
- Z obecności linii wschodniej u pochowanego nie wynika, jakim językiem mówił za życia.
Skąd to wiadomoCmentarzyska z X wieku w Kotlinie Karpackiej, badane od końca XX wieku; kumański ojczenasz zapisany z pamięci w XVIII wieku; napisy naddunajskich Bułgarów z VIII i IX wieku.
Isten, ünnep, egyház: stare słowa bez starego znaczenia
Zapis po fakcieWęgierskie słowa na Boga, święto i kościół nie są ani łacińskie, ani słowiańskie. Każde poświadczone użycie jest jednak chrześcijańskie i o dawnym znaczeniu nie mówi nic.
Czytaj dalejWęgierski ma zestaw słów wiary, które nie przyszły ani z łaciny, ani ze słowiańskiego: isten to Bóg, ördög diabeł, áld błogosławi, átkoz przeklina, oba od jednego rdzenia, ünnep to święto złożone ze starego wyrazu o znaczeniu świętości i ze słowa dzień, egyház zaś to kościół rozumiany jako święty dom. Ze stepu przyszły natomiast boszorkány, czyli wiedźma, báj, czyli urok, sárkány, czyli smok, oraz búcsú, czyli odpust.
Tyle wiadomo i jest to niemało. Gdy misjonarze potrzebowali węgierskich słów na Boga, święto, kościół, błogosławieństwo i przekleństwo, zastali je gotowe i nie musieli niczego przekładać z łaciny. Rodowodu dwóch najważniejszych, isten i ördög, nie ustalono do dziś, a pierwszy człon w wyrazach ünnep i egyház zachował dawne słowo o znaczeniu świętości, które poza tymi dwoma złożeniami przepadło.
A teraz to, czego z tego wyprowadzić nie wolno. Wszystkie poświadczone użycia są chrześcijańskie: isten stoi w kazaniu z około 1195 roku jako imię Boga chrześcijan, egyház i ünnep występują w aktach oraz kodeksach jako instytucje kościelne. Forma wyrazu jest stara, jego dawny przedmiot nie zachował się nigdzie. Z samego słowa nie da się odczytać ani jednego imienia boga, i właśnie w tę lukę wstawiono w XIX oraz XX wieku gotowe panteony.
- Etymologia wyrazu isten ma kilka objaśnień i żadnego wykazanego.
- Czy pierwszy człon w egyház i ünnep to rzeczywiście dawny wyraz oznaczający świętość; objaśnienie jest prawdopodobne, nie dowiedzione.
- Czy bűn, czyli grzech, oraz gyón, czyli spowiada się, są pożyczkami tureckimi, czy wyrazami rodzimymi.
Skąd to wiadomoKazanie pogrzebowe z około 1195 roku; akty i kodeksy węgierskie z XI-XV wieku; zestawienia etymologiczne bez jakiegokolwiek świadectwa z epoki pogańskiej.
Znaki cięte w drewnie
Rovás: zabytki sprzed 1600 roku i to, co dopisano
Pismo seklersko-węgierskie istniało naprawdę i zostawiło po sobie ślad, który da się policzyć: dwie wzmianki kronikarskie, abecadło z końca XV wieku, datowany napis z 1501 roku, tekst wycięty w Konstantynopolu w 1515, kilka inskrypcji spod kościelnego tynku i elementarz z 1598 roku. Wszystko to powstało w chrześcijańskim królestwie i niesie treść chrześcijańską albo świecką, a imienia dawnego boga nie ma w tym zbiorze ani jednego. Dopiero po 1800 roku zaczęto do niego dokładać rzeczy, których nikt nigdy nie widział, albo takie, które pochodzą z zupełnie innej epoki. Poniżej metryka sprzed 1600 roku stoi osobno, a reszta osobno.
Najstarsza wzmianka: kronika Kézaiego o literach Seklerów
Zapis z tamtych czasówNajstarszy znany zapis o osobnym piśmie Seklerów powstał około 1283 roku, a więc blisko trzy wieki po chrzcie i już w chrześcijańskim królestwie.
Czytaj dalejZ tego zdania wolno wyprowadzić tyle, że w latach osiemdziesiątych XIII wieku na dworze królewskim wiedziano o odrębnym piśmie ludzi ze wschodniego pogranicza. Nie wolno wyprowadzić ani wieku tego pisma, ani jego pochodzenia, ani tego, co nim zapisywano, ponieważ kronikarz nie podał żadnej treści, nie narysował żadnego znaku i nie wymienił ani jednego imienia.
Simon Kézai, duchowny na dworze Władysława IV, spisał swoje Gesta Hungarorum między rokiem 1282 a 1285. W ustępie o Seklerach, których umieszcza w górach na wschodnim pograniczu królestwa, zanotował, że lud ten posługuje się literami sąsiadów, nazwanych przez niego Blakami, i sam zastrzegł, że powtarza rzecz zasłyszaną, a nie widzianą. To jedno zdanie jest najstarszą znaną wzmianką pisaną o odrębnym piśmie w Kotlinie Karpackiej, ale nie najstarszym śladem takiego pisania: starsze od niego są rzeczy, nie słowa, bo znaki cięte w kość i w glinę pochodzą stamtąd już z X wieku, a runiczne napisy z czasów awarskich są jeszcze o dwa stulecia dawniejsze.
Zdania tego nie znamy jednak z rękopisu z epoki. Dzieło Kézaiego dotarło do czasów nowszych przez osiemnastowieczny druk sporządzony z kodeksu, który potem zaginął, a wieku samego kodeksu nie ma już jak ustalić, bo nie ma go z czym porównać. Między autorem a jedynym zachowanym przekazem stoi pięć stuleci i co najmniej jedna cudza ręka, więc sam fakt istnienia wzmianki jest pewny, brzmienie pojedynczych wyrazów już nie, i tej różnicy nie da się dziś zamknąć.
- Kim są Blakowie Kézaiego i czy chodzi o Wołochów, nie zostało rozstrzygnięte.
- Wzmianka mówi o literach wziętych od sąsiadów, a nie o piśmie odziedziczonym ze stepu; odczytania tego ustępu idą w obie strony.
- Nie zachował się żaden trzynastowieczny rękopis tego dzieła.
- Kronikarz podaje wiadomość o literach jako zasłyszaną, nie jako rzecz obejrzaną.
Skąd to wiadomoGesta Hungarorum Simona Kézaiego, ok. 1282-1285; tekst znany z osiemnastowiecznego druku po zaginionym kodeksie
Kronika z 1488 roku: znaki cięte w kiju zamiast atramentu
Zapis z tamtych czasówDrukowana w 1488 roku kronika Thuróczyego opisuje pismo Seklerów jako rzecz wtedy żywą: nieliczne znaki rżnięte w drewno, bez papieru i bez atramentu.
Czytaj dalejJános Thuróczy, protonotariusz sądu królewskiego, ogłosił swoją Chronica Hungarorum w roku 1488, najpierw w Brnie, a kilka miesięcy później w Augsburgu. Pisząc o Seklerach osiadłych w Siedmiogrodzie, zaznaczył, że nie zapomnieli oni dawnych liter i posługują się nimi inaczej niż reszta królestwa: nie piórem po papierze, lecz nacinając niewiele znaków w kij albo w deskę, przy czym niewiele znaków niesie u nich dużo treści.
Kronikarz nazwał te litery scytyjskimi, tylko że nie jest to nazwa wzięta od Seklerów, lecz etykieta uczonej łaciny jego czasów, w której dwór węgierski wywodził się od Hunów i od ludów stepu. Nazwa niesie zatem pogląd piszącego na pochodzenie narodu, a nie wiedzę o pochodzeniu pisma, i nie może być brana za dowód w tej drugiej sprawie.
Wartość tej wzmianki bierze się z daty i z urzędu autora: człowiek z otoczenia sądu królewskiego opisuje w roku 1488 zwyczaj, który wtedy jeszcze trwał. Pergaminowe abecadło z Nikolsburga niesie objaśnienie niemal tej samej treści, tylko że zapisano je już po ogłoszeniu kroniki drukiem, więc zgodność obu przekazów wolno czytać dwojako: albo jako dwa głosy o jednej rzeczy, albo jako powtórzenie zdania kronikarza przez tego, kto wypisywał litery. Rozstrzygnąć tego nie ma czym.
- Określenie scytyjskie jest terminem uczonej łaciny XV wieku, a nie samookreśleniem Seklerów.
- Kronika nie podaje ani jednego przykładu tekstu i ani jednego znaku.
- Nie zostało wykazane, czy objaśnienie z karty nikolsburskiej powstało niezależnie od kroniki z 1488 roku, czy zostało z niej wzięte.
Skąd to wiadomoChronica Hungarorum Jánosa Thuróczyego, druki z Brna i z Augsburga, 1488
Abecadło z Nikolsburga: cały alfabet na jednej karcie
Zapis z tamtych czasówPergaminowa karta z około 1483 roku podaje komplet znaków z łacińskim objaśnieniem i nazywa je literami, które Seklerzy rzeźbią w drewnie.
Czytaj dalejNa karcie stoi czterdzieści sześć znaków. Są wśród nich litery dla głosek, których łacina nie zapisuje pojedynczym znakiem, są wiązania łączące dwie albo trzy litery w jeden kształt, są znaki oddające całe cząstki wyrazów, a na końcu osobne znaki liczbowe dla jedności, piątki, dziesiątki, pięćdziesiątki i setki, złożone na tej samej zasadzie co cyfry rzymskie.
Karta pochodzi z biblioteki w Nikolsburgu, dzisiejszym Mikulovie na Morawach, i służyła za kartę ochronną w oprawie druku z 1483 roku. Kiedy w 1933 roku rozprzedawano tamtejsze zbiory, kupiło ją na licytacji w Lucernie muzeum narodowe w Budapeszcie i od tego czasu przechowuje ją Biblioteka Narodowa imienia Széchényiego. Łaciński nagłówek opisuje wypisane znaki jako litery Seklerów, które ci rzeźbią i tną w drewnie, a więc mówi to samo co kronika z 1488 roku.
To najstarszy zachowany pełny spis znaków tego pisma i punkt odniesienia dla wszystkiego, co przyszło później. Rok 1483 jest jednak datą druku, w którego oprawie karta siedziała, a nie datą ręki, która ją zapisała: sam zapis sadza się dziś między rokiem 1490 a 1526, a więc już po ogłoszeniu kroniki z 1488 roku. Warto przy tym pamiętać, skąd karta wyszła: z warsztatu łacińskiego, gdzie znaki ustawiono w kolejności łacińskiego abecadła i objaśniono po łacinie, podczas gdy zabytki cięte nie podają listy liter, tylko zdania.
- Datowanie na około 1483 rok opiera się na druku i na charakterze ręki, a nie na dacie zapisanej na karcie.
- Kilku znaków z tej listy nie potwierdza żaden napis, a objaśnienie jednego z nich pozostaje niezrozumiałe.
- Nie wiadomo, czy spis odbija jeden miejscowy zwyczaj, czy jest złożeniem z kilku źródeł.
- Nowsze rozczytanie ręki sadza zapis między rokiem 1490 a 1526, a więc po kronice z 1488 roku, a nie przed nią.
Skąd to wiadomoKarta pergaminowa z abecadłem, ok. 1483; znaleziona w oprawie inkunabułu, od 1933 roku w Budapeszcie
Napis z 1501 roku i kamień, który zniknął w 1768
Zapis z tamtych czasówJedyny stary napis rowasem z wyciętą w nim datą roczną. Kamienia nie ma od 1768 roku, tekst znamy wyłącznie z osiemnastowiecznych odpisów.
Czytaj dalejInskrypcja siedziała w murze kościoła w krainie Csík, w dzisiejszym rumuńskim Siedmiogrodzie. Liczyła lata od narodzenia Pańskiego i podawała tysiąc pięćset pierwszy, a dalej wymieniała z imienia kowali, którzy robotę wykonali. Nie ma w niej ani modlitwy, ani wezwania, ani imienia świętego, ani tym bardziej imienia bóstwa: rachuba lat jest chrześcijańska, reszta rzemieślnicza, a całość to podpis pod wykonaną pracą.
W XVIII wieku kamień wyjęto z muru na żądanie dworu i wyprawiono do Wiednia. Do celu albo nie dotarł, albo przepadł na miejscu, w każdym razie od tamtej pory nikt go nie widział. Zostały odpisy sporządzone wcześniej w tym samym stuleciu, a te różnią się między sobą w kilku znakach, więc części odczytania nie ma już z czym porównać.
Mimo to napis pozostaje najmocniejszym punktem całego zbioru, ponieważ sam siebie datuje. Wszystkie inne inskrypcje kościelne trzeba datować pośrednio, po fazie muru i po warstwie tynku, a ta jedna podaje rok wprost i pada w tym samym czasie co kronika z 1488 roku i karta z Nikolsburga. Punkty niezależne od siebie są tu jednak dwa, nie trzy, bo karta mogła powtarzać to, co kronikarz wcześniej ogłosił drukiem.
- Odpisy różnią się między sobą, przez co odczytanie kilku imion pozostaje niepewne.
- Ten sam napis bywa wiązany z dwiema sąsiednimi miejscowościami, Csíkszentmiklós i Csíkszentmárton.
- Skoro kamienia nie ma, materiał i sposób wykonania znamy tylko z opisu.
- Rok wywiezienia kamienia i osobę, która je zarządziła, podaje się w piśmiennictwie rozbieżnie.
- Napis wiązany bywa z dwiema sąsiednimi wsiami, a odpisy nie rozstrzygają, w murze której z nich siedział.
Skąd to wiadomoInskrypcja kościelna z datą 1501; kamień wywieziony w 1768 roku i zaginiony, tekst z osiemnastowiecznych odpisów
Napis wycięty w Konstantynopolu w 1515 roku
Zapis z tamtych czasówZatrzymany nad Bosforem uczestnik poselstwa wyciął w ścianie rok 1515 i własne imię. Ściany dawno nie ma, tekst przetrwał w odpisie z 1553 roku.
Czytaj dalejZapis ma wartość podwójną. Pokazuje, że w drugim dziesięcioleciu XVI wieku człowiek z seklerskiego rodu umiał tym pismem ułożyć zdanie o sobie, i pokazuje, do czego pismo służyło: do znaku zostawionego na ścianie przez kogoś, kto nie wie, czy wróci do domu. Treść jest świecka i osobista, bez jednego słowa o wierze dawnej czy nowej.
Król Władysław II wyprawił do sułtana poselstwo, które zatrzymano nad Bosforem na lata. W roku 1515 jeden z jego uczestników, Sekler imieniem Tamás z Kede, wyciął rowasem na kamieniu wmurowanym w ścianę budynku, gdzie ich trzymano, krótki zapis: rok, liczbę posłów, imię tego, który czekał tam dwa lata, i własne imię. Jest to jedyny stary tekst tego pisma powstały poza Kotliną Karpacką.
Budynek i ściana przepadły, a napis znamy dlatego, że przerysował go do swojego dziennika podróży Hans Dernschwam, człowiek ze świty poselstwa cesarskiego, bawiący nad Bosforem i w Azji Mniejszej w latach 1553-1555; do rysunku dołożył nieudolną próbę objaśnienia. Sam dziennik czekał na druk aż do XX wieku, ale rysunek powstał ledwie cztery dziesięciolecia po wycięciu napisu w murze.
- Kopiujący nie znał tego pisma, więc część kształtów mogła ulec przekręceniu.
- Odczytania końcowej partii napisu różnią się między sobą.
- Nie wiadomo, czy napis powstał w roku wyprawy, czy dopiero po latach zatrzymania.
- Rok sporządzenia rysunku podaje się raz jako 1553, raz jako 1555, bo podróż trwała dwa lata.
- Napis datuje się na 1515 rok, a zarazem mówi o dwóch latach czekania, więc rok wyprawienia poselstwa wypada wcześniej i nie jest z niego wyprowadzalny.
Skąd to wiadomoNapis wycięty w 1515 roku w Konstantynopolu; znany z rysunku w dzienniku podróżnym z 1553 roku
Strop w Énlace, rok 1668: jeden Bóg wypisany rowasem
Zapis z tamtych czasówJedyny stary zabytek tego pisma, który stoi tam, gdzie go zrobiono. Napis z 1668 roku głosi jedyność Boga i podaje imię diakona.
Czytaj dalejZabytek przeczy wprost temu, co się dziś temu pismu przypisuje. Znaki sprzedawane jako spuścizna po dawnej wierze niosą tutaj wyznanie wspólnoty powstałej po reformacji, i to wyznanie ściśle doktrynalne, wymierzone w naukę o Trójcy. Napis jest przy tym malowany, a nie cięty, co pokazuje, że w XVII wieku pismo weszło już do warsztatu malarza.
Rok 1668 mieści się w czasie, gdy alfabet krążył wśród ludzi wykształconych za sprawą elementarza z 1598 roku. Nie jest więc ten napis świadectwem nieprzerwanego zwyczaju ludowego, tylko świadectwem tego, że w seklerskiej parafii ktoś ten alfabet znał, umiał go użyć poprawnie i uważał za godny stropu kościelnego.
Na kasetonowym stropie kościoła unitariańskiego w Énlace, dziś Inlăceni, wymalowano w 1668 roku napis rowasem. Treścią jest wyznanie jedyności Boga, podpis diakona i data roczna. Rozpoznano go ponownie po niemal dwustu latach, w 1864 roku, i pozostaje na swoim miejscu: z dawnych zabytków niosących rok jest jedynym, który daje się oglądać bez pośrednictwa odpisów i rysunków, bo kamień z 1501 roku przepadł, a inskrypcje odsłaniane spod tynku roku nie podają.
- Strop był w późniejszych wiekach odnawiany, a udziału późniejszej ręki w dzisiejszym kształcie liter nie ustalono.
- Odczytanie imienia diakona bywa podawane w dwóch wersjach.
Skąd to wiadomoMalowany napis na kasetonowym stropie kościoła w Énlace, 1668; odnaleziony ponownie w 1864 roku
Elementarz z 1598 roku i pismo jako zabawa uczonych
Zapis z tamtych czasówOd 1598 roku alfabet krąży jako podręcznik. Kto pisze rowasem po tej dacie, mógł się go nauczyć z książki, a nie od ojca przy struganiu kija.
Czytaj dalejJános Telegdi złożył w 1598 roku krótki wykład po łacinie, poświęcony literom, które nazwał starohuńskimi. Podał w nim abecadło, tablice zgłosek oraz teksty wypisane rowasem, w tym modlitwę pańską i wyznanie wiary. Oryginał zaginął, a dzieło znamy z odpisów siedemnastowiecznych, z których najstarszy sporządzono w 1610 roku w Giessen.
Kilka lat później siedmiogrodzki dziejopis István Szamosközy użył tego pisma we własnych notatkach, około 1604 roku, traktując je pół jako ozdobę, pół jako szyfr chroniący zapiski przed cudzym okiem. Podobnych rąk z XVII wieku jest więcej i wszystkie wychodzą z tego samego kręgu: ludzi po szkołach, piszących na papierze, a nie nacinających drewno.
Stąd bierze się reguła, bez której cały późniejszy materiał robi się bezużyteczny. Każdy tekst rowasem młodszy od 1598 roku trzeba najpierw sprawdzić, czy nie wywodzi się z tego wykładu, bo od tej pory abecadło chodziło po rękach w łacińskich odpisach i samo jego użycie nie dowodzi już istnienia żywego zwyczaju. Zasięg był przy tym wąski i uczony: druku z 1598 roku nikt nie ma w ręku, są odpisy, a te sporządzano w szkołach i kancelariach.
- Oryginał z 1598 roku zaginął, a odpisy różnią się zestawem i kształtem znaków.
- Nie zostało wykazane, czy zestaw liter u Telegdiego odbija zwyczaj seklerski, czy porządek ułożony przez niego samego.
- Nie wiadomo, skąd Telegdi wziął swój materiał ani czy widział jakiś napis cięty.
- Nie zachował się ani jeden egzemplarz druku z 1598 roku, więc nie zostało wykazane, czy wykład w ogóle wyszedł spod prasy, czy krążył wyłącznie w odpisach.
Skąd to wiadomoRudimenta priscae Hunnorum linguae Jánosa Telegdiego, 1598; odpisy od 1610 roku; notatki Szamosközyego, ok. 1604
Kij z kalendarzem świętych, odpisany w 1690 roku
Zapis z tamtych czasówNajdłuższy stary tekst rowasem to kalendarz kościelny wycięty na drewnianym kiju. Kij przepadł, papierowy odpis z 1690 roku leży w Bolonii.
Czytaj dalejW 1690 roku Luigi Ferdinando Marsigli, cesarski oficer prowadzący roboty w Siedmiogrodzie, natknął się na drewniany kij pokryty rowasem i przerysował go na papier w całości. Zapis obejmuje cały rok kościelny, święta i dni świętych po kolei, pisane od prawej do lewej, z nacięciami odmierzającymi kolejne dni tygodnia.
To najobszerniejszy stary tekst tego pisma, liczony w setkach wyrazów, i jego treść jest w całości katolicka. Pokazuje przy tym, do czego kij z nacięciami służył naprawdę: do rachowania dni i odmierzania roku, a więc do tego samego, do czego pasterze używali karbów jeszcze w XIX wieku, licząc na nich owce i dniówki.
Kij zaginął, papier przetrwał i znajduje się w Bolonii. Wiek samego kija wyprowadza się z tego, co na nim stoi: układ świąt odpowiada porządkowi węgierskiemu sprzed reformacji i sprzed reformy kalendarza, a to daje granicę górną, nie rok. Proponowane daty pierwowzoru rozchodzą się od okolic roku 1300 po początek XVI wieku, bo jest to datowanie z treści, nie z drewna, którego nie ma.
- Datowanie zaginionego pierwowzoru opiera się wyłącznie na spisie świąt.
- Kopiujący nie umiał czytać tych znaków, więc część kształtów i część wpisów może pochodzić z jego ręki.
- Nie wiadomo, czy kij był jednym przedmiotem, czy Marsigli złożył zapis z kilku.
- Rozrzut proponowanych dat pierwowzoru sięga dwustu lat i nie został zamknięty.
Skąd to wiadomoPapierowy odpis drewnianego kalendarza, sporządzony w 1690 roku w Siedmiogrodzie; przechowywany w Bolonii
Napisy spod tynku w seklerskich kościołach
Zapis z tamtych czasówKilka napisów wyszło spod tynku przy remontach: w 1944, w 1978 i w latach dziewięćdziesiątych. Żaden z nich nie ma w sobie daty rocznej.
Czytaj dalejKłopot z całą tą grupą jest jeden i poważny: żaden z tych napisów nie podaje roku. Wiek trzeba wyprowadzać z fazy budowy muru, z warstwy tynku, która napis przykryła, i z kształtu liter, przez co te same inskrypcje bywają sadzane raz w XII, raz w XV wieku. Trzysta lat różnicy nie jest tu drobiazgiem, bo rozstrzyga, czy pismo było w Siedmiogrodzie przed łacińską szkołą, czy dopiero obok niej.
Przy naprawach kościołów odsłaniano je kolejno przez cały XX wiek, od lat czterdziestych po dziewięćdziesiąte: napis na ścianie w Székelydálya, dziś Daia, dalszy w Vargyas, dziś Vârghiş, do tego zabytki z Bögöz i z Berekeresztúr. Osobno stoi kamień z wieży w Homoródkarácsonyfalva, dziś Crăciunel, bo ten nie wyszedł spod tynku, lecz jest ułamkiem odrzwi starszego kościoła, wmurowanym powtórnie w późniejszą wieżę: jego wiek i wiek muru, w którym tkwi, to dwie różne rzeczy.
Zabytki te mają jednak przewagę, której nie ma nic innego w tym zbiorze: są materialne i stoją w murze, więc daje się je oglądać, mierzyć i fotografować, zamiast czytać z cudzych odpisów. Treści większości z nich nie odczytano do dziś, a najobszerniejszy, ten ze ściany w Székelydálya, pozostaje nierozwiązany; tam, gdzie odczytanie się udaje, wychodzą imiona i krótkie zapiski, nie zdania o wierze. Z napisu nieodczytanego nie wolno przy tym wyprowadzać niczego w żadną stronę.
- Datowanie każdego z tych napisów jest sporne, a rozrzut proponowanych dat sięga trzystu lat.
- Przy części znaków nie ma zgody, czy to litery, czy znaki kamieniarskie.
- Autentyczność pojedynczych zabytków z tej grupy bywa podawana w wątpliwość.
- Najobszerniejszy z tych napisów, ze ściany w Székelydálya, nie doczekał się przyjętego odczytania.
- Lata odsłonięcia poszczególnych inskrypcji podaje się rozbieżnie.
- Kamień z Homoródkarácsonyfalva jest wtórnie użytym ułamkiem starszych odrzwi, więc datowanie po murze wieży daje tylko granicę, do której musiał już istnieć.
Skąd to wiadomoInskrypcje odsłonięte przy remontach kościołów: Homoródkarácsonyfalva 1944, Székelydálya 1978, Vargyas lata dziewięćdziesiąte XX wieku
Jak to pismo działa: od prawej, kątowo, z wiązaniami
Zapis z tamtych czasówWiersz biegnie od prawej do lewej, kształty są kątowe, bo nóż po drewnie nie zatacza łuków, a liczby składa się jak cyfry rzymskie.
Czytaj dalejW zabytkach ciętych wiersz biegnie od prawej do lewej, a litery składają się z prostych kresek stawianych w poprzek słojów. Krzywizn prawie nie ma i nie jest to ozdoba ani styl, tylko skutek narzędzia: nóż albo dłuto prowadzi po drewnie linię prostą jednym pociągnięciem, a łuk trzeba żłobić w kilku ruchach i na włóknie zawsze wyjdzie krzywo.
Znaków podstawowych jest ponad trzydzieści, w tym osobne litery dla głosek, które łacina zapisuje dwuznakami. Dochodzą do tego wiązania zbijające dwie lub trzy litery w jeden kształt oraz zwyczaj opuszczania samogłosek, przez co krótki napis daje się czasem odczytać na kilka sposobów i spór o jego treść nie ma jak się rozstrzygnąć bez dłuższego kontekstu.
Liczby pisze się kreskami i znakami dla jedności, piątki, dziesiątki, pięćdziesiątki i setki, składanymi na tej samej zasadzie co cyfry rzymskie; skąd ta zasada się tu wzięła, nie zostało wykazane, bo nacinanie kija i rachuba rzymska dochodzą do podobnego wyniku niezależnie od siebie. Sama nazwa pisma idzie od czasownika oznaczającego nacinanie, natomiast węgierskie słowo na literę, betű, przyszło z tureckiego wyrazu oznaczającego pismo: dwie warstwy językowe w jednym zdaniu.
- Liczba liter różni się między zabytkami a elementarzami i nie ma jednego kanonu sprzed 1600 roku.
- Opuszczanie samogłosek sprawia, że część odczytań krótkich napisów pozostaje nierozstrzygalna.
- Nie wszystkie wiązania z abecadła z Nikolsburga mają potwierdzenie w napisach.
Skąd to wiadomoZabytki cięte sprzed 1600 roku, abecadło z ok. 1483 i kalendarz znany z odpisu z 1690 roku
Rachunek: co ma metrykę sprzed 1600 roku
Zapis z tamtych czasówCały stary zbiór mieści się na jednej stronie: dwie wzmianki, jedno abecadło, kilka napisów i elementarz. Ani jednego imienia bóstwa.
Czytaj dalejWniosek trzeba postawić wprost, bo inaczej cała reszta działu wisi w powietrzu. Z tego materiału nie da się wyjąć ani jednego zdania o wierze sprzed chrztu, ponieważ nie ma w nim imienia żadnego boga, nazwy żadnego obrzędu ani formuły zaklęcia. Gdziekolwiek pokazują pogańską modlitwę wypisaną rowasem, należy zapytać o rok jej pierwszego ujawnienia, a ten dotąd zawsze wypadał po 1800.
Przed rokiem 1600 stoją: wzmianka kronikarska z około 1283 roku, druga z 1488, pergaminowe abecadło z przełomu XV i XVI wieku, datowany napis z 1501, tekst wycięty w Konstantynopolu w 1515, kilka nieopatrzonych datą inskrypcji kościelnych, uczony wykład o literach z 1598 oraz kalendarz znany z odpisu z 1690 roku, którego pierwowzór sadza się przed reformacją. Tyle jest wszystkiego i nic ponadto.
Treść tego zbioru daje się wyliczyć równie krótko: imiona rzemieślników i gospodarzy kościelnych, rok liczony od narodzenia Pańskiego, ślad po człowieku zatrzymanym za granicą, kalendarz świąt, modlitwa pańska i wyznanie jedyności Boga. Wszystko to powstało w chrześcijańskim królestwie, od trzystu do sześciuset lat po chrzcie z roku tysięcznego, i w żadnym miejscu nie wychodzi poza sprawy kościoła albo rzemiosła.
- Nie zostało wykazane, czy inskrypcje kościelne sięgają przed XV wiek.
- Pojedyncze przedmioty z X wieku ze znakami nie zmieniają tego rachunku, bo niosą po kilka znaków i żadnego pewnie odczytanego zdania.
- Zbiór jest mały, więc każde nowe znalezisko może go zmienić; dotąd żadne go nie zmieniło.
- Zaliczenie kalendarza do zbioru sprzed 1600 roku opiera się na datowaniu z treści, bo samego przedmiotu nie ma.
Skąd to wiadomoZestawienie zabytków datowanych przed 1600 rokiem
Pokrewieństwo z pismami tureckimi i luka między nimi
Ułożone przy biurkuCzęść znaków zgadza się z pismem tureckich kaganatów co do kształtu i głoski, ale między VIII a XV wiekiem nie ma ani jednego datowanego ogniwa.
Czytaj dalejNad rzeką Orkon w Mongolii stoją kamienie postawione dla Kül Tegina w 732 i dla Bilge kagana w 735 roku, pokryte tureckim pismem runicznym; podobne napisy znane są znad Jeniseju, a odczytano je w 1893 roku. Część znaków abecadła seklerskiego zgadza się z tureckimi i co do kształtu, i co do wartości głoskowej, od kilku do kilkunastu, zależnie od tego, jak ostro postawić wymóg zgodności.
Zgodność kształtów jest faktem, który daje się rozpisać w tabeli, i nikt jej nie podważa. Ciągłość przekazu ze stepu do Siedmiogrodu nie została wykazana, ponieważ brakuje rzeczy, które by ją poświadczyły. Kilka znaków przypomina przy tym litery greckie i głagolickie, a abecadło seklerskie ma znaki dla głosek, których pismo tureckie w ogóle nie rozróżnia.
Między kamieniami ze stepu a pergaminem z przełomu XV i XVI wieku nie ma ani jednego datowanego zabytku z dłuższym tekstem węgierskim pisanym tymi znakami. Przedmioty ze znakami z tego czasu owszem są, i to z Kotliny Karpackiej: awarskie z VIII wieku, węgierskie z X. Żaden nie niesie odczytanego zdania, więc luka licząca około siedmiuset lat jest brakiem czytelnego tekstu, a nie brakiem rzeczy – i to wystarczy, żeby ciągłości przekazu nie dało się pokazać.
- Zestaw znaków uznawanych za zgodne zmienia się zależnie od przyjętego kryterium.
- Nie zostało wykazane, czy podobieństwo bierze się ze wspólnego rodowodu, z późniejszego zapożyczenia, czy stąd, że nóż po drewnie sam narzuca proste kształty.
- Kierunek pisma i zasada opuszczania samogłosek są wspólne, ale spotyka się je także w pismach semickich.
Skąd to wiadomoKamienie znad Orkonu z lat 732 i 735, napisy znad Jeniseju, abecadło z ok. 1483 roku
Runiczne napisy z Kotliny Karpackiej: nieodczytane
Zapis z tamtych czasówZłote naczynia ze skarbu znalezionego w 1799 roku i igielnik z 1983 noszą pismo runiczne starsze od zabytków seklerskich. Nikt go nie odczytał.
Czytaj dalejTrzeciego lipca 1799 roku pod Sânnicolau Mare wykopano skarb dwudziestu trzech złotych naczyń o łącznej wadze blisko dziesięciu kilogramów. Część z nich nosi napisy greckie, część runiczne, a języka tych drugich nie ustalono. Skarb trafił do Wiednia i stoi tam do dziś, a żadnego odczytania napisów runicznych nie przyjęto: kolejne propozycje z dwóch stuleci podają różne języki i różne treści.
W 1983 roku w grobie z czasów awarskich w Szarvas znaleziono kościany igielnik pokryty blisko sześćdziesięcioma znakami runicznymi. To najdłuższy tekst tego rodzaju z Kotliny Karpackiej, sadzany w VIII wieku, a przedmiotów z pojedynczymi znakami z tamtego czasu jest więcej, między innymi z Jánoshidy i z Környe. Odczytania proponowano, w tym takie, które widzi w igielniku zaklęcie ochronne, żadnego jednak nie udało się sprawdzić na drugim zabytku i żadne nie zostało przyjęte; kto powołuje się na treść tych napisów, powołuje się na cudzą propozycję, nie na odczytany tekst.
Rachunek wygląda tak: te zabytki są starsze od wszystkiego, co seklerskie, o sześć do siedmiu stuleci, a ich zasób znaków pokrywa się z abecadłem z Nikolsburga tylko częściowo i nie daje się na nie nałożyć. Kto nazywa je węgierskim rowasem, zszywa dwa zbiory, których nie łączy żaden odczytany tekst. Że oba należą do rodziny stepowych pism runicznych, powiedzieć można; że jedno jest przodkiem drugiego, nie zostało wykazane.
- Żaden z tych napisów nie ma odczytania, które dałoby się niezależnie sprawdzić.
- Nie rozstrzygnięto, czy zabytki z czasów awarskich zapisano jednym pismem, czy kilkoma.
- Język napisów ze skarbu bywa określany jako turkijski, ale jego przynależność pozostaje otwarta.
- Odczytanie igielnika z Szarvas jako zaklęcia jest propozycją jednego badacza i nie zostało potwierdzone na żadnym innym zabytku.
Skąd to wiadomoSkarb wykopany 3 lipca 1799 roku pod Sânnicolau Mare; igielnik z grobu awarskiego, Szarvas 1983
Przedmioty z X wieku, na których ktoś ciął znaki
Zapis z tamtych czasówBlaszka z kołczanu i ułamek dyszy z huty żelaza noszą po kilka znaków. Datowanie przedmiotów jest mocne, odczytanie znaków nie jest.
Czytaj dalejWiek obu rzeczy stoi mocno, bo wynika z grobu i z datowanego warsztatu, a nie z kształtu liter, co odróżnia je od inskrypcji kościelnych. Odczytanie stoi słabo: na każdym z przedmiotów widnieje po kilka znaków, bez pełnego zdania, a dla ułamka dyszy podano więcej niż jedną propozycję odczytania i każda daje inne słowo.
Wynika z tego tyle, że w X wieku ktoś w Kotlinie Karpackiej ciął znaki z tej rodziny w kość i w glinę, a więc umiejętność była na miejscu przed chrztem. Nie wynika ani jedno imię, ani jedno zdanie, ani jedno świadectwo o wierze. To są ślady umiejętności pisania, a nie zapisy treści, i tak trzeba je podawać.
Z dziesiątego wieku pochodzą dwa przedmioty stale przywoływane w tej sprawie: kościana blaszka z kołczanu z grobu w Homokmégy-Halom oraz ułamek glinianej dyszy z warsztatu hutniczego w Bodrog-Alsóbű, odsłoniętego wykopaliskami pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Znaki na dyszy wycięto w miękkiej glinie przed wypaleniem, powstały więc razem z przedmiotem i nikt ich nie dorobił później.
- Odczytania ułamka dyszy z Bodrog-Alsóbű różnią się między sobą.
- Przy części znaków nie rozstrzygnięto, czy to pismo, czy znaki własnościowe albo warsztatowe.
- Związek tych znaków z abecadłem z 1483 roku opiera się na podobieństwie kształtów, nie na odczytanym tekście.
Skąd to wiadomoWykopaliska w Bodrog-Alsóbű, koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku; blaszka z kołczanu z grobu w Homokmégy-Halom, X wiek
Napisy podrobione i te, których nikt nie widział
Ułożone przy biurkuOd XIX wieku zaczęto dokładać do zbioru teksty bez przedmiotu: ogłaszano odczytania rękopisów, których nigdy nikomu nie okazano.
Czytaj dalejW 1873 roku wyszedł w Aradzie tom dawnych pieśni węgierskich, podany za odczytanie starych rękopisów pisanych rowasem. Rękopisów nigdy nie okazano, a język pieśni ma formy młodsze od wieku, który im przypisano. Po tej samej stronie stoi tak zwana drewniana księga z Turca, opisywana w XIX wieku i uznana za podróbkę, oraz kilka kodeksów ujawnionych dopiero w wieku następnym.
Obok, choć już nie pismem rowasem, działa ten sam mechanizm. Ujawniona w 1796 roku kronika Seklerów z Csík, podana za odpis z 1533 roku, dostarczyła nazw urzędów i imion brzmiących pogańsko, które do dziś krążą jako rdzennie węgierskie. Rok jej pojawienia się jest znany co do roku, pierwowzoru nie ma i nigdy nie było go komu pokazać.
Wszystkie te rzeczy mają jeden układ. Oryginał jest niedostępny, treść mówi dokładnie to, co chciało usłyszeć stulecie, w którym rzecz się pojawiła, a użyty alfabet bywa tym z późniejszych odpisów i wydawnictw, razem z literami, których nie zna żaden zabytek sprzed 1600 roku. Pierwsze pytanie brzmi więc zawsze tak samo: gdzie jest przedmiot i w którym roku pokazano go po raz pierwszy.
- Przy pojedynczych zabytkach spór o autentyczność trwa i nie został zamknięty.
- Granica między podróbką a nadgorliwym odczytaniem naturalnych rys bywa nieostra.
- Część podrobionych tekstów weszła do obiegu tak głęboko, że krąży dziś bez wskazania źródła.
Skąd to wiadomoTom pieśni ogłoszony w Aradzie w 1873 roku; kronika seklerska ujawniona w 1796 roku; dalsze rękopisy z XIX i XX wieku
Tabliczki z Tărtării wzięte na świadka
Ułożone przy biurkuTrzy neolityczne tabliczki wydobyte w 1961 roku pokazuje się od tamtej pory jako dowód, że pismo węgierskie jest najstarsze na świecie.
Czytaj dalejW 1961 roku na osadzie w Tărtării w Siedmiogrodzie wydobyto trzy małe gliniane tabliczki z rytymi znakami. Znaki należą do zasobu znanego z wykopalisk kręgu Vinča, prowadzonych w tej okolicy od końca XIX wieku, a warstwa wskazuje mniej więcej na lata pięć tysięcy trzysta do pięć tysięcy przed naszą erą. Tabliczki wypalono już w muzeum, dla utrwalenia, co odebrało możliwość bezpośredniego datowania.
Od lat sześćdziesiątych pokazuje się je jako dowód pierwszeństwa pisma węgierskiego. Rachunek jest prosty i nie wymaga żadnej teorii: osada jest starsza od pierwszego poświadczenia Węgrów gdziekolwiek na świecie o ponad sześć tysięcy lat, znakom nie przypisano wartości głoskowych, więc nie da się ich odczytać w żadnym języku, a podobieństwo kilku z nich do liter rowasu jest podobieństwem prostych rys.
Zostaje więc znalezisko ważne dla neolitu, obciążone przy tym wątpliwościami co do okoliczności wydobycia i co do układu warstw. Nie zostaje natomiast żaden most między glinianą tabliczką sprzed siedmiu tysięcy lat a ścianą kościoła w Siedmiogrodzie, na której w 1501 roku wycięto imiona kowala i jego towarzyszy wraz z datą roczną.
- Okoliczności znalezienia i układ warstw są kwestionowane.
- Nie zostało wykazane, że te znaki są w ogóle pismem, a nie znakami własności albo obrzędu.
- Podnoszono także zarzut, że tabliczki są nowsze, niż podano przy odkryciu.
- Datowanie warstwy podaje się w kilku wariantach, a rozrzut sięga kilkuset lat.
Skąd to wiadomoTrzy gliniane tabliczki wydobyte w 1961 roku na osadzie w Tărtării w Siedmiogrodzie
Odrodzenie pisma: od przedruku abecadła do Unicode
Ułożone przy biurkuDzisiejszy rowas to alfabet odtworzony z elementarza i z karty z Nikolsburga, uzupełniony o litery, których nie zna żaden stary zabytek.
Czytaj dalejOd ostatniej ćwierci XIX wieku alfabet zaczęto przedrukowywać i uczyć jako pismo starowęgierskie, poza jakimkolwiek miejscowym zwyczajem, a po 1933 roku doszła do tego karta z Nikolsburga jako wzór najstarszy. Od lat trzydziestych XX wieku rozchodził się przez organizacje młodzieżowe i kursy wakacyjne, a po 1990 stał się zajęciem masowym, z krojami pisma, podręcznikami i zawodami w czytaniu.
Używanie kosztowało zmiany. Pismo skrojone pod zasób głosek z XV wieku trzeba było dopasować do dzisiejszej ortografii, więc dorobiono znaki dla q, w, x, y, dz i dzs, których nie ma w żadnym zabytku sprzed 1600 roku. Konkurencyjne normy z pierwszej dekady XXI wieku różniły się kształtami liter, a część nowego użycia biegnie od lewej do prawej, wbrew wszystkim zabytkom ciętym.
W czerwcu 2015 roku pismo weszło do Unicode w wersji ósmej, pod nazwą starowęgierskie, w zakresie od U+10C80 do U+10CFF, z osobnymi wielkimi i małymi literami, czyli z rozróżnieniem, którego stare zabytki nie znają. W tym samym roku przyjęto je również w węgierskiej normie krajowej, co dało mu miejsce w każdym systemie obsługującym pismo.
- Kanon kształtów nie jest jeden, a konkurencyjne normy rozchodzą się w szczegółach.
- Rozróżnienie wielkich i małych liter oraz pisanie od lewej do prawej to rozwiązania nowe, bez oparcia w zabytkach.
- Nie zostało wykazane, by między zwyczajem sprzed 1600 roku a dzisiejszym użyciem biegła ciągła nić przekazu.
Skąd to wiadomoWydawnictwa i normy XIX-XXI wieku; blok Unicode w wersji ósmej ogłoszonej w czerwcu 2015 roku
Rowas na tablicach przy wjeździe do wsi
Ułożone przy biurkuOd początku XXI wieku przy drogowskazach stają tablice z nazwą miejscowości pisaną rowasem. To znak dzisiejszy, nie średniowieczny.
Czytaj dalejW Kraju Seklerów w Rumunii te same tablice mają ciężar dodatkowy, ponieważ nazwa rowasem staje obok rumuńskiej i węgierskiej. Tablice bywały tam stawiane i zdejmowane, sprawa trafiała do urzędów i do gazet, a znak pisma stał się przez to argumentem w sporze o język, o szyld i o zakres samorządu, czyli o rzeczy całkiem dzisiejsze.
Rachunek jest krótki i warto go postawić na końcu działu. Tablice są prawdziwe, datowane i dobrze świadczą o tym, czego chciał początek XXI wieku. Nie świadczą natomiast o średniowieczu: kto czyta nazwę wsi wypisaną rowasem, czyta napis postawiony po roku 2000, alfabetem uzupełnionym w XX wieku o litery nieznane zabytkom.
Od pierwszych lat XXI wieku przy wjazdach do węgierskich wsi i miast zaczęto stawiać obok zwykłych tablic drogowych drugie, z nazwą miejscowości wypisaną rowasem. W ciągu dekady stanęły ich setki, choć ilu dokładnie, nie policzy nikt, bo rejestru nie ma, a stawiały je najczęściej miejscowe stowarzyszenia i prywatni darczyńcy, nie zarząd dróg, co widać po wykonaniu i po braku jednego wzoru.
- Liczba tablic i ich status prawny zmieniają się, a jednego rejestru nie ma.
- Zapis nazw nie trzyma się jednej normy, bo norm jest kilka.
- Część tablic powstała z inicjatywy prywatnej i bywa zdejmowana przez zarządców dróg.
Skąd to wiadomoTablice z nazwami miejscowości stawiane na Węgrzech i w Siedmiogrodzie od początku XXI wieku
Pogranicze pamiętało dłużej
Własne prawo, własne pismo, własny repertuar
Dwie wspólnoty mówiące po węgiersku żyły przez stulecia poza głównym nurtem: Seklerzy pod własnym prawem w siedmiogrodzkich stolicach, Czangowie jako katolicy w prawosławnej Mołdawii, przez dwieście lat bez kapłana znającego ich mowę. U jednych przetrwało pismo rżnięte w drewnie i pamięć o Hunach, u drugich modlitwa przekazywana wyłącznie z ust do ust oraz słownictwo znane z kodeksów XV wieku. Przy każdej grupie stoi tu data pierwszego dokumentu, w którym występuje pod własną nazwą, a osobno data, kiedy ułożono to, co dziś uchodzi za jej najstarszą treść.
Nazwa Seklerów w pierwszym dokumencie
Zapis z tamtych czasówNajstarszy pewny zapis ziemi Seklerów to przywilej Andrzeja II dla Sasów z 1224 roku; wcześniejsze wzmianki o nich w bitwach spisano dopiero w XIV wieku.
Czytaj dalejNazwa siedzi też w nazewnictwie miejscowym daleko od Siedmiogrodu, w okolicach naddunajskich i w dawnym komitacie Bihar, a jedna ze stolic seklerskich nosi imię przeniesione właśnie stamtąd. Osadnictwo w łuku Karpat było więc etapem, nie punktem wyjścia, i wiązało się z pilnowaniem przełęczy — co tłumaczy, dlaczego pierwszy dokument mówi o nich przy okazji wytyczania granic.
Przywilej, który Andrzej II wystawił w 1224 roku osadnikom niemieckim w Siedmiogrodzie, wyznacza granice ich ziemi, wciąga w nią ziemię Seklerów ziemi Sebes, a las Wołochów i Pieczyngów oddaje do wspólnego używania. Nie jest to jednak akt najstarszy: odnowione w 1222 roku nadanie dla Krzyżaków zwalnia ich od cła przy przejeździe przez ziemię Seklerów i przez ziemię Wołochów, a więc zna jedną i drugą jako obszar nazwany i opisany. Oba dokumenty mówią o Seklerach tym samym trybem, co o pozostałych ludach pogranicza: jako o zbiorowości osiadłej na własnym terytorium.
Kroniki dorzucają daty wcześniejsze, ale same są późniejsze. Czternastowieczny zwód dziejów królestwa opowiada, że w 1116 roku nad Olszawą, a w 1146 roku nad Fischą Seklerzy szli w pierwszym szyku razem z Pieczyngami i pierzchli przed nieprzyjacielem. Zapis ma zatem ponad dwieście lat opóźnienia względem wydarzenia, choć osobny szyk seklerski traktuje jako rzecz znaną i niewymagającą tłumaczenia.
- Z aktu granicznego nie wynika, od kiedy Seklerzy tam siedzieli: rok 1224 wyznacza dolną granicę zapisu, nie osadnictwa.
- Pochodzenie samej nazwy nie zostało wykazane; proponowano rdzeń turkijski i węgierski wyraz oznaczający straż, żadna z propozycji nie ma poparcia w źródle z epoki.
- Z tego, że osadnikom oddano ziemię Seklerów ziemi Sebes, wynika tylko tyle, iż tamtejsi Seklerzy przesunęli się dalej na wschód; kiedy to zrobili i skąd wcześniej przyszli, nie mówi żaden zapis z epoki.
- Nazwy miejscowe poza Siedmiogrodem dopuszczają więcej niż jedno wyjaśnienie: mogą znaczyć wcześniejszy postój, ale też późniejsze osadzenie oddziałów w głębi kraju, a kierunku przenosin nie rozstrzyga żaden dokument.
Skąd to wiadomoPrzywilej Andrzeja II dla Sasów siedmiogrodzkich (Andreanum), 1224; zwód kronikarski królestwa, XIV wiek, o wydarzeniach z 1116 i 1146 roku
Stolice, trzy stany i ziemia bez nadania
Zapis z tamtych czasówSeklerzy nie płacili podatku, szli na wojnę własnym szykiem i dziedziczyli ziemię w rodzie, bez królewskiego nadania. Tak opisuje ich prawo wydrukowane w 1517 roku.
Czytaj dalejZbiór prawa zwyczajowego królestwa, ułożony przez Stefana Werbőczyego i wydrukowany w 1517 roku w Wiedniu, poświęca Seklerom osobne miejsce. Stoi tam, że są ludem rządzącym się własnym obyczajem i że ich ziemia nie pochodzi z królewskiej donacji, więc po bezpotomnej śmierci nie wraca do korony, tylko przechodzi na krewnych. To jest sedno ich odrębności: nie przywilej, lecz inny tytuł do gruntu.
Trzy stany — primor, lófő, czyli konny, oraz pieszy — nie były szlachtą w rozumieniu komitatów; podatek zastępowała służba wojenna, a przy koronacji i królewskim weselu szła danina wołów znaczonych ogniem. W 1437 roku szlachta węgierska, Sasi i Seklerzy zawarli w Kápolna związek trzech narodów, odnawiany w 1438 i 1459. Po powstaniu z 1562 roku sejm w Segesvár zniósł część wolności i dużą część Seklerów wtrącił w poddaństwo.
Kraj seklerski dzielił się na stolice — Udvarhely, Csík, Maros, Sepsi, Kézdi, Orbai, Aranyos — a każda miała własny sąd, zgromadzenie i kapitana. Stolica Aranyos powstała najpóźniej: posiadanie tej ziemi przez Seklerów z Kézdi potwierdził w 1289 roku Władysław IV, powołując się na starsze nadanie. Apelacja szła nie do komitatu, lecz do sądu stolicy głównej w Udvarhely, a ponad nim do hrabiego Seklerów i do władcy.
- Osobne prawo nie jest dowodem osobnego pochodzenia; ta sama ustawa opisuje odrębnie także Sasów, sprowadzonych z zachodu w XII wieku.
- Układ zwany trzema narodami, zawarty w 1437 roku, to porozumienie trzech wspólnot uprzywilejowanych, nie spis ludów zamieszkujących Siedmiogród.
- Siedem stolic to stan z późnego średniowiecza, nie układ dany od początku: część wydzielono z większych, a trzy południowe zrosły się później w jedną jednostkę.
Skąd to wiadomoTripartitum Stefana Werbőczyego, druk 1517; akt związku z Kápolna, 16 września 1437; uchwały sejmu w Segesvár, 1562; potwierdzenie ziemi Aranyos, 1289
Hunowie z pola Csigle: opowieść z około 1283 roku
Zapis po fakcieNajstarszy tekst o pochodzeniu Seklerów powstał kilkadziesiąt lat po tym, jak weszli do dokumentów, i wywodzi ich od Hunów ocalałych po śmierci Attyli.
Czytaj dalejDzieło o Hunach i Węgrach, spisane około 1283 roku na dworze Władysława IV, opowiada, że po klęsce rozbijającej państwo Attyli trzy tysiące ludzi ocalało i schroniło się na polu zwanym Csigle. Bali się nosić imię Hunów, więc przyjęli imię Seklerów, a gdy Węgrzy wracali do Panonii, wyszli im naprzeciw i dostali udział w ziemi — nie na równinie jednak, tylko w górach, przy samej granicy.
Ten sam tekst dorzuca zdanie, które okazało się później najważniejsze: Seklerzy mieszkają pomieszani z Wołochami i mają używać ich liter. Autor nie mówi ani o piśmie hunijskim, ani o dziedzictwie ze wschodu — wyprowadza znaki od sąsiadów. Późniejsze przeróbki opowieści ten szczegół zatrą, a od XV wieku pismo zacznie być przedstawiane jako własność Seklerów od zawsze.
Kronika obrazowa z 1358 roku powtarza wersję o polu Csigle i o strażniczej służbie na granicy. Żaden z tych przekazów nie jest starszy od chrztu Węgier — wszystkie powstały w państwie chrześcijańskim, dla dworu, któremu Attyla był potrzebny jako poprzednik panującej dynastii. To nie unieważnia opowieści, ale wyznacza jej wiek i cel.
- Pole Csigle nie zostało zlokalizowane.
- Z tekstu pisanego w 1283 roku nie da się wyprowadzić ciągłości z V wiekiem; między Attylą a pierwszą wzmianką o Seklerach leży osiemset lat bez zapisu.
- Wywodzenie ich liter od Wołochów stoi w najstarszym źródle i nie zostało wyjaśnione; nie znaczy to jednak, że pismo seklerskie jest wołoskie.
- Trzy tysiące ocalałych to liczba z opowieści, nie z rachunku; w tym samym dziele okrągłe liczby wojsk i rodów porządkują wykład, a nie mierzą ludzi.
Skąd to wiadomoGesta o Hunach i Węgrach Szymona z Kézy, ok. 1283; Kronika obrazowa, 1358
Csaba i Droga Wojsk na niebie
Zebrane z ustSeklerzy nazywali Drogę Mleczną Drogą Wojsk i opowiadali, że wraca nią z odsieczą syn Attyli. Podanie zapisano z ust ludzi dopiero w XIX wieku.
Czytaj dalejRachunek zapisu wygląda inaczej niż rachunek opowieści. Imię Csaby jest średniowieczne, nazwę Drogi Wojsk zanotowano z ust ludzi w XIX wieku, a całość w kształcie znanym dziś ze szkolnych czytanek złożono w drugiej połowie XIX wieku, gdy podania zbierano i opracowywano literacko. Między jednym a drugim ogniwem nie ma żadnego zapisu pośredniego.
Syn Attyli imieniem Csaba pojawia się już w dziele z około 1283 roku: po klęsce odchodzi do Grecji, a stamtąd na wschód, do rodu ojca. Opowieść ludowa dopowiada resztę — Csaba z zastępem zjeżdża z nieba, gdy ziemi jego ludu grozi zguba, a szlak, którym jedzie, widać nocą, bo Droga Mleczna nosi w tej mowie nazwę Drogi Wojsk, hadak útja. Zapowiedzi powrotu w takim kształcie średniowieczny tekst nie zna; wyczytano ją z niego dopiero wtedy, gdy podanie było już spisane.
- Nazwa nieba nie datuje podania; ludy sąsiednie także nazywają Drogę Mleczną drogą, szlakiem albo śladem przejazdu.
- Nie zostało wykazane, by opowieść o powrocie Csaby była starsza niż kronikarska wzmianka o jego odejściu.
- Zjazd zastępu z nieba i nazwa Drogi Wojsk nie stoją w żadnym przekazie średniowiecznym; z Csabą łączy je dopiero piśmiennictwo XIX wieku.
Skąd to wiadomoGesta Szymona z Kézy, ok. 1283 (imię i zapowiedź powrotu); zapisy ludowe z Siedmiogrodu, XIX–XX wiek (nazwa Drogi Wojsk)
Co o piśmie seklerskim mówią dawne książki
Zapis po fakcieOd 1283 do 1536 roku kilka dzieł opisuje Seklerów rżnących litery w drewnie. Żadne z nich nie pokazuje alfabetu ani jednego całego zdania.
Czytaj dalejWszystkie te świadectwa mają jedną wspólną cechę: opisują pismo, ale go nie pokazują. Pierwszy spis znaków przychodzi dopiero z końca XV wieku i nie z kroniki, lecz z karty wklejonej w oprawę książki. Opisy mówią też o materiale — drewno, kij, karb — i to tłumaczy, dlaczego zabytków jest tak mało: nośnik nie przetrwa stulecia w ziemi ani na ścianie stodoły.
Gesta z około 1283 roku wspominają tylko tyle, że Seklerzy używają liter sąsiadów, i o drewnie nie mówią ani słowa. Kronika węgierska wydrukowana w 1488 roku mówi już wyraźnie: wycinają znaki w kijach na sposób karbów, a nieliczne kreski niosą wiele znaczeń. To samo powtarza opis królestwa pióra Mikołaja Oláha z 1536 roku, dodając, że niewiele znaków wystarcza im do zapisania długiej myśli.
- Z tego, że kronikarz XV wieku nazywa te znaki scytyjskimi, nie wynika ich pochodzenie; to język epoki, w której Węgrów wywodzono od Scytów.
- Podobieństwo części znaków do alfabetów tureckich ze wschodu jest widoczne, ale droga przekazu nie została udokumentowana ani jednym ogniwem pośrednim.
- Żadne z tych świadectw nie podaje liczby znaków ani ich kształtu; to, co dziś nazywa się alfabetem seklerskim, złożono z osobnych spisów, a najstarszy z nich jest od kroniki z 1488 roku starszy ledwie o kilka lat.
Skąd to wiadomoGesta Szymona z Kézy, ok. 1283; Kronika Węgrów Jana Thuróczyego, druk 1488; Hungaria Mikołaja Oláha, 1536
Pięć zabytków pisma rowasz i to, czego nie ma
Zapis z tamtych czasówAlfabet z około 1483 roku, napis kościelny z 1501, inskrypcja ze Stambułu z 1515, strop z 1668 i kalendarz przepisany w 1690 — tyle stoi na twardo.
Czytaj dalejNajstarszy pełny spis znaków znaleziono w 1933 roku w oprawie starego druku z Nikolsburga; kartę datuje się na czas około 1483 roku i zawiera ona kilkadziesiąt liter z węgierskimi nazwami. Napis z kościoła w Csíkszentmiklós nosi datę 1501, lecz znany jest wyłącznie z odpisów, bo mur rozebrano. Inskrypcję wyciętą w 1515 roku w Stambule przez człowieka z zatrzymanego tam poselstwa przepisał w 1553 roku podróżnik jadący tą samą drogą.
Rachunek jest krótki i trzeba go powiedzieć wprost. Między najstarszym zachowanym zabytkiem a najstarszym opisem pisma leży dwieście lat, wszystkie zachowane teksty pochodzą z czasów chrześcijańskich, a ich treść jest chrześcijańska albo kalendarzowa. Nie zachował się ani jeden napis tym pismem, który dałoby się umieścić przed chrztem Węgrów.
Dwa z tych zabytków można dziś obejrzeć: kartę z oprawy druku i strop. W kościele w Énlace kasetonowy strop pomalowano w 1668 roku, a wśród kasetonów biegnie napis rowaszem wyznający jedyność Boga i podający imię malarza; rok wymalowano obok, pismem łacińskim. Kalendarz świętych wyrżnięty na kiju przepisał w 1690 roku oficer cesarski przejeżdżający przez Siedmiogród, więc znany jest wyłącznie z odpisu, który przetrwał w Bolonii; sam kij nie przetrwał nigdzie.
- Datowanie karty z Nikolsburga opiera się na druku, w którego oprawie leżała, a nie na samym zapisie.
- Napisy z Homoródkarácsonyfalva i Vargyas bywają cofane do XIII wieku, ale podstawą datowania jest styl budowli, nie tekst.
- Brak napisów pogańskich nie dowodzi, że pisma wtedy nie było; dowodzi tylko, że nic takiego nie leży w rękach.
- Z pięciu pozycji tylko dwie są przedmiotami, które można wziąć do ręki; trzy pozostałe znane są wyłącznie z odpisów, a odpis dziedziczy pomyłki przepisującego.
- Rok 1515 przy inskrypcji stambulskiej pochodzi z odpisu zrobionego blisko czterdzieści lat później, a i sama data odpisu bywa podawana jako 1555, bo poselstwo bawiło tam z przerwami dwa lata.
Skąd to wiadomoAlfabet z Nikolsburga, ok. 1483 (znaleziony w 1933); napis z Csíkszentmiklós, 1501, w odpisach; inskrypcja stambulska, 1515, odpis z 1553; strop w Énlace, 1668; kalendarz boloński, odpis z 1690
Kronika czikska: rabonbanowie ułożeni w 1796 roku
Ułożone przy biurkuTekst pokazany na zjeździe rodzinnym w 1796 roku dał Seklerom pogańskich arcykapłanów, kamień ofiarny i dynastię rabonbanów. Nic z tego nie stoi w źródłach z epoki.
Czytaj dalejW 1796 roku pokazano w Siedmiogrodzie tekst podany za odpis dokumentu z 1533 roku, spisanego jakoby ze starszych jeszcze zapisków rodowych. Stoi w nim hierarchia urzędów — rabonban jako najwyższy sędzia i kapłan, niżej dostojnicy o tytułach znanych z dawnych kronik — obrzędy na wzgórzu Budvár, ofiary, święte kamienie, a wszystko z imionami i latami układającymi się w nieprzerwaną linię od czasów Attyli.
Tekst podważono już w XIX wieku, wskazując wyrazy i realia, których w 1533 roku być nie mogło, oraz brak jakiegokolwiek śladu tych urzędów w aktach stolic seklerskich, zachowanych obficie od XVI wieku. Mimo to rabonban, kamień ofiarny i „wiara praojców” weszły do obiegu i do dziś krążą jako wiedza o przedchrześcijańskich Seklerach.
Podobną drogę przeszedł drewniany kodeks turczański, znany z XVIII wieku, i kilka późniejszych spisów znaków. Mechanizm jest za każdym razem ten sam: skoro po Węgrach nie została żadna lista bóstw ani opis kultu sprzed chrztu, powstaje dokument, który odpowiada dokładnie na to pytanie, na które żadne prawdziwe źródło nie odpowiada.
- Podrobienie całości nie przesądza, że każde użyte tam słowo jest wymyślone; przesądza tylko, że tekst nie jest świadectwem z epoki, na którą się powołuje.
- Nie zostało wykazane, kto go ułożył ani kiedy dokładnie; pewna jest wyłącznie data ujawnienia, rok 1796.
- Rok 1533 stoi w samym tekście i niczego nie datuje: rękopisu z XVI wieku nikt nie widział, a wszystkie znane odpisy są równoczesne z pokazem z 1796 roku albo od niego młodsze.
Skąd to wiadomoTak zwana Kronika czikska, ujawniona w 1796, datowana w treści na 1533; akta stolic seklerskich od XVI wieku, w których tych urzędów nie ma
Csíksomlyó: odpust, figura i patrzenie w słońce
Zapis z tamtych czasówNajstarszy dokument o pielgrzymce do Csíksomlyó to list odpustowy z 1444 roku. Opowieść o bitwie z 1567 roku spisano dopiero trzysta lat później.
Czytaj dalejW 1444 roku papież Eugeniusz IV wystawił list zachęcający do wspierania budowy kościoła Najświętszej Panny w Csíksomlyó i wspominający tłumy, które się tam schodzą; to najstarszy pewny ślad ruchu pielgrzymkowego w tym miejscu. Stojącą w kościele lipową figurę Marii wyrzeźbiono około 1510–1520 roku, ma ponad dwa metry wysokości i należy do największych średniowiecznych figur pielgrzymkowych w tej części Europy.
Dzisiejszy odpust przypada na Zielone Świątki i wiąże się go z bitwą, w której katolicy z Csík mieli w 1567 roku odeprzeć wojsko wymuszające zmianę wyznania. Rzecz w tym, że opowieść tę zapisano po raz pierwszy w kronice zakonnej z końca XVIII wieku. Rok 1567 jest więc datą wydarzenia wewnątrz opowieści, a nie datą jej poświadczenia.
Ze zwyczajów zanotowanych z ust ludzi w XIX i XX wieku najgłośniejsze jest czuwanie na Małym Somlyó przed świtem w sobotę Zielonych Świątek i patrzenie we wschodzące słońce, w którym pielgrzymi wypatrują znaku Ducha. Zwyczaj jest poświadczony późno i wykonywany wewnątrz nabożeństwa; sam wschód słońca nie jest jeszcze dowodem obrzędu sprzed chrztu.
- Związek odpustu z rokiem 1567 nie został wykazany żadnym dokumentem z XVI wieku.
- Patrzenie w słońce bywa przedstawiane jako resztka kultu słonecznego; zapis jest dziewiętnastowieczny, a otoczenie liturgiczne.
- List z 1444 roku mówi o budowie kościoła i o schodzących się ludziach; słowa o pielgrzymce w nim nie ma, a odpust w dzisiejszym kształcie poświadczają źródła znacznie młodsze.
Skąd to wiadomoList odpustowy Eugeniusza IV, 1444; figura Marii, ok. 1510–1520; kronika franciszkańska z Csíksomlyó, koniec XVIII wieku; zapisy ludowe z XIX i XX wieku
Drukarnia w Csíksomlyó i śpiewnik z 1676 roku
Zapis z tamtych czasówFranciszkanin Jan Kájoni postawił w Csíksomlyó tłocznię i wydał w 1676 roku śpiewnik, po którym widać, co naprawdę śpiewano w kościele i obok kościoła.
Czytaj dalejJan Kájoni, zakonnik, organmistrz i kopista, uruchomił przy klasztorze w Csíksomlyó drukarnię i wydał w 1676 roku kancjonał katolicki: obszerny zbiór pieśni węgierskich i łacińskich rozpisany na cały rok kościelny. Zbiór nie powstał przy biurku — wiele tekstów ma w nim postać, w jakiej krążyły w ustach, z wariantami i zwrotami, których nie ma w łacińskich pierwowzorach.
Jeszcze więcej mówi rękopis muzyczny, który ten sam człowiek spisywał w latach 1652–1671. Obok pieśni kościelnych zanotował w nim tańce i melodie świeckie, część z nazwami wskazującymi na sąsiadów zza gór. Repertuar seklerski był więc już wtedy warstwowy, a granica między kościelnym a domowym przebiegała w poprzek tych samych melodii.
- Druk pokazuje to, co dopuszczono do druku; pieśni uznanych za nieprzystojne albo zabobonne w nim nie ma.
- Obecność melodii nazwanych wołoskimi nie rozstrzyga kierunku zapożyczenia ani wieku samej melodii.
- Rękopis spisywał człowiek kształcony w muzyce kościelnej i zapisywał to, co dało się ująć w nuty; melodia wyuczona ze słuchu i niemieszcząca się w tym zapisie nie zostawiła po sobie śladu.
Skąd to wiadomoCantionale Catholicum, Csíksomlyó 1676; rękopis muzyczny Jana Kájoniego, 1652–1671
Madéfalva 1764 i pięć wsi na Bukowinie
Zapis z tamtych czasów7 stycznia 1764 roku wojsko ostrzelało zgromadzonych Seklerów. Ocalali poszli za góry i to oni dopełnili węgierskie osadnictwo w Mołdawii.
Czytaj dalejCesarska reforma wciągała Seklerów do regularnych pułków pogranicznych, co znosiło ich dawny sposób służby i razem z nim resztę odrębności. 7 stycznia 1764 roku pod Madéfalvą wojsko otworzyło ogień do zgromadzonych, ginęły też kobiety i dzieci. Wydarzenie nazwano łacińskim słowem złożonym tak, by ukryte w nim cyfry rzymskie dawały rok 1764, i pod tą nazwą weszło do pamięci stolicy Csík.
Ta sama grupa przesiedlała się jeszcze trzy razy: w 1883 roku nad dolny Dunaj, w 1941 do Baczki, w 1945 w południowe Zadunaje. Za każdym razem przenosiła strój, pieśń i mowę stolicy Csík sprzed 1764 roku. Dlatego zapisy zrobione u niej w XX wieku pokazują stan starszy niż zapisy z tych samych okolic Siedmiogrodu, z których wyszła.
Ucieczka ruszyła natychmiast: całe rodziny przeszły przełęcze do Mołdawii, gdzie od dawna siedzieli katolicy mówiący po węgiersku. Część tych uchodźców zebrano potem na Bukowinie i osadzono w pięciu wsiach zakładanych w latach 1776–1786. Dwie z tych nazw są wezwaniami do Boga, dwie upamiętniają generała, który osadzenie przeprowadził, a jedna cesarza, z którego rozkazu wsie zakładano.
- Liczba zabitych pod Madéfalvą podawana bywa w setkach i nie została ustalona zgodnie.
- Uchodźcy z 1764 roku nie są początkiem węgierskiej Mołdawii, lecz ostatnią dużą falą; warstwy wcześniejsze są od nich o czterysta lat starsze.
- Nie wszyscy, którzy przeszli góry po 1764 roku, trafili na Bukowinę; część została w dolinach Mołdawii i wsiąkła w tamtejsze wsie, więc bukowińska piątka nie jest miarą całej fali.
Skąd to wiadomoAkta reformy pogranicza wojskowego i raporty z 7 stycznia 1764; dokumenty osadnicze na Bukowinie, 1776–1786; przesiedlenia z 1883, 1941 i 1945 roku
List z 1234 roku: katolicy za Karpatami
Zapis z tamtych czasówPapież Grzegorz IX skarży się w 1234 roku, że ludzie idący z Węgier na wschód przyjmują sakramenty od duchownych obrządku greckiego. To najstarszy zapis o tej ludności.
Czytaj dalejPo chrzcie kumańskiego wodza w 1227 roku arcybiskup ostrzyhomski założył za Karpatami biskupstwo dla Kumanów z siedzibą w Milkowie. W 1234 roku papież Grzegorz IX napisał do Beli, syna króla Węgier, że w granicach tej diecezji mieszkają ludzie zwani Wołochami, którzy są chrześcijanami, lecz trzymają się obrządku greckiego, i że Węgrzy oraz Niemcy przechodzący tam z królestwa przyjmują sakramenty właśnie od nich.
List nie jest opisem obyczaju, tylko skargą w sprawie jurysdykcji, i właśnie dlatego jest mocny w tym jednym punkcie: w 1234 roku po wschodniej stronie gór siedzieli już przybysze z Węgier, w liczbie, która niepokoiła Rzym. Biskupstwo przestało istnieć podczas najazdu mongolskiego w 1241 roku, a dokumentacja tamtejszego katolicyzmu urywa się na ponad sto lat.
- List mówi o ludziach z królestwa węgierskiego i nie nazywa ich Czangami; ta nazwa jest o pięćset lat młodsza.
- Z jednego listu nie wynika ciągłość osadnictwa przez najazd mongolski; następne akty przychodzą dopiero z drugiej połowy XIV wieku.
- Umiejscowienie tego biskupstwa w Milkowie opiera się na zapisach o stulecie młodszych; dokumenty z lat dwudziestych XIII wieku mówią o biskupstwie w ziemi Kumanów i miejsca nie nazywają.
Skąd to wiadomoList Grzegorza IX do królewicza Beli, 1234; założenie biskupstwa kumańskiego w Milkowie, 1228; biskupstwo w Seret, 1371
Ewangelie przepisane w Tatros w 1466 roku
Zapis z tamtych czasówNajstarszy węgierski przekład ewangelii ma w zakończeniu miejsce i datę: Tatros w Mołdawii, rok 1466. Przepisali go zbiegowie oskarżeni o husycką naukę.
Czytaj dalejKodeks z czterema ewangeliami po węgiersku kończy się notą kopisty: własne imię, imię ojca oraz wiadomość, że robotę skończono w Tatros nad rzeką tej samej nazwy w roku 1466. Miejscowość leży w Mołdawii, po wschodniej stronie Karpat. Do tego samego przekładu należą dwa inne zachowane rękopisy, z psalmami i z księgami proroków.
Kronika wydrukowana w 1488 roku podaje tło: dwaj duchowni oskarżeni o husycką naukę uciekli z południa królestwa do Mołdawii i tam przełożyli Pismo na mowę ojczystą. Przekład na język ludu był wtedy znakiem rozpoznawczym tej nauki, a Mołdawia — miejscem, do którego ręka węgierskiego biskupa nie sięgała.
Rzecz jest ważna z dwóch powodów. Po pierwsze, dowodzi, że w 1466 roku istniała w Mołdawii wspólnota węgierskojęzyczna na tyle liczna i osiadła, by opłacało się przepisywać dla niej księgi. Po drugie, pokazuje, że mowę tych ludzi zapisano wcześniej i staranniej niż mowę niejednej okolicy w samym królestwie.
- Nota kopisty datuje odpis, nie sam przekład; początek pracy bywa cofany o pół wieku, lecz bez oparcia w zapisie.
- Husytyzm tej wspólnoty poświadcza kronika z 1488 roku, spisana przez stronę, która tę naukę zwalczała.
Skąd to wiadomoKodeks monachijski, nota kopisty: Tatros, 1466; Kronika Węgrów Jana Thuróczyego, druk 1488
Wizytacja z 1648 roku: wieś po wsi, dom po domu
Zapis z tamtych czasówWysłannik Rzymu objechał w latach 1646–1647 katolickie wsie Mołdawii i policzył je po kolei. Jego sprawozdanie jest najlepszym spisem tej ludności przed XIX wiekiem.
Czytaj dalejMarek Bandinus, arcybiskup tytularny i administrator Mołdawii z ramienia Rzymu, objechał podległe sobie parafie w latach 1646–1647, a w 1648 złożył sprawozdanie. Idzie w nim miejscowość po miejscowości: ile domów, ile dusz, czy stoi kościół, czy ma dach, w jakiej mowie mówią ludzie i czy ktokolwiek rozumie kapłana. Rachunek zamyka się kilkoma tysiącami katolików w kilkudziesięciu osadach.
To ostatnie zdanie tłumaczy późniejszy kształt tamtejszej pobożności: modlitwy prowadził świecki śpiewak zwany deákiem, pogrzeby odbywały się bez księdza, a repertuar modlitewny szedł z ust do ust i nikt go nie poprawiał. Podobny obraz dają starsze relacje wizytatorów mołdawskich, między innymi ta z 1641 roku, choć żadna nie jest tak drobiazgowa.
Najmocniejszy jest w tym sprawozdaniu wątek języka. Biskupi tytułujący się od Bacău przebywali zwykle poza krajem, a duszpasterzy przysyłano z Italii i z ziem południowosłowiańskich; nie znali oni mowy wiernych, a wierni nie znali ich. Wizytator wraca do tego przy kolejnych parafiach: bez wspólnego języka nauka religii nie ma się jak odbyć, dzieci rosną bez niej, a wspólnoty utrzymują wiarę własnymi siłami.
- Liczby w sprawozdaniu są szacunkami wizytatora, robionymi w podróży i po to, by prosić Rzym o kapłanów znających mowę wiernych.
- Z braku takiego kapłana nie wynika, że treść modlitw była przedchrześcijańska; wynika tylko tyle, że nikt jej nie kontrolował.
- Sprawozdanie opisuje to, co wysłannik zdążył zobaczyć w dwóch latach objazdu; osady leżące poza trasą nie są w nim ani policzone, ani opisane.
Skąd to wiadomoSprawozdanie z wizytacji Marka Bandinusa, 1648 (objazd w latach 1646–1647); wcześniejsze relacje wizytatorów mołdawskich, m.in. z 1641 roku
Skąd wzięła się nazwa Czangów
Zapis po fakcieJako nazwa grupy wyraz ten wchodzi do zapisu dopiero około 1781 roku, w relacji księdza, który sam uciekł za Karpaty po wydarzeniach z 1764.
Czytaj dalejWyraz istnieje w mowie węgierskiej wcześniej niż nazwa ludzi: rdzeń oznacza chodzenie w bok i odłączanie się od reszty, a bywa też odnoszony do dźwięku fałszującego. Używano go jako przezwiska i jako nazwiska już w XVI wieku. Na oznaczenie wspólnot żyjących w Mołdawii pojawia się dopiero pod koniec XVIII wieku, w relacji księdza z Csíkdelne, który po roku 1764 sam schronił się za górami.
Pod jedną nazwą siedzą trzy różne warstwy ludzi. Najstarsza to Czangowie północni w okolicy Roman, wokół Szabófalvy, o mowie najbardziej odrębnej. Druga to Czangowie południowi pod Bacău. Trzecia to potomkowie Seklerów, którzy przeszli przełęcze w XVIII wieku i osiedli w dolinach Tatrosu, Tázló i Seretu. Osobno stoją Czangowie z Gyimesu, mieszkający już po siedmiogrodzkiej stronie przełęczy.
Nazwa jest zatem wtórna wobec rzeczy. Ludzie nią objęci są w Mołdawii poświadczeni od XIII wieku, a ich księgi od 1466 roku; przez cały ten czas dokumenty nazywają ich katolikami, Węgrami albo po prostu ludźmi z takiej a takiej wsi. Samo słowo niesie ocenę z zewnątrz — mówi, że ktoś odszedł na bok — a nie samookreślenie.
- Część tak nazywanych wspólnot nie używa tej nazwy o sobie i traktuje ją jako przezwisko.
- Wywodzenie nazwy od wędrówki i od fałszującego dźwięku to dwa różne tropy; żaden nie został rozstrzygnięty.
Skąd to wiadomoRelacja księdza Piotra Zölda o Węgrach mołdawskich, ok. 1781; użycia wyrazu jako przezwiska i nazwiska w zapisach XVI wieku
Mowa, która została w tyle
Zebrane z ustW mowie Czangów północnych trwają głoski i wyrazy znane z kodeksów XV wieku, a obok nich warstwa rumuńska sięgająca narzędzi, urzędu i nabożeństwa.
Czytaj dalejNajbardziej rzuca się w uszy wymowa spod Szabófalvy, gdzie głoska odpowiadająca węgierskiemu „s” brzmi jak syczące „sz”; od tego wzięła się żartobliwa nazwa tamtejszej mowy. Trwa tam również osobna głoska zapisywana jako „ly”, która w mowie węgierskiej dawno zlała się z inną, a także dawne końcówki i formy czasownika znane ze średniowiecznych rękopisów.
Słownictwo idzie w dwie strony naraz. Z jednej strony żyją w nim wyrazy poświadczone w kodeksach XV i XVI wieku, gdzie indziej dawno wyszłe z użycia; z drugiej wszystko, co przyszło po rozdzieleniu — urząd, szkoła, narzędzie, nabożeństwo — nosi nazwy wzięte z rumuńskiego, zwykle dopasowane do węgierskiej odmiany i akcentu.
Mechanizm da się opisać bez powoływania się na dawność samej wspólnoty. Mowa odcięta od ośrodka, od druku i od szkoły nie unowocześnia się razem z nimi: zachowuje to, co miała w chwili odcięcia, i łata braki z języka sąsiadów. Archaiczność jest więc skutkiem odległości, a nie dowodem na wcześniejszą datę osiedlenia.
- Archaizmy nie datują osadnictwa; to samo zjawisko widać u grup, które odeszły za góry dopiero w XVIII wieku.
- Mowa Czangów nie jest jednolita: różnica między północą a doliną Tatrosu bywa większa niż między niejedną parą dialektów w samych Węgrzech.
Skąd to wiadomozapisy mowy i pieśni robione w Mołdawii od połowy XIX wieku; porównanie z rękopisami węgierskimi XV i XVI wieku
Modlitwy, których nie ma w żadnym kancjonale
Zebrane z ustOd 1968 roku spisano dziesiątki tysięcy modlitw przekazywanych wyłącznie ustnie; najbogatszy zasób miała Mołdawia, a ich treść jest średniowieczna i chrześcijańska.
Czytaj dalejTreść nie jest przedchrześcijańska. Obrazy w nich zawarte — droga na Kalwarię, lament Matki, krwawy pot, drzewo krzyża — wywodzą się z późnośredniowiecznych rozmyślań o męce i z tekstów apokryficznych, które w XV wieku krążyły po całej łacińskiej Europie. Dawna jest forma przekazu i sposób odmawiania, a nie religia stojąca za treścią.
Osobno stoją zamawiania. Przeciw urokowi rzucanemu wzrokiem mówiono formułę nad wodą, w której gaszono węgle; przeciw przestrachowi lano roztopiony ołów do wody trzymanej nad głową chorego i czytano przyczynę choroby z zastygłej bryły. Obie czynności są poświadczone także u sąsiadów, w tradycji rumuńskiej i tureckiej, co pokazuje, jak szeroka jest ta wspólna warstwa.
W 1968 roku zanotowano od starej kobiety tekst modlitwy, którego nie było w żadnej książce nabożnej. Poszukiwanie podobnych przyniosło ich tysiące, a zasób najbogatszy i najlepiej zachowany znalazł się u Czangów mołdawskich. Modlitwy te szły wyłącznie z ust do ust, najczęściej po kądzieli, i odmawiano je o stałych porach doby albo w nagłej potrzebie.
- Ustny przekaz nie czyni tekstu starszym od jego treści; wiek modlitwy mierzy się motywem, a ten prowadzi do XIV i XV wieku.
- Lanie ołowiu bywa przedstawiane jako dziedzictwo szamańskie; ten sam zabieg wykonywano w tym samym czasie w Anatolii i na Bałkanach.
- Rozmiar zbioru podawany bywa w tysiącach i w dziesiątkach tysięcy, zależnie od tego, czy liczy się osobne teksty, czy każdy zanotowany wariant.
Skąd to wiadomozapisy modlitw ludowych prowadzone od 1968 roku; zapisy zamawiań ze wsi mołdawskich, XIX i XX wiek
Babba Mária i bogini ułożona w XX wieku
Ułożone przy biurkuCzangowie nazywają Marię Babba, co w ich mowie znaczy „piękna”. Wykładnia, że kryje się pod tym dawna bogini księżyca, powstała dopiero w XX wieku.
Czytaj dalejW mowie mołdawskich Czangów przymiotnik „babba” znaczy tyle co piękna albo śliczna i bywa dołączany nie tylko do imienia Marii. Nazwa Babba Mária odnosi się do Matki Bożej, a w praktyce najczęściej do tej figury z Csíksomlyó, do której przez pokolenia chodzono pieszo przez góry na Zielone Świątki, po kilka dni drogi w jedną stronę.
W drugiej połowie XX wieku pojawiła się i rozeszła wykładnia, według której pod tym przydomkiem kryje się przedchrześcijańska bogini księżyca, a pielgrzymka jest przebranym kultem niebieskim. Trzeba powiedzieć wprost: nie ma zapisu starszego niż XX wiek, który łączyłby to słowo z księżycem albo z jakąkolwiek boginią, a samo słowo jest w tej mowie zwykłym przymiotnikiem.
Rzecz jest wzorcowa dla całego działu. Po Węgrach nie została żadna lista bóstw sprzed chrztu, więc każde imię brzmiące archaicznie bywa w taką listę dopisywane. Sprawdzian jest zawsze jeden i ten sam: czy istnieje zapis z czasu, gdy rzecz miała trwać, czy tylko wykładnia ułożona później i dająca się datować co do dziesięciolecia.
- Znaczenie „piękna” jest w tej mowie poświadczone; znaczenie „księżycowa” nie jest poświadczone nigdzie.
- Pielgrzymka do Csíksomlyó jest udokumentowana od 1444 roku jako maryjna; nie ma śladu, by wcześniej istniał tam inny kult.
Skąd to wiadomozapisy mowy i zwyczajów czangowskich z XIX i XX wieku; wykładnia księżycowa — piśmiennictwo popularne od drugiej połowy XX wieku
1884: koniec węgierskiego kazania w Mołdawii
Zapis z tamtych czasówUtworzenie biskupstwa w Jassach w 1884 roku przesądziło o języku kościoła. Szkoły z węgierskim nauczaniem istniały tam tylko w latach pięćdziesiątych XX wieku.
Czytaj dalejW 2001 roku Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy przyjęło zalecenie w sprawie kultury tej mniejszości, wymieniając mowę, pieśń i nauczanie jako rzeczy wymagające ochrony. Dokument nie rozstrzyga sporu o pochodzenie grupy i dobrze robi, bo jest to pytanie do dokumentów i zapisów, nie do uchwały ciała politycznego.
W 1884 roku Leon XIII erygował biskupstwo w Jassach, a dwa lata później otwarto przy nim seminarium kształcące duchowieństwo na miejscu. Językiem nauczania, kazania i modlitwy publicznej został rumuński. Dla wspólnot, które przez pokolenia utrzymywały wiarę bez kapłana mówiącego ich mową, zmiana znaczyła tyle, że węgierski został tam, gdzie był: w domu, po kądzieli i na cmentarzu.
Szkolnictwo w tej mowie pojawiło się późno i na krótko. Po 1948 roku otwarto w mołdawskich wsiach szkoły z węgierskim językiem nauczania, a w Bacău szkołę, która kształciła dla nich nauczycieli; do roku 1959 zamknięto wszystko. Nauczanie wróciło dopiero po 2000 roku, najpierw w Klézse i Pusztinie, jako zajęcia dodatkowe prowadzone poza szkołą, z czasem częściowo wpuszczone do niej.
- Liczby mówiących po węgiersku w Mołdawii różnią się wielokrotnie zależnie od tego, czy pyta się o mowę domową, o wyznanie, czy o narodowość.
- Zmiana języka kościoła nie była pojedynczą decyzją jednego roku; 1884 to data aktu, nie data procesu, który trwał pokolenia.
- Liczba szkół z lat pięćdziesiątych podawana jest rozbieżnie, od kilkudziesięciu do stu z górą, bo inaczej liczy się osobną szkołę, a inaczej klasę z węgierskim językiem przy szkole rumuńskiej.
Skąd to wiadomoErekcja biskupstwa w Jassach, 1884; akta szkolne z Mołdawii z lat 1948–1959; zalecenie Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, 2001
Korona, zaraza i dekret
Obrzęd ustanawiany rozporządzeniem
Święta Korona nie była na Węgrzech wyłącznie klejnotem: w prawie ziemskim stała ponad królem jako właściciel majątków i jako ciało, którego szlachcic był członkiem, a wykradziona, wykupiona i trzykrotnie wywożona za granicę wracała za każdym razem z uroczystością państwową. Ta sekcja zbiera to, co państwo — królewskie, cesarskie, regencyjne i ludowe — robiło z obrzędem: ustanawiało go rozporządzeniem, przewoziło koleją, przenosiło na inny dzień i zabraniało. Stoi tu również rok 1831, kiedy urząd wszedł do wsi z kordonem, proszkiem do studni i zakazem odprowadzania zmarłych, a wieś odpowiedziała mu tak, jak sto lat wcześniej odpowiadała na szkodę, choć w aktach nie pada już ani razu słowo o czarach. Na końcu stoją pociągi z lat 1946–1948, które zamknęły wątek otwarty przywilejami dla osadników w XIII wieku.
Korona, do której należy każda piędź ziemi
Zapis z tamtych czasówW węgierskim prawie ziemskim właścicielem wszystkich majątków była Korona, nie król: po wymarciu rodu dobra wracały do niej, a szlachcic był jej członkiem.
Czytaj dalejZbiór prawa zwyczajowego, przedłożony sejmowi w 1514 roku i wydrukowany trzy lata później w Wiedniu, ustawił Świętą Koronę w miejscu, które gdzie indziej zajmował monarcha: to od niej pochodziło wszelkie posiadanie ziemi, a nie od władcy akurat panującego. Kiedy ród wymierał bez potomka męskiego, majątek nie przechodził na króla jako osobę, tylko wracał do Korony, a król rozdawał go dalej wyłącznie w jej imieniu.
Z tego samego zbioru pochodzi drugie pojęcie, które przetrwało do połowy XIX wieku: szlachcic jest członkiem Świętej Korony, a wszyscy jej członkowie mają jedną i tę samą wolność. Członkostwo obejmowało wówczas wyłącznie szlachtę, czyli kilka procent mieszkańców królestwa, i dopiero ustawy z 1848 roku rozciągnęły tę ramę na resztę. Korona przestawała w ten sposób być przedmiotem, a stawała się stroną prawa.
- Ze zdań tego zbioru nie wynika, że istniał zamknięty wykład o nazwie doktryna Świętej Korony: sama nazwa i uporządkowany system są młodsze od druku z 1517 roku o ponad trzy stulecia.
- Z prawnej podmiotowości Korony nie wynika nic o wierzeniach sprzed chrztu; zbiór z 1514 roku jest dziełem prawnika i posługuje się językiem prawa rzymskiego oraz kanonicznego.
Skąd to wiadomoTripartitum — zbiór węgierskiego prawa zwyczajowego ułożony przez Istvána Werbőczyego, przedłożony sejmowi w 1514 i wydrukowany w Wiedniu w 1517 roku
Osiemdziesiąt tysięcy złotych za odzyskanie przedmiotu
Zapis z tamtych czasówGdy koronę wykradziono z Wyszehradu, stany orzekły, że moc koronacji bierze się ze zgody mieszkańców kraju. Za zwrot przedmiotu zapłacono jednak osiemdziesiąt tysięcy złotych.
Czytaj dalejW nocy z dwudziestego na dwudziesty pierwszy lutego 1440 roku dworka królowej Elżbiety wyniosła koronę ze skarbca w wieży zamku wyszehradzkiego, a potem opisała to własną ręką — jedno z nielicznych świadectw, w których kobieta opowiada o swoim udziale w sprawie państwowej. Koronowany nią niemowlęcy Władysław Pogrobowiec opuścił kraj razem z przedmiotem, a korona została u Fryderyka III na dwadzieścia trzy lata.
Stany, które chciały koronować kogo innego, ogłosiły dwudziestego dziewiątego czerwca tego samego roku, że koronacja dziecka jest nieważna, ponieważ moc i skuteczność korony bierze się ze zgody mieszkańców kraju. Siedemnastego lipca w Székesfehérvárze arcybiskup ostrzyhomski włożył Władysławowi I koronę zdjętą z relikwiarzowego popiersia świętego Stefana. Prawo powiedziało wtedy wyraźnie, że liczy się wola, a nie metal.
Praktyka odpowiedziała inaczej. Układ zawarty w Wiener Neustadt dziewiętnastego lipca 1463 roku kosztował osiemdziesiąt tysięcy złotych za koronę i za Sopron, a Maciej Korwin, obrany królem w styczniu 1458 roku, dał się koronować dopiero dwudziestego dziewiątego marca 1464 roku, sześć lat po elekcji. Cena i zwłoka mówią razem tyle, że bez samego przedmiotu sprawy nie uznano za zamkniętą, choć prawo orzekło dwadzieścia trzy lata wcześniej coś przeciwnego.
- Z uchwały z 1440 roku nie wynika, że przedmiot uznano za wymienny na stałe: sześć lat bez koronacji i osiemdziesiąt tysięcy złotych mówią coś wprost przeciwnego.
- Wspomnienie dworki spisano około dziesięciu lat po zdarzeniu i pozostaje jedynym opisem samej kradzieży; przebiegu nocy nie potwierdza żaden drugi zapis.
- Osiemdziesiąt tysięcy złotych bywa przeliczane na roczny dochód królestwa, ale sam dochód szacuje się w rozpiętości kilkukrotnej, więc z takiego przeliczenia nie wychodzi żadna pewna proporcja.
Skąd to wiadomoWłasnoręczne wspomnienie Ilony Kottanner o nocy z 20 na 21 lutego 1440; przywilej stanów z 29 czerwca 1440; układ zawarty w Wiener Neustadt 19 lipca 1463
Strażnicy z wyboru sejmu, skrzynia pod pieczęciami
Zapis z tamtych czasówOd 1608 roku korona musiała leżeć w kraju, pod pieczęciami palatyna, trzech biskupów i trzech baronów, a jej dwaj świeccy strażnicy pochodzili z wyboru sejmu.
Czytaj dalejPo układzie wiedeńskim z 1606 roku sejm zapisał, że korona ma wrócić do kraju i spocząć na zamku w Pozsony. Skrzynię zamykano pod pieczęciami świeckich i duchownych dostojników wskazanych przez sejm, a otworzyć jej nie mógł nikt w pojedynkę, bez wiedzy pozostałych i bez zgody króla. Pierwszymi strażnikami z wyboru zostali wtedy Péter Révay i István Pálffy, obaj świeccy i obaj zaprzysiężeni do samego przedmiotu.
Urząd obsadzano osobliwie: strażników wybierał sejm, a nie mianował król, i pilnowano przy tym, by jeden z nich był katolikiem, a drugi ewangelikiem, przy czym przynajmniej jeden musiał stale przebywać przy skrzyni. Przedmiot dostał w ten sposób własną służbę, własną rotę przysięgi i własny przepis o dostępie, czyli wszystko to, co przysługuje instytucji, a nie klejnotowi ze skarbca.
- Przepis mówi o miejscu, kluczach i osobach, nie o czci: z artykułów z 1608 roku nie wynika żaden obrzęd religijny sprawowany przy koronie.
- Podział miejsc między katolików i ewangelików był warunkiem politycznym pokoju wiedeńskiego z 1606 roku, a nie śladem dawniejszego zwyczaju strzeżenia insygniów.
- Szczegóły zamknięcia skrzyni podaje się różnie: liczba pieczęci i grono dostojników, którzy je kładli, zmieniały się przy kolejnych przeniesieniach korony, więc jednego stałego obrazu z tego nie składa się bez naciągania.
Skąd to wiadomoArtykuły koronacyjne sejmu z 1608 roku, wykonujące układ wiedeński z 1606; ustanowienie urzędu dwóch strażników korony
Trzy razy wywieziona, trzy razy przywieziona z ceremonią
Zapis z tamtych czasówKorona wyjeżdżała z kraju na sześć lat, przeleżała cztery lata w ziemi i trzydzieści trzy lata za oceanem. Każdy z trzech powrotów odbył się jako uroczystość państwowa.
Czytaj dalejPiętnastego sierpnia 1849 roku ludzie wiozący insygnia dotarli pod Orszową, a ponieważ przekroczyć z nimi granicy nie sposób było, dwudziestego trzeciego sierpnia zakopali skrzynię przy drodze, nacięli znak na pobliskim drzewie i narysowali plan kryjówki. Ziemię otwarto ósmego września 1853 roku, a wydobyty przedmiot pojechał najpierw do Budy, potem do Wiednia i dopiero stamtąd wrócił.
Trzynastego kwietnia 1784 roku korona dojechała do Wiednia na rozkaz Józefa II, który nie dał się nią koronować i rządził Węgrami bez tego obrzędu przez całe panowanie. Zgodę na jej odesłanie wydał dopiero w styczniu 1790 roku, odwołując wtedy niemal wszystkie swoje rozporządzenia; przedmiot ruszył z Wiednia osiemnastego lutego i wracał przez Pozsony, Győr i Ostrzyhom do zamku w Budzie, odprowadzany przez chorągwie komitatów i nocne warty mieszczan.
W 1945 roku strażnicy zakopali koronę, jabłko i berło pod Mattsee w austriackiej ziemi, w przepiłowanej beczce po paliwie, po czym oddali się w ręce żołnierzy amerykańskich. Świętą Prawicę, ukrytą osobno, odesłano do kraju już w sierpniu tego samego roku, a resztę insygniów od 1953 roku przechowywano w skarbcu w Kentucky. Szóstego stycznia 1978 roku przekazano je z powrotem w gmachu parlamentu w Budapeszcie, po trzydziestu trzech latach nieobecności.
- Z tego, że przedmiot za każdym razem wracał, nie wynika ciągłość obrzędu: między koronacją z grudnia 1916 a przeniesieniem z 2000 roku nie odprawiono przy nim ani jednej uroczystości koronacyjnej.
- Opowieści o cudownym ocaleniu korony są komentarzem dopisanym później; każdy z trzech wyjazdów ma zwyczajną przyczynę, datę i papier urzędowy.
- Losy poszczególnych części insygniów rozeszły się w 1945 roku i opisuje się je różnie; pewne pozostają dwie daty: sierpniowy powrót Prawicy i przekazanie korony w styczniu 1978 roku.
- Ukrycie skrzyni pod Orszową w 1849 roku nie było wywiezieniem za granicę, bo miejsce leżało w granicach królestwa; korona wyjeżdżała z kraju dwa razy, a raz przeleżała cztery lata we własnej ziemi.
Skąd to wiadomoRozkaz Józefa II z 1784 i jego zgoda z 18 lutego 1790; zapis ukrycia insygniów pod Orszową z 23 sierpnia 1849 i odnalezienia 8 września 1853; protokół przekazania w parlamencie 6 stycznia 1978
Ziemia z komitatów: dwa kopce i jeden maszt
Zapis z tamtych czasówTen sam materiał, ziemia zwożona ze wszystkich komitatów, posłużył trzy razy: pod kopiec koronacyjny w 1867 i 1916 roku oraz pod maszt flagi w roku 1928.
Czytaj dalejZwyczaj sypania kopca, z którego świeżo koronowany król ciął mieczem w cztery strony świata, zaczął się w Pozsony ósmego września 1563 roku, gdy Székesfehérvár był już w rękach tureckich i koronować się tam nie sposób było. Ósmego czerwca 1867 roku kopiec stanął po peszteńskiej stronie Mostu Łańcuchowego, usypany z ziemi zwiezionej ze wszystkich komitatów kraju.
Wzór podchwycono w całym kraju i do końca lat trzydziestych stanęło około tysiąca takich masztów, każdy z własnym obchodem. Flagę trzymano na nich stale w połowie drzewca; do szczytu szła najwyżej na tydzień, i to tylko wtedy, gdy między 1938 a 1941 rokiem przybywało terytorium. Po 1945 roku maszty rozbierano, a części z nich zmieniono w 1948 roku nazwę i przeznaczenie.
Trzydziestego grudnia 1916 roku obrzęd powtórzono po raz ostatni, a przy koronacji zabrzmiał hymn węgierski. Dwanaście lat później, dwudziestego sierpnia 1928 roku, ten sam materiał trafił pod maszt na placu Szabadság w Budapeszcie: w podstawie złożono ziemię z gmin i z ziem odłączonych, rozsypaną do woreczków opisanych nazwami sześćdziesięciu trzech komitatów. Kopiec sypano z ziemi kraju, który jeszcze był cały, maszt z ziemi kraju, który cały być przestał.
- Ziemia z komitatów jest materiałem obrzędu nowożytnego, poświadczonym od XVI wieku; nie ma podstawy, by wiązać ją z czymkolwiek sprzed chrztu.
- Liczbę masztów podaje się z zestawień towarzystw, które je stawiały, a nie z rejestru urzędowego, więc bywa zaokrąglana w górę.
- Sposób obchodzenia się z flagą znany jest z regulaminów towarzystw, które maszty stawiały, a nie z jednego przepisu państwowego, więc i czas podnoszenia jej na szczyt bywał w każdej gminie inny.
Skąd to wiadomoKoronacje 8 września 1563 w Pozsony, 8 czerwca 1867 i 30 grudnia 1916; odsłonięcie masztu na placu Szabadság 20 sierpnia 1928
Przedmiot, przy którym składa się osobną przysięgę
Zapis z tamtych czasówKorona wróciła na herb w 1990 roku, do gmachu parlamentu w pierwszym dniu 2000, a od 2011 pilnuje jej warta wojskowa składająca przy niej osobną przysięgę.
Czytaj dalejTrzeciego lipca 1990 roku wolno wybrany sejm przywrócił herb z koroną nad tarczą, a wariant bez niej przepadł w głosowaniu. Dwudziestego pierwszego grudnia 1999 roku uchwalono ustawę o pamięci założenia państwa i o Świętej Koronie, która nakazała przenieść przedmiot razem z berłem, jabłkiem i mieczem z muzeum do gmachu parlamentu; przeniesienie odbyło się pierwszego stycznia 2000 roku.
Ustawa zasadnicza z 2011 roku wymienia Świętą Koronę w preambule jako to, co ucieleśnia ciągłość państwową kraju, a w tym samym roku odtworzono przy niej wartę wojskową, której żołnierze składają osobną przysięgę strażniczą. Wróciło więc po czterech stuleciach rozwiązanie z 1608 roku: przedmiot ma własną służbę i własną rotę, a pilnowanie go jest zadaniem wpisanym do ustawy o obronie.
- Z obecności korony w preambule nie wynika, że obowiązuje dawna wykładnia własności ziemi: obowiązujące prawo majątkowe nie zna dziś Korony jako właściciela.
- Przysięga strażnicza jest rotą służbową, a nie religijną, i nie zawiera żadnej formuły kultowej ani modlitewnej.
Skąd to wiadomoUstawa o herbie z 3 lipca 1990; ustawa o pamięci założenia państwa i o Świętej Koronie uchwalona 21 grudnia 1999; preambuła ustawy zasadniczej z 2011; przysięga straży z 30 maja 2011
Vesztegzár: dwadzieścia osiem dni i pogrzeb bez dzwonu
Zapis z tamtych czasówLatem 1831 państwo zamknęło granice, kazało trzymać przybyszów po dwadzieścia osiem dni w barakach i zabroniło dzwonić oraz odprowadzać zmarłych na cmentarz.
Czytaj dalejCholera weszła na Węgry z Galicji w czerwcu 1831 roku, pierwsze wsie zachorowały nad górną Cisą, a rzeka i flisacy zanieśli ją dalej w głąb kraju. Odpowiedź władzy była wojskowa: łańcuchy pieszych wart rozstawionych co kilkanaście kroków wokół zakażonych okolic, zakaz przeprawy przez Dunaj bez dziesięciodniowego oczyszczenia i vesztegzár, czyli barak na skraju wsi, w którym przybysza trzymano dwadzieścia osiem dni.
Najdotkliwsze było jednak to, czego zakazano wewnątrz wsi. Dzwonienia zabroniono na początku zupełnie, zmarłych na cholerę nikt nie odprowadzał na cmentarz, a ksiądz i kantor odprawiali swoje przy cmentarnej bramie albo wcale. Gospodarz widział zatem, że urząd odbiera mu po kolei wszystko, co czyniło śmierć znośną, i robi to akurat w tygodniach, w których umierało najwięcej ludzi.
Od połowy lipca do końca września zachorowało w królestwie blisko pół miliona osób, a umarło ponad dwieście trzydzieści tysięcy, czyli około dwóch setnych ogółu jego mieszkańców. Kordony zdjęto trzeciego października 1831 roku, gdy po buncie zostały już tylko akta sądowe i świeże mogiły bez śpiewu.
- Liczby zachorowań i zgonów pochodzą ze spisów prowadzonych w trakcie zarazy i różnią się między sobą; podaje się od dwustu trzydziestu sześciu do dwustu pięćdziesięciu tysięcy zmarłych.
- Zakazy nie brzmiały jednakowo w całym kraju: rozporządzenia wydawały komitaty i miasta osobno, więc surowość i czas obowiązywania bywały różne o kilka tygodni.
- Liczbę zachorowań podaje się w rozpiętości od czterystu tysięcy do przeszło pięciuset, bo spisy prowadzono osobno w komitatach, w wolnych miastach i na pograniczu wojskowym, a chorego rozpoznawano po objawach, nie po badaniu.
Skąd to wiadomoZarządzenia sanitarne komitatów i miast z czerwca–października 1831; zniesienie kordonów 3 października 1831
Biały proszek sypany do studni
Zapis z tamtych czasówUrzędnicy sypali do studni proszek bizmutowy, żeby je odkazić. Wsie zrozumiały to jako trucie i w ciągu trzech sierpniowych tygodni zabijały komisarzy, lekarzy i panów.
Czytaj dalejW aktach tych spraw nie pada ani razu słowo o czarach, choć rachunek jest ten sam, co w postępowaniach o szkodę sprzed stulecia: nazwać sprawcę, wskazać narzędzie i sięgnąć po niego, zanim zdąży powtórzyć. Narzędziem jest teraz urzędowy proszek, a sprawcą człowiek z papierem i eskortą, więc zmienił się słownik oskarżenia, nie jego budowa.
Ponieważ chorowali przede wszystkim ci, którzy pili z jednej studni, rozkazano odkażać domy, ulice, a w końcu i wodę: do studni sypano wapno chlorowane, wówczas zwykły środek odkażający, a chorym podawano osobno proszek bizmutowy jako lekarstwo. Z podwórka obie czynności wyglądały tak samo i jednoznacznie, bo obcy ludzie w asyście wojska sypali biały proszek do wody, po czym we wsi zaczynali umierać gospodarze.
Pierwsze zajścia przypadły na drugą połowę lipca, a właściwy wybuch na trzy pierwsze tygodnie sierpnia 1831 roku, w pięciu komitatach: Zemplén, Sáros, Szepes, Gömör i Abaúj. Brało w nim udział około czterdziestu pięciu tysięcy ludzi, w większości chłopów i zubożałej szlachty zagrodowej. Bito i zabijano w kolejności, która sama jest świadectwem: najpierw komisarzy zdrowia i lekarzy, potem urzędników i panów, niekiedy księży.
- Z przekonania o truciu wody nie wynika, że chodziło wyłącznie o studnie: w zeznaniach wraca także zdanie, że panowie chcą zmniejszyć liczbę poddanych.
- Bizmut podawano naraz jako lek i jako środek odkażający, więc ten sam proszek trafiał do ust chorego i do studni; to zbieżność praktyki lekarskiej, a nie dowód złej woli urzędu.
- Zarządzenia sanitarne wymieniają kilka środków naraz, a zeznania wsi nazywają je wszystkie tak samo, białym proszkiem; rozdzielenie lekarstwa od środka odkażającego jest rozróżnieniem urzędu, nie wsi.
Skąd to wiadomoAkta postępowań z lata 1831 i sprawozdania komisarzy sanitarnych z pięciu komitatów północno-wschodnich
Dziesięciu do piętnastu zabitych, stu dziewiętnastu straconych
Zapis z tamtych czasówBunt cholery zabił od dziesięciu do piętnastu osób. Sądy doraźne skazały na śmierć stu dziewiętnastu ludzi, a blisko cztery tysiące poszły do więzienia albo pod kije.
Czytaj dalejBunt stłumiono w trzy tygodnie, a rachunek, który po nim został, jest policzalny co do sztuki. Podczas zajść zginęło od dziesięciu do piętnastu ludzi ze strony napadniętej, sądy doraźne wydały natomiast sto dziewiętnaście wyroków śmierci, z czego sześćdziesiąt cztery w samym Zemplénie. Blisko cztery tysiące uczestników skazano na więzienie albo na karę cielesną.
Stan doraźny zniesiono w listopadzie 1831 roku, a części skazanych zamieniono karę na pięć albo sześć lat robót. Zostało zdanie, którego nikt wtedy nie wypowiedział głośno: urząd, który w lipcu zabronił dzwonić zmarłym, w sierpniu skazał na śmierć blisko dziesięć razy więcej ludzi, niż zabił bunt, i zrobił to wyrokiem pisanym, a nie ręką tłumu.
- Liczba stu dziewiętnastu wyroków pochodzi z zestawienia zachowanych akt; ile z nich wykonano bez zwłoki, a ile zamieniono, podaje się różnie.
- Z tego, że w papierach nie ma słowa o czarach, nie wynika, że zniknęło samo podejrzenie o szkodzenie; zmienił się język urzędu, a nie język wsi.
Skąd to wiadomoWyroki sądów doraźnych z sierpnia i września 1831; zniesienie stanu doraźnego w listopadzie 1831
Modlitwa wprowadzona rozporządzeniem ministra
Zapis z tamtych czasówOd 27 października 1920 roku każda lekcja w każdej szkole zaczynała się i kończyła czterowierszem wyłonionym w konkursie na modlitwę najwyżej dwudziestowyrazową.
Czytaj dalejDwudziestego siódmego października 1920 roku minister wyznań i oświecenia nakazał odmawiać go na początku i na końcu każdej lekcji we wszystkich szkołach. Tekst wszedł na okładki zeszytów i podręczników, na ściany urzędów i w winiety gazet, a obowiązywał do 1945 roku. Państwo ustanowiło w ten sposób obrzęd codzienny, odprawiany nie w kościele, lecz w klasie, i nie przez kapłana, lecz przez nauczyciela.
Konkurs ogłoszono w 1920 roku i postawiono w nim warunek liczbowy: modlitwa nie dłuższa niż dwadzieścia słów i hasło nie dłuższe niż dziesięć, obydwa mówiące, że kraj nie godzi się na odjęcie mu dwóch trzecich terytorium. Wygrał czterowiersz ułożony na wzór wyznania wiary, w którym po Bogu i ojczyźnie wymieniono wieczną sprawiedliwość, a na końcu powrót kraju do dawnego kształtu.
- Forma jest kościelna, treść polityczna, a autorstwo świeckie: to nie modlitwa przejęta z tradycji, tylko utwór konkursowy z 1920 roku.
- Z powszechności tekstu nie wynika powszechna zgoda na niego; rozporządzenie nakazywało odmawianie i nie mierzyło niczyich przekonań.
Skąd to wiadomoRozporządzenie ministra wyznań i oświecenia z 27 października 1920 roku o odmawianiu czterowiersza na początku i końcu lekcji
Relikwia w rozkładzie jazdy
Zapis z tamtych czasówW 1938 roku państwo wsadziło relikwię ręki świętego Stefana do osobnego pociągu i rozpisało jej objazd kraju według rozkładu jazdy, stacja po stacji.
Czytaj dalejSam zwyczaj był starszy i również zaczął się od decyzji urzędu. W 1771 roku Maria Teresa sprowadziła Świętą Prawicę z Raguzy przez Wiedeń do Budy, oddała ją pod opiekę zakonnic i poleciła obchodzić dwudziestego sierpnia rocznicę kanonizacji w całym kraju, zapisując na ten obchód osobną fundację. Dzień świętego stał się wtedy po raz pierwszy dniem wyznaczonym odgórnie, a nie zwyczajem miejscowym.
Dziewięćsetna rocznica śmierci założyciela państwa dostała w 1938 roku własną ustawę i własny obrzęd. Trzydziestego pierwszego maja ruszył pociąg wiozący Prawicę i objechał z nią kilkadziesiąt miast, od Ostrzyhomia, Székesfehérváru i Pecza po Szeged, Debreczyn, Miszkolc i Sopron, każde z godziną przyjazdu i wyznaczonym miejscem wystawienia relikwii.
Objazdy powtórzono w 1941 i 1942 roku, tym razem po miastach terenów przyłączonych między 1938 a 1941, a trasa pokrywała się dokładnie z granicami, o które szła wówczas gra polityczna. Obrzęd wyszedł w ten sposób z jednej procesji w jednym mieście i stał się przedsięwzięciem kolejowym: perony, rozkład, orkiestra na stacji i ta sama relikwia pokazywana kolejno całemu krajowi.
- Objazd z 1938 roku nie był powtórzeniem żadnego dawnego zwyczaju: procesja z Prawicą odbywała się w jednym mieście, a objazd kraju umożliwiła dopiero kolej.
- Dwudziesty sierpnia nie jest datą śmierci Stefana, lecz podniesienia jego szczątków w 1083 roku; przypisywanie tej dacie starszej treści nie ma podstawy w żadnym dokumencie.
Skąd to wiadomoSprowadzenie Świętej Prawicy do Budy w 1771 i fundacja Marii Teresy; ustawa o roku świętego Stefana z 1938 i objazd relikwii od 31 maja 1938
Konstytucja wpisana w dzień świętego
Zapis z tamtych czasówNową konstytucję wprowadzono w życie dwudziestego sierpnia 1949 roku, czyli w dniu świętego Stefana, a herb stracił wtedy koronę i dostał gwiazdę.
Czytaj dalejKonstytucję uchwalono osiemnastego sierpnia 1949 roku i celowo wprowadzono w życie dwa dni później, dwudziestego sierpnia, w najstarszym święcie państwowym kraju. Ten sam akt zmienił herb: znad tarczy zdjęto koronę, a jej miejsce zajęły kłosy, młot i czerwona gwiazda. Dzień pozostał wolny od pracy, zmieniło się natomiast to, czego dotyczył i jak się nazywał.
Dekret z mocą ustawy z 1950 roku nazwał go świętem konstytucji republiki ludowej, a obok chodziła nazwa święta nowego chleba. W tym samym roku skreślono drugi dzień Bożego Narodzenia z dni wolnych, a dwudziestego czwartego grudnia zaczęto urzędowo nazywać świętem choinki; od marca 1951 roku, uchwałą rady ministrów, dniem roboczym stał się również piętnasty marca.
Procesja ze Świętą Prawicą, która w 1947 roku zebrała w Budapeszcie kilkaset tysięcy ludzi, zniknęła z programu dwudziestego sierpnia na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, bez aktu, który by ją odwoływał. Relikwię schowano do sejfu i na jej ponowne wyjście trzeba było czekać cztery dziesięciolecia; nie zniesiono jej ani nie potępiono, po prostu przestano ją wynosić, a wolne popołudnie dostało inną treść.
- Rok ustania procesji podaje się dwojako, jako 1948 albo 1950, ponieważ rozstrzygnięcie zapadało administracyjnie, a nie jednym aktem z datą i numerem.
- Z usunięcia korony z herbu nie wynika zniesienie samego święta: dzień pozostał wolny przez cały ten czas, zmieniono mu wyłącznie treść i nazwę.
Skąd to wiadomoKonstytucja uchwalona 18 i ogłoszona 20 sierpnia 1949; dekret z mocą ustawy z 1950 roku o święcie; uchwała rady ministrów o dniach roboczych z 1951
Nowy chleb przeżył ustrój, który go wymyślił
Zapis z tamtych czasówKrojenie bochenka przepasanego wstęgą wymyślono dla świeckiego święta lat pięćdziesiątych. Dziś odbywa się tego samego dnia co poświęcenie chleba i procesja.
Czytaj dalejObrzęd nowego chleba, czyli bochenek przewiązany wstęgą w barwach kraju i krojony publicznie przez urzędnika, jest wynalazkiem świeckiego święta z lat pięćdziesiątych i wszedł dokładnie tam, gdzie przedtem szła procesja. Przetrwał zmianę ustroju bez zadraśnięcia i stoi dziś w programie dwudziestego sierpnia obok poświęcenia chleba przez duchownego, godzinę wcześniej albo godzinę później.
W 1988 roku Prawicę znów wyniesiono na ulicę, a w 1991 sejm ustawą przywrócił dwudziestemu sierpnia rangę święta państwowego. Dzisiejszy przebieg tego dnia składa się więc z warstw położonych przez cztery różne państwa: podniesienie szczątków w 1083 roku, fundacja z 1771, objazd z 1938 i chleb z lat pięćdziesiątych. Żadna z tych warstw nie wyparła poprzedniej.
Podobnie skończyło się przemianowanie Bożego Narodzenia. Urzędowa nazwa święta choinki trzymała się okólników, afiszów i nagłówków gazet, w mowie codziennej zaś przegrywała ze starym słowem karácsony, którego nie wyparła przez cztery dziesięciolecia; wolny dzień zabrano naprawdę, nazwy zmienić się nie dało. Obrzęd okazał się odporniejszy na dekret niż kalendarz i niż spis dni wolnych.
- Z trwałości obrzędu nowego chleba nie wynika jego dawność: w opisach dwudziestego sierpnia sprzed połowy XX wieku nie ma go w ogóle.
- Liczby wystąpień obu nazw pochodzą z przeszukania roczników prasy, więc mówią o języku gazet, a nie o tym, jak nazywano to święto w domach.
- Wznowienie procesji datuje się na 1988 albo 1989 rok, zależnie od tego, czy liczy się pierwsze wyniesienie relikwii, czy pierwszy pełny obchód z udziałem władz.
- O tym, jak nazywano ten dzień w domach, nie ma świadectwa urzędowego; ślad został po języku druku, a ten mówi o tym, co wolno było wydrukować, nie o tym, co mówiono przy stole.
Skąd to wiadomoDekrety o święcie z 1950 roku; wznowienie procesji w 1988; ustawa o świętach państwowych z 1991 roku
Rubryka ze spisu z 1941 roku jako podstawa wywózki
Zapis z tamtych czasówO wywózce rozstrzygała rubryka wypełniona pięć lat wcześniej: kto w spisie z 1941 roku podał niemiecki język albo niemiecką narodowość, szedł do pociągu.
Czytaj dalejRozporządzenie rządu wydane w ostatnich dniach grudnia 1945 roku wskazało kryterium urzędowe, a nie sądowe: do wysiedlenia przeznaczono tych, którzy w spisie ludności z 1941 roku podali niemiecki jako język ojczysty albo niemiecką narodowość, należeli do organizacji volksbundowskiej lub przywrócili sobie zniemczoną postać nazwiska. W spisie z 1941 niemiecki język podało czterysta siedemdziesiąt siedem tysięcy osób, narodowość trzysta dwa tysiące.
Pierwszy pociąg ruszył z Budaörs dziewiętnastego stycznia 1946 roku, ostatni piętnastego czerwca 1948. Do strefy amerykańskiej wywieziono od stu trzydziestu do stu pięćdziesięciu tysięcy ludzi, do radzieckiej około pięćdziesięciu tysięcy, a wraz z tymi, którzy wyszli wcześniej, kraj opuściło co najmniej sto osiemdziesiąt pięć tysięcy mieszkańców. Osadnictwo, które w tych stronach zaczęło się po odejściu Turków, od sprowadzania niemieckich gospodarzy w XVIII wieku, zamknęło się rozkładem jazdy.
- Sumy podaje się w widełkach od stu osiemdziesięciu pięciu do dwustu pięćdziesięciu tysięcy, bo osobno liczy się wywiezionych, a osobno tych, którzy uciekli albo odeszli z wojskiem w 1944 i 1945 roku.
- Spis z 1941 roku nie był przygotowany do takiego użytku: rubryka o języku i narodowości miała charakter deklaracji, a stała się podstawą decyzji administracyjnej pięć lat później.
- Wywożeni w latach 1946–1948 nie byli potomkami średniowiecznych gości osadzanych przywilejami w XIII wieku: wsie Tolny, Baranyi i Bácski zaludniono dopiero po wojnach tureckich, a osadnictwo spiskie i siedmiogrodzkie leżało po 1920 roku poza granicami kraju.
Skąd to wiadomoRozporządzenie rządu numer 12 330 z 1945 roku o przesiedleniu ludności niemieckiej; pierwszy transport z Budaörs 19 stycznia 1946; ostatni 15 czerwca 1948
Trzy repertuary w jednej wsi
Zapis z tamtych czasówDo domów po wysiedlonych weszli Seklerzy z Bukowiny i Węgrzy ze Słowacji. W jednej wsi zeszły się trzy różne kalendarze obrzędowe i jeden wspólny kościół.
Czytaj dalejKażda z tych grup przywiozła własny repertuar: inne kolędowanie, inne wesele, inne pieśni przy zmarłym, inną wymowę tych samych słów. Nie zmieniło się natomiast jedno, mianowicie wezwanie kościoła, a wraz z nim data odpustu, bo ta trzymała się budynku, nie ludzi. Wieś obchodziła więc dalej to samo święto w tym samym dniu, tyle że przy zupełnie innym śpiewie.
W 1945 roku w Tolnie i Baranyi osadzono około trzynastu tysięcy Seklerów bukowińskich, przesiedlanych wtedy już po raz drugi w ciągu czterech lat, a gospodarstwa wyznaczono im w domach opuszczonych przez wywożonych. Umowę o wymianie ludności ze Słowacją podpisano dwudziestego siódmego lutego 1946 roku, lecz pociągi z przesiedlonymi Węgrami ruszyły dopiero wiosną roku następnego i przywiozły ludzi z innym bagażem i inną mową.
- Nie każda wieś wymieniła ludność w całości: w części gmin wywożono jedną ulicę albo co drugi dom, a dawni i nowi mieszkańcy zostawali obok siebie.
- Z tego, że data odpustu się utrzymała, nie wynika ciągłość obrzędu: trwał kalendarz kościelny, a nie przekaz między jedną ludnością a drugą.
- Seklerzy przyszli w 1945 roku, przesiedleni ze Słowacji dwa lata później, a część dawnych gospodarzy nigdy nie wyjechała; warstwy te kładły się po kolei, nie naraz, i w każdej gminie inaczej.
Skąd to wiadomoOsiedlenie Seklerów bukowińskich w Tolnie i Baranyi od 1945 roku; umowa o wymianie ludności z Czechosłowacją z 27 lutego 1946
Ten sam urząd, dziewiętnastego stycznia
Zapis z tamtych czasówPaństwo, które w 1946 roku wysyłało pociągi z Budaörs, uczyniło w 2012 roku rocznicę pierwszego z nich dniem pamięci wpisanym do uchwały sejmu.
Czytaj dalejUchwałą z dwunastego grudnia 2012 roku sejm ustanowił dziewiętnasty stycznia dniem pamięci wywiezienia Niemców węgierskich, a rok później, uchwałą z dwudziestego grudnia 2013, dopisał do jego nazwy również wypędzenie. Data jest dokładnie tą, w której w 1946 roku ruszył pierwszy transport z Budaörs, obchód odprawia się zatem w rocznicę czynności własnego urzędu.
W samych wsiach wrócił tymczasem obrzęd, którego wywózki nie przetrwały w całości: Kirwei, czyli odpust poświęcenia kościoła, z búcsúfa, ustrojonym drzewkiem albo słupem stawianym przed tańcem. Odtwarzano go od drugiej połowy lat pięćdziesiątych, a od lat dziewięćdziesiątych prowadzą go zespoły przy samorządach narodowościowych. Wrócił więc tą samą drogą, którą go przerwano, czyli przez urząd.
- Dzisiejszy Kirwei jest odtworzeniem prowadzonym przez stowarzyszenia i szkoły, a nie ciągłym przekazem rodzinnym; ciągłość przerwały lata 1946–1948.
- Z ustanowienia dnia pamięci nie wynika żadne rozstrzygnięcie w sprawie mienia ani odpowiedzialności; uchwała sejmu jest aktem obchodowym i niczym więcej.
Skąd to wiadomoUchwała sejmu o dniu pamięci z 12 grudnia 2012, uzupełniona uchwałą z 20 grudnia 2013; wznowienia odpustów w gminach niemieckich od drugiej połowy lat pięćdziesiątych
Bogowie z datą wydania
Kto ułożył węgierską religię praojców
Po Węgrach sprzed chrztu nie został ani jeden spis bóstw — w żadnym języku i w żadnym archiwum. Wszystko, co dziś krąży jako węgierski panteon, zostało ułożone między 1822 rokiem a naszą dekadą, przez poetów, duchownych, emigrantów i działaczy, a każde ogniwo tego łańcucha ma datę i adres. Ta sekcja podaje te daty po kolei: kto, w którym roku i w której książce wprowadził imię, teorię albo obrzęd, oraz czego z tego wyprowadzić nie wolno.
Rok 1825: wszyscy byli Węgrami
Ułożone przy biurkuW 1825 roku wyszła w Peszcie książka dowodząca, że Węgrzy są najstarszym ludem świata, a Aleksander Wielki i król Dawid byli Węgrami.
Czytaj dalejZnaczenie tej książki jest większe niż jej treść, ponieważ ustawiła wzór na dwa stulecia. Kolejne piętra węgierskiej religii praojców, sumeryjskie, scytyjskie i huńskie, są budowane tą samą techniką zestawiania brzmień, tyle że na innym materiale. Horvát zmarł 13 czerwca 1846 roku w Peszcie, a jego sposób czytania nazw przeżył go o półtora wieku.
Horvát István, urodzony 3 maja 1784 roku w Székesfehérvárze, od 1815 roku aż do śmierci opiekował się zbiorami Biblioteki Széchényiego, a w latach 1837–1843 kierował Węgierskim Muzeum Narodowym. W roku 1825 ogłosił w Peszcie szkice z najdawniejszych dziejów narodu, w których dowodził, że ludy starożytności były odgałęzieniami Węgrów rozesłanymi po świecie.
Narzędziem był wyłącznie dźwięk. Nazwa własna zapisana w Biblii albo u autorów greckich wystarczała za dowód pokrewieństwa, o ile dawała się przeczytać po węgiersku, i tą drogą do węgierskiego rodowodu trafili bohaterowie starożytności, z Aleksandrem Wielkim i królem Dawidem na czele. Metoda nie wymagała ani dokumentu, ani wykopaliska, ani jednego świadectwa z epoki.
- Zestawienie brzmień nie jest dowodem pokrewieństwa: bez wykazanych reguł odpowiedniości głoskowych nie da się odróżnić przypadku od pokrewieństwa.
- Horvát nie podał ani jednego imienia bóstwa; jego dziedzictwem jest metoda, a nie panteon.
- Zestawianie brzmień działa w obie strony i w dowolnym kierunku: tą samą metodą wyprowadza się dziś węgierski z kilkudziesięciu niespokrewnionych języków świata.
Skąd to wiadomoSzkice z najdawniejszych dziejów narodu węgierskiego, Peszt 1825; urzędy autora: Biblioteka Széchényiego 1815–1846, Węgierskie Muzeum Narodowe 1837–1843
Hadúr, bóg z roku 1822
Ułożone przy biurkuNajsłynniejszy prastary bóg Węgrów pojawia się po raz pierwszy w poemacie ogłoszonym w Wiedniu w 1822 roku. Wcześniej nie ma go nigdzie.
Czytaj dalejTrzy lata później Vörösmarty Mihály wydał Ucieczkę Zalána, poemat o zajęciu Kotliny Karpackiej, i przeniósł Hadúra do kanonu szkolnego. Stamtąd bóstwo weszło do podręczników, do malarstwa historycznego, a w XX wieku do ruchów odwołujących się do wiary praojców, przez cały ten czas bez jednego zapisu starszego niż rok 1822.
Aranyosrákosi Székely Sándor, urodzony w 1797 roku, duchowny unitariański i od 1845 roku biskup unitarian siedmiogrodzkich, ogłosił heksametryczny poemat o Seklerach i Hunach w Siedmiogrodzie w wiedeńskim almanachu na rok 1823, wydanym u schyłku roku 1822. To w nim staje po raz pierwszy Hadúr, czyli pan wojsk, imię złożone z dwóch najzwyklejszych wyrazów węgierskich.
Poemat nie udawał dokumentu i nie podszywał się pod żaden przekaz, był utworem literackim, którego autor umarł w 1852 roku jako biskup. Dopiero czytelnicy uznali wymyślone imię za odziedziczone. Zabicie konia opisane w kronice z około 1200 roku nie ma w niej żadnego adresata, a Hadúra dopisano do tej sceny w XIX wieku, sześćset lat po zapisie.
- Zwrot o panu wojsk mógł istnieć wcześniej w mowie jako określenie, nie jako imię; poświadczenia takiego użycia sprzed 1822 roku nie wykazano.
- Powiązanie Hadúra z ofiarą z białego konia nie stoi w żadnym źródle, zostało zrobione w XIX wieku.
- Rok pierwodruku podawany jest dwojako, 1822 albo 1823; wykazana jest tylko pierwszość wobec Ucieczki Zalána z 1825 roku.
- Poemat mówi o Hunach i Seklerach; przeniesienie jego bóstwa na wszystkich Węgrów dokonało się dopiero w literaturze późniejszej.
Skąd to wiadomoPoemat o Seklerach w Siedmiogrodzie, Wiedeń 1822; Ucieczka Zalána, 1825
Ármány, przeciwnik dorobiony do pary
Ułożone przy biurkuÁrmány, zła moc węgierskiego panteonu, to wyraz z epoki odnowy języka. Do literatury wszedł w 1825 roku, poświadczenia pogańskiego nie ma.
Czytaj dalejUkład dwóch równorzędnych mocy, dobrej i złej, jest rozpoznawalnym schematem porządkującym, chętnie zakładanym na materiał, który sam go nie zawiera. W węgierskich zapisach średniowiecznych ani w protokołach procesów o czary takiej pary nie ma, jest za to w poematach z lat dwudziestych i sześćdziesiątych XIX wieku oraz w słownikach z tego samego stulecia.
Ármány znaczy po węgiersku intrygę i podstęp, i jako zwykły wyraz krążył w mowie, zanim ktokolwiek uczynił z niego istotę. Jako postać wszedł do literatury w Ucieczce Zalána z 1825 roku, gdzie występuje jako bóg wrogów zdobywających Kotlinę. Żadnego zapisu, w którym tak nazwana moc byłaby czczona albo odżegnywana przed tą datą, nie ma.
Do rangi bóstwa podniosło Ármánya dopiero sąsiedztwo. Skoro poemat dał Węgrom jasnego pana wojsk, symetria domagała się ciemnego przeciwnika, a sam pan wojsk wrócił potem w poemacie o śmierci Budy z 1863 roku. Podobieństwo imienia do irańskiego Arymana bywa podawane jako dowód dziedzictwa perskiego, lecz ogniwa przekazu nikt nie pokazał.
- Wyprowadzenia Ármánya z irańskiego Arymana nie wykazano; brak zapisu pośredniczącego między jednym a drugim.
- Dualizmu dobra i zła w węgierskiej wierze przedchrześcijańskiej nie poświadcza żaden dokument; znamy go z literatury XIX wieku.
- Dzieje wyrazu ármány jako rzeczownika pospolitego są sporne i niczego tu nie rozstrzygają: nazwa mogła być starsza, postać jest z 1825 roku.
Skąd to wiadomoUcieczka Zalána, 1825; poemat o śmierci Budy, 1863; wielki słownik języka węgierskiego wydawany w latach 1862–1874
Ankieta z 1846 roku
Zebrane z ustZanim ktokolwiek ułożył węgierską mitologię, trzeba było zebrać materiał. Zbiórkę ruszono w 1846 roku, kwestionariuszem rozesłanym po parafiach.
Czytaj dalejTowarzystwo Kisfaludyego, założone w Peszcie dla spraw literatury, ogłosiło w 1846 roku zbieranie podań, zaklęć, przesądów i obrzędów, a przy okazji rozpisało konkurs na opracowanie wiary pogańskich Węgrów. Pytania rozchodziły się drogą kościelną i szkolną, odpowiadali zaś proboszczowie, nauczyciele i urzędnicy, przesyłając to, co usłyszeli od ludzi.
Materiał zebrany tą drogą jest zarazem cenny i kłopotliwy. Cenny, ponieważ stanowi zapis żywej mowy z konkretnych wsi i konkretnych lat. Kłopotliwy, ponieważ powstał w odpowiedzi na pytania sformułowane przez pytających, a pytania ułożono według gotowego wykazu tematów mitologicznych: o bóstwa, o świat podziemny, o duchy domowe, o czarownice.
Odległość czasowa jest tu rozstrzygająca. Między chrztem Węgier a wezwaniem z 1846 roku leży ponad osiemset czterdzieści lat, w których materiał krążył ustnie wewnątrz kultury chrześcijańskiej. Zapis z 1846 roku świadczy pewnie o tym, co ludzie mówili w 1846 roku, a o czasach sprzed chrztu nie świadczy sam z siebie w ogóle.
- Opowieść zanotowana w XIX wieku nie datuje się sama; wiek jej treści trzeba wykazać osobno, a nie zakładać.
- Kwestionariusz ułożony według cudzego wykazu bóstw potrafi wywołać odpowiedzi dopasowane do tego wykazu.
- Podania zbierano na Węgrzech i przed tą datą; wezwanie z 1846 roku jest pierwszym pomyślanym jako materiał do mitologii, nie pierwszym w ogóle.
Skąd to wiadomoWezwanie do zbierania i konkurs Towarzystwa Kisfaludyego, 1846; nadesłane odpowiedzi z parafii i szkół królestwa
Mitologia węgierska, Peszt 1854
Ułożone przy biurkuPierwsza wielka próba złożenia węgierskiej mitologii wyszła drukiem w Peszcie w 1854 roku. Ramę wzięła z mitologii germańskiej.
Czytaj dalejBudowa książki jest jej największym kłopotem. Porządek rozdziałów, zestaw pojęć oraz sam pomysł, że lud przechowuje resztki dawnego systemu bóstw, pochodzą ze współczesnej autorowi mitologii germańskiej, a węgierski materiał ludowy został w tę ramę wstawiony. Tam, gdzie brakowało ogniwa, lukę wypełniało oczekiwanie wynikające z ramy.
Autorem był Ipolyi Arnold, urodzony w 1823 roku jako Stummer Arnold, ksiądz katolicki, od 1871 roku biskup bańskobystrzycki, od 1886 roku wielkowaradyński, zmarły 2 grudnia tego samego roku. Materiał gromadził od 1846 roku, korzystając z ankiety Towarzystwa Kisfaludyego, tom wydał w Peszcie w 1854, a Akademia nagrodziła dzieło w 1858 roku.
Zarzuty padły od razu i publicznie, w recenzjach ogłoszonych w prasie węgierskiej w połowie lat pięćdziesiątych XIX wieku, a spór dotyczył właśnie tego, czy węgierskie świadectwa udźwigną narzucony im układ. Mimo to układ przyjął się na długo i z tego właśnie tomu pochodzi większość imion oraz podziałów, które dziś krążą jako prastare.
- Dopasowanie węgierskiego materiału do obcego schematu nie dowodzi, że materiał ten schemat kiedykolwiek miał.
- Część pojęć z tego tomu weszła do obiegu jako dane źródłowe, choć ich źródłem jest tom wydany w 1854 roku.
- Krytyka z lat pięćdziesiątych XIX wieku nie odrzuciła materiału ludowego, lecz ramę, w którą go wstawiono; te dwie rzeczy bywają do dziś mylone.
Skąd to wiadomoMitologia węgierska, Peszt 1854; nagroda Akademii z 15 grudnia 1858; recenzje w prasie peszteńskiej z 1854 i w pismach z 1855
Wiara pogańskich Węgrów, 1861
Ułożone przy biurkuDrugi duży zarys węgierskiej religii przedchrześcijańskiej wyszedł pośmiertnie w 1861 roku. Powstał jako praca konkursowa piętnaście lat wcześniej.
Czytaj dalejKállay Ferenc, urodzony w Debreczynie w 1790 roku i zmarły w Budzie 1 stycznia 1861, pisał o dawnych rzeczach węgierskich od lat dwudziestych XIX wieku. Rozprawę o wierze pogańskich Węgrów złożył na konkurs Towarzystwa Kisfaludyego w 1846 roku, a wydano ją dopiero po jego śmierci, w roku 1861, w opracowaniu redaktora.
Wcześniej ogłaszał rzecz o czci Mitry i o zabytkach mitraistycznych na ziemiach węgierskich. Kierunek ten jest znamienny dla całej warstwy ówczesnego piśmiennictwa: skoro rodzimych zapisów nie ma, brakujące treści sprowadza się z religii dobrze udokumentowanych gdzie indziej, a pomostem bywa podobieństwo nazwy albo obrzędu.
Rzymskie zabytki mitraistyczne w Pannonii są prawdziwe i datowane, pochodzą bowiem z prowincji rzymskiej sprzed przybycia Węgrów. Z ich istnienia nie wynika jednak żaden związek z wiarą ludu, który wszedł do Kotliny Karpackiej pod koniec IX wieku, czyli mniej więcej pięćset lat po tym, jak świątynie te przestały działać.
- Ciągłości między kultami rzymskiej Pannonii a wierzeniami Węgrów z IX wieku nie wykazano.
- Praca powstała w 1846 roku, a wydano ją w 1861; datowanie jej tez na lata sześćdziesiąte myli o piętnaście lat.
- Rocznych dat rozpraw o Mitrze nie da się dziś podać pewnie; pewne jest, że powstały przed rozprawą wydaną w 1861 roku.
Skąd to wiadomoRozprawa o wierze pogańskich Węgrów, konkurs 1846, druk 1861; rzecz o czci Mitry na ziemiach węgierskich, 1832–1840
Boldogasszony cofnięta przed chrzest
Ułożone przy biurkuBoldogasszony to węgierskie określenie Marii, poświadczone wyłącznie w zabytkach kościelnych. Boginią przedchrześcijańską uczyniono ją w XIX wieku.
Czytaj dalejWyraz znaczy dosłownie szczęśliwa pani i w zapisach węgierskich występuje jako tytuł Matki Boskiej: w wezwaniach kościołów, w nazwach miejscowości, w nazwach świąt oraz w węgierskim nazewnictwie miesięcy, gdzie styczeń nosi miano miesiąca Boldogasszony, a sierpniowe święto wiąże się z Wniebowzięciem. Wszystkie te użycia są chrześcijańskie i wszystkie są późniejsze od chrztu.
Zapisu starszego nie ma żadnego, ponieważ przed chrztem nikt po węgiersku nie pisał. Twierdzenie, że chrześcijański tytuł przykrył dawniejszą boginię matkę, opiera się więc nie na dokumencie, lecz na wnioskowaniu: skoro kult maryjny był na Węgrzech wyjątkowo mocny, musiał — tak brzmi to rozumowanie — zastąpić coś równie mocnego.
Wnioskowanie to weszło do obiegu wraz z XIX-wiecznymi zarysami mitologii, a w ciągu XX wieku rozrosło się w rozbudowany system, w którym pojawia się siedem albo dziewięć pań, ich imiona pomocnicze oraz doroczny kalendarz obrzędów przypisany rzekomej bogini. Poświadczony jest tytuł Marii; liczby, imiona i kalendarz zostały dopisane, a datę każdego dopisku da się wskazać.
- Z siły kultu maryjnego nie wynika, co ten kult zastąpił; zastąpienie trzeba wykazać dokumentem, a takiego dokumentu nie ma.
- Nazwa stycznia jest poświadczona jako chrześcijańska; jej przedchrześcijańskiego rodowodu nie wykazano.
- Wyraz składa się z dwóch zwykłych wyrazów węgierskich i takie złożenie mogło powstać w każdym stuleciu; sam jego skład nie datuje niczego.
Skąd to wiadomoWezwania kościołów i nazwy miejscowe z całego królestwa; węgierskie nazwy miesięcy; zarysy mitologii ogłaszane od 1854 roku
Kronika seklerska z Csík, fałszerstwo z 1796
Ułożone przy biurkuTekst podający się za spisany w 1533 roku, dający Seklerom dawne urzędy i obrzęd z ofiarnym pucharem, powstał w rzeczywistości około 1796 roku.
Czytaj dalejRzecz wypłynęła pod koniec XVIII wieku w siedmiogrodzkiej rodzinie Sándorów i miała dowodzić starożytności rodu oraz jego praw. Tekst przedstawia się jako odpis sporządzony w 1533 roku i opowiada o urzędach seklerskich, o zjazdach rodowych oraz o obrzędzie z narodowym pucharem ofiarnym. Za twórcę uchodzi Sándor Zsigmond, a powstanie wskazuje się na rok 1795 albo 1796.
Znaczenie tej kroniki dla religii praojców jest całkiem praktyczne: dostarczyła obrzędu, którego nie ma w żadnym poświadczonym źródle, a który bywa odprawiany na dzisiejszych zjazdach. Osiemnastowieczne fałszerstwo pracuje więc nadal jako scenariusz rytuału, choć nikt nie podaje go już pod dawną nazwą.
Sprawa ciągnęła się przez całe stulecie i została publicznie rozstrzygnięta jako fałszerstwo w rozprawie akademickiej ogłoszonej na początku XX wieku. Rozstrzygnięcie opierało się na sprzecznościach wewnątrz tekstu, na niezgodności wymienionych urzędów z dokumentami epoki oraz na okolicznościach ujawnienia rękopisu. Obrońcy autentyczności wracają do niej do dziś.
- Datowanie fałszerstwa na 1795 albo 1796 opiera się na okolicznościach ujawnienia; rzekomy pierwowzór nie istnieje.
- Z tego, że część nazw miejscowych w tekście jest prawdziwa, nie wynika autentyczność całości.
- Rocznik rozprawy demaskującej podawany bywa różnie; samo rozstrzygnięcie zapadło na początku XX wieku i nie zostało od tego czasu podważone dokumentem.
Skąd to wiadomoKronika seklerska z Csík, rzekomo 1533, w rzeczywistości ok. 1796; wykład akademicki z 1911; wykopaliska z 2012
Turan: nazwa z 1855 i spór o język
Ułożone przy biurkuSłowo turański ukuto w 1855 roku jako zbiorczą etykietę językową. Na Węgrzech stało się z czasem nazwą pokrewieństwa krwi i ducha.
Czytaj dalejRzecz dotyczyła wyłącznie języka. Żadna ze stron nie przedstawiła imienia bóstwa, obrzędu ani świątyni, ponieważ materiału takiego nie było po żadnej stronie. Mimo to spór ustawił na sto pięćdziesiąt lat pytanie o to, czyimi jesteśmy potomkami, a odpowiedź turańska zaczęła z czasem obejmować także rzekomą wspólną wiarę.
W 1855 roku, w rozprawie o językach obszaru toczącej się wówczas wojny wschodniej, pojawiła się nazwa turański, obejmująca te języki Azji, których nie zaliczano ani do aryjskich, ani do semickich. Była to kategoria resztkowa, zbudowana na zaprzeczeniu, a nie na wykazanym pokrewieństwie. Do piśmiennictwa węgierskiego weszła w ciągu następnych kilkunastu lat.
W latach 1869–1870 zestawienie słownictwa węgierskiego z tureckim i tatarskim wywołało publiczny spór o to, czy najbliższymi krewnymi węgierszczyzny są języki ugryjskie, czy turkijskie. Spór toczył się w pismach węgierskich przez lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, a książka o pochodzeniu Węgrów wydana w 1882 roku przeniosła go do szerokiej publiczności.
- Turan jest pojęciem geograficzno-językowym z połowy XIX wieku, nie nazwą ludu ani wspólnoty religijnej.
- Podobieństwo słownictwa, nawet realne, świadczy o kontakcie albo pokrewieństwie języków; wspólnoty wierzeń z niego nie wyprowadzono.
- Roku, w którym słowo turański weszło do węgierszczyzny, nie da się wskazać; wykazana jest kolejność, w której najpierw powstała kategoria językowa, a dopiero potem program wspólnoty.
Skąd to wiadomoRozprawa o językach Wschodu z 1855 roku; zestawienie słownictwa węgiersko-turkijskiego z lat 1869–1870; książka o pochodzeniu Węgrów z 1882
Towarzystwo Turańskie, 3 grudnia 1910
Zapis z tamtych czasówTuranizm zaczął się jako przedsięwzięcie handlowe i dyplomatyczne, nie religijne. Towarzystwo powstało 3 grudnia 1910 roku w Budapeszcie.
Czytaj dalejTowarzystwo Turańskie założył 3 grudnia 1910 roku Paikert Alajos, a na jego czele stawali Széchenyi Béla i Pekár Gyula. Statut mówił o wzmacnianiu więzi gospodarczych z krajami Wschodu i o roli Węgier wśród ludów uznawanych za pokrewne. Od 1913 roku towarzystwo wydawało pismo Turán, a w 1916 przekształcono je w Węgierskie Wschodnie Centrum Kultury z siedzibą przy parlamencie.
Działalność zamknięto 14 marca 1947 roku, a po wojnie samo słowo obłożono na Węgrzech piętnem politycznym. Trzeba przy tym powiedzieć rzecz zasadniczą: w dokumentach tych instytucji nie ma programu religijnego. Bóstwa, obrzędy i turańska wiara pojawiają się dopiero w publicystyce międzywojennej oraz w ruchach powstałych po roku 1989.
Po roku 1920 ruch rozszedł się na trzy strony: dawne towarzystwo trwało dalej, część uczona utworzyła towarzystwo imienia Kőrösi Csomy, a nurt polityczny Związek Turański Węgier. Kierunek wschodni dostał przy tym oprawę państwową w postaci układów o przyjaźni i umów kulturalnych, z Turcją w 1923 roku, z Estonią i Finlandią w 1937, z Japonią w 1938 oraz z Bułgarią w 1941.
- Turanizm instytucjonalny był programem gospodarczym i kulturalnym; wiary praojców jego statuty nie zawierają.
- Zakres ludów uznawanych za turańskie zmieniał się z dekady na dekadę zależnie od bieżącej polityki; stałej listy nigdy nie było.
- Układy z lat trzydziestych i czterdziestych zawierano z państwami, nie z ludami, i dotyczyły oświaty oraz handlu; wspólnej wiary nie wymienia żaden z nich.
Skąd to wiadomoAkt założycielski Towarzystwa Turańskiego z 3 grudnia 1910; pismo Turán od 1913; przekształcenie z 1916; podział z 1920; układy z 1923, 1937, 1938 i 1941; rozwiązanie 14 marca 1947
Sumer: nazwa z 1869 i węgierski wniosek
Ułożone przy biurkuJęzyk tabliczek mezopotamskich uznano za aglutynacyjny w 1856 roku, a nazwano sumeryjskim w 1869. Stąd wyprowadzono pokrewieństwo z węgierskim.
Czytaj dalejOdczytanie pisma klinowego w połowie XIX wieku odsłoniło w Mezopotamii język, którego budowa nie zgadzała się z semicką: w 1856 roku wskazano na jego aglutynacyjny charakter, a w 1869 nadano mu nazwę sumeryjskiego, wziętą z tytułu króla Sumeru i Akkadu. Aglutynacja jest cechą także węgierskiego, tureckiego, fińskiego, japońskiego i setek innych języków świata.
Aglutynacja jest typem budowy, nie znakiem pochodzenia, i pojawia się niezależnie na wszystkich kontynentach. Wykazanie pokrewieństwa wymaga regularnych odpowiedniości głoskowych oraz wspólnego rdzenia gramatycznego, a nie listy słów podobnie brzmiących; takich odpowiedniości między sumeryjskim a węgierskim nie wykazano do dziś.
Na tej jednej cesze zbudowano wniosek o pokrewieństwie, rozwinięty przez Węgrów na emigracji. Bobula Ida, urodzona w Budapeszcie w 1900 roku, po wojnie osiadła w Stanach Zjednoczonych i stamtąd ogłosiła cztery rzeczy o rzekomym pokrewieństwie: rozprawę w Waszyngtonie w 1951 roku, rzecz o kwestii pokrewieństwa w Buenos Aires w 1961, książkę o pochodzeniu narodu w Gainesville w 1966 i zestawienie dwóch tysięcy nazw w Montrealu w 1970.
- Z aglutynacyjnej budowy dwóch języków nie wynika ich pokrewieństwo.
- Między ostatnimi zapisami sumeryjskimi z I tysiąclecia przed naszą erą a pierwszymi zapisami węgierskimi z XII wieku leży luka, której nie wypełnia żadne świadectwo.
- Lista dwóch tysięcy nazw nie jest dowodem mocniejszym niż lista dwudziestu: przy dowolnie dobranej parze języków dowolnie długą listę podobieństw da się zebrać.
Skąd to wiadomoRozprawy o piśmie klinowym z 1856 i 1869 roku; prace węgierskiej emigracji wydane w Waszyngtonie 1951, Buenos Aires 1961, Gainesville 1966 i Montrealu 1970
Katedra sumerologii w Buenos Aires, 1966
Zapis z tamtych czasówNajgłośniejszy głosiciel sumeryjskiego rodowodu Węgrów utworzył w 1966 roku katedrę w Buenos Aires, a po 1989 roku wrócił do kraju.
Czytaj dalejJego tezy dotyczyły tożsamości sumeryjskiego i węgierskiego oraz partyjskiego, a nie żydowskiego pochodzenia Jezusa. Brał udział w zjazdach orientalistycznych, w 1967 roku w Ann Arbor i w 1971 w Canberze, gdzie wystąpił jako przedstawiciel Argentyny. Po 1989 roku wrócił na Węgry i w 1997 otworzył odpowiednią katedrę przy prywatnej uczelni w Miszkolcu. Zmarł 10 marca 2007 roku w Budapeszcie.
Znaczenie tej biografii polega na tym, że dostarczyła ruchowi oprawy instytucjonalnej: katedry, tytułu, wystąpień na zjazdach. Oprawa nie jest jednak dowodem treści. Partyjski Jezus opiera się na odczytaniu ewangelicznej Galilei jako terenu pod władzą Partów, czego ani z ewangelii, ani z rzymskich dokumentów administracyjnych wyprowadzić się nie da.
Badiny Jós Ferenc, urodzony 3 czerwca 1909 roku w Gácsu, oficer artylerii wyszkolony w akademii Ludovika, opuścił Węgry pod koniec wojny i w 1946 roku dotarł do Argentyny. Sumerologii uczył się sam, bez szkoły i bez egzaminu. Około 1966 roku utworzył przy jezuickiej uczelni w Buenos Aires katedrę sumerologii i objął jej kierownictwo.
- Katedra przy uczelni prywatnej i wystąpienie na zjeździe nie są weryfikacją tez; weryfikacją jest wykazanie odpowiedniości w materiale językowym.
- Partyjskiego pochodzenia Jezusa nie wykazano żadnym dokumentem z epoki.
- Nazwa katedry nie rozstrzyga o jej treści: sumerologia opiera się na czytaniu pisma klinowego, a odczytania sprawdzonego przez innych znawców z tego kręgu nie ogłoszono.
Skąd to wiadomoKatedra przy uczelni jezuickiej w Buenos Aires od ok. 1966; zjazdy orientalistyczne w Ann Arbor 1967 i Canberze 1971; katedra przy uczelni prywatnej w Miszkolcu od 1997
Tabliczki z Tărtării, 1961
Ułożone przy biurkuTrzy gliniane tabliczki ze znakami, wydobyte w Siedmiogrodzie w 1961 roku, bywają podawane jako dowód węgiersko-sumeryjskiego pisma.
Czytaj dalejW 1961 roku na stanowisku neolitycznym w Tărtării, około trzydziestu kilometrów od Alba Iulii, wydobyto trzy niewielkie gliniane tabliczki ze znakami wyciętymi na jednej stronie, dwie prostokątne i jedną okrągłą o średnicy około sześciu centymetrów, a obok nich figurki, bransoletę z muszli oraz szczątki ludzkie.
Tabliczki wypalono po wydobyciu, przez co bezpośrednie datowanie radiowęglowe stało się niemożliwe. Wiek wyprowadza się zatem z kontekstu, a ten jest sporny: proponowano zarówno okolice roku 2700 przed naszą erą, jak i okolice 5500, układ warstw budzi zastrzeżenia, a podnoszono również wątpliwość, czy przedmioty pochodzą z podanego miejsca.
Z tabliczkami wiąże się dwa twierdzenia: że są najstarszym pismem świata i że znaki dają się czytać po węgiersku. Żadnego z nich nie wykazano. Stanowisko jest neolityczne i leży w Siedmiogrodzie, a Węgrzy weszli do Kotliny Karpackiej pod koniec IX wieku naszej ery, czyli kilka tysięcy lat później, i ogniwa łączącego jedno z drugim nikt nie pokazał.
- Nie wykazano, że znaki na tabliczkach są pismem, to znaczy systemem oddającym mowę.
- Datowanie jest sporne, ponieważ tabliczki wypalono po wydobyciu, a układ warstw stanowiska budzi zastrzeżenia.
- Między neolitem siedmiogrodzkim a przybyciem Węgrów w IX wieku nie wykazano żadnego ogniwa.
- Znaki z Tărtării zestawia się ze znakami z innych stanowisk tej samej kultury neolitycznej; zestawienie takie mówi o neolicie środkowej Europy, a nie o żadnym ludzie z czasów późniejszych.
Skąd to wiadomoWykop w Tărtării w Siedmiogrodzie, 1961; trzy tabliczki gliniane, figurki, bransoleta z muszli, szczątki ludzkie
Prakultura z Kotliny Karpackiej
Ułożone przy biurkuMagyar Adorján wyprowadzał całą ludzkość z Kotliny Karpackiej. Jego główne dzieło ukazało się drukiem dopiero w 1995 roku, siedemnaście lat po śmierci.
Czytaj dalejMagyar Adorján urodził się 4 października 1887 roku w Budapeszcie, a zmarł 28 września 1978 roku w Zelenice nad Adriatykiem. Pisał o obyczaju ludowym, o zdobnictwie i o dawnym piśmie; rzecz o etyce dawnej wiary ogłosił w 1937 roku, opracowanie o dawnym piśmie węgierskim w 1961, w wersji poprawionej zaś w 1970.
Główne dzieło, zatytułowane Prakultura, powstawało przez dziesięciolecia i wyszło drukiem w Budapeszcie dopiero w 1995 roku. Zawiera rozbudowany świat bóstw, kalendarz obrzędowy oraz wykładnię ornamentu ludowego jako pisma, a całość opiera się na założeniu, że w Kotlinie Karpackiej narodziła się ludzkość i że stamtąd rozeszły się wszystkie ludy świata.
Dzieło to jest dziś jednym z głównych źródeł ruchów wiary praojców, obok Arvisury i piśmiennictwa sumeryjskiego. Warto przy jego lekturze trzymać daty w ręku, ponieważ system przedstawiany jako zapis odziedziczony po przodkach jest autorskim układem człowieka urodzonego w 1887 roku, a wydanym dopiero w 1995.
- Narodzin ludzkości w Kotlinie Karpackiej nie wykazano żadnym znaleziskiem.
- Odczytanie ornamentu ludowego jako pisma wymagałoby wykazania powtarzalnych odpowiedniości znaku i dźwięku; takich odpowiedniości nie przedstawiono.
- Rękopis powstawał przez dziesięciolecia, a wydano go po śmierci autora; kolejności warstw tekstu nikt nie ustalił, więc żadnej jego części nie wolno datować bez dowodu.
Skąd to wiadomoPrakultura, Budapeszt 1995; rzecz o etyce dawnej wiary, 1937; opracowanie o dawnym piśmie węgierskim, 1961 i 1970
Arvisura, dziesięć tysięcy stron z Ózdu
Ułożone przy biurkuHutnik z Ózdu spisywał przez trzydzieści lat dzieje dwudziestu czterech plemion huńsko-węgierskich. Drukiem wyszły w latach 1997–1998.
Czytaj dalejO pochodzeniu treści autor mówił dwie rzeczy. Część miał usłyszeć od spadochroniarza radzieckiego pochodzenia mansyjskiego, spotkanego w czasie wojny, część zaś odbierać drogą, którą nazywał wibracją myśli. Sam tekst opowiada dzieje dwudziestu czterech plemion, wywodząc ich związek od roku 4040 przed naszą erą i od miejsca w Ordosie.
Arvisura podaje setki imion, dat rocznych i genealogii, czym różni się od wszystkich dawnych zapisów węgierskich, w których takich danych nie ma w ogóle. Ta obfitość jest właśnie jej cechą rozpoznawczą: przekaz ustny nie przechowuje ciągu dat rocznych sięgających sześciu tysięcy lat wstecz, a żaden niezależny dokument tych dat nie potwierdza.
Paál Zoltán, robotnik huty w Ózdzie, spisywał przez dziesięciolecia zbiór nazwany Arvisura, co tłumaczy się jako prawdomowa. Rękopis liczy według wydawców około dziesięciu tysięcy stron, a wydanie ogłoszone w latach 1997–1998 przekroczyło półtora tysiąca stron druku; wcześniejsze wersje, krążące w odpisach, były od wydanej wielokrotnie krótsze.
- Nie wykazano istnienia przekazu, z którego treść miałaby pochodzić; świadek, na którego powołuje się autor, nie zostawił zapisu.
- Daty roczne sprzed tysiącleci nie mają pokrycia w żadnym niezależnym źródle.
- Objętości rękopisu nie zmierzył nikt poza wydawcami; liczba dziesięciu tysięcy stron pochodzi z ich własnej zapowiedzi.
- Arvisura zlewa w jedną genealogię Hunów, Węgrów i ludy obskie; pokrewieństwo języków nie jest tym samym co wspólnota plemienna, a żadne z nich nie jest wspólnotą wiary.
Skąd to wiadomoRękopisy Paála Zoltána, pisane przez trzydzieści lat; wersja z lat siedemdziesiątych licząca 89 stron; wydanie drukiem z lat 1997–1998, ponad 1500 stron
Kościoły wiary praojców, 1990–2018
Zapis z tamtych czasówPo 1989 roku powstało kilkanaście wspólnot wiary praojców. Ustawa o kościołach obowiązująca od 2012 roku odebrała im osobowość prawną.
Czytaj dalejRóżnią się materiałem, z którego czerpią. Jedne opierają się na Arvisurze, inne na piśmiennictwie sumeryjskim, jeszcze inne na Prakulturze albo na sakralnym odczytaniu Świętej Korony, a część łączy praktykę bębna i podróży wewnętrznej, wziętą ze współczesnego szamanizmu, z imionami z poematów XIX wieku. Wspólnego kanonu nie ma i nigdy nie było.
Ustawa o kościołach uchwalona w 2011 roku i obowiązująca od 2012 odebrała osobowość prawną setkom wspólnot, w tym niemal wszystkim tutaj wymienionym. W 2014 roku trybunał strasburski orzekł, że rozwiązanie to naruszyło wolność religii oraz wolność zrzeszania się, a nowelizacja z 2018 roku wprowadziła cztery kategorie wspólnot o różnych uprawnieniach.
Daty rejestracji dają temu zjawisku twardy szkielet. Kościół Prawęgierski założono w Budapeszcie w 1990 roku, a wpisano do rejestru w 1998. Wspólnota Religii Węgierskiej powstała w 1992, Kościół Świętej Korony w 1996 i został zarejestrowany rok później, krąg bębna táltosów zawiązał się w 2006, wspólnota Yotengrit około 2007, a kościół zakonny odwołujący się do Arpadów w 2009. Starszych korzeni żadna z nich nie wykazała dokumentem.
- Status prawny wspólnoty nie mówi nic o wieku jej treści; rejestracja z 1997 roku nie datuje wierzeń, które wspólnota głosi.
- Imiona bóstw używane w tych wspólnotach pochodzą z dających się wskazać książek XIX i XX wieku, nie z przekazu rodzinnego.
- Wspólnoty podające dziś rok założenia sprzed 1989 opierają go na wspomnieniach uczestników, nie na żadnym wpisie ani aktach.
Skąd to wiadomoRejestry wspólnot wyznaniowych z lat 1990–2009; ustawa o kościołach z 2011 roku, obowiązująca od 2012; wyrok trybunału strasburskiego z 2014; nowelizacja z 2018
Kurultáj: 2007 w Kazachstanie, 2008 na Węgrzech
Zapis z tamtych czasówNajwiększy dzisiejszy zjazd turański zaczął się w 2007 roku w Kazachstanie, rok później stanął na Węgrzech, a od 2010 odbywa się w Bugacu.
Czytaj dalejDnia 23 sierpnia 2009 roku w tym samym miejscu odbyło się odrębne zgromadzenie, zwołane przez inne stowarzyszenie i liczące według organizatorów około ćwierć miliona uczestników. Od roku 2010 główny zjazd przeniósł się do Bugacu na piaskach kiskuńskich, gdzie odbywa się w latach parzystych, w nieparzystych zaś organizowany jest dzień przodków.
Program łączy pokazy jeździeckie, łucznictwo, rzemiosło, obozowisko jurt oraz delegacje ludów uznawanych za pokrewne, których liczy się kilkanaście, a przy szerszym rachunku ponad trzydzieści. Część obrzędowa, czyli ofiarny puchar, wezwania do pana wojsk i błogosławieństwo táltosa, pochodzi z tekstów, których daty podano na sąsiednich kartach, nie zaś z przekazu ciągłego.
Pierwszy zjazd odbył się w lipcu 2007 roku na stepie w północnym Kazachstanie, a zwołała go starszyzna tamtejszego rodu, którego nazwa brzmi podobnie do nazwy Węgrów. Rok później, w sierpniu 2008, zjazd stanął po raz pierwszy na Węgrzech, w Bösztörpuszcie pod Kunszentmiklós, przy udziale kilkudziesięciu organizacji z Kotliny Karpackiej.
- Udział delegacji z Azji Środkowej świadczy o dzisiejszych stosunkach, nie o wspólnocie religijnej sprzed tysiąca lat.
- Liczby uczestników podawane przez organizatorów nie mają niezależnego pomiaru.
- Podobieństwo nazwy rodu z kazachskiego stepu do nazwy Węgrów jest tą samą przesłanką, którą sekcja opisuje od karty o roku 1825; pokrewieństwa z niego nie wyprowadzono.
Skąd to wiadomoZjazd w Sadze w północnym Kazachstanie, 4–8 lipca 2007; Bösztörpuszta pod Kunszentmiklós, 8–10 sierpnia 2008; zgromadzenie z 23 sierpnia 2009; Bugac od 2010