Taroscope
Zaloguj się

Taroscope

Hoodoo i Gullah

Ameryka Północna · Południe Stanów

Hoodoo: robota, nie religia

Hoodoo nie jest religią i to nie jest drobiazg terminologiczny — z pomylenia go z haitańskim Vodou bierze się połowa nieporozumień. Nie ma w nim panteonu, święceń ani zgromadzenia. Jest robota: zielarska, domowa, robiona na zamówienie konkretnej sprawy, przez kogoś, kogo sąsiedzi nazywają root doctor. Nazwa mówi wprost, z czego to jest zrobione — z korzeni.

Podpis działu

Z czego to wyrosło — i który korzeń jest urwany

Hoodoo nie ma jednego źródła i właśnie to jest o nim najciekawsze. Zrosło się z kilku porządków naraz, a każdy z nich da się wskazać z osobna. Kliknij korzeń, żeby zobaczyć, co dokładnie z niego weszło.

Rozdzielamy

Trzy rzeczy mylone pod jednym słowem — i czwarta, która do nich nie należy

Praktyka, religia, miejska odmiana i towar ze sklepu z pamiątkami — cztery rzeczy, które się ze sobą myli, a które trzeba rozdzielić, zanim cokolwiek innego da się powiedzieć sensownie.

praktyka

Hoodoo

Robota na zamówienie. Bez panteonu, bez święceń, bez zgromadzenia i bez kalendarza świąt.

Czytaj dalej

Skąd wiemyBrak instytucji, kalendarza i listy bóstw w całym materiale źródłowym z Południa.

Praktykujący nie jest kapłanem i nikt go nie wyświęca. Uczy się od kogoś, kto już to robi, najczęściej w rodzinie, i zaczyna pracować, gdy sąsiedzi zaczynają po niego przychodzić.

Nie ma wspólnoty wyznawców. Jest klient i jest sprawa do załatwienia — i to jest cała struktura.

Dlatego zdanie „hoodoo to afroamerykańska religia” jest fałszywe nie przez uproszczenie, tylko przez pomyłkę co do rodzaju rzeczy.

religia

Vodou haitańskie

Panteon z imionami, wtajemniczenie, kapłaństwo i zgromadzenie. Cztery rzeczy, których hoodoo nie ma.

Czytaj dalej

Skąd wiemyOdrębne słownictwo obrzędowe, odrębna hierarchia i odrębny kalendarz, poświadczone niezależnie od siebie.

Vodou jest religią w każdym sensie, w jakim tego słowa używamy: ma duchy nazwane po imieniu i uporządkowane w rodziny, ma obrzęd wtajemniczenia, ma kapłanów i kapłanki, ma świątynię i ma wspólnotę, która się w niej zbiera.

Ma także kalendarz i święta oraz własne rozstrzygnięcia co do tego, kto ma prawo mówić w imieniu grupy.

Zestawianie go z hoodoo jako z „tym samym po amerykańsku” krzywdzi obie strony: jednej dopisuje instytucje, których nie ma, drugiej odbiera te, które ma.

trzecia rzecz

Voodoo nowoorleańskie

Ani jedno, ani drugie. Miejska odmiana z własną historią, katolicka w warstwie wierzchniej.

Czytaj dalej

Skąd wiemyPrasa i akta policyjne z dziewiętnastowiecznego Nowego Orleanu, opisujące zgromadzenia, których na Południu poza miastem nie ma.

W Nowym Orleanie powstało coś trzeciego, czego nie da się podpiąć ani pod hoodoo Południa, ani pod Vodou haitańskie, choć ma punkty styku z obydwoma.

Zbudowało się w mieście portowym, z ludnością wolną i niewolną, pod zwierzchnictwem katolickim i przy stałym dopływie przybyszów z Karaibów. Święci katoliccy funkcjonują w nim obok duchów, a obrzędy odbywały się publicznie w miejscach, które da się wskazać na planie miasta.

Mylenie tych trzech porządków to nie jest niechlujstwo nazewnicze. To jest zlepianie trzech różnych historii w jedną, która nie zdarzyła się nigdzie.

towar

Lalka ze sklepu z pamiątkami

Nie ma nic wspólnego ani z Vodou, ani z hoodoo, ani z Kongiem. Została wymyślona na sprzedaż.

Czytaj dalej

A było takZawiniątko, którego się nie pokazuje i którego zawartość jest ważniejsza od wyglądu.

Szmaciana figurka nabijana szpilkami, sprzedawana turystom razem z magnesem na lodówkę, nie występuje w żadnym z trzech opisanych wyżej porządków jako ich element.

Jej rodowód jest w większości europejski i teatralny: przechodzi przez powieść grozy, przez film i przez sklep z pamiątkami, nie przez praktykę.

Piszemy to wprost, bo to jest jedyny obiekt z całego zestawu, który większość czytelników widziała na własne oczy — i przez to jedyny, który naprawdę kształtuje wyobrażenie.

Wyspy

Gullah i Geechee: co izolacja wysp ryżowych pozwoliła zachować

Na wyspach u wybrzeża Karoliny i Georgii dziedzictwo afrykańskie zachowało się gęściej niż w jakiejkolwiek innej społeczności Ameryki Północnej, o której mamy porównywalny materiał — razem z osobnym językiem, którym mówi się do dziś.

Gullah

Osobny język

Kreolski na podłożu angielskim, z afrykańską warstwą w słownictwie i w składni. Mówi się nim do dziś.

Czytaj dalej

Skąd wiemyOpis językoznawczy z pierwszej połowy dwudziestego wieku, sporządzony na miejscu i do dziś niepodważony co do zasady.

Gullah, nazywany na południe od Savannah także Geechee, nie jest gwarą ani zepsutą angielszczyzną. Jest osobnym językiem kreolskim z własną gramatyką, opisanym i badanym.

Warstwa afrykańska siedzi nie tylko w słowach, ale i w tym, jak zdanie jest zbudowane — a składni się nie pożycza tak łatwo jak słownictwa.

Zachowały się też imiona nadawane po afrykańsku, używane w domu obok urzędowych.

wyspy

Dlaczego akurat tam

Wyspy ryżowe, malaria i nieobecni właściciele. Izolacja zrobiła to, czego nie zrobiłaby żadna wola.

Czytaj dalej

Skąd wiemySpisy ludności plantacji i zapisy o sezonowych wyjazdach właścicieli.

Plantacje ryżu na wyspach u wybrzeża Karoliny i Georgii miały bardzo dużą przewagę liczebną ludności niewolonej nad nadzorem, a właściciele wyjeżdżali stamtąd na całe lato przed chorobami.

Do tego doszła sama geografia: oddzielenie wodą, słaby ruch i mała wymiana z lądem. Efektem jest zachowanie afrykańskie gęstsze niż w jakiejkolwiek innej społeczności Ameryki Północnej, o której mamy porównywalny materiał: osobny język, splot koszy i obrzęd w domu modlitwy prowadzony bez przerwy.

Nie ma tu nic budującego. Warunek, który pozwolił zachować język i praktykę, był warunkiem chorobowym i zabójczym.

technika

Kosze z trawy słodkiej

Technika splotu przeniesiona z Afryki Zachodniej i używana nieprzerwanie od siedemnastego wieku.

Czytaj dalej

Skąd wiemyZgodność konstrukcji splotu z wyrobami zachodnioafrykańskimi, sprawdzalna na zachowanych egzemplarzach.

Kosz wykonany techniką zwijanego wałka, przewiązywanego pasmem, jest rzeczą, którą można wziąć do ręki i porównać z afrykańskim odpowiednikiem. Zgadza się sposób wykonania, a nie tylko wygląd.

Pierwsze kosze służyły do pracy przy ryżu i były robione z sitowia; dopiero później weszła trawa słodka i wyroby domowe.

To jeden z niewielu przypadków, w których ciągłość da się wykazać rzemiosłem, a nie opowieścią.

rola

Root doctor we wspólnocie

Nie tajemniczy mag, tylko rozpoznawalna osoba, do której idzie się z chorobą i ze sporem.

Czytaj dalej

Skąd wiemyRelacje zbierane na wyspach i zapisy o leczeniu prowadzonym poza medycyną urzędową.

W społecznościach Gullah praktykujący bywał zarazem zielarzem, rozjemcą i kimś, kogo pytało się o radę przed decyzją. Jego pozycja była jawna, nie ukryta.

W tej roli mieści się także to, co dziś nazwalibyśmy opieką zdrowotną — w miejscu i czasie, w których innej po prostu nie było.

Sąsiedztwo kościoła nie przeszkadzało. Ta sama osoba bywała w niedzielę w ławce.

Miasto osobno

Nowy Orlean: inna metryka i inna historia

Nowy Orlean jest osobnym przypadkiem i nie wolno go brać za całość. Rzecz, którą tam nazywa się voodoo, ma inną metrykę niż hoodoo Południa.

XIX wiek

Marie Laveau, osoba

Wolna kobieta kolorowa, fryzjerka, praktykująca katoliczka. Postać historyczna z aktami.

Czytaj dalej

Skąd wiemyAkta stanu cywilnego i zapisy parafialne Nowego Orleanu, dostępne i sprawdzalne.

Istniała naprawdę i zostawiła po sobie dokumenty: metryki, akty, adres, zawód. Pracowała jako fryzjerka w domach zamożnych rodzin, co dawało jej dostęp do wiedzy o mieście, jakiego nie miał nikt inny.

Była zarazem regularnie praktykującą katoliczką i nie widziała w tym sprzeczności — podobnie jak nie widziało jej Południe, w którym Psalm bywał formułą.

Sprawę zaciemnia dodatkowo to, że jej córka nosiła to samo imię i że część relacji dotyczy najpewniej ich obu naraz.

XX wiek

To, co z niej zrobiono

„Królowa voodoo” jest w dużej mierze wytworem prasy, przewodników i przemysłu turystycznego.

Czytaj dalej

A było takKobieta z zawodem, adresem i siecią znajomości w mieście, które bardzo pilnowało, kto gdzie stoi.

Postać obrosła opowieściami już za życia, ale rozmiar dzisiejszej legendy jest dwudziestowieczny i handlowy. Miasto sprzedaje ją jako atrakcję, a atrakcja potrzebuje mocniejszej fabuły niż akta.

Mechanizm jest ten sam, co przy lalce ze szpilkami: to, co da się sprzedać, wypiera to, co da się sprawdzić.

Rozdzielenie osoby od legendy nie jest odbieraniem jej niczego. Jest oddaniem jej tego, co naprawdę robiła.

XIX wiek

Zgromadzenia nad jeziorem

Obrzędy w wigilię świętego Jana nad Pontchartrain — publiczne, opisywane przez prasę i obserwowane przez policję.

Czytaj dalej

Skąd wiemyDoniesienia prasowe i raporty policyjne z dziewiętnastego wieku, opisujące te same wydarzenia z dwóch stron.

To jest ta cecha, która najmocniej odróżnia Nowy Orlean od reszty Południa: zgromadzenie. Ludzie zbierali się razem, w wyznaczonym terminie, w wyznaczonym miejscu, i robili to jawnie.

Data jest katolicka, a wybór miejsca nad wodą ma rodowód zupełnie inny. Takie nakładanie się jest tu regułą, a nie wyjątkiem.

W hoodoo Południa odpowiednika tego nie ma. Tam nie ma się gdzie zebrać, bo nie ma po co.

dziś

Krzyżyki na grobowcu

Zwyczaj współczesny, turystyczny i niszczący. Nie jest tradycją i nigdy nią nie był.

Czytaj dalej

A było takOfiary składane pod grobowcem i modlitwa, poświadczone wcześniej i nieniszczące nagrobka.

Stawianie trzech krzyżyków na grobowcu na cmentarzu Saint Louis numer jeden rozpowszechniło się w drugiej połowie dwudziestego wieku i nie ma poświadczenia we wcześniejszej praktyce.

Skutkiem jest zniszczenie tynku i konieczność zamknięcia cmentarza dla ruchu swobodnego. Wymienianie tego jako obrzędu jest podwójnym nieporozumieniem: co do metryki i co do skutku.

Wpisujemy to tutaj, bo jest to najczęściej powtarzana „instrukcja obrzędowa” związana z tą postacią — i w całości nieprawdziwa.

Figury

To nie są bóstwa — i to jest tu ważne

Cztery postacie — i pierwsza z nich mówi wprost, że to NIE są bóstwa. Hoodoo nie ma panteonu i nie zamierzamy go tu dorabiać.

zastrzeżenie

To nie są bóstwa

Hoodoo nie ma panteonu i nie zamierzamy go dorabiać. To są postacie z opowieści i z praktyki, nie obiekty kultu.

Czytaj dalej

A było takPostacie z opowieści i z praktyki bez statusu bóstw, przy modlitwie kierowanej do Boga chrześcijańskiego — a nie panteon.

Cały ten dział opiera się na jednym rozróżnieniu: hoodoo jest rzemiosłem, nie religią. Nie ma panteonu, święceń, zgromadzenia ani kalendarza świąt — i wymienianie tu „bogów” zniszczyłoby to, co dział tłumaczy.

Postacie, które jednak w tej praktyce występują, mają inny status. Jedne są bohaterami opowieści, inne nazwami przedmiotów, jeszcze inne — sposobem mówienia o zagrożeniu. Nikt do nich nie modli się jak do bóstwa i nikt nie składa im ofiar w sensie kultowym.

Modlitwa w hoodoo idzie do Boga chrześcijańskiego, a formułą bywa psalm. To nie jest przykrywka ani ostrożność — to jest po prostu wiara osób, które to robią, a rzemiosło działa w jej obrębie.

Dlatego ta sekcja nazywa się inaczej niż w pozostałych naszych działach amerykańskich. Trzymanie nazwy byłoby wygodne, ale wprowadzałoby w błąd co do rzeczy, o którą tu chodzi.

miejsce

Ten, kogo się spotyka na rozdrożu

Idzie się tam o północy przez dziewięć nocy, żeby ktoś nastroił instrument albo nauczył rzemiosła. Cena bywa nazwana wprost.

Czytaj dalej

Skąd wiemyPowtarzalność procedury w relacjach zebranych na Południu w latach trzydziestych XX wieku; rozbieżne nazywanie napotkanej postaci w tych samych relacjach.

W setkach relacji zebranych na Południu w latach trzydziestych XX wieku powtarza się ta sama procedura: idzie się na rozdroże o północy, przez określoną liczbę nocy, siada i czeka. Trzeciej albo dziewiątej nocy ktoś przychodzi.

Przychodzący bierze przyniesiony przedmiot — gitarę, talię kart, nóż — robi z nim coś i oddaje. Od tej pory człowiek umie. W relacjach bywa nazywany diabłem, bywa „czarnym człowiekiem”, a bywa nie nazwany wcale.

Skąd wzięła się sama postać, jest sporne. Wskazuje się zarówno na chrześcijańskiego diabła, jak i na zachodnioafrykańską postać strażnika rozdroża, która otwiera drogi. Obie linie są możliwe i niekoniecznie się wykluczają.

Rozdroże jest zresztą w hoodoo miejscem roboczym samo w sobie: tam zakopuje się rzeczy, których trzeba się pozbyć, i tam zostawia to, co ma odejść od domu. Miejsce, w którym drogi się krzyżują, jest miejscem, w którym coś można oddać.

korzeń

High John — postać i korzeń

Bohater opowieści, który wygrywa sprytem, i zarazem nazwa korzenia noszonego w kieszeni. Jedno i drugie naraz.

Czytaj dalej

Skąd wiemyWystępowanie postaci w opowieściach z plantacji oraz tej samej nazwy jako określenia korzenia sprzedawanego wysyłkowo od początku XX wieku.

W opowieściach z plantacji występuje postać, która wygrywa nie siłą, lecz sprytem: przechytrza właściciela, wymyka się karze, zamienia przegraną w zysk. Opowieści te opowiadano między sobą i nie były przeznaczone dla uszu z zewnątrz.

Ta sama nazwa oznacza korzeń pewnej rośliny pnącej, noszony w kieszeni albo w zawiniątku, uchodzący za dający powodzenie i przewagę. Sprzedawano go wysyłkowo od początku XX wieku, po kilkadziesiąt centów.

Związek między postacią a korzeniem jest w praktyce dosłowny: nosi się przy sobie tego, kto wygrywa sprytem. Jest to rozwiązanie tego samego rodzaju, co amulet arktyczny przenoszący cechę zwierzęcia.

Rzecz warto zestawić z innymi postaciami psotników, które opisujemy w tym serwisie: krukiem, kojotem, pająkiem i zającem. Wszędzie tam wygrywa się sprytem, a nie siłą — i wszędzie robi to ten, kto jest na słabszej pozycji.

ochrona

Haint i błękit na progu

Ganki i futryny maluje się na jasny błękit, bo to, co szkodzi, nie przechodzi przez wodę. Zwyczaj trwa.

Czytaj dalej

Skąd wiemyPowtarzalność uzasadnienia podawanego przez mieszkańców; pochodzenie zwyczaju ze społeczności wysp ryżowych i pierwotny skład barwnika z wapna z indygo.

Na Południu spotyka się ganki, futryny i sufity werand pomalowane na jasny, wodnisty błękit. Wyjaśnienie podawane przez mieszkańców powtarza się najczęściej w jednej postaci: to, co szkodzi, nie przechodzi przez wodę, a ta barwa udaje wodę.

Zwyczaj wywodzi się ze społeczności wysp ryżowych i rozszedł się szerzej, w tym poza społeczności czarne. Dziś bywa uzasadniany także tym, że barwa ta odstrasza owady — co jest wyjaśnieniem dorobionym później.

Barwnik uzyskiwano pierwotnie z wapna z dodatkiem indygo — a indygo było na tych wyspach uprawiane i przerabiane pracą niewolniczą. Materiał ochronny pochodził więc z tej samej plantacji, której się bano.

Podobna zasada działa przy drzewach z butelkami: coś szkodliwego wchodzi do szklanego naczynia i nie umie wyjść. W obu wypadkach ochrona polega na pułapce albo na barierze, a nie na sile.

Miejsca

Plac, dom modlitwy, cmentarz i sklep

Cztery miejsca. Jedno było placem, na którym w niedzielę wolno było grać na bębnach, gdy w większości stanów bębny były zakazane osobnym przepisem; jedno jest sklepem z olejkami przy głównej ulicy.

Nowy Orlean

Plac, na którym wolno było w niedzielę

Plac, na którym niedzielne zgromadzenia, gra i taniec ludzi niewolnych były legalne — rozwiązanie wyjątkowe, gdy w większości stanów zgromadzenia były zakazane, a bębny zakazane osobno. Zgromadzenia zniesiono w latach czterdziestych XIX wieku.

Czytaj dalej

Skąd wiemyLegalność i przebieg niedzielnych zgromadzeń poświadczone opisami z pierwszej połowy XIX wieku wraz z nazwami instrumentów i tańców; zniesienie zgromadzeń w latach czterdziestych XIX wieku.

Na placu na skraju miasta zbierali się w niedzielne popołudnia ludzie niewolni i wolni kolorowi: handlowali, grali, tańczyli i śpiewali. Zgromadzenia były legalne i odbywały się za wiedzą władz, pod nadzorem.

Było to rozwiązanie wyjątkowe. W większości stanów zgromadzenia niewolników były zakazane, a bębny zakazane osobno. Tutaj grano na bębnach przez kilkadziesiąt lat, a opisy z pierwszej połowy XIX wieku wymieniają instrumenty i tańce po nazwie.

Znaczenie tego miejsca dla muzyki jest trudne do przecenienia i bywa uznawane za jedno ze źródeł tego, co powstało w tym mieście później. Dla praktyki obrzędowej znaczyło ono tyle, że raz w tygodniu istniała przestrzeń, w której coś wolno.

Zgromadzenia ograniczono, a potem zniesiono w latach czterdziestych XIX wieku, w okresie zaostrzania przepisów po kolejnych powstaniach niewolników. Plac istnieje, ma nazwę i tablicę, a w weekendy nadal gra się tam na bębnach.

wyspy

Dom modlitwy na plantacji

Mały drewniany budynek bez wieży i bez ławek. To w nim odbywał się obrzęd, którego nie wolno było nazwać tańcem.

Czytaj dalej

Skąd wiemyZachowane budynki i ich pusty układ wnętrza; reguła zakazująca krzyżowania stóp odróżniająca obrzęd od tańca; nieprzerwane prowadzenie go w kilku wspólnotach.

Na plantacjach wysp ryżowych stawiano niewielkie drewniane budynki, w których odbywały się nabożeństwa. Nie miały wieży, ołtarza ani ławek ustawionych rzędami; wnętrze było puste, bo potrzebne było miejsce na podłodze.

Odbywał się tam obrzęd polegający na poruszaniu się w kręgu, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, przy śpiewie, klaskaniu i uderzaniu kijem w podłogę. Kilkanaście osób potrafiło utrzymać to przez godziny.

Obowiązywała zasada, której złamanie unieważniało rzecz: nie wolno KRZYŻOWAĆ STÓP. Dopóki stopy się nie krzyżują, nie jest to taniec — a taniec był z kościelnego punktu widzenia zakazany. Reguła jest więc obejściem zakazu, wpisanym w samą formę.

Budynki te stoją jeszcze w kilku miejscach, a obrzęd jest w kilku wspólnotach prowadzony nieprzerwanie. Jest to jedna z najlepiej udokumentowanych ciągłości afrykańskich w Ameryce Północnej.

grób

Cmentarz jako skład materiału

Ziemię z grobu bierze się za zapłatą zostawioną na miejscu — zwykle monetą albo alkoholem. Nie za darmo.

Czytaj dalej

Skąd wiemyZróżnicowanie zastosowań ziemi zależnie od grobu i obowiązek pozostawienia zapłaty, powtarzalne w relacjach; poświadczone odpowiedniki zwyczaju zdobienia grobów w Afryce Środkowej.

Ziemia wzięta z grobu jest w hoodoo materiałem roboczym o ustalonych zastosowaniach, zależnych od tego, czyj to grób: żołnierza, dziecka, osoby skrzywdzonej, krewnego. Nie każda ziemia nadaje się do każdej sprawy.

Obowiązuje zapłata. Zostawia się monety, alkohol albo tytoń, wypowiada prośbę i wymienia imię. Wzięcie bez zapłaty uchodzi za kradzież i za sprowadzenie kłopotu na biorącego — i ta reguła powtarza się w relacjach zebranych na Południu w latach trzydziestych XX wieku.

Na grobach Południa spotyka się białe muszle, potłuczone naczynia, szkło, lustra i przedmioty osobiste zmarłego. Zwyczaj ten ma poświadczone odpowiedniki w Afryce Środkowej i utrzymywał się tu przez cały XIX wiek.

Przedmioty na grobie bywają celowo uszkodzone. Wyjaśnienie podawane w relacjach jest spójne: rzecz, która ma towarzyszyć zmarłemu, musi zostać zwolniona ze świata żywych, a rozbicie jest sposobem tego zwolnienia.

miasto

Sklep z olejkami przy głównej ulicy

Świece, olejki, proszki i korzenie sprzedaje się jawnie od stu lat, w witrynie, z ceną i z nazwą działania.

Czytaj dalej

Skąd wiemyDziałanie sklepów i katalogów wysyłkowych od początku XX wieku oraz ich udział w ujednoliceniu nazw, barw i procedur dzisiejszego repertuaru.

Od początku XX wieku w miastach Południa i Północy działają sklepy sprzedające materiał do tej praktyki: świece w kolorach, olejki, proszki, korzenie, kadzidła. Towar ma nazwy handlowe opisujące działanie i ma cenę.

Znaczna część dzisiejszego repertuaru pochodzi właśnie stamtąd, a nie z przekazu rodzinnego. Katalogi wysyłkowe z przełomu wieków rozpowszechniły określone nazwy, kolory i procedury w całym kraju, ujednolicając to, co wcześniej różniło się między okolicami.

Wytwórcami i właścicielami sklepów bywali przy tym ludzie spoza tych społeczności, sprzedający im ich własną praktykę w opakowaniu. Jest to część historii, którą trzeba podać, choć nie jest wygodna dla żadnej strony.

Odnotowujemy to, bo obraz hoodoo jako wiedzy przekazywanej wyłącznie szeptem od babki jest niepełny. Przez sto lat była to również praktyka katalogowa, kupowana za pieniądze i wysyłana pocztą.

Po czym poznajemy

Ryta glina, biała muszla, szklana butelka i flanelowy woreczek

Cztery rzeczy, które można wziąć do ręki albo wykopać z ziemi. Trzy z nich domykają to, co stoi w dziale o Afryce Środkowej.

ceramika

Znaki na spodzie naczyń

Krzyżyki ryte na dnie glinianych naczyń z plantacji Karoliny, część znalezionych w wodzie i przy wodzie.

Czytaj dalej

Skąd wiemyWykopaliska na plantacjach Karoliny Południowej; zgodność formy znaku i miejsca złożenia, nie zgodność nazw.

Naczynia wyrabiane na miejscu, na plantacjach, noszą na spodzie ryte znaki w kształcie krzyża, czasem w kole. Część egzemplarzy wydobyto z koryt rzek i z brzegów.

Zbieżność z kongijskim zwyczajem znakowania i z rolą wody jako granicy jest wyraźna i szeroko przyjmowana. Trzeba jednak trzymać się tego, co naprawdę mamy: mamy KRZYŻYKI i miejsca ich znalezienia.

Nie mamy natomiast schludnego diagramu z podpisanymi ćwiartkami — ten powstał w dwudziestym wieku jako uporządkowanie świadectw i nie wolno go wkładać z powrotem w osiemnastowieczną glinę.

cmentarze

Białe muszle na grobach

Muszle, potłuczone naczynia i szkło na mogiłach Południa, przez cały dziewiętnasty wiek i miejscami dalej.

Czytaj dalej

Skąd wiemyOpisy cmentarzy Południa i zachowane obiekty; zgodność z materiałem kongijskim opisanym niezależnie.

Na grobie kładzie się ostatnie naczynia zmarłego, muszle i kawałki szkła; naczynia bywają rozbite umyślnie. Ten sam zestaw opisano po stronie kongijskiej, razem z zakładaniem cmentarzy nad wodą.

Biel jest tu barwą tamtej strony, nie żałoby w europejskim sensie — i to rozróżnienie trzeba trzymać, bo inaczej cały zwyczaj czyta się opacznie.

To jest najmocniejsze domknięcie z działem o Afryce Środkowej, bo zgadza się i przedmiot, i gest, i uzasadnienie.

obejścia

Drzewa z butelkami

Szklane butelki nadziewane na gałęzie przy domu. Szkło jako materiał przyszło z Europy, zastosowanie nie.

Czytaj dalej

Skąd wiemyZachowane obejścia i zdjęcia; ciągłość funkcji przy zmienionym surowcu.

Butelka na gałęzi ma zatrzymać to, co przychodzi do domu, i zamknąć to w środku. Zwyczaj utrzymał się na Południu i bywa spotykany do dziś, także jako ozdoba, której gospodarze już nie tłumaczą.

Szkło przybyło z Europy i wpisało się w rolę, którą wcześniej pełniły materiały połyskujące — muszle albo gładka żywica. Zmienił się surowiec, nie przeznaczenie.

Ten sam ruch opisaliśmy po stronie afrykańskiej przy wypełnieniach pojemników mocy.

przedmiot

Mojo, czyli zawiniątko

Flanelowy woreczek ze składnikami, karmiony i noszony przy ciele. Ta sama zasada, co w nkisi.

Czytaj dalej

Skąd wiemyZachowane egzemplarze i spisane opisy sposobu obsługi, zgodne co do zasady z materiałem kongijskim.

Zawartość jest ważniejsza od wyglądu, woreczka się nie pokazuje obcym, a jego moc trzeba podtrzymywać — olejem, alkoholem albo słowem. Zaniedbany przestaje działać.

Nazwy są amerykańskie i różne w różnych okolicach: mojo, toby, hand, conjure bag. Konstrukcja jest jedna i jest kongijska.

Jest to zarazem najlepszy dowód na to, że hoodoo nie jest religią: przedmiot nie jest wizerunkiem żadnego bóstwa i nie ma przed kim stać.

Rzemiosła

Krąg, ślad, słoik i talia kart

Krąg w domu modlitwy, ziemia ze śladu stopy, słoik z imieniem i zwykła talia kart. Pierwsza z tych czterech rzeczy pokazuje, jak przepis prawny z 1740 roku zmienił brzmienie muzyki na dwa stulecia.

obrzęd

Krąg bez krzyżowania stóp

Ruch w kręgu przeciwnie do wskazówek zegara, przy klaskaniu i kiju uderzającym w podłogę. Bębna nie ma, bo był zakazany.

Czytaj dalej

Skąd wiemyUstawa uchwalona w 1740 roku zakazująca używania bębnów; zachowany układ obrzędu z rytmem przeniesionym na klaskanie, stopy i kij.

Uczestnicy poruszają się w kręgu przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, szurając stopami, przy śpiewie z powtarzaną odpowiedzią, klaskaniu i równym uderzaniu kijem w deski podłogi. Trwa to długo i narasta.

Bębna nie ma i to nie jest przypadek. Po powstaniu niewolników w 1739 roku kolonia Karoliny Południowej uchwaliła rok później ustawę zakazującą między innymi używania bębnów, uznanych za środek porozumiewania się na odległość.

Skutek jest słyszalny do dziś. Rytm przeniósł się na ręce, stopy i kij — a instrument, którego zabroniono, został zastąpiony ciałem. Jest to jeden z najlepiej udokumentowanych przypadków, gdy przepis prawny zmienił brzmienie muzyki.

Ta forma stoi u źródeł znacznej części muzyki amerykańskiej i to jest twierdzenie mocne, nie efektowne. Klaskanie na słabą część taktu, śpiew z odpowiedzią i narastanie przez powtórzenie przeszły stamtąd dalej.

robota

Praca na śladzie

Bierze się ziemię z odcisku czyjejś stopy i coś z nią robi. Stąd wzięło się chodzenie tyłem po własnych śladach.

Czytaj dalej

Skąd wiemyPowtarzalność procedury pracy na śladzie i towarzyszących jej zachowań obronnych w relacjach zebranych na Południu.

Jedną z najczęściej opisywanych procedur jest pobranie ziemi ze śladu stopy określonej osoby i użycie jej: zawiązanie w węzeł, zakopanie, wsypanie do bieżącej wody. Zależnie od dalszego postępowania skutek ma być inny.

Wiąże się z tym cały zestaw zachowań obronnych: zamiatanie progu, wchodzenie tyłem, przechodzenie przez wodę, sypanie soli. Bieżąca woda wraca w tych opisach stale w tej samej roli — przerywa ciągłość.

Zasada jest prosta i wraca w wielu miejscach świata: część należąca do kogoś działa na całość. Włos, paznokieć, ubranie, ślad — wszystko to jest tą samą kategorią, a ślad jest jej najbardziej pomysłowym przykładem, bo nie trzeba się do nikogo zbliżać.

Odnotowujemy to jako opis praktyki. Nie twierdzimy, że działa, i nie podajemy procedur w sposób pozwalający je powtórzyć — bo dział opisuje rzemiosło, a nie udziela instrukcji.

robota

Słoik z miodem i słoik z octem

Imię na kartce wkłada się do słoika ze słodkim albo z kwaśnym. Jedno ma zmiękczyć, drugie poróżnić.

Czytaj dalej

Skąd wiemyCiągłość tej procedury od najstarszych zapisanych relacji po współczesne opisy; przewaga spraw dotyczących pracy, pieniędzy, mieszkania i sądu w zebranym materiale.

Kartkę z imieniem albo drobiazg należący do osoby wkłada się do słoika wypełnionego miodem, cukrem i ziołami, a na wieczku pali świecę przez kilka dni. Rzecz ma zmiękczyć nastawienie tej osoby — sędziego, właściciela, teściowej.

Odwrotność jest równie częsta: ten sam układ z octem, pieprzem i igłami ma poróżnić dwie osoby albo zaszkodzić. Wykonuje się to z pełną świadomością i bez eufemizmów; w tej praktyce szkodzenie nie jest tematem wstydliwym.

Jest to jedna z niewielu rzeczy, które przetrwały bez zmian od najstarszych zapisanych relacji po dzisiejsze poradniki. Składniki są tanie, procedura prosta, a sprawy, których dotyczy — sąd, praca, czynsz, rodzina — nie zmieniły się wcale.

Warto zauważyć, do czego to służy w praktyce. Przeważająca część spraw w relacjach dotyczy pieniędzy, pracy, mieszkania, sądu i miłości. Jest to rzemiosło ludzi, którzy nie mieli dostępu do urzędu ani do prawnika.

wróżba

Czytanie ze zwykłej talii

Nie z tarota. Ze zwykłych kart do gry, według znaczeń przekazywanych ustnie i różniących się między okolicami.

Czytaj dalej

Skąd wiemyPrzewaga zwykłej talii nad tarotem w zebranych relacjach i ustny, zróżnicowany regionalnie charakter znaczeń; późniejsze wejście tarota wraz z obrotem sklepowym.

Wróżenie w hoodoo opiera się najczęściej na zwykłej talii kart do gry, a nie na tarocie. Znaczenia są przekazywane ustnie i różnią się między rodzinami i okolicami; nie ma jednego systemu ani książki, która byłaby rozstrzygająca.

Obok kart używa się innych sposobów: czytania z fusów, z oleju na wodzie, ze snów i z otwartej na chybił trafił Biblii. Ten ostatni sposób jest szczególnie częsty i pokazuje, jak głęboko warstwa chrześcijańska siedzi w tym rzemiośle.

Tarot wszedł do tej praktyki później, wraz ze sklepami i katalogami, i bywa dziś używany — ale jako dodatek, nie jako podstawa. Rozróżnienie to ma znaczenie przy ocenie, co jest tu dawne, a co dołożone w XX wieku.

Zwykła talia jest zresztą wyborem praktycznym: była tania, dostępna i nie zwracała uwagi. Przedmiot, który wygląda jak rzecz do gry, nie jest dowodem niczego — a to w tamtych warunkach miało znaczenie.

Pogranicze

Psalm jako składnik, nie maska

Trzy miejsca styku z chrześcijaństwem: kościoły, w których spotkały się spirytyzm, katolicyzm, protestancki śpiew i pamięć o wodzu indiańskim, psalm używany jako przepis oraz spór o to, czy kaznodzieja może parać się korzeniami.

lata 20. XX w.

Kościoły duchowe Nowego Orleanu

Założone w latach dwudziestych XX wieku przez kobietę z Chicago. Wśród przewodników duchowych jest tam wódz indiański z XIX wieku.

Czytaj dalej

Skąd wiemyPowstanie wspólnot w latach dwudziestych XX wieku i osoba założycielki; obecność postaci historycznego przywódcy z lat trzydziestych XIX wieku wśród przywoływanych przewodników duchowych.

W latach dwudziestych XX wieku powstały w Nowym Orleanie wspólnoty religijne łączące spirytyzm, katolicką obrzędowość, protestancki śpiew i miejscowe rzemiosło. Założycielką pierwszej z nich była kobieta przybyła z Chicago.

Nabożeństwo obejmuje przekazywanie wiadomości od zmarłych, błogosławieństwa, śpiew z odpowiedzią i namaszczenie olejem. Wspólnoty mają biskupów, w tym kobiety — co w tamtym czasie i w tamtym mieście było rzeczą osobną.

Wśród przywoływanych przewodników duchowych znajduje się postać historyczna: przywódca ludu z Illinois, który w latach trzydziestych XIX wieku prowadził wojnę z armią amerykańską. Jest on w tych kościołach wzywany jako obrońca uciśnionych.

Zeszły się tu cztery porządki naraz: europejski spirytyzm, katolicyzm, protestantyzm afroamerykański i pamięć o wodzu indiańskim — złożone w jedną wspólnotę, w jednym mieście, w ciągu jednego pokolenia. I te kościoły działają do dziś.

formuła

Psalm jako przepis

Poradniki podają, który psalm na co: na sąd, na sen, na wroga. Tekst jest składnikiem, tak samo jak korzeń.

Czytaj dalej

A było takTekst biblijny używany jako składnik o przypisanym działaniu, łączony z innymi materiałami — a nie chrześcijańska maska na praktykę pogańską.

Psalmy mają w tej praktyce przypisane zastosowania: określone numery odmawia się przy sprawie sądowej, przy podróży, przy chorobie, przy ochronie domu. Spisy takich przypisań krążyły w tanich broszurach od XIX wieku.

Bierze się przy tym pod uwagę nie tyle treść, ile skuteczność przypisaną tekstowi. Psalm jest tu narzędziem o określonym działaniu, tak samo jak korzeń albo świeca — i bywa łączony z nimi w jednej procedurze.

Sposób użycia bywa materialny: tekst się przepisuje, nosi przy sobie, wkłada do buta, spala i pije popiół z wodą. Słowo staje się rzeczą, którą można gdzieś umieścić — i to jest cecha tego rzemiosła w ogóle.

Nazywanie tego przykrywką jest nieporozumieniem, które prostujemy w tym dziale wielokrotnie. Ludzie, którzy to robili, byli chrześcijanami i nie widzieli w tym sprzeczności. Składnik nie jest maską.

role

Kaznodzieja i ten od korzeni

Bywała to jedna osoba, a bywały dwie skłócone. We wspólnotach zdarzało się jedno i drugie naraz.

Czytaj dalej

Skąd wiemyRozbieżne postawy kaznodziejów odnotowane w relacjach z lat trzydziestych XX wieku; dzisiejsze współistnienie odrzucenia i jawnej praktyki w tych samych środowiskach.

Stosunek kościołów do tego rzemiosła bywał różny i zmieniał się. Część kaznodziejów potępiała je z ambony jako zabobon i zwodzenie; część odsyłała do niego ludzi, a niektórzy zajmowali się nim sami.

W relacjach zebranych w latach trzydziestych XX wieku postać kaznodziei parającego się korzeniami pojawia się wielokrotnie i nie jest tam traktowana jako skandal. Bywała natomiast przedmiotem sporu wewnątrz zboru.

Współcześnie widać obie linie. Znaczna część kościołów czarnego Południa odrzuca tę praktykę zdecydowanie, a jednocześnie rośnie liczba osób, które prowadzą ją jawnie, powołując się na ciągłość rodzinną.

Odnotowujemy spór, nie rozstrzygamy go. Warto natomiast zauważyć, że jest to spór WEWNĘTRZNY — toczy się między ludźmi tej samej wspólnoty, a nie między nią a kimś z zewnątrz.

Ściganie

Zakaz bębnów i to, skąd w ogóle to wiemy

Ustawa, naloty policji i przepisy o wróżeniu — a na końcu rzecz, która mówi, skąd w ogóle to wszystko wiemy i czego temu źródłu brakuje.

1740

Zakaz bębnów

Po powstaniu z 1739 roku kolonia zakazała bębnów, nauki pisania i zgromadzeń. Skutek słychać w muzyce do dziś.

Czytaj dalej

Skąd wiemyPrzebieg powstania z września 1739 roku i treść ustawy uchwalonej rok później, obejmującej zakaz bębnów oraz zgromadzeń i nauki pisania.

We wrześniu 1739 roku doszło w Karolinie Południowej do powstania niewolników, które ruszyło przy dźwiękach bębnów i objęło kilkadziesiąt osób. Zostało stłumione w ciągu kilku dni.

Rok później uchwalono ustawę zaostrzającą przepisy: zakazano zgromadzeń bez nadzoru, nauki pisania, a osobno używania bębnów, rogów i innych instrumentów mogących służyć do porozumiewania się na odległość.

Skutek dla obrzędu był rozstrzygający. Rytm przeniósł się na ręce, stopy i kij uderzający w podłogę — i tak brzmi obrzęd w kręgu, który opisujemy w tym dziale. Przepis prawny zmienił brzmienie muzyki na dwa stulecia.

Warto zestawić to z innymi zakazami z naszych działów: potlaczu w Kanadzie, tańca słońca na Równinach, obrzędów na Haiti. Za każdym razem zakazywano nie wiary, tylko ZGROMADZENIA — bo to ono jest niebezpieczne dla władzy.

XIX w.

Aresztowania za zgromadzenia

Prasa Nowego Orleanu opisywała naloty policji na zebrania w domach prywatnych. Zarzutem bywało zakłócanie spokoju.

Czytaj dalej

Skąd wiemyDoniesienia prasowe z drugiej połowy XIX wieku o nalotach na zgromadzenia wraz z podawanymi zarzutami porządkowymi.

Od lat pięćdziesiątych XIX wieku prasa Nowego Orleanu regularnie donosiła o nalotach policji na zgromadzenia w domach prywatnych i nad jeziorem. Podawano nazwiska zatrzymanych, opisywano przedmioty i wyszydzano uczestników.

Zarzuty były zwykle porządkowe: zakłócanie spokoju, nielegalne zgromadzenie, w przypadku zgromadzeń mieszanych rasowo — naruszenie przepisów o rozdziale. Rzadko stawiano zarzut dotyczący samego obrzędu, bo nie było ku temu podstawy prawnej.

Jest to metoda, która wraca w wielu miejscach: praktyki nie da się zakazać wprost, więc ściga się ją przepisami o czymś innym. Widzieliśmy to przy zakazie nabożeństw na Trynidadzie i przy okólnikach o tańcach na Równinach.

Doniesienia te są dziś jednym z głównych źródeł o tamtej praktyce. Trzeba je czytać ze świadomością, że pisali je ludzie wrogo nastawieni, dla czytelników, którzy chcieli się zgorszyć — a mimo to zawierają szczegóły nie do uzyskania skądinąd.

XX w.

Przepisy o wróżeniu

W wielu miastach wróżenie za opłatą było wykroczeniem. Przepisy te obowiązywały miejscami do XXI wieku.

Czytaj dalej

Skąd wiemyPrzepisy miejskie i stanowe zakazujące wróżenia za opłatą, ich wybiórcze stosowanie oraz postępowania sądowe o ich uchylenie w XXI wieku.

Liczne miasta i stany zakazywały wróżenia za opłatą, traktując je jako oszustwo z mocy prawa. Przepisy te stosowano wybiórczo: dotykały głównie osób czarnych, ubogich i pracujących w domach, a nie salonów w dzielnicach zamożnych.

Skutkiem była praktyka prowadzona w ukryciu i bez rachunku, a więc bez żadnej ochrony dla klienta. Kto został oszukany, nie miał do kogo pójść — bo sama czynność, o którą chodziło, była zakazana.

Część tych przepisów obowiązywała jeszcze w XXI wieku i bywała uchylana przez sądy jako naruszenie wolności słowa. Postępowania takie toczyły się między innymi w Luizjanie i Kalifornii.

Odnotowujemy to, bo pokazuje ciągłość, której zwykle się nie zauważa. Ściganie tej praktyki nie skończyło się wraz z niewolnictwem ani z segregacją. Zmieniła się tylko podstawa prawna.

lata 30.

Skąd w ogóle to wiemy

Największy zbiór relacji o tej praktyce powstał w latach trzydziestych XX wieku: tysiące rozmów, nagrywanych i spisywanych.

Czytaj dalej

Skąd wiemySkala i sposób powstania dwóch wielkich zbiorów relacji z lat trzydziestych XX wieku, w tym nagrań na płytach woskowych, oraz warunki, w jakich rozmowy przeprowadzano.

Wiedza o hoodoo pierwszej połowy XX wieku pochodzi w przeważającej części z jednego przedsięwzięcia: wieloletniej pracy zbierania relacji na Południu, obejmującej tysiące rozmów z praktykującymi i z ich klientami.

Rozmówcom płacono, część rozmów nagrano na płyty woskowe, a całość wydano później w kilku tomach liczących tysiące stron. Jest to zbiór bez odpowiednika i bez niego ten dział miałby połowę objętości.

Trzeba przy tym powiedzieć rzecz oczywistą, a często pomijaną: rozmówcy mówili do obcego, za pieniądze i w okresie segregacji. Część odpowiedzi była dopasowana do tego, czego pytający wyraźnie oczekiwał.

Drugim wielkim zbiorem są relacje osób urodzonych w niewoli, zebrane w tym samym dziesięcioleciu w ramach programu robót publicznych. Tam ograniczenie jest jeszcze wyraźniejsze: pytającymi bywali biali mieszkańcy tych samych okolic.

Licznik

Od zakazu bębnów z 1740 roku po tysiące relacji z lat trzydziestych

Dziewięć liczb, które mierzą świat, a nie naszą tezę.

4

Rzeczy, których hoodoo nie ma

Panteonu z imionami, wtajemniczenia, kapłaństwa i zgromadzenia. Każdą z nich ma haitańskie Vodou.

Czytaj dalej

Te cztery rzeczy nie są listą braków ułożoną dla efektu. Są zestawem cech, po których w ogóle rozpoznaje się religię: nazwane duchy uporządkowane w rodziny, obrzęd wprowadzający nowego człowieka, osoby uprawnione do prowadzenia obrzędu i wspólnota, która się na nim zbiera.

Liczba bierze się z zestawienia materiału z dwóch stron. W relacjach zbieranych na Południu Stanów w latach trzydziestych XX wieku nie występuje ani lista bóstw z imionami, ani kalendarz świąt, ani nazwa dla kogoś, kto miałby prawo mówić w imieniu grupy — jest klient, sprawa i zapłata. Po stronie haitańskiej wszystkie cztery rzeczy mają własne, odrębne słownictwo obrzędowe.

Jeden wyjątek wypada zaznaczyć od razu, bo inaczej czytelnik znajdzie go sam i uzna zdanie za nieścisłe. Nad jeziorem Pontchartrain zgromadzenia rzeczywiście się odbywały, w wyznaczonym terminie i jawnie — ale to voodoo nowoorleańskie, trzeci porządek z własną metryką, a nie hoodoo wiejskiego Południa, którego ta liczba dotyczy.

1809

Rok wielkiego napływu do Nowego Orleanu

Przybysze z Saint-Domingue — wolni i niewolni — podwoili wtedy w praktyce ludność miasta i odmienili jego obrzędowość.

Czytaj dalej

Przybysze nie przypłynęli wprost z Saint-Domingue. Po rewolucji haitańskiej osiedli najpierw na Kubie, skąd wypędzono ich w 1809 roku w odwecie za wojnę napoleońską w Hiszpanii; stamtąd trafili do Luizjany, kupionej przez Stany sześć lat wcześniej. Przyjechali w trzech mniej więcej równych częściach: wolni ludzie kolorowi, biali i ludzie niewolni.

Skutek widać w mieście od razu — we francuszczyźnie używanej na co dzień, w katolickiej obrzędowości i w zgromadzeniach nad Pontchartrain, opisywanych potem przez prasę i obserwowanych przez policję. Jest to jedyne wejście porządku haitańskiego do Ameryki Północnej na taką skalę, o jakim mamy dokumenty, i zarazem jedyny punkt styku, o którym wolno mówić przy hoodoo.

Ta wielkość jest datą, nie pomiarem. Wiadomo, ilu ludzi wpisano do rejestrów po wyokrętowaniu w Nowym Orleanie, i wiadomo, ile miasto liczyło przedtem; zdanie o podwojeniu bierze się z zestawienia tych dwóch zapisów. Nie wiadomo natomiast, co każdy z przybyłych przywiózł ze sobą w praktyce — i tego dział nie dopowiada.

ok. 250 tys.

Mówiący językiem Gullah, szacunkowo

Szacunek, nie wynik spisu; rozpiętość podawanych liczb jest duża, bo zależy od tego, co uznać za mówienie tym językiem.

Czytaj dalej

Szacunek obejmuje pas wybrzeża i wysp od Karoliny Północnej po północną Florydę, czyli obszar dawnych plantacji ryżu i indygo, wraz z osobami, które wyjechały stamtąd do miast i mowę zachowały. Na południe od Savannah tych samych ludzi i tę samą mowę nazywa się Geechee, a granica między obiema nazwami jest zwyczajowa, nie językowa.

Kłopot z liczbą bierze się z progu, jaki sobie postawimy. Spis ludności pyta o język używany w domu i wykazuje osobno tylko te, które ma w swoim wykazie; kreol na podłożu angielskim bywa w takiej ankiecie zgłaszany po prostu jako angielski, bo sami mówiący nazywają go czasem dialektem. Zależnie od tego, czy liczyć wyłącznie osoby mówiące płynnie, czy także te, które rozumieją i przechodzą na tę mowę między swoimi, wynik zmienia się wielokrotnie.

Dlatego stoi tu wartość zaokrąglona i opatrzona zastrzeżeniem. Pewne jest natomiast, czego dotyczy: mowy używanej dzisiaj, a nie liczby potomków mieszkańców wysp — tych jest znacznie więcej, a język przechodzi na kolejne pokolenie nierówno, najmocniej tam, gdzie wspólnota została na miejscu.

XVII wiek

Najstarsze kosze techniką zwijanego wałka

Splot używany nieprzerwanie od plantacji ryżu do dziś. Rzemiosło, które przetrwało dłużej niż plantacje.

Czytaj dalej

Data odnosi się do początków uprawy ryżu na wyspach Karoliny, a nie do zachowanego egzemplarza. Najstarsze kosze były narzędziem pracy: płaskim, szerokim naczyniem, którym podrzucano ziarno, żeby wiatr zabrał plewy. Robiono je z sitowia rosnącego na miejscu, a robota należała do dniówki, nie do rękodzieła na sprzedaż.

Ciągłość opiera się tu na sposobie wykonania, nie na wyglądzie. Wałek z trawy zwija się spiralnie i przewiązuje wąskim pasmem, a ten sam chwyt widać w wyrobach zachodnioafrykańskich — porównanie da się więc przeprowadzić na zachowanych koszach, a nie tylko na opowieści o pochodzeniu.

Trawa słodka weszła później, razem z wyrobami domowymi i sprzedażą przy drodze pod Charlestonem. Zmienił się surowiec i przeznaczenie — z naczynia do młócki na przedmiot kupowany — a nie chwyt ręki, po którym poznaje się technikę.

trzy nazwy

Mylone ze sobą najczęściej

Hoodoo, Vodou haitańskie i voodoo nowoorleańskie. Trzy różne rzeczy, jedno słowo w potocznym użyciu.

Czytaj dalej

Pomyłka ma źródło w pisowni i w handlu. Słowo z języka fon, oznaczające ducha, zapisywano po francusku, po angielsku i po kreolsku na kilka sposobów naraz, a dziewiętnastowieczna prasa Nowego Orleanu używała jednej formy dla wszystkiego, co uznała za obce i gorszące. Ta właśnie forma przyjęła się potem w powieści, w filmie i w sklepie z pamiątkami.

Rozdzielić te trzy porządki da się po cechach sprawdzalnych, a nie po wrażeniu. Vodou haitańskie ma nazwane duchy, wtajemniczenie, kapłaństwo i świątynię; voodoo nowoorleańskie ma zgromadzenia w wyznaczonym terminie, warstwę katolicką oraz doniesienia prasowe i akta policyjne, które to poświadczają; hoodoo Południa nie ma żadnej instytucji i jest robotą przyjmowaną na zamówienie pojedynczej sprawy.

Rozróżnienie nie jest pedanterią nazewniczą, bo każdy z tych porządków ma inną metrykę i inny obszar: Haiti od końca XVIII wieku, Nowy Orlean od XIX, wiejskie Południe przez cały ten czas i bez jednego ośrodka. Kto bierze je za jedno, przenosi kapłaństwo i wtajemniczenie tam, gdzie ich nigdy nie było, a praktyce miejskiej odbiera jej własną, dobrze udokumentowaną historię.

1740

Rok zakazu bębnów

Uchwalony po powstaniu z 1739 roku. Zakazano też zgromadzeń bez nadzoru i nauki pisania.

Czytaj dalej

Bębny uznano za środek porozumiewania się na odległość — i to jest w ustawie zapisane wprost.

Rytm przeniósł się na ręce, stopy i kij uderzający w podłogę. Tak brzmi obrzęd w kręgu do dziś.

To jeden z najlepiej udokumentowanych przypadków, gdy przepis prawny zmienił brzmienie muzyki.

tysiące

Relacji zebranych w latach trzydziestych

Rozmowy z praktykującymi i ich klientami, część nagrana na płyty woskowe. Bez tego zbioru ten dział miałby połowę objętości.

Czytaj dalej

Rozmówcom płacono, a całość wydano później w kilku tomach liczących tysiące stron.

Mówili do obcego, za pieniądze i w okresie segregacji — część odpowiedzi była dopasowana do oczekiwań pytającego.

Drugim wielkim zbiorem są relacje osób urodzonych w niewoli, zebrane w tym samym dziesięcioleciu.

9

Nocy na rozdrożu

Tyle razy trzeba przyjść o północy, według najczęściej powtarzanej wersji procedury.

Czytaj dalej

Przychodzący bierze przyniesiony przedmiot, robi z nim coś i oddaje. Od tej pory człowiek umie.

W relacjach bywa nazywany diabłem, bywa „czarnym człowiekiem”, a bywa nie nazwany wcale.

Wskazuje się zarówno na chrześcijańskiego diabła, jak i na zachodnioafrykańską postać strażnika rozdroża. Obie linie są możliwe.

lata 20. XX w.

Kiedy powstały kościoły duchowe

Spirytyzm, katolicyzm, protestancki śpiew i miejscowe rzemiosło w jednej wspólnocie. Działają do dziś.

Czytaj dalej

Założycielką pierwszej z nich była kobieta przybyła z Chicago; wspólnoty mają biskupów, w tym kobiety.

Wśród przywoływanych przewodników duchowych jest przywódca ludu z Illinois, który w latach trzydziestych XIX wieku prowadził wojnę z armią amerykańską.

Cztery tradycje złożone w jedną wspólnotę, w jednym mieście i w ciągu jednego pokolenia.

Sprawdzamy

Czego nie było

Pięć zdań, które krążą jako oczywistości, a nie są prawdziwe.

Hoodoo to amerykańska odmiana Vodou

Dwa porządki wyrosły osobno z częściowo wspólnego materiału. Jeden nie jest dzieckiem drugiego.

Czytaj dalej

A było takWspólny materiał zachodnioafrykański i kongijski oraz dwie osobne drogi rozwoju.

Vodou ma panteon, wtajemniczenie, kapłaństwo i zgromadzenie. Hoodoo nie ma żadnej z tych czterech rzeczy — i nie dlatego, że je zgubiło po drodze, tylko dlatego, że nigdy nie było religią.

Punkt styku istnieje i jest jeden: Nowy Orlean po tysiąc osiemset dziewiątym roku. Z jednego styku nie robi się pochodzenia.

Lalka nabijana szpilkami to narzędzie voodoo

Nie występuje ani w Vodou, ani w hoodoo, ani po stronie kongijskiej. Jej rodowód jest europejski i teatralny.

Czytaj dalej

A było takWoreczek ze składnikami, noszony przy ciele i niepokazywany obcym.

Figurka przeszła przez powieść, przez film i przez sklep z pamiątkami, a dopiero stamtąd wróciła jako rzekomy element praktyki.

Przedmiotem, który w tych porządkach naprawdę pracuje, jest zawiniątko — i jego się właśnie nie pokazuje.

Chrześcijaństwo było tylko przykrywką

Psalm w formule nie jest maskowaniem. Jest składnikiem i tak był traktowany.

Czytaj dalej

A było takPismo traktowane jako skuteczny tekst, obok innych skutecznych rzeczy.

Praktykujący bywali regularnymi bywalcami kościoła i nie uważali tego za sprzeczność. Zakładanie, że musieli udawać, mówi więcej o naszych kategoriach niż o ich praktyce.

Dokładnie ten sam ruch — krzyż wchodzący do zestawu znaków bez przejścia na chrześcijaństwo — opisaliśmy po stronie kongijskiej.

Wszystko w hoodoo jest afrykańskie i starożytne

Sporą część dzisiejszego repertuaru da się datować na katalog wysyłkowy z przełomu wieków.

Czytaj dalej

A było takKilka korzeni naraz, z których jeden jest handlowy i dziewiętnastowieczny.

Nazwy olejków, gotowe proszki i kolory świec pochodzą w dużej mierze z tanich druków i sklepów wysyłkowych, a nie z Afryki. Etykiety zachowały się i da się je datować.

Przyznanie tego niczego nie odbiera praktyce. Odbiera natomiast opowieści o nietkniętej starożytności, która nigdy nie była prawdziwa.

Gullah to zepsuta angielszczyzna

To osobny język kreolski z własną gramatyką, opisany i zbadany.

Czytaj dalej

A było takKreol na podłożu angielskim, z afrykańską warstwą w słownictwie i w budowie zdania.

Warstwa afrykańska siedzi w nim nie tylko w słowach, ale i w składni — a składni nie pożycza się tak łatwo jak słownictwa.

Nazywanie go dialektem albo zepsuciem jest oceną, a nie opisem, i w dodatku oceną, która przez długi czas miała skutki praktyczne w szkole.