Taroscope
Zaloguj się

Taroscope

Ludy Arktyki

Ludy Arktyki · rozdroże

Kilkadziesiąt ludów, siedem rodzin językowych, jeden krajobraz

Wokół bieguna nie mieszka jeden lud i nie ma jednej wiary północy. Jest siedem niespokrewnionych rodzin językowych, dwa języki bez wykazanych krewnych, cztery sposoby używania renifera i tyle odmian obrzędu, ile dolin. Ta strona zestawia to, czego nie da się przypisać jednemu ludowi: czym różnią się trzy przedmioty nazywane bębnem, dlaczego istoty szkodzące nie są diabłami, skąd wzięła się opowieść o setkach słów na śnieg i co naprawdę przeszło przez Cieśninę Beringa. Pozostałe cztery strony idą po ludach.

Reszta działu

Pozostałe strony i działy sąsiednie — klikalne

Materiał o ludach północy rozłożony jest na pięć stron nazwanych od obszarów. Saamowie mają własne miejsce w dziale o ludach ugrofińskich, Inuici — w dziale o Arktyce; obie strony są tu podlinkowane i nie powtarzamy ich materiału.

Ilu ich jest

Kilkadziesiąt ludów, siedem rodzin i jedna plotka, która puchła sto lat

Zacznijmy od rzeczy mierzalnych: ile ludów, ile rodzin językowych i co naprawdę wiadomo o słownictwie śniegu. Trzy karty, które porządkują pole przed resztą działu.

cała Arktyka i Subarktyka

Kilkadziesiąt ludów, nie jeden, i żaden spis się z drugim nie zgadza

Zapis z tamtych czasów

Od kilkuset osób do pół miliona. Liczba ludów zależy od tego, kto liczy i po co.

Czytaj dalej

Na czym to stoiKilkadziesiąt ludów o łącznej liczebności kilku milionów, z rozpiętością od kilkuset osób do blisko pół miliona; brak wspólnego pochodzenia, mowy i religii przy podobieństwach sposobu życia; rozbieżne kryteria spisów po obu stronach granic państwowych; wzrost liczby deklaracji tożsamości tubylczej szybszy niż przyrost naturalny.

Czego nie rozstrzygnięto
  • Wszystkie liczby ludności pochodzą ze spisów prowadzonych przez państwa, z odmiennymi definicjami i różnych lat. Porównywanie ich wprost daje wynik obarczony błędem, którego nie da się oszacować.

Wokół bieguna mieszka kilkadziesiąt ludów o łącznej liczebności kilku milionów osób, charakteryzujących się ogromną rozpiętością: Sacha obejmuje blisko pół miliona członków, natomiast Nganasanie zaledwie kilkaset. Nie łączy ich wspólne pochodzenie, mowa ani religia; mają jednakże podobieństwa w sposobie życia wynikające ze wspólnego otoczenia.

Już samo policzenie ich jest sporne. Jedne spisy traktują grupę mówiącą odmiennym narzeczem jako osobny lud, inne jako część większej całości; granice państwowe przecinają kilka z nich na pół, a kryteria po obu stronach granicy bywają różne. Do tego dochodzi zmiana deklaracji: liczba osób przyznających się do tożsamości tubylczej rośnie w ostatnich dziesięcioleciach szybciej, niż wynikałoby to z przyrostu naturalnego.

Podział roboczy, którym posługuje się ten dział, idzie po pięciu stronach: Saamowie na północy Europy, ludy samojedzkie i ugryjskie zachodniej Syberii, ludy Czukotki i Kamczatki, Jakucja z tajgą wschodnią, wreszcie Alaska z Aleutami. Inuici mają w atlasie osobne, wcześniejsze miejsce.

Jest to podział wygodny, nie naturalny. Żadna z tych granic nie istnieje w terenie: ludy mieszają się, wędrują, zawierają małżeństwa w poprzek i przejmują od siebie zwierzęta, słowa i obrzędy. Kto chce zobaczyć, gdzie te linie pękają, powinien zacząć od handlu przez Cieśninę Beringa, opisanego niżej.

od Skandynawii po Grenlandię

Nie ma czegoś takiego jak język arktyczny: rodzin jest co najmniej siedem

Zapis z tamtych czasów

Uralska, turecka, tunguska, czukocko-kamczacka, eskimo-aleucka, na-dene i języki bez krewnych.

Czytaj dalej

Na czym to stoiCo najmniej siedem niepowiązanych rodzin: uralska, turecka, tunguska, czukocko-kamczacka, eskimo-aleucka, na-dene, plus jukagirski i ketyjski bez wykazanych krewnych; różnice sięgające budowy gramatycznej, nie tylko słownictwa; języki łączące w jedno słowo treść całego zdania oraz rozróżniające, czy mówiący był świadkiem tego, o czym mówi.

Czego nie rozstrzygnięto
  • Przynależność części języków bywa sporna, a propozycje łączenia rodzin w większe całości nie zostały wykazane. Podana liczba siedmiu jest ostrożna i zależy od przyjętej klasyfikacji.

W pobliżu bieguna występuje co najmniej siedem niepowiązanych ze sobą rodzin językowych. Rodzina uralska obejmuje saamski, nieniecki, chantyjski i nganasański; turecka — jakucki; tunguska — ewenkijski i ewenski; czukocko-kamczacka — czukocki, koriacki i itelmeński; eskimo-aleucka — języki inuickie, jupickie i unangaski; na-dene — atabaskijskie z wnętrza Alaski. Jukagirski stoi osobno oraz ketyjski, oba bez wykazanych krewnych.

Różnorodność językowa jest tu większa niż w całej Europie na zachód od Uralu. Języki te różnią się nie tylko słownictwem, lecz także budową: jedne przyczepiają do rdzenia długie ciągi końcówek, inne łączą w jedno wyraz to, co po polsku wymaga pełnego zdania, a jeszcze inne rozróżniają, czy mówiący widział opisywane rzeczy na własne oczy.

Dlatego ostrożności wymaga każde zdanie zaczynające się od słów „ludy Arktyki wierzyły". Wspólnota otoczenia nie oznacza wspólnoty myśli, a podobieństwa, które widzimy, są albo skutkiem tych samych warunków, albo skutkiem sąsiedztwa i wymiany — nie wspólnego dziedzictwa.

Jedyna poważna propozycja mostu między dwiema stronami świata dotyczy tych okolic i nadal nie jest rozstrzygnięta. Kto chce ją sprawdzić, znajdzie odpowiednie informacje na stronie o Alasce, pod hasłem o Ketach i Atabaskach.

Grenlandia, Alaska, Laponia

Ile jest słów na śnieg: opowieść, która puchła przez sto lat

Zapis z tamtych czasów

Z czterech rdzeni zrobiło się w prasie kilkaset. Prawdziwa rzecz jest ciekawsza od tej, którą powtarzano.

Czytaj dalej

Na czym to stoiPochodzenie twierdzenia od krótkiej uwagi z początku XX wieku wymieniającej kilka odrębnych rdzeni; zaokrąglanie liczby w górę przez kolejnych autorów aż do wartości trzycyfrowych w prasie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych; aglutynacyjna budowa języków inuickich czyniąca liczenie słów zależnym od przyjętej definicji; rzeczywiście rozbudowane słownictwo dotyczące stanów lodu i przejścia po nim oraz saamskie nazwy stanów śniegu istotne dla wypasu renifera.

Czego nie rozstrzygnięto
  • Liczby podawane w obie strony — i te zawyżone, i te zaniżone w sprostowaniach — zależą od przyjętej definicji słowa i nie dają się porównywać.

Twierdzenie o tym, że Inuici mają dziesiątki albo setki słów na śnieg, wyszło z krótkiej uwagi zapisanej na początku dwudziestego wieku, w której wymieniono kilka odrębnych rdzeni. Kolejni autorzy powtarzali ją, zaokrąglając w górę; w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych prasa podawała już liczby trzycyfrowe, bez żadnej podstawy.

Problem leży w błędnym sformułowaniu pytania. Języki inuickie są aglutynacyjne — dolepiają do rdzenia końcówki, tworząc formy odpowiadające polskim zdaniom. Policzenie słów w tych językach przypomina liczenie zdań w polszczyźnie; wynik zależy od uznania czegoś za osobne słowo.

Prawda, którą ta plotka przysłoniła, jest ciekawsza. Słownictwo dotyczące LODU — jego grubości, wieku, stanu krawędzi, bezpieczeństwa przejścia — jest w tych językach rzeczywiście rozbudowane i drobiazgowe, bo od rozróżnienia między dwoma rodzajami lodu zależy życie. To samo dotyczy saamskiego, gdzie odrębne wyrazy opisują stany śniegu ważne dla renifera: czy zwierzę przekopie się do porostów, czy warstwa jest zbyt zbita.

Fakt dla całego atlasu jest jeden i kluczowy: język rozbudowuje się tam, gdzie od precyzyjnego rozróżnienia zależy wynik. To nie jest osobliwość tylko ludów północy. Tak samo bogate słownictwo występuje w dziedzinach takich jak budowa morska, górnictwo czy medycyna na całym świecie.

Co wędruje, a co zostaje

Renifer, towar i bęben: trzy miary sąsiedztwa

Jedno zwierzę używane na cztery sposoby, osiemdziesiąt pięć kilometrów wody, przez które szło wszystko, i trzy przedmioty nazywane jednym słowem, których nie łączy prawie nic. Razem pokazują, co przechodzi między ludami, a co zostaje na miejscu.

cała północ Eurazji

Jedno zwierzę, cztery sposoby użycia — i żaden z nich nie jest oczywisty

Ułożone po fakcie

Zaprzęg, wierzchowiec, wabik i mleko. Każdy lud wybrał inny zestaw, a hodowla wielkostadna jest młoda.

Czytaj dalej

Na czym to stoiCztery sposoby użycia renifera: zaprzęg do sań, jazda wierzchem z siodłem przesuniętym na łopatki, oswojony wabik do podejścia dzikiego stada, dojenie samic dające tłuste mleko w małych ilościach; podział wedle krajobrazu — zaprzęg i wielkie stada w tundrze, wierzchowiec i kilkunastosztukowe stado w tajdze; późne wykształcenie się hodowli wielkostadnej pod wpływem handlu futrem, podatku w skórach i rynku.

Czego nie rozstrzygnięto
  • Datowanie początków hodowli wielkostadnej jest sporne i opiera się na zapisach podatkowych oraz na nielicznych znaleziskach. Wcześniejszy zasięg oswojenia renifera nie został ustalony.

Ten sam gatunek obsługiwany jest na północy Eurazji na cztery różne sposoby i prawie nigdzie na wszystkie naraz. Zaprzęgano go do sań — tak robią Nieńcy i Czukcze; ujeżdżano wierzchem, z siodłem przesuniętym na łopatki — tak robią Ewenkowie i część ludów tajgi; używano oswojonego zwierzęcia jako wabika, żeby podejść dzikie stado; wreszcie dojono samice, co daje mleko tłuste, ale w ilościach śmiesznie małych.

Sposób wykorzystania reniferów zależy od krajobrazu: w rozległej tundrze opłacalne jest używanie zaprzęgów i dużych stad pędzonych na znaczne dystanse; natomiast w gęstej tajdze sanie stają się zbędne, a zwierzęta noszą jeźdźców oraz ładunki, tworząc niewielkie stada służące głównie do transportu pożywienia zdobytego podczas polowań.

Wbrew obiegowemu obrazowi hodowla wielkostadna — ta z tysiącami zwierząt i z corocznym przepędem przez pół półwyspu — nie jest pradawna. Wykształciła się późno, w ostatnich kilkuset latach, pod wpływem handlu futrem, podatku płaconego w skórach i zapotrzebowania rynku. Wcześniejszy układ opierał się na niewielkich stadach przy łowiectwie.

Ma to skutek, o którym trzeba pamiętać przy każdej karcie tego działu. Obraz „odwiecznego pasterza reniferów" jest po części młodszy niż wiek nowożytny i powstał razem z gospodarką pieniężną — a mimo to obrzęd, zakaz i kalendarz przywiązane do stada są starsze i przeniosły się na nowy sposób życia, zamiast zniknąć razem ze starym.

Cieśnina Beringa

Osiemdziesiąt pięć kilometrów wody, przez które szło wszystko

Zapis po fakcie

Żelazo, tytoń, futra i słowa przechodziły w obie strony przez cieśninę, dopóki nie zamknięto jej na czterdzieści lat.

Czytaj dalej

Na czym to stoiNajwęższe miejsce cieśniny poniżej dziewięćdziesięciu kilometrów, z dwiema wyspami w zasięgu wzroku od siebie; przejście łodzią w ciągu godzin, zimą także po lodzie; przepływ żelaza i wyrobów metalowych z Azji, tytoniu i herbaty z Syberii oraz futer, skór i wyrobów z kości w drugą stronę; zapożyczenia językowe i wspólne elementy obyczaju po obu stronach; wyroby metalowe pochodzenia azjatyckiego w warstwach alaskańskich sprzed kontaktu morskiego z Europą; podobieństwa w budowie harpuna, kroju odzieży i zdobieniu kości po obu brzegach.

Czego nie rozstrzygnięto
  • Dawność i natężenie wymiany odtwarzane są ze znalezisk oraz z relacji z XIX i XX wieku. Kierunek zapożyczeń — która strona przejęła rozwiązanie od której — w większości przypadków nie został rozstrzygnięty.

Cieśnina Beringa ma w najwęższym miejscu niecałe dziewięćdziesiąt kilometrów, a pośrodku leżą dwie wyspy w zasięgu wzroku od siebie. Przejście łodzią zajmuje godziny, a zimą bywało możliwe po lodzie. Nie była to więc nigdy granica — była drogą, po której towary i wiadomości chodziły w obie strony od tysiącleci.

Szło tędy żelazo i wyroby metalowe z Azji na Alaskę, tytoń i herbata z Syberii, w drugą stronę futra, skóry i wyroby z kości. Szły też słowa: zapożyczenia widoczne po obu stronach, oraz obyczaje — kształty przedmiotów, wzory na strojach, elementy świąt i zaproszenia na zimowe zjazdy, na które przyjeżdżano zza wody.

Wymiana ta jest stara. Wyroby metalowe pochodzenia azjatyckiego pojawiają się w warstwach alaskańskich na długo przed jakimkolwiek kontaktem morskim z Europą, a podobieństwa w budowie harpuna, w kroju odzieży i w zdobieniu kości ciągną się po obu brzegach przez całe stulecia. Archeolog ma z tym kłopot odwrotny niż zwykle: nie brak śladów kontaktu, lecz trudność z ustaleniem, która strona co wymyśliła.

Nie bez przyczyny temat ten znajduje się pośrodku strony porównawczej. Podobieństwa między Azją a Ameryką w tej części świata nie są zagadką ani tajemnicą — są skutkiem długotrwałego sąsiedztwa, które trwało przez tysiące lat i zostało przerwane dopiero za życia ludzi współcześnie żyjących. Jak dokładnie wyglądało to przecięcie i kogo rozdzieliło, opisuje strona o Czukotce i Kamczatce.

od Laponii po Grenlandię

Bęben saamski, syberyjski i inuicki to trzy różne przedmioty

Zapis po fakcie

Jeden ma malowaną mapę i wskaźnik, drugi krzyżowy uchwyt i brzękadła, a trzeci służy do czegoś zupełnie innego.

Czytaj dalej

Na czym to stoiOwalny lub miskowy bęben saamski z malowanym układem znaków i wędrującym po nim wskaźnikiem, którego położenie odczytuje się jako odpowiedź; okrągły bęben syberyjski trzymany od spodu za krzyżowy uchwyt, często z brzękadłami i bez drobiazgowego malowania; płaska obręcz z cienką błoną u Inuitów i Yup'ików, służąca do śpiewu własnego i do pojedynku na wyśmianie.

Czego nie rozstrzygnięto
  • W obrębie każdego z trzech typów występują odmiany, a egzemplarze mieszane zacierają granice. Opis oddaje typy, nie wyczerpuje zmienności.

Bęben saamski ma kształt owalny lub miskowy, ze skórą zdobioną malowanym układem znaków: postacie, zwierzęta, budynki i kierunki. Po tak namalowanej powierzchni przesuwany jest wskaźnik – pierścień lub kostka – a jego położenie odczytuje się jako odpowiedź po uderzeniach. Łączy w sobie rolę instrumentu i przyrządu do wróżenia.

Bęben syberyjski, rozciągający się od Nieńców po Ewenków, jest okrągły i trzymany za krzyżowy uchwyt ze skóry, drewna lub żelaza, często z brzękadłami. Zwykle nie zdobi go drobiazgowy malunek; ważniejsze są dźwięk i działania prowadzącego obrzęd niż powierzchnia.

Bęben inuicki i jupicki jest trzecią rzeczą: szeroką płaską obręczą z cienką błoną, na której stosuje się technikę gry nieznaną dwóm pozostałym. Szczegółowy opis tej techniki znajdziesz w rozdziale o Inuitach. Najważniejsze jest tutaj to, do czego służy: nie używa się go do wróżb ani do podróży rytualnej, lecz do własnego śpiewu oraz pojedynków na wyśmianie, które rozstrzygane są przed całą społecznością.

Jest to najlepszy w tym dziale dowód na to, że podobieństwo widziane z daleka rozsypuje się z bliska. Trzy przedmioty nazywane jednym słowem robi się inaczej, trzyma inaczej, gra się na nich inaczej i używa do czego innego — a łączy je głównie to, że obcy przybysz zapisał wszystkie trzy jako „bęben szamana".

Istoty, niebo i powołanie

Zestawienie, w którym nie ma diabła

Kelet, abaasy, tuurngait i stallo działają jak siły przyrody z apetytem: biorą, bo są głodne, i nie targują się o duszę. Do tego zorza, na którą nie wolno gwizdać od Grenlandii po Laponię, i droga do roli, której w żadnej relacji nikt nie chce przyjąć dobrowolnie.

pięć stron działu naraz

Kelet, abaasy, tuurngait, stallo: zestawienie, w którym nie ma diabła

Zebrane z ust

Wszystkie te istoty szkodzą, żadna nie kusi. Nie chodzi o duszę ani o karę, lecz o głód i chorobę.

Czytaj dalej

Na czym to stoiCzukockie kelet sprowadzające chorobę i żywiące się ludźmi; jakuckie abaasy powodujące obłęd i śmierć, wyobrażane jako istoty o połowie ciała; inuickie tuurngait szkodliwe albo pomocne zależnie od układu z konkretnym człowiekiem; nienieckie istoty świata dolnego podległe postaci rządzącej chorobą; saamskie stallo jako niebezpieczny głupiec z opowieści, dający się przechytrzyć; brak we wszystkich tych zestawach motywu kuszenia, paktu i kary za przewinienie moralne.

Czego nie rozstrzygnięto
  • Zestawienie zrównuje istoty opisywane w różnych stuleciach i przez różnych obserwatorów, w części po przejściu tych społeczności przez kontakt z chrześcijaństwem. Część relacji mogła już nieść obcy podział na dobro i zło.

Zestawmy je obok siebie. U Czukczów kelet sprowadzają chorobę i żywią się ludźmi; u Sacha abaasy powodują obłęd i śmierć, a wyobraża się je jako istoty o połowie ciała; u Inuitów tuurngait bywają i szkodliwe, i pomocne, zależnie od układu z konkretnym człowiekiem; u Nieńców istoty świata dolnego podlegają postaci rządzącej chorobą; u Saamów stallo jest niebezpiecznym głupcem z opowieści, którego da się przechytrzyć.

Wspólne jest to, czego wśród nich NIE MA. Nie ma kuszenia, nie ma paktu, nie ma zabiegania o duszę i nie ma kary za przewinienie moralne. Istoty te działają jak siły przyrody z apetytem: biorą, bo są głodne, i odstępują, gdy dostaną co innego albo gdy ktoś je przegoni.

Różnice są równie istotne: niektóre istoty są bezosobowe i liczne, inne posiadają imiona oraz rodziny. Niektóre można tylko przegonić, podczas gdy inne da się zjednać ofiarą; bywają też sprzymierzeńcami, co w kręgu chrześcijańskim jest nie do pomyślenia. Ich wygląd zaprzecza sobie nawzajem – raz są olbrzymami, innym razem istotami niepełnymi lub czymś bez stałej postaci.

Przekładanie wszystkich tych istot słowem „demon” stanowi błąd porównywalny do zbiorczego stosowania wyrazu o ewenkijskim pochodzeniu. Nazwa importowana spoza kręgu kulturowego dodaje nieadekwatne założenia dotyczące zła, pokusy i wyboru, które w żadnym zestawie się nie znajdują.

cały krąg polarny

Zorza: nie gwiżdż na nią, bo zejdzie po ciebie

Zebrane z ust

Dla jednych to zmarli grający w piłkę, dla drugich zapowiedź krwi. Zakaz gwizdania powtarza się wszędzie.

Czytaj dalej

Na czym to stoiRelacje grenlandzkie i kanadyjskie przedstawiające światła jako zmarłych grających czaszką morsa; odczytania jako zapowiedzi wojny lub rozlewu krwi, dymu z ognisk zaświatów albo odbicia ryb; powtarzający się u Inuitów, Saamów i ludów Syberii zakaz gwizdania, machania, wołania i wskazywania palcem; przetrwanie zakazu wśród ludności nietubylczej w postaci przesądu bez wyjaśnienia; obecny obieg turystyczny.

Czego nie rozstrzygnięto
  • Odczytania zorzy zapisywano wybiórczo i często po jednej relacji na okolicę. Powszechność zakazu gwizdania jest pewniejsza niż powszechność któregokolwiek z wyjaśnień.

W relacjach grenlandzkich i kanadyjskich światła na niebie to zmarli, którzy grają czaszką morsa, a ich ruch jest ruchem gry. U innych ludów północy zorza zapowiada wojnę albo rozlew krwi, u jeszcze innych jest dymem z ognisk zaświatów albo odbiciem ryb w morzu.

Rzeczą, która powtarza się najszerzej, jest OSTRZEŻENIE. Na zorzę nie wolno gwizdać, machać, wołać ani wskazywać jej palcem — bo zejdzie niżej, zabierze albo utnie głowę. Zakaz ten notowano u Inuitów, u Saamów, u ludów Syberii i w północnej Skandynawii wśród ludności nietubylczej, gdzie przetrwał w postaci przesądu bez wyjaśnienia.

To przykład, jak treści rytualne rozchodzą się między kulturami. W każdym miejscu wyjaśnienia są inne, dostosowane do lokalnego spojrzenia na świat. Jednak wymagane zachowania pozostają takie same i łatwo przenikają między sąsiadującymi społecznościami, przetrwając dłużej niż opowieści je tłumaczące.

Dziś ten sam zakaz krąży w obiegu turystycznym i bywa opowiadany przybyszom jako miejscowa ciekawostka. Nie jest to jego zanik, tylko kolejne życie: przesąd o gwizdaniu jest dziś w tamtych stronach powtarzany częściej niż przez ostatnie sto lat, choć prawie nikt nie umie już powiedzieć, co się stanie i dlaczego.

wszystkie strony działu

Powołanie przez chorobę, przez dziedziczenie albo przez naukę — i dlaczego nikt tego nie chciał

Zebrane z ust

W większości relacji rola przychodzi wbrew woli, po ciężkiej chorobie, a odmowa grozi śmiercią.

Czytaj dalej

Na czym to stoiTrzy przeplatające się drogi do roli: choroba z gorączką, odmową jedzenia i widzeniami; dziedziczenie po krewnym, niekiedy z pominięciem pokolenia; nauka u doświadczonego, obejmująca śpiewy, wyroby i znajomość miejsc; powtarzający się u wielu niespokrewnionych ludów motyw oporu i choroby ustępującej dopiero po przyjęciu powołania; ograniczenia w jedzeniu i zachowaniu oraz odpowiedzialność za niepowodzenie leczenia.

Czego nie rozstrzygnięto
  • Relacje pochodzą w większości od obserwatorów z zewnątrz i bywają układane wedle oczekiwanego schematu. Powtarzalność opisu może więc w części odzwierciedlać powtarzalność pytań, które zadawano.

Drogi do tej roli są w relacjach trzy i zwykle się przeplatają. Pierwsza to choroba: długotrwała, z gorączką, odmową jedzenia i widzeniami, kończąca się albo śmiercią, albo przyjęciem powołania. Druga to dziedziczenie po krewnym, nieraz z pominięciem pokolenia. Trzecia to nauka u kogoś doświadczonego, obejmująca śpiewy, wyroby i znajomość miejsc.

Zaskakująca jest liczba relacji podkreślających PRZYMUS wobec osób obdarzonych powołaniem. Często stawiają one opór, uciekają i próbują normalnie żyć, lecz choroba nie mija. Dopiero pogodzenie się z losem przynosi zdrowie. Motyw ten występuje u Saamów, Nieńców, Czukczów, Sacha i Inuitów — ludów bez wspólnego pochodzenia.

Nie jest to więc rola dająca władzę, na której zdobycie się liczy. Wiąże się z ograniczeniami dotyczącymi jedzenia i zachowania, a także niesie ze sobą odpowiedzialność za cudze niepowodzenia. Ponadto wiąże się z realnym zagrożeniem: przy nieudanym leczeniu winą obarczano osobę prowadzącą, a w kilku opisanych przypadkach skutkowało to utratą życia.

Atlas podkreśla spójność tego schematu, lecz nie wyciąga z niej wniosku o wspólnym pochodzeniu. Zbieżność wzorca nie świadczy o pokrewieństwie; co najwyżej wskazuje, że droga do roli, której nikt przy zdrowych zmysłach nie wybiera spontanicznie, układa się podobnie w podobnych okolicznościach.

Stulecie strat i to, co wraca

Epidemia, internat, kołchoz — a potem parlamenty, pisma i święta

Bez tej pary kart reszta działu jest niezrozumiała. Nic z tego, co tu opisujemy, nie dotrwało nietknięte; każdy obrzęd jest albo wspomnieniem, albo zapisem, albo rzeczą podjętą na nowo przez ludzi, którym przerwano ciągłość w połowie.

cała Arktyka

Epidemia, internat, kołchoz: trzy narzędzia, jeden skutek

Zapis z tamtych czasów

Po obu stronach bieguna użyto innych środków i uzyskano to samo: dzieci bez języka rodziców.

Czytaj dalej

Na czym to stoiEpidemie ospy, odry, grypy i gruźlicy zabierające w pojedynczych wsiach od jednej trzeciej do wszystkich mieszkańców, z największą śmiertelnością wśród najstarszych; internaty po stronie amerykańskiej i kanadyjskiej oddalone o setki kilometrów, z karami za mówienie własnym językiem; radzieckie internaty przyszkolne zbierające dzieci z koczowisk na rok szkolny; kolektywizacja stad, przenoszenie do stałych osiedli i likwidacje wsi; odcięcie od tras wędrówki organizujących rok i kalendarz obrzędowy.

Czego nie rozstrzygnięto
  • Skala strat ludnościowych podawana jest w szerokich widełkach i opiera się na niepełnych spisach. Zestawienie działań po obu stronach nie oznacza, że były one tożsame co do zamiaru i przebiegu.

Pierwsze przyszły choroby. Ospa, odra, grypa i gruźlica szły od miejsca kontaktu w głąb lądu, zabierając w pojedynczych wsiach od jednej trzeciej do wszystkich mieszkańców. Razem z ludźmi ginęła pamięć: ci, którzy znali śpiewy, miejsca i przebieg obrzędów, byli zwykle najstarsi, więc umierali pierwsi.

Następnie nadeszła szkoła. Po stronie amerykańskiej i kanadyjskiej dzieci zabierano od rodzin i umieszczano w internatach oddalonych setki kilometrów, karząc za mówienie w swoim języku; po stronie radzieckiej pełnił tę rolę internat przy szkole, gdzie zwożono dzieci z koczowisk na cały okres nauki. W efekcie obu podejść powstało pokolenie, które rozumiało rodziców, ale odpowiadało w innym języku.

Trzecie było przymusowe osiedlenie: kolektywizacja stad i przeniesienie ludzi do stałych osiedli po jednej stronie, zaś po drugiej — wysiedlenia, likwidacje wsi uznanych za nierentowne i przenosiny „dla dobra mieszkańców". Wspólnym mianownikiem było odcięcie od trasy wędrówki, która organizowała rok, kalendarz obrzędowy i wychowanie.

Trzeba to powiedzieć bez ozdób, bo bez tego reszta działu jest niezrozumiała. Nic z tego, co ten atlas opisuje, nie dotrwało do dziś nietknięte — każdy obrzęd, o którym tu mowa, jest albo wspomnieniem, albo zapisem, albo rzeczą podjętą na nowo przez ludzi, którym przerwano ciągłość w połowie.

cała Arktyka

Co wraca: parlamenty, pisma, święta i prawo do nazwania miejsca

Zapis z tamtych czasów

Odzyskiwanie nie jest powrotem do dawnego stanu. Jest budowaniem czegoś nowego z tego, co zostało.

Czytaj dalej

Na czym to stoiCiała przedstawicielskie ludów tubylczych z własnymi wyborami i budżetem oraz organizacje łączące te same ludy ponad granicami kilku państw; umowy o ziemi dające prawo do rozległych obszarów i udział w decyzjach o kopalinach; przywracanie przedkolonialnych nazw gór, rzek i osad wraz z dwujęzycznymi mapami i dokumentami; szkoły z nauczaniem w mowie miejscowej, gniazda językowe i nadawanie radiowe; pisownia opracowana dla kilku języków dopiero w ostatnich dziesięcioleciach; wznawiane święta i wydawane ze zbiorów przedmioty.

Czego nie rozstrzygnięto
  • Zakres uprawnień takich ciał i treść umów o ziemi różnią się między państwami tak dalece, że wspólne podsumowanie jest uproszczeniem. Skuteczność programów językowych mierzona jest od niedawna i bywa oceniana rozbieżnie.

Od lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku obraz się zmienia. Powstały ciała przedstawicielskie ludów tubylczych z własnymi wyborami i budżetem, a także organizacje łączące te same ludy ponad granicami trzech i czterech państw. Zawarto umowy o ziemi, na mocy których wspólnoty odzyskały prawo do rozległych obszarów i udział w decyzjach o kopalinach.

W wielu regionach nazwy geograficzne odzyskały swoje pierwotne brzmienie sprzed kolonizacji. Dotyczy to gór, rzek i osad, które powróciły na znaki drogowe, mapy i dokumenty w dwóch językach. W ostatnich dziesięcioleciach powstały szkoły z nauczaniem w miejscowym języku, gniazda językowe dla najmłodszych oraz nadawanie radiowe. Opracowano również pisownię dla kilku języków.

Wznawiane są święta wyrastające z relacji starszyzny, nagrań i zapisów: na Alasce odbywa się zimowy zjazd, w Jakucji celebrowane są doroczne obchody, a po stronie saamskiej przywracane są obrzędy. Wraz z tymi wydarzeniami wracają przedmioty: bębny i maski wydawane ze zbiorów oraz szczątki składane powtórnie do ziemi.

Atlas kończy Arktykę zdaniem, które obowiązuje w każdym jego dziale. Rzecz podjęta na nowo nie jest tą samą rzeczą i nie udaje, że jest — dzisiejsze święto odbywa się w hali, dzisiejszy bęben bywa kopią, dzisiejszy język ma pisownię, której nie miał. Robią to jednak ci, do których to należy, i to ich decyzja, a nie cudza, ustala, co się liczy.